Category Archives: postindustrial

Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – z Rhayader do Strata Florida

Droga przez Dolinę YstwythParę lat temu, stowarzyszenie brytyjskich kierowców – The Automobile Association (AA) – ogłosiło drogę B4574 z Pont-rhyd-y-groes do Devil’s Bridge wraz z kilkoma innymi lokalnymi drogami, jedną z dziesięciu najbardziej widowiskowych tras na świecie. Właściwie trudno z tym werdyktem dyskutować, bo praktycznie każdy jej kilometr to olśniewające widoki na surowe krajobrazy Cambrian Mountains, z rozrzuconymi tu i ówdzie skromnymi pamiątkami tysięcy lat historii tych niegościnnych stron.

Wycieczkę najlepiej zacząć w Rhayader, miasteczku ochrzczonym “wrotami” Walijskiej Krainy Jezior. Krzyżują się tu dwie główne drogi przecinające Walię z północy na południe – A470 – i ze wschodu na zachód – A44. Nazwa miasteczka oznacza “wodospad na [rzece] Wye”, ale… wodospad wysadzono w powietrze pod koniec osiemnastego wieku w związku z budową mostu.

W połowie dziewiętnastego wieku miasteczko było jednym z centrów tzw. “Rebecca Riots”, kiedy to farmerzy i robotnicy rolni, przebrani w kobiece stroje, niszczyli posterunki drogowe pobierające myto. Zbyt wysokie opłaty niemal uniemożliwiały transport płodów rolnych i mocno ograniczały możliwość przemieszczania się robotników.

Choć Rhayader to głównie punkt wypadowy, jest się tu również gdzie zatrzymać. Miasteczko chwali się największą liczbą pubów na liczbę mieszkańców. Na każdy z dwunastu przybytków, przypada 173 potencjalnych klientów. To pozostałość z czasów gdy miasto było ważnym przystankiem na szlaku poganiaczy bydła – drovers. Z tą różnicą, że wtedy nie był to powód do dumy, a raczej przyczyna wielu problemów. W Rhayader panował wówczas klimat prawdziwego Dzikiego Zachodu, z wszystkimi kłopotami jakie przychodzą do głowy.

Z Rhayader wyjeżdżamy drogą prowadzącą do Elan Valley, ale tuż za miasteczkiem odbijamy w wąską dróżką oznaczoną jako [Górska droga do Aberystwyth]. Początkowo droga wspina się powoli przez las starych, koślawych, przyczepionych do skał drzew obrośniętych mchem aż po końcówki gałęzi. Gdzieś w dole błyszczy niewielkie jeziorko Gwynllyn.

Mniej więcej cztery kilometry od Rhayader warto zrobić pierwszy przystanek. Z lewej strony drogi kilka kamiennych progów malowniczo przełamuje potok Nant Gwynllyn. Z prawej rozciągają się wrzosowiska płaskowyżu Penrhiw-wen. Znaleźć można tu też kilka prehistorycznych kamieni.

Najciekawszy z nich to Maen Serth. Stoi na szczycie wzgórza Esgair Dderw. W opracowaniach figuruje jako standing stone (menhir) z epoki brązu, na którym we wczesnym średniowieczu wyryto, ledwie dziś widoczny, krzyż celtycki. Jednak historia i archeologia sobie, a mity i legendy sobie. według jednej z nich, kamień upamiętnia miejsce, w którym zabito walijskiego wodza Einona Clud. W dwunastym wieku Einon i jego brat Cadwallon mieli spierać się z pogranicznym normańskim lordem Rogerem Mortimerem o ziemie wokół Rhayader. Gdy wydawało się, że sprawa jest załatwiona, Roger przegrał – rozrywkowy wydawałoby się – pojedynek z Einonem. Nie mógł mu tego darować i zamordował go w zasadzce urządzonej na wzgórzu Esgair Dderw. Wkrótce potem, w podobnych okolicznościach miał zginąć również Cadwallon. Lokalnie kamień nazwano więc “kamieniem książęcym”.

Żeby skomplikować sprawę, jakiś kilometr od Maen Serth, przy tym samym starożytnym szlaku przez wzgórza, znajduje się kolejny menhir: śnieżnobiały, kwarcowy Maengwyngweddw. Groźnie wyglądająca nazwa oznacza “kamień białej wdowy”. Zdaniem niektórych, sugeruje ona, że to w tym miejscu zamordowano braci, a żona jednego z nich tu właśnie miała opłakiwać stratę. W rzeczywistości kamienie wyznaczały prawdopodobnie pradawny szlak.

Z powrotem na drodze, wąska wstążka asfaltu pnie się coraz wyżej. Wokół rozciąga się zielone pustkowie. Na horyzoncie majaczy ogromna i kontrowersyjna farma wiatraków, oddana do użytku w 1994 roku Bryn Titli Wind Farm. Z drugiej strony widać już dolinę rzeki Elan, a dokładnie zakręcony “ogon” Craig Goch Reservoir.

Po osiągnięciu prawie pięciuset metrów nad poziomem morza, droga stromo opada do Pont Ar Elan – Mostu na Rzece Elan – gdzie krzyżuje się z drogą prowadzącą do Walijskiej Krainy Jezior – zapór i rezerwuarów dolin Elan i Claerwen.

Za mostem zaczyna się kilka kilometrów pofałdowanej i zygzakowatej drogi wijącej się szerokim dnem Doliny Elan. Jej zbocza są w tym miejscu dość łagodne i porośnięte szorstką trawą. Bardziej niż kambryjskie pustkowia, krajobraz przypomina… stepy Mongolii. Szczególnie w słoneczny, wiosenny dzień, kiedy trawy są jeszcze żółte, a wiatr niesie odgłosy i zapachy owiec. Ich populacja w tych stronach przewyższa populację ludzi pewnie kilkusetkrotnie.

Przy mokradłach Gors Lwyd, których dziesiątki sączących się źródeł zasilają rozpoczynające się gdzieś na okolicznych wzgórzach rzeki Elan i Ystwyth, droga skręca ostro na zachód, do głębokiego wąwozu Afon Ystwyth. To zdecydowanie jeden z najbardziej spektakularnych krajobrazów w Walii!

Rozciągnięta na kilka mil wzdłuż wąskiej drogi osada Cwmystwyth – czyli po prostu “dolina/wąwóz rzeki Ystwyth”, składająca się z luźno rozrzuconych kamiennych domów, znana jest głownie jako, mniej więcej, geograficzny środek Walii i niegdyś największy ośrodek wydobycia ołowiu i innych metali nieżelaznych w tym kraju.

Chociaż dziś trudno wyobrazić sobie większe odludzie, sto-dwieście lat temu Cwmystwyth tętniło życiem. Krótkim, warto dodać, życiem, bo średnia życia pracujących tu górników wynosiła zaledwie trzydzieści dwa lata! To oczywiście “zasługa” ołowiu i toksyn towarzyszących wydobyciu i obróbce srebra i cynku – kolejnych bogactw naturalnych doliny.

Zresztą, okolica tak nasiąkła wszelkimi możliwymi truciznami, że mimo upływu stulecia od zakończenia wydobycia, nadal praktycznie nie ma tu roślinności. Posępny, ale jednocześnie dziwnie urzekający krajobraz, ze szkieletami dawnych kopalnianych budynków, kolorowymi wyciekami i wykwitami minerałów ciągle tkwiących w ziemi, stanowi dziś obszar chroniony (Site of Special Scientific Interest; SSSI). Naukowcy podpatrują tu, jak przyroda próbuje się regenerować po ekologicznej katastrofie. Na pierwszy rzut oka widać, że radzi sobie bardzo powoli.

