Tag Archives: walijskie kurorty

Wybrzeże Cardigan [cz.2] – New Quay i Aberaeron

Kolejny przystanek na szlaku Ceredigion Coast Path: New Quay (nie mylić z… Newquay w Kornwalii).

Cei Newydd (w wersji walijskiej) – dawna wieś rybacka, później ruchliwy port i stocznia – to dziś największy i najpopularniejszy kurort w tej części Cardigan Coast. Dlatego uczuleni na tłumy, w sezonie nie powinni tu zaglądać.

New QuayMiasteczko rozłożyło się tarasowo na klifach nad dużą i osłoniętą od otwartego morza zatoką. Górne tarasy zajmują przede wszystkim letnie domy do wynajęcia. W wydaniu brytyjskim niestety często kiczowate i tandetne lub zwyczajnie szpetne. Ale im niżej, im bliżej morza, tym ładniej.

New QuayStrome uliczki łączące się w okolicach kapitanatu portu, zabudowane są ciasno kolorowymi, wiktoriańskimi szeregowcami z miniaturowymi ogródkami. Pełno tu kafejek, restauracji na każdą kieszeń, pubów i sklepów z obowiązkowym wyposażeniem każdego plażowicza. Szczególnie tego najmłodszego. Wiaderka i łopatki przydadzą się na plaży ciągnącej się na północ od przystani, aż do New Quay Head i, słynnej wśród ornitologów, adekwatnie nazwanej, Birds Rock.

New QuayNajwiększą atrakcją samej przystani jest właściwie nic-nie-robienie, połączone z wpatrywaniem się w hipnotyczne kołysanie jachtów i łodzi (w czasie przypływu; podczas odpływu wyglądają dość pokracznie), albo w drugą stronę, gdzie przy dobrej pogodzie rozpościera się niekończąca się panorama wybrzeża, aż po majaczące gdzieś daleko szczyty Snowdonii i Półwysep Llyn.

Ale oprócz atrakcji typowych dla nadmorskiego kurortu, New Quay przyciąga śladami krótkiej i burzliwej bytności Dylana Thomasa – “narodowego poety Walii”. Thomas (wraz z żoną Caitlin) mieszkał tu kilka lat w czasie II Wojny Światowej, pisząc, pijąc (z czego słynął nie mniej niż z pisania) i szukając kłopotów.

Prawdziwy, bądź domniemany romans Dylana (i jego żony Caitlin) z żoną komandosa, który właśnie wrócił z frontu, omal nie skończył się tragicznie, gdy zazdrosny żołnierz ostrzelał z karabinu dom Thomasów. Historię tę przeniesiono na ekran, w gwiazdorskiej obsadzie, w filmie “The edge of love“.

Rodzina wkrótce wyjechała z miasteczka, ale wspomnienia najwyraźniej pozostały, Llareggub, w którym rozgrywa się akcja jednej z bardziej znanych sztuk Dylana – “Under Milk Wood – do złudzenia przypomina New Quay. Chociaż o ten wątpliwy zaszczyt konkuruje z południowo-walijskim miasteczkiem Laugharne. Dlaczego wątpliwy? “Llareggub”, wyglądające pozornie na typową walijską, niewymawialną nazwę, czytane od tyłu daje “bugger all”, czyli… “wielkie nic” w wersji średnio wulgarnej.

—/-/—

Wyjeżdżając z New Quay w stronę Aberaeron, warto na chwilę przystanąć w Llanarth. Tu, w przedsionku trzynastowiecznego kościoła świętego Dawida (przebudowanego pod koniec dziewiętnastego wieku) stoi Cross of Gurhirt (znany również jako Cross of Girhurst albo Cross of Girhiret) – wczesnochrześcijański rzeźbiony krzyż z wykutym imieniem, prawdopodobnie, irlandzkiego wodza z dziewiątego wieku i praktycznie nieczytelnymi już dziś inskrypcjami ogamicznymi (ogham to stary alfabet, używany we wczesnym średniowieczu do zapisu języków celtyckich).

The Cross of Gurhirt—/-/—

Leżące kilkanaście kilometrów od New Quay Aberaeron zdecydowanie wyróżnia się się na tle innych nadmorskich miejscowości na trasie Ceredigion Coast Path. Jest płaskie, ma regularną siatkę ulic i skwerów, mnóstwo tu wolnej przestrzeni i jest zdecydowanie najurokliwszym miasteczkiem w tej części kraju. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że jednym z najpiękniejszych w Walii.