Osiemnasto- i dziewiętnastowieczna gorączka srebra i ołowiu w Cwmystwyth prawdopodobnie nie była pierwsza. W dolinie znaleziono ślady wydobycia z epoki brązu i z czasów rzymskich. Pozostając w tematach archeologicznych, w 2002 roku znaleziono tu też najstarszy, liczący ponad cztery tysiące lat, złoty artefakt w Walii – dysk słoneczny Banc Ty’nddôl. Wykonany z bardzo czystego złota, ozdobiony wygrawerowanymi kropkami i kreskami, stanowił prawdopodobnie część wyposażenia grobu. Choć niewielki, o średnicy niecałych czterech centymetrów i wadze dwóch i pół grama, krążek wzbudził ogromną sensację w środowisku archeologów. To pierwszy tego typu artefakt znaleziony w Walii i jeden z bardzo niewielu w ogóle znalezionych na Wyspach Brytyjskich. Uznany formalnie za skarb, dziś znajduje się w Walijskim Muzeum Narodowym w Cardiff.

Tuż za Cwmystwyth wąska droga rozwidla się – co w Walii nieczęste – na dwie nieco szersze. Prawa odnoga wspina się na prawie czterysta metrów, po czym opada wprost na wodospady i słynne mosty Devil’s Bridge. Lewa wije się przez lasy Hafod Estate, w których przeszło dwieście lat temu, bajecznie bogata rodzina Johnes próbowała zbudować raj na ziemi.

W latach osiemdziesiątych osiemnastego wieku, Thomas Johnes, właściciel zamku Croft w Herefordshire, kupił osiem mil kwadratowych Doliny Ystwyth, obsadził je rzadkimi drzewami, zbudował neogotycką rezydencję, mostki, łuki, sztuczne ruiny i… omal nie zbankrutował. Przez kilka lat, jako niemal wzorcowa posiadłość w stylu picturesque, Hafod Estate przyciągała arystokratów i artystów epoki. Niestety, ziemski eden nie trwał długo. W 1807 roku pożar strawił pałac. Johnes próbował go odbudować, ale koszty zaczęły go przerastać, a śmierć jedynej spadkobierczyni w 1811 roku zupełnie pozbawiła zapału.

Ruiny niedokończonej rezydencji przetrwały do końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to, jako zagrażające bezpieczeństwu, wysadzono w powietrze. Egzotyczne drzewa z czasem też wycięto, zastępując oryginalny park gospodarczą plantacją świerkową. Dla wielu zniszczenie gregoriańskiego krajobrazu Hafod Estate było zbrodnią niespotykanego wandalizmu.

Grupa entuzjastów zrzeszonych w Hafod Trust, od kilku lat próbuje ratować resztki dawnej posiadłości wyznaczając i dbając o ścieżki, sadząc nowe drzewa i powoli oczyszczając teren z choinek.

Jedyną trwałą pozostałością po Hafod Estate jest stojący przy drodze z Cwmystwyth kościół wybudowany około 1800 roku. Podobnie jak pałac sto lat wcześniej, kościół miał pecha i spłonął w 1932 roku. Rok później troskliwie go odrestaurowano, ale niestety nie udało się odzyskać większości wyposażenia. Poruszającym memento jest zniszczony przez ogień memoriał poświęcony zmarłej młodo córce Johnesów.

Kilka kolejnych miejscowości na trasie (za Hafod Estate droga B4574 przechodzi płynnie w B4343), może pochwalić się przede wszystkim oryginalnymi nazwami: Pont-Rhyd-y-Groes, (słynne) Ysbyty Ystwyth, Ffair-Rhos i Pontrhydfendigaid.

Pont-Rhyd-y-Groes, czyli “most niedaleko brodu krzyża pańskiego” okres umiarkowanej świetności przeżywało w czasie “gorączki ołowianej” w Cwmystwyth na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Później stanowiło naturalne zaplecze Hafod Estate. Dziś zatrzymują się tu tylko wędkarze liczący na dorodnego pstrąga z rzeki Ystwyth.

Ysbyty Ystwyth, podobnie jak sąsiednia osada, miało swoje pięć minut kiedy mieszkali tu górnicy z Doliny Ystwyth. Wieś składa się głównie z wiktoriańskiego kościoła i nazwy. Nazwy, która pojawia się chyba w większości zestawień niezwykłych nazw walijskich, najczęściej z zarzutem, że nie ma w niej samogłosek. Nie jest to do końca prawdą, bo w języku walijskim samogłoskami są, między innymi, “y” i “w”. Ysbyty Ystwyth oznacza “hospicjum nad rzeką Ystwyth”, ale hospicjum w dawnym, średniowiecznym znaczeniu, jako miejsce, w którym zatrzymać się może strudzony wędrowiec, bardzo często pielgrzym. A tych kiedyś w tej okolicy nie brakowało. Wędrowali z St David’s na wyspę Bardsey, odwiedzając kolejne klasztory, w tym niedaleki Strata Florida.

Ffair-Rhos trzeba uważać, żeby nie przegapić drogi prowadzącej do Teifi Pools. Pod ta nazwą kryje się kilka niewielkich jezior polodowcowych, leżących przeszło czterystu metrach nad poziomem morza, na zachodnich zboczach Gór Kambryjskich. Krajobraz jest tu wyjątkowo surowy, nawet jak na środkowo-walijskie pustkowia. Potężne głazy narzutowe, gołe skały, niewielkie pagórki i płytkie niecki sprawiają wrażenie, jakby lodowiec dopiero co opuścił to miejsce. Przez całe stulecia Teifi Pools słynęły z doskonałych węgorzy i pstrągów, które najprawdopodobniej sprowadzili tu cystersi z opactwa Strata Florida. W jednym z jezior – Llyn Teifi – swój początek bierze rzeka Teifi, która kilka kilometrów dalej zasila Cors Caron – ogromne mokradła i ważny rezerwat przyrody. Jest tu też kilka ścieżek przecinających ten ponury zakątek z północy na południe i polna, wyboista droga prowadząca do rezerwuaru Claerwen, należącego do kompleksu Elan Valley. Jeszcze kilka lat temu drogę tę można było, z przygodami, przejechać samochodem albo motocyklem terenowym, ale kiedy zrobiło się na niej tłoczno, została zamknięta.

Znów na głównej drodze – B4343 – mniej więcej kilometr od Ffair-Rhos, docieramy do Pontrhydfendigaid – kolejnej niewielkiej wioski o wielkiej nazwie, oznaczającej “most niedaleko brodu Błogosławionej Dziewicy”. Oprócz niej Pontrhydfendigaid słynie z corocznego majowego eisteddfod – tradycyjnego walijskiego przeglądu sztuk od poezji po chóry, przyciągającego uczestników z najdalszych zakątków Walii.

Ukoronowaniem tej trasy są pozostałości opactwa Strata Florida, jakąś milę boczną drogą od Pontrhydfendigaid. Same ruiny są zdecydowanie niezbyt imponujące, ale nie dla widowiskowych ruin warto się tu zapuścić. Nazywane “Opactwem Westminsterskim Walii”, Strata Florida zajmuje szczególne miejsce w sercach Walijczyków. Przez wieki był to ważny ośrodek walijskiej kultury, literatury, religii, jak również nauki, ekonomii i polityki, za co kilka razy przyszło mu zapłacić wysoką cenę. Ale od początku…

Trochę paradoksalnie, jeden z najważniejszych walijskich klasztorów założył, w 1164, roku normański lord Robert fitz Stephen. Sprowadził on grupę trzynastu cysterskich mnichów, żeby nad niewielkim potokiem Fflur zbudowali klasztor Strata Florida, co znaczy “kwiecista dolina” (a w starszych tłumaczeniach czasem “kwiecista droga”, co wynikało z błędnego zlatynizowania walijskiego Ystrad Fflur). Zaledwie rok później, Rhys ap Gruffudd władca Deheubarth, księstwa skutecznie lawirującego między względną autonomią a poddaństwem normańskim władcom, odbił całą okolicę z rąk fitz Stephena i objął patronat nad świeżym opactwem. Z nie do końca jasnych powodów, w 1184 roku, rozpoczęto budowę nowego kościoła dwie mile od istniejącego klasztoru. Z czasem wokół niego powstało nowe opactwo zachowujące starą nazwę i odludne, sielskie położenie.

Było to zresztą charakterystyczne dla cystersów walijskich, że wybierali miejsca jak najdziksze i jak najdalsze od ówczesnej cywilizacji. Tak, by móc kształtować otoczenie od samego początku: oczyszczać grunty z lasów (lub je sadzić, tam gdzie nic innego by nie rosło), przygotowywać je pod zasiewy lub pastwiska, zarybiać rzeki i jeziora nowymi gatunkami ryb (między innymi pstrąg i węgorz w Teifi Pools), budować mosty (okoliczne Pont-Rhyd-y-Groes i Pontrhydfendigaid nie bez przyczyny mają w nazwach religijne odwołania; nie tak znów odległy Devil’s Bridge – Pontarfynach – a dokładnie najstarszy z trzech mostów nad wąwozem rzeki Mynach, to też dzieło mnichów ze Strata Florida), zajazdy dla pielgrzymów (Ysbyty Ystwyth), młyny, browary, czy wprowadzać nowe gatunki zwierząt hodowlanych (to prawdopodobnie cystersi sprowadzili do Walii owce).

W “kwiecistej dolinie” mnisi znaleźli sobie dodatkowe zajęcie w postaci tłumaczenia łacińskich ksiąg na język walijski, spisywania dziejów walijskich władców i prowadzenia walijskich kronik. Nie spotkało się to ze zrozumieniem normańskich królów i tak, na przykład, w 1212 roku król Jan rozkazał zniszczenie “domu dającego schronienie naszym wrogom” i tylko dzięki ogromnemu okupowi udało się tego uniknąć. Na jakiś czas…

Jakby na potwierdzenie oskarżeń króla Jana, w 1238 roku, w “walijskim Westminsterze” spotkali się wszyscy najważniejsi walijscy książęta. Spotkaniu przewodził Llewelyn Wielki (the Great), który zdążył już pod swoim panowaniem zjednoczyć spory kawałek podzielonego kraju i teraz oczekiwał, że pomniejsi władcy złożą hołd wierności jego synowi i następcy Dafyddowi.

W 1284 roku, pożar spowodowany uderzeniem pioruna poważnie uszkodził opactwo, a dziesięć lat później, podczas swojej walijskiej kampanii, spalił je król Edward I w odwecie za sprzyjanie walijskiej niepodległości.

Nie powstrzymało to jednak rozwoju Strata Florida, które z czasem wyrosło na jeden z największych klasztorów w Walii, Skromne dziś ruiny głównego kościoła świadczą, że w czasach świetności był on większy od (ogromnej) katedry w St David’s. Miejsce godne przechowywania jednej z największych relikwii chrześcijaństwa: Świętego Graala – kielicha z którego podczas Ostatniej Wieczerzy pił sam Jezus. Według legend, na wyspy Graala miał przywieźć Józef z Arymatei i umieścić go w specjalnie dla niego wybudowanym kościele w Glastonbury. Z czasem skromny drewniany kielich trafił na walijskie pustkowie, które miało być gwarantem jego bezpieczeństwa.

Kolejne bunty i powstania prawie zawsze odbijały się echem w murach Strata Florida. Najczęściej było to echo angielskich żołdaków niszczących klasztor. Po stłumieniu powstania Owaina Glyndŵr, zniszczone po raz kolejny opactwo już się nie podniosło. Przeszło wiek później, w 1539 roku, kiedy decyzją króla Henryka VIII rozwiązywano wszystkie klasztory na wyspach, w zrujnowanych zabudowaniach u podnóża Gór Kambryjskich mieszkało ośmiu zakonników.

Do dzisiejszych czasów z ogromnego kompleksu przetrwało bardzo, bardzo niewiele: zarys potężnego kościoła, kilka zdobionych płytek podłogowych i wspaniały łuk zachodniego wejścia do kościoła – jeden z symboli średniowiecznej Walii.

Ślady dawnej świetności znaleźć można również na przyklasztornym cmentarzu, gdzie spoczywa kilku książąt z rodu lorda Rhysa ap Gruffudd i, prawdopodobnie, Dafydd ap Gwily – największy poeta średniowiecznej Walii. Z mniej zacnych “lokatorów” warto wspomnieć “lewą nogę i kawałek uda Henrego Hughes” pochowane 18.06.1756 roku. Reszta pana Hughesa jest pochowana w Ameryce, gdzie wyemigrował, mimo iż był, dosłownie, jedną nogą w grobie. Inny, na wskroś poetycko-walijski grób należy do anonimowego żołnierza znalezionego zamarzniętego w okolicach Teifi Pools, ze zdjęciem młodej dziewczyny w kieszeni. Na jego nagrobku wyryto słowa:

“Umarł wśród ponurych wzgórz
Samotnie, w głębokim śniegu
Nieznajomi przynieśli go tu
Gdzie wiecznym snem śpią książęta”.

Kilkaset metrów od ruin Strata Florida, wąska asfaltowa droga kończy się na granicy ogromnego kompleksu leśnego Tywi Forest, gdzie też nie brak mniejszych lub większych, dobrze ukrytych atrakcji. O nich przeczytać można w tym wpisie: Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – Abergwesyn Pass.

Białe Piaski i Błękitna Laguna

 Whitesands, fot. katiraf.com

Takie ładne nazwy można spotkać na samym koniuszku walijskiego ‘buta’ w zachodnim Pembrokeshire. Poszukiwacze spokoju, przestrzeni i dzikiej przyrody będą usatysfakcjonowani: to miejsce z jedynie minimalnym wpływem cywilizacji. Wielbiciele postindustrialu również nie będą zawiedzeni.

Whitesands to ogromnych rozmiarów piaszczysta plaża położona na północ od miasteczka St Davids. Jest uważana za jedną z najlepszych plaż dla surferów; przy ładnej pogodzie przyciąga również tłumy spacerowiczów. Na szczęście nie wszyscy odwiedzający są zainteresowani spacerami klifowymi, więc szanse ucieczki od tłumów są całkiem realne. Idąc od parkingu  należy przed plażą skręcić w prawo, przejść przez bramkę, i już prawie jesteśmy na samiutkim końcu świata. Trudno oprzeć się takiemu odczuciu wędrując po skalistym smaganym wiatrem podłożu z dość ubogą roślinnością i nieskończoną taflą Atlantyku na horyzoncie.

Whitesands, fot. katiraf.com

Whitesands, fot. katiraf.com

Spacer z WhitesandsSpacer z Whitesands

Na klifach Whitesands

Przy plaży jest całkiem spory parking (płatny u pana parkingowego), toalety (na pieniążek) i kafeja. Jak zapewniali mnie znajomi którzy mieli przyjemność – lody w kafei są warte grzechu.

Whitesands, fot. katiraf.com

Bonus: po około sześciu-siedmiu milach spaceru wybrzeżem w kierunku północnym  dotrzesz do tzw. Błękitnej Laguny w malutkiej miejscowości Abereiddy (możesz też dojechać tam samochodem w kilkanaście minut). To szczególne miejsce, chociaż podobnych ‘błękitnych lagun’ można wypatrzeć na wybrzeżu Pembrokeshire więcej. Kiedyś w tym miejscu istniała niewielka odkrywkowa kopalnia łupków (slate) z których Walia swego czasu słynęła. Łupki wykorzystywane były jako materiał budowlany do konstrukcji podłóg, dachów, płotów itp. Kopalnia w Abereiddy zakończyła swoją działalność na początku XX wieku, ale do dziś pozostały widoczne fragmenty budynków kopalni i domków pracowników. Górą klifu prowadzi również szlak spacerowy pokrywający się z linią tramwaju towarowego, który kursował niegdyś pomiędzy kopalnią, a pobliskim Porthgain, również niezwykle ciekawym miejscem.

Błękitny, czy może bardziej szmaragdowy kolor woda jeziorka zawdzięcza minerałom obecnym w łupkach.

Błękitna Laguna

Głębokie na 25 metrów jeziorko jest dziś szczególnie popularne wśród wielbicieli nurkowania, zwłaszcza w połączeniu ze skokami z wysokich klifów. Każdy może spróbować, ale zalecamy ostrożność; najlepiej pierwszy raz skoczyć pod okiem wykwalifikowanego  instruktora lub kogoś innego, kto zna się na rzeczy.

Za udostępnienie kilku zdjęć dziękujemy zaprzyjaźnionym obieżyświatom ze strony www.katiraf.com. Zachęcamy do zajrzenia do nich, mają tam mnóstwo ciekawych i inspirujących fotorelacji  z podróży do różnych zakątków świata, Polski i UK.

Podziemny skansen – Big Pit

dscn5359

Są miejsca, które po prostu trzeba odwiedzić, pomimo, że być może nie każdego pociąga taki rodzaj atrakcji.

‘Big Pit’ to po prostu ‘wielki szyb’, albo ‘wielka kopalnia’. Ci, którzy interesują się odrobinę przeszłością Walii wiedzą, że jeszcze kilkanaście lat temu dymiły nad tym niedużym krajem potężne kominy, szumiały szyby wentylacyjne, a widoki, które tak lubimy, zasłaniała niemal nigdy niekończąca się chmura smogu. Łatwo sobie wyobrazić, jak to wyglądało przejeżdżając przez dzisiejszy Port Talbot. Rewolucja przemysłowa XIX wieku zmieniła oblicze rolniczej Walii; koniec przemysłu z kolei oznaczał stopniowy powrót do zielonej wyspy jaką znamy dziś.

dsc_6098

Kopalnie węgla są wpisane w walijską tożsamość. To one stanowiły centrum lokalnego wszechświata, to one dawały utrzymanie (nigdy do końca adekwatne do wykonywanej pracy), i to one łączyły ludzi poprzez liczne tragedie. Jako była mieszkanka Śląska/Zagłębia i córka górnika odczuwam z nimi pewnego rodzaju więź; dlatego m.in. wybrałam się do tego muzeum. Chciałam się dowiedzieć, jak to jest wsiąść do metalowej klatki i zjechać głęboko pod ziemię. I tak, to jest bez wątpienia intensywne przeżycie. No bo może to jest i muzeum, ale nie sztuczny twór, nie kopalniany park rozrywki, tylko prawdziwa kopalnia, która wygląda tak, jakby wciąż trwała w niej praca, tylko akurat skończyła się szychta i wszyscy poszli do domu. O realizmie miejsca przypomina też zakaz używania telefonów czy aparatów fotograficznych, które mogłyby zakłócić pracę urządzeń monitujących poziom metanu.

Przewodnicy to byli pracownicy kopalni. Lubią sobie pobajać, pożartować; wiedzą też kiedy wystarczy na chwilę zamilknąć. Opowiedzą o tym, jak to było kiedy w kopalniach pracowały siedmiolatki, pokażą, jak to jest znaleźć się w absolutnej ciemności, do której wzrok się nie przyzwyczaja, i jak brzmi alarm metanowy. Opowiedzą o słynnych strajkach lat 80-tych, i o tym, jak się pani Thatcher ‘przysłużyła’ Walii.

Oprócz samej kopalni trzeba koniecznie zobaczyć muzeum, w którym zebrano mnóstwo przedmiotów codziennego użytku związanych z górnikami i ich życiem. Jest też kafejka oraz stara kopalniana kantyna; w obu można zjeść coś konkretnego, ewentualnie wypić kawę okraszoną walijskim ciasteczkiem.

Big Pit wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

5 dsc_6075 9dsc_6044dsc_6053  dsc_6048 dsc_6095 dsc_6094

Wstęp jest darmowy, ale trzeba pobrać z recepcji bilet. Przed zjazdem na dół każdy musi założyć kask z latarką oraz baterią; całość waży około pięciu kilogramów. Zalecane jest ciepłe ubranie i porządne buty. Dzieci mierzące poniżej metra wzrostu niestety nie mogą zjechać pod ziemię.

Muzeum jest otwarte codziennie od 9.30 do 16.30. Zjazdy pod ziemię odbywają się pomiędzy 10.00 a 15.00. Może się zdarzyć, że w którymś konkretnym dniu zwiedzanie nie będzie dostępne; warto przed wizytą sprawdzić stronę muzeum: Big Pit National Coal Museum Muzeum posiada parking (płatny).

dscn5325 dscn5322 dsc_6030

Kod pocztowy dla satnavu: NP4 9XP i mapka:

Pejzaż post-apokaliptyczny

Parys MountainŻeby na chwilę wyrwać się na Księżyc, a może nawet bardziej na Marsa, nie trzeba od razu zostawać astronautą. Wystarczy zajrzeć na północno-wschodnie wybrzeże Anglesey, do dawnych kopalni miedzi na Parys Mountain. To jeden z najlepszych (najgorszych?) przykładów dewastacji środowiska przez człowieka. Jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, wyjątkowo malowniczy przykład.

Zanim Parys Mountain stała się tym, czym jest dzisiaj, a nawet zanim jeszcze nazywała się Parys Mountain, nosiła wdzięczną, jak to zwykle bywa, walijska nazwę Mynydd Trysglwyn. Znaczy ona, mniej więcej, “wzgórza porośnięte gęstymi krzakami pokrytymi liszajami porostów”. Bardzo obrazowo trzeba przyznać.

Robert Parys pojawił się na Anglesey w 1406 roku, w niewdzięcznej roli poborcy podatkowego. Walijczycy z wyspy gremialnie poparli dogorywające właśnie powstanie Owaina Glyndŵr, więc Londyn chciał ich możliwie dotkliwie pognębić. Parys okazał się ponoć wyjątkowo skuteczny, za co król nagrodził go ziemiami obejmującymi, między innymi, wciąż jeszcze “wzgórza porośnięte gęstymi krzakami…”, z czasem coraz częściej nazywane Górą Parysa.

Przez kolejnych trzysta lat nie działo się tu nic godnego odnotowania. W odniesieniu do miedzi, która wkrótce miała rozsławić to miejsce, wynikało to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, w epoce przed-przemysłowej, nikt szczególnie miedzi nie potrzebował. A przynajmniej nie w ilościach hurtowych. Po drugie, do 1693 roku, wszystkie minerały ukryte w ziemi należały do korony, co skutecznie zniechęcało prywatnych przedsiębiorców do jakiejkolwiek działalności w tym zakresie.

Sytuację odmienił nagły rozwój przetwórstwa wełny i, jak to często bywa, wojny prowadzone przez Anglię. Armaty i maszyny do obróbki wełny – jednego z głównych towarów eksportowych Anglii – potrzebowały miedzi. Dużo miedzi! To znaczy potrzebowały przede wszystkim mosiądzu, ale do produkcji tegoż, niezbędna jest miedź. Zniesienie państwowego monopolu nie spowodowało może rewolucji, ale pojawiły się pierwsze prywatne inicjatywy, a w teren ruszyły zastępy poszukiwaczy mniej lub bardziej szlachetnych metali.

O tym, że na obszarze Parys Mountain znajdowano i na niewielką skalę wydobywano miedź, wiadomo z kilku przekazów. Jeden z ciekawszych, z 1760 roku, autorstwa doktora Johna Rutty’ego, mówi o leczniczych właściwościach wód mineralnych wypływających z góry. Miały one mieć zbawienny wpływ na leczenie wrzodów, wysypek, pasożytów i biegunki. Jeśli chodziło o te same wody, o raczej toksycznych odcieniach, które do dziś sączą się spomiędzy skał, to, cóż… na zdrowie! Najnowsze badania dowiodły natomiast, że na trudną do oszacowania skalę, Parys Mountain rozkopywano w poszukiwaniu minerałów już cztery tysiące lat temu! Również Rzymianie najprawdopodobniej poszukiwali tu skarbów ziemi.

Zupełnie nowa era, nie tylko dla Anglesey i Parys Mountain, ale dla całego brytyjskiego przemysłu miedziowego, zaczęła się 2. marca 1768 roku. Sam fakt, że zapamiętano dokładną datę o czymś świadczy. Tego dnia, górnik Roland Puw (Pugh), trafił na ogromne złoże, znane jako “Great Lode”. W nagrodę, oprócz wiecznej pamięci, dostał butelkę whisky i dożywotnie darmowe mieszkanie.

Ruda z tego złoża nie była szczególnie wysokiej jakości, ale jej ilość i fakt, że znajdowała się bardzo płytko, zdecydowanie to rekompensowały. Do tego stopnia, że pod koniec osiemnastego wieku, kopalnia na Parys Mountain stała się największą kopalnią miedzi w Europie.

Tak jak indywidualnym bohaterem “gorączki miedzi” na Anglesey stał się Roland Puw, zbiorowym bohaterem Były “copper ladies”. Wyposażone w kowadła, młoty i charakterystyczne ochronne rękawice z żelaznymi pierścieniami osłaniającymi palce, kobiety te całymi dniami łupały i segregowały wydobywaną rudę, oddzielając skałę od kolorowych metali. Ich praca wymagała nie tylko niezwykłej siły, ale i doskonałej znajomości minerałów, której nie powstydziłby się dziś pewnie nie jeden student geologii. (Dla zobrazowania trudności: typowa ruda miedzi zawiera około jednego [!] procenta tego metalu)

Nie można też nie wspomnieć Thomasa Williamsa. Ten syn skromnych ziemian z Llansadwrn, zaczynał jako prawnik w sporach między dzierżawcami Parys Mountain. Powoli, ale wyjątkowo skutecznie, zdobywał wiedzę, wpływy i kontrolę nad kolejnymi spółkami eksploatującymi górę. Przez czterdzieści lat zbudował imperium zaopatrujące w miedź pół świata. W tym flotę admirała Nelsona i… jego wrogów. Nie miał tez skrupułów przed zaopatrywaniem handlarzy niewolników. Z drugiej strony, z jego inicjatywy wprowadzono szereg formalnych ułatwień dla przemysłu wydobywczego, zbudowano kilka hut, a senna wioska rybacka Amlwch, sąsiadująca z Parys Mountain, stała się niemal z dnia na dzień jednym z największych portów na Wyspach. Sam Williams zaś, dorobił się przydomku “miedziany król”.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, tuż po śmierci “króla”, załamał się rynek miedzi. W ciągu kilku zaledwie lat, pracę w kopalniach straciło dziewięćdziesiąt procent robotników.

Przez cały dziewiętnasty wiek, krótkie okresy prosperity przeplatały się z latami kryzysowymi. Czasem tak dotkliwymi, że, jak w latach czterdziestych, w regionie panował głód i związane z nim epidemie tyfusu. Ostatecznie, w pierwszych latach dwudziestego wieku, wydobycia na Parys Mountain całkowicie zaprzestano.

Półtora wieku bezlitosnej eksploatacji zostawiło po sobie niezwykły, ponury krajobraz. Ze “wzgórza porośniętego gęstymi krzakami…”, zostało ogromne, jałowe wyrobisko, z potężnymi kraterami wypełnionymi trującą wodą, głębokimi wąwozami znaczącymi wydarte ziemi złoża i rozsianymi tu i ówdzie ruinami dawnych kopalnianych zabudowań. I to tylko na powierzchni, bo pod nią znajduje się ponad dwadzieścia kilometrów szybów i tuneli.

Mimo upływu kilkunastu dekad, praktycznie nie ma tu roślin, a te które odnalazły się w nieprzyjaznym środowisku – oprócz najróżniejszych porostów, wyjątkowo dorodne wrzosy – są pod czujną obserwacją naukowców.

Od lat teren kopalni otwarty jest dla tych, którzy zabłądzą w te strony. Kilka kilometrów ścieżek przecina krainę we wszystkich kolorach ziemi: żółciach, pomarańczach, rudościach, brązach… ale niemal pozbawioną zieleni. Najlepiej trafić tu kiedy tuż po deszczu wychodzi słońce, co w Walii nie jest znów taką rzadkością. Nasycenie kolorów jest niewiarygodne! Fantastyczny obraz apokalipsy stworzonej ludzką ręką…

Walijska Kraina Jezior

Zapory i jeziora dolin Elan i Claerwen to jeden z najpiękniejszych zakątków na Wyspach Brytyjskich. Powstały z konieczności, ogromnym wysiłkiem i kosztem. Stały się symbolem technicznej potęgi wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie jej lekceważenia dla małej i zacofanej Walii. Dziś, po przeszło stu latach od ich wybudowania, gniew budzą w nielicznych, ale zachwyt u niemal każdego, kto tu trafi.

Spragniona metropolia

Dziewiętnasty wiek w Wielkiej Brytanii, to okres niepohamowanego rozwoju przemysłowego. Jednym z jego centrów stało się Birmingham. Miasto, które w 1785 roku liczyło nieco ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, sto lat później dobijało już do pół miliona! Nagły i niemal niekontrolowany rozrost pociągał za sobą masę problemów. Jednym z najpoważniejszych wyzwań przed jakimi stanęły władze miejskie, stało się zaopatrzenie metropolii w czystą wodę. Jej brak doprowadził do wybuchu kilku poważnych epidemii tyfusu i cholery.

Presja kierowanej przez Josepha Chamberlaina rady miejskiej na rząd londyński, zaowocowała wydaniem w 1892 roku Birmingham Corporation Water Act. Na mocy nowego prawa Korporacja Birmingham – jak wówczas nazywał się zarząd miasta – dostała nadzwyczajne prawo przymusowego wykupu dorzeczy dwóch niewielkich walijskich rzek Elan i Claerwen. W sumie ponad 180 kilometrów kwadratowych gruntów!

O wyborze zadecydowały trzy główne czynniki. Po pierwsze wysoka nawet jak na Walię, sięgająca prawie dwóch metrów roczna suma opadów. Po drugie topografia i geologia – wąskie i głębokie doliny o skalistym podłożu doskonale nadawały się do budowy zapór i magazynowania wody. I po trzecie wysokość nad poziomem morza – generalnie większa niż Birmingham – umożliwiająca grawitacyjny spływ wody bez konieczności jej przepompowywania.

Prace nad tym, jednym z największych w wiktoriańskiej Brytanii, projektem rozpoczęły się w 1893 roku i trwały, z dłuższymi przerwami aż do 1952 roku. W efekcie powstał spektakularny krajobraz, w którym dzieło rąk ludzkich doskonale wtopiło się w surową scenerię Środkowej Walii.

Megaprojekt – wersja wiktoriańska

Potężne przedsięwzięcie jakim była budowa systemu zapór na rzecze Elan wymagało ogromnego zaplecza. Dlatego w jego pierwszym etapie wzniesiono osiedle dla tysięcy robotników, którzy wkrótce mieli uwijać się na tym wielkim placu budowy i linię kolejową dostarczającą im materiały.

Elan Village, jak ochrzczono osadę, zaprojektował architekt Herbert Tudor Buckland w stylu Arts and Crafts, zakładającym tworzenie sztuki użytecznej i funkcjonalnej, ale nie pozbawionej wartości estetycznych. I tak, osiedle wyposażono w szkołę, sklep, pub, bibliotekę, stołówkę, publiczną łaźnię i dwa szpitale – jeden dla zakaźnie chorych, drugi dla ofiar wypadków.

Warto wspomnieć, że szkoła przewidziana była tylko dla dzieci do jedenastego roku życia. Starsze wysyłano do pracy. Specyficzne przepisy obowiązywały też w łaźni: mężczyźni mieli prawo korzystać z niej trzy razy w tygodniu, ale kobiety tylko raz. Wstęp do pubu natomiast, zarezerwowany był jedynie dla mężczyzn.

Codzienne życie w Elan Village przypominało trochę koszary. Dostępu do niej pilnowali strażnicy, których głównym zadaniem była konfiskata nielegalnego alkoholu i ograniczenie do minimum “nieproszonych gości”. Zanim nowy robotnik został wpuszczony do osady, musiał spędzić noc w rodzaju poczekalni, gdzie był odwszawiany i badany pod kątem chorób zakaźnych. Po kwarantannie trafiał do domu, który małżeństwo dzieliło z ośmioma kawalerami. Ciekawe, że w założeniu miało to gwarantować spokój(?).

Budowa pięćdziesięciu trzech kilometrów linii kolejowej – The Elan Valley Railway (EVR) – w trudnym terenie, zajęła trzy lata. Cztery nitki szyn, połączyły poszczególne place budowy z Rhayader, dokąd Cambrian Railways Mid Wales dostarczały zaopatrzenie i materiały budowlane z odległych zakątków kraju. W innych okolicznościach, EVR sama w sobie stanowiłaby nie lada osiągnięcie inżynieryjne, ale w Elan Valley była zaledwie tymczasowym narzędziem do dalszych prac.

Gdy zaplecze było gotowe, do akcji wkroczyła armia robotników. Pięćdziesięciotysięczna (!) armia, która w dziesięć lat, za sześć milionów funtów zbudowała cztery zapory, 118. kilometrowy akwedukt łączący Elan Valley z Birmingham, i dziesiątki, jeśli nie setki, dodatkowych konstrukcji.

21. lipca 1904 roku, król Edward VII i królowa Alexandra uroczyście odkręcili zawory i woda popłynęła do spragnionego Birmingham. Nie oznaczało to jednak końca projektu. Tylko w Elan Valley prace trwały jeszcze dobrych kilka lat. Ich symbolicznym przypieczętowaniem było rozebranie linii kolejowej w 1912 roku. Ale na realizację wciąż czekał drugi etap przedsięwzięcia – budowa zapór na rzece Claerwen.

W pierwotnych założeniach, budowa drugiej części kompleksu – składającego się z trzech kolejnych zapór – miała zacząć się w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Zmiany projektu i wybuch wojny skutecznie pokrzyżował jednak te plany.

Zatopiona wspólnota

Zapewnienie zaopatrzenia w wodę dla ogromnego Birmingham, oznaczało śmierć dla niewielkiej społeczności zamieszkującej obie doliny. Prawo zatwierdzone przez londyński parlament, nie zakładało opcji sprzeciwu i negocjacji. Mieszkańcy Elan i Claerwen Valley zostali wysiedleni. Ci zamożni – właściciele ziemscy – choć stracili posiadłości, dostali odszkodowanie. Drobni farmerzy, tylko dzierżawiący od nich skrawki ziemi, którzy nierzadko mieszkali tu od pokoleń, zostali z niczym.

Pod wodami sztucznych jezior znalazły się dwa dworki: Cwm Elan i Nantgwyllt. Pierwszy, sto lat przed zalaniem dolin, kupił Thomas Grove i, jak opisywał to ówczesny przewodnik, z “dziesięciu tysięcy bezwartościowych akrów, stworzył raj”. Nantgwyllt House natomiast, od pokoleń związany był ze starym rodem Lewis Lloyd i to wokół niego i jego gospodarzy toczyło się życie w dolinach.

Obie posiadłości łączy postać Percyego Bysshe Shelley – dziewiętnastowiecznego poety romantycznego, który marzył, by osiąść w tych stronach ze swoją… nastoletnią żoną. Cwm Elan należało do jego dalekich krewnych i to najprawdopodobniej podczas wizyt u nich zauroczyły go środkowo walijskie pustkowia. Jako idealne rodzinne gniazdo widział Nantgwyllt. Niestety, trwające kilka miesięcy negocjacje z właścicielami zakończyły się fiaskiem. Podobnie zresztą jak małżeństwo poety.

Oprócz wspaniałych domów w dolinach stało też osiemnaście farm, które choć oczywiście nie tak urodziwe, dla ich mieszkańców były całym światem.

Hetty Price, córka farmera, która w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku mieszkała w dolinie Claerwen, u schyłku życia wspominała “przyjemną szkołę”, stojący niedaleko kościół Nantgwyllt, do którego “brodaty pastor przyjeżdżał konno z Rhayader” i młyn napędzany wodami potoku, który służył jednocześnie jako tartak. W osadzie był też “sklep Setha Thomasa, gdzie było prawie wszystko: mąka, artykuły spożywcze i słoje pełne słodyczy”.

Cały ten świat zniknął pod wodą. W ramach rekompensaty Korporacja Birmingham zbudowała tylko zupełnie nowy Nantgwyllt Church. Choć nie bardzo wiadomo dla kogo. Dziś służy on głównie zabłąkanym wędrowcom, szukającym schronienia przed deszczem, który w tych stronach, niezmiennie, pada zbyt często.

Pięć zapór

Kompleks Elan Valley składa się z pięciu jezior i pięciu zapór. Cztery z nich – Craig Goch, Pen-y-garreg, Garreg Ddu i Caban Coch – przecinają Dolinę Elan, tworząc jeziora o tych samych nazwach.

Pierwsza zapora – stojąca najdalej w górę rzeki – Craig Goch, nazywana czasem “górną tamą”, nie bezpodstawnie uważana jest przez wielu za najatrakcyjniejszą. Jej szczytem prowadzi wąska droga, pod którą przelewają się ogromne masy wody. Dodatkowo zdobi ją niewielka wieżyczka z zielonym, miedzianym dachem. Jej budowę rozpoczęto najpóźniej – dopiero w połowie 1897 roku – bo aż trzy lata zajęło doprowadzenie tu kolei.

Pen-y-garreg, drugą z zapór, zbudowano w miejscu, gdzie bardzo strome zbocza doliny dzieli nie więcej niż dwieście metrów. Podobnie jak pierwszą tamę, zdobi ją niewielka wieżyczka. Prowadzi do niej tunel w jej wnętrzu (!), oświetlony jedynie naturalnym światłem wpadającym przez maleńkie świetliki wbudowane w ścianę zapory. Ścieżka biegnąca praktycznie przy samej podstawie tamy, pozwala poczuć jej potęgę. Szczególnie kiedy przelewająca się woda tworzy ogromny wodospad.

Garreg Ddu – kolejna zapora – jest niezwykła. Wielu zapuszczających się do Elan Valley turystów nie wie nawet, że to zapora i omyłkowo biorą ją za most przecinający jezioro Caban Coch. Tymczasem most opiera się właśnie na podwodnej tamie. Niecodzienna konstrukcja nie jest jednak szalonym wymysłem wiktoriańskich inżynierów, ale ma jak najbardziej praktyczne zastosowanie.

Tuż przed zaporą-mostem Garreg Ddu stoi kolejna malownicza wieża – Foel Tower. To tutaj woda z Elan Valley zaczyna swoją długa drogę do Birmingham. Żeby cały system mógł funkcjonować bez zakłóceń, poziom wody przy Foel Tower musi sięgać przynajmniej jej ujęć w podstawie wieży. I temu służy “zatopiona tama”. W przeszło stuletniej historii kompleksu Elan Valley zaledwie kilka razy zdarzyły się susze tak poważne, że odsłoniły Garreg Ddu, ale właśnie tych kilka razy potwierdziło pomysłowość jej budowniczych.

Ostatnia z zapór – Caban Coch – jest najprostsza spośród całej czwórki. Nie ma żadnych, mniej lub bardziej zbędnych, ozdobników. Ale kiedy przelewa się przez nią woda, tworząc szeroki na ponad sto osiemdziesiąt i wysoki na prawie czterdzieści metrów wodospad, niepotrzebne są żadne dodatki! Caban Coch spełnia podwójną rolę. Pierwsza, oczywista, to zatrzymanie wody w jeziorze Caban Coch. Druga to zapewnienie stałego poziomu wody w rzecze Elan, będącej jednym z głównych dopływów rzeki Wye, z którą łączy się mniej więcej dwa kilometry od tamy.

Choć każda z zapór na rzece Elan jest na swój sposób wyjątkowa, łączy je niezwykła, jak na typowo przecież użytkowe konstrukcje, estetyka, tak zwanego “birminghamskiego baroku”. Wieżyczki, kamienne progi efektownie rozcinające spływającą po nich wodę, wszystkie dodatkowe budynki techniczne, kościół Nantgwyllt zbudowany w zamian za zatopioną świątynię, masa detali, a nawet żeliwne ogrodzenia… Zadbano o najdrobniejsze szczegóły! Dziś prawdopodobnie nikt by sobie nie pozwolił na takie fanaberie, ale wiktoriańskie Imperium, w którym słońce nigdy nie zachodziło, mogło. Warto też wspomnieć, że kamień, którym olicowano tamy i wszystkie budynki w dolinie, sprowadzano aż z Glamorgan na południu Walii, co tylko potwierdza rozmach budowniczych. Lokalnego, zbyt miękkiego kamienia, używano jedynie do wypełnienia wnętrza konstrukcji.

Oryginalny projekt kompleksu Elan Valley, jak już wyżej wspomniano, zakładał budowę kolejnych trzech zapór na dopływie Elan – rzece Claerwen. Rozpoczęcie tego etapu planowano na lata trzydzieste ubiegłego stulecia. Z różnych powodów budowę jednak odwlekano. Aż do dramatycznej suszy z 1937 roku, kiedy zapasy wody spadły do alarmowo niskiego poziomu. Wtedy też pojawił się pomysł, żeby zamiast trzech mniejszych, zbudować jedną, potężną tamę. Ale gdy dopracowywano ostatnie szczegóły, wybuchła wojna i projekt na kolejnych kilka lat trafił do szuflady.

Budowa Claerwen Dam rozpoczęła się w 1946 roku, przeszło pół wieku po tym, jak pierwsi robotnicy pojawili się w Elan Valley. Ogromny skok technologiczny jaki dokonał się w tym czasie, zupełnie nowe materiały i maszyny, wojenne doświadczenia inżynierów… Wszystkie te czynniki sprawiły, że wznoszenie ostatniej tamy wyglądało zupełnie inaczej, niż jej mniejszych sąsiadek. Zaledwie czterystu siedemdziesięciu robotników (“zaledwie” w porównaniu do pięćdziesięciu tysięcy, którzy uwijali się w sąsiedniej dolinie), potrzebowało sześciu lat, na wzniesienie największej w swoim czasie zapory w Europie. The big “C”, jak bywa nazywana, wznosi się na pięćdziesiąt sześć metrów i ma ponad trzysta pięćdziesiąt metrów długości. Kolos!

Co ciekawe, mimo że Claerwen Dam zbudowano z betonu, jej projektanci chcieli by “pasowała” do reszty zapór i za dodatkowym, niemałym kosztem, obłożono ją ręcznie obrabianym kamieniem. Zadanie to trzeba było zlecić setce włoskich kamieniarzy, bo większość brytyjskich pracowała w tym czasie przy odbudowie Londynu z wojennych zniszczeń.

Oficjalne otwarcie tamy, 23. października 1952 roku, było jednym z pierwszych monarszych zadań, koronowanej ledwie kilka miesięcy wcześniej, królowej Elżbiety II.

Dla ścisłości, wspomnieć można o jeszcze dwóch zaporach, które uważne oko wypatrzy w Elan Valley. Pierwszą – Nant-y-Gro – zbudowano przy okazji wznoszenia Elan Village i jej głównym zadaniem było zaopatrzenie osady w wodę. A zapotrzebowanie musiało być całkiem spore w czasie gdy mieszkały tam tysiące robotników. W czasie II Wojny Światowej, na nieużywanej już wówczas tamie, wojskowi saperzy testowali tak zwane bomby skaczące, których później skutecznie używano do niszczenia zapór w niemieckim Zagłębiu Ruhry. Druga – Dol-y-mynach – to właściwie nie tama, a jedynie jej całkiem pokaźny fundament. Powstał na rzece Claerwen w tym samym czasie co zapory w Dolinie Elan. Dol-y-mynach miała być jedną z trzech zapór na tej rzece, ale po zalaniu sąsiedniej doliny, miejsce w którym planowano ją postawić, również znalazłoby się pod wodą. Jak wiadomo, plany się zmieniły, ale solidny fundament został.

Jak to działa?

Biorąc pod uwagę ogromny nakład pracy i środków jakie zainwestowano w Elan Valley, zaskakująca jest w gruncie rzeczy prostota z jaką działa cały system. Padający w tych stronach dość często i obficie deszcz, rzekami i strumieniami wypełnia pięć sztucznych jezior. Te są w stanie pomieścić około miliarda litrów wody. Jej nadmiar, tyleż zwyczajnie co widowiskowo przelewa się przez zapory i zasila rzekę Wye.

Do Birmingham, dla którego zbudowano cały kompleks, woda z dolin Elan i Claerwen płynie liczącym 118 kilometrów długości akweduktem. Geniusz projektu polegał na tym, by płynęła swobodnie, bez konieczności jej pompowania. Udało się to osiągnąć ustawiając ujęcie wody tuż przy podwodnej zaporze Garreg Ddu, w podstawie niepozornej Foel Tower. Wieża stoi dokładnie pięćdziesiąt dwa metry wyżej niż Frankley Reservoir w Birmingham, do którego spływa woda z Elan Valley. Pokonanie całej trasy zajmuje jej dwa dni. W tym czasie walijska deszczówka jest wielokrotnie oczyszczana i filtrowana, co jednak nie wpływa na jej, wyjątkową podobno, miękkość.

Sam akwedukt nie jest szczególnie widowiskowy. Właściwie tylko na kilku odcinkach – głównie kiedy przecina kolejne doliny – jest w ogóle widoczny. Poza tym wije się w zależności od ukształtowania terenu, często znikając w wielokilometrowych tunelach.

Jako sposób na dodatkowe wykorzystanie zapór Elan Valley, kilkanaście lat temu wszystkie wyposażono w turbiny prądotwórcze. Ich całkowita produkcja to nieco ponad cztery megawaty. Wystarczająco by zainteresować europejską filię rosyjskiego koncernu energetycznego Gazprom.

Natura i dzieło człowieka

Jest niemałym paradoksem, że Elan Valley, dzieło rąk ludzkich, ogromne przedsięwzięcie inżynieryjne, które bezpowrotnie zniszczyło lokalną wspólnotę i całkowicie zmieniło istniejący od tysięcy lat krajobraz, kilka dekad później stało się symbolem dzikiej natury, do której ciągną mieszczuchy z odległych zakątków Wysp. Kiedy sto lat temu zbocza dolin Elan i Claerwen odbijały echem eksplozje poruszające góry i sapanie parowozów mozolnie ciągnących wagony wyładowane cementem i kamieniami, raczej niewielu przyszło do głowy, że właśnie powstaje jeden z najbardziej malowniczych zakątków Walii, “walijska kraina jezior”.

Dzisiaj większość ze stu osiemdziesięciu kilometrów kwadratowych Elan Estate (jak formalnie nazywa się cały ten obszar) należy do jednego z dwunastu obszarów chronionych (ang.: Site of Special Scientific Interest). Wydzielono je w zależności od specyfiki ekosystemu. Znaleźć tu można wrzosowiska (moorland), mokradła (bog), rzadkie lasy (woodland) i, oczywiście, rzeczne doliny, wąwozy i jeziora. Całość jest praktycznie bez ograniczeń dostępna dla miłośników włóczęgi, bo – to ciekawostka – Birmingham Corporation Water Act z 1892 roku, zabrania stawiania płotów na otwartych wzgórzach. Niżej co prawda kilka się znajdzie, ale wyznaczonych i dobrze utrzymanych ścieżek też nie brakuje.

Trzynastokilometrowy Elan Valley Trail, na trasie którego uwzględniono wszystkie jeziora Doliny Elan (ale nie Claerwen), choć dość długi, jest łatwy i prawie dla każdego. Można go też, z niewielkimi detourami, przejechać rowerem lub konno.

Bardziej ambitni powinni wybrać się do Doliny Claerwen, a właściwie na górujące nad nią wzgórza. Oprócz uczucia bycia na absolutnym pustkowiu i doskonałych widoków, można tu też znaleźć kilka prehistorycznych kamieni (standing stones), ustawionych w tajemniczych celach, przez zamieszkujących te strony tysiące lat temu ludzi. Szczególnie śnieżnobiały, kwarcowy Pen Maen Wern na wzgórzu o tej samej nazwie, dosłownie, olśniewa. Stojący kilkaset metrów od niego Waun Lydan jest nieco mniej spektakularny, ale panorama jaka się wokół niego rozpościera zadowoli każdego.

Odważni, czyli niebojący się owiec, mogą też spędzić noc na wzgórzach. Od kilku lat Elan Valley cieszy cię statusem International Dark Sky Park, co oznacza, że nocne niebo, o ile nie zachmurzone, oferuje niepowtarzalny gwiezdny spektakl.

W niebo powinni też spoglądać miłośnicy ptaków, bo Elan Estate jest największym w Walii siedliskiem ptactwa lądowego. To tu, w latach trzydziestych ubiegłego wieku, schroniły się ostatnie sztuki kani rudej (red kite), i tu zapoczątkowano program jej reintrodukcji. Gdyby nie to, ten majestatyczny drapieżnik prawdopodobnie nie byłby dziś jednym z symboli Walii.

I kto wie, jak dziś wyglądałyby te strony, gdyby przeszło sto lat temu, brutalnym dekretem z Londynu, nie zarządzono budowy kompleksu Elan Valley? Zapewne malowniczo, ale czy aż tak?

____________
Informacje praktyczne:

Elan Valley leży w samym środku walijskiego pustkowia i, jak łatwo się domyślić, niełatwo tu dotrzeć. W każdym razie nie transportem publicznym. Jedyną rozsądną opcją jest dojazd autobusem do Rhayader, a dalej taksówką, rowerem (w miasteczku działała swego czasu wypożyczalnia przy sklepie rowerowym), lub pieszo (znamy takich, którzy próbowali!).

Dojazd autem jest dość prosty. Trasą A44 (od strony Aberystwyth lub z Anglii), albo A470 (od południa lub z północy) do Rhayader, a następnie kilka kilometrów drogą B4518. Kod do nawigacji (doprowadzający prawie (!!!) do Visitor Centre): LD6 5HP. Grid reference dla korzystających z map Ordnance Survey: SN 928 646.

Przy zaporze Caban Coch (pierwszej od strony Rhayader) znajduje się Visitor Centre. Można tu znaleźć informacje na temat kompleksu i niewielką wystawę na temat jego budowy, jak również zjeść lub wypić coś ciepłego i wynająć rowery.

Przy każdej z zapór są parkingi, przy Claerwen i Pen-y-garreg dodatkowo wyposażone w toalety.

Tuż za mostem Pen-y-bont znaleźć można niewielki tea room oferujący też zakwaterowanie.

Kreatywny transfer dóbr w Port Eynon

Kilka stuleci temu jedną z najpopularniejszych profesji w południowej Walii był kreatywny transfer i dystrybucja dóbr, znane również pod niesympatyczną alternatywną nazwą “przemyt”.

Pomysłowość panów dystrybutorów była nieograniczona; do dziś zachowało się m.in. takie oto sprytnie wbudowane w klif centrum dystrybucyjno-logistyczne, przez niektórych określane jako “dziupla przemytnicza”. Klif skutecznie maskował przybytek przed wścibskim zainteresowaniem służb oraz przypadkowych przechodniów. Dostęp wymaga pewnej akrobatyki, ale warto się potrudzić, bo wrażenie jest dość niesamowite.

Port Eynon, Culver Hole

Dziupla nosi oficjalną nazwę Culver Hole. Słówko culver pochodzi ze staroangielskiego i oznacza gołębia; hole to oczywiście dziura w czymś. Gołębie to w dzisiejszych czasach prawdopodobnie jedyni mieszkańcy Culver Hole. Nie trzeba jednak wierzyć tej informacji na słowo. Jeśli masz odwagę i jesteś dość wysportowany, możesz wspiąć się do Dziupli po linie i sprawdzić, czy aby na pewno nie zapodziało się tam jakieś nierozdystrybuowane dobro.

Jak dostać się do tego miejsca? Znajduje się ono na Półwyspie Gower blisko miejscowości Port Eynon. Przy dojściu do  plaży należy skierować się w prawo i udać się na spacer krawędzią klifu. W pewnym momencie zauważysz niedużą ścieżkę zmierzającą w dół, i przecinającą klif mniej-więcej w połowie. Dalej będzie trochę skał i głazów, więc zachowaj ostrożność. Warto się troszkę pogimnastykować, bo satysfakcja eksploratorska gwarantowana, zwłaszcza, że nawet Walijczycy często o tym miejscu nie słyszeli. Podejrzewam, że w czasie odpływu można dojść do Culver Hole plażą, ale nie sprawdzałam.

Samo Port Eynon nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza szeroką plażą, ale znajduje się w nim także inna lokalna atrakcja, może nie aż tak ciekawa jak Culver Hole, ale można rzucić okiem. To ruiny Salt House z XVIII wieku, przybytku, którego oficjalnym przeznaczeniem była “ekstrakcji soli z wody morskiej”. W rzeczywistości, zgodnie z lokalną tradycją, miejsce służyło za przemytniczą melinę paserską.  Ruiny znajdują po drodze do Culver Hole i można je sobie odwiedzić bezpłatnie.

pe

Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA3 2AP.

Ostatni zamek na Wyspach

Kompleks okrągłych wież obronnych z Nantyglo, to jeden z najciekawszych, a jednocześnie wyjątkowo mało znany pomnik burzliwych początków rewolucji przemysłowej w Walii. Dowód brutalnego ścierania się interesów bajecznie bogatych przemysłowców i żyjących w nędzy, budujących ich fortuny robotników.

W 1801 roku parafia Aberystruth, w której leży Nantyglo, liczyła zaledwie 805. mieszkańców. Trzydzieści lat później, było ich już prawie sześć tysięcy! Takiego przyrostu nie zanotował żaden inny region na Wyspach. Migrantów przyciągał przede wszystkim potężny zespół hut i odlewni żelaza Nantyglo Ironworks. W okresie największego rozwoju był to jeden z największych i najważniejszych kompleksów metalurgicznych na całym świecie, specjalizujący się w produkcji szyn dla szybko rozwijających się kolei brytyjskich i amerykańskich.

Ale