AberaeronAberaeron zbudował od zera, na początku dziewiętnastego wieku, miejscowy właściciel ziemski, wielebny Alban Gwynne. Szerokie ujście rzeki Aeron (stąd nazwa: “aber” w języku walijskim oznacza ujście rzeki), po regulacji świetnie nadawało się na port i stocznię, wokół których szybko wyrosło miasto. Dziś po stoczni pozostało głównie wspomnienie, a w porcie cumują przede wszystkim dziesiątki jachtów, ale jako centrum administracyjne hrabstwa Ceredigion, Aberaeron prosperuje całkiem dobrze.

Długie, kamieniste plaże rozciągające się po obu stronach ujścia rzeki, nie przyciągają typowych letników, więc i atmosfera jest tu bardziej zrelaksowana. Praktycznie nie ma tu straganów uginających się od plastikowej tandety, walczących o każdego klienta vanów z lodami, czy budek z tanim fish’n’chipsem zawiniętym w szary papier. Nie brak za to kawiarenek rozkładających stoliki na nabrzeżu przy przystani, jest spora lodziarnia z przyjemnym tarasem i kilka sklepów z rękodziełem z prawdziwego zdarzenia. Doskonałe miejsce na leniwe popołudnie. Szczególnie przed kolejnym przystankiem…

Wisienka na torcie Pembrokeshire

Oto wisienka na torcie Pembrokeshire – Tenby.  Z dumą stwierdzam, że słynne kurortowe miasteczko nie jest obce młodej polskiej emigracji; byłam tam już kilka razy, i zawsze w ogólnym gwarze dało się wychwycić  szeleszczenie mowy ojczystej, uszlachetnione tu i ówdzie wdzięczną i jakże bliską naszym polskim sercom łaciną.

Początki miasteczka sięgają XII wieku, u zarania było zaledwie niedużym portem rybackim (aczkolwiek dość prężnym, podobno do Tenby przybył pierwszy transport pomarańczy w Walii, taka ciekawostka). Walijska nazwa miasteczka to Dinbych-y-Pysgod, co oznacza właśnie małe miasto/fortecę obfitującą w ryby. W czasach wiktoriańskich Tenby odkryły bogatsze warstwy społeczeństwa i szybko zaadoptowały jako kurort letniskowy inwestując w jego rozwój znaczne środki płatnicze i tworząc między innymi landrynkowe nadbrzeże, ikonę wśród krajobrazów Walii. O bogatej przeszłości Tenby świadczą także efektowne mury miejskie.

W dzisiejszych czasach Tenby pozostaje ulubionym kurortem wakacyjno-weekendowym Walijczyków. Oferuje wszelkiego rodzaju zakwaterowanie, restauracje i kawiarnie, kolorowe sklepy ze słodyczami; w sezonie otwierają swe podwoje rozmaite kluby i klubiki, oraz inne szemrane przybytki, w których usłużnie uwolnią cię od posiadanej waluty. Wszędzie dookoła znajdują się tereny zielone okraszone ławeczkami z widokiem na morze. Potężne odpływy odsłaniają malownicze piaszczyste plaże i osadzają na piasku kolorowe kutry rybackie. Na jednej z plaż usytuowana jest mała wysepka-skała z nieciekawą budowlą na szczycie – podobno właśnie do tej ‘twierdzy’ może odnosić się walijska nazwa miasteczka. Czasem przy odpływie właściciel udostępnia ją zwiedzającym. Istotna informacja o samych plażach: wszystkie od lat posiadają symbol niebieskiej flagi, co oznacza, że są najwyższej czystości/jakości.

Jedną z dodatkowych atrakcji Tenby jest możliwość wykupienia wycieczki-rejsu na pobliską wyspę Caldley, którą od niemal tysiąca lat zamieszkuje zakon Cystersów.

Warto zaplanować sobie cały dzień w Tenby, a jeszcze bardziej warto zostawić sobie je na deser po spacerach klifami Pembrokeshire – wyjątkowej urody linia brzegowa tej części kraju wchodzi w skład jednego z trzech walijskich parków narodowych.

Uwaga, w szczycie sezonu przy szczególnie ładnej pogodzie parkowanie może okazać się pewnym problemem, pomimo ogromnego parkingu na końcu głównej nadmorskiej ulicy oraz wielkiego multistorey parkingu w centrum. Najlepiej przyjechać do Tenby w miarę wcześnie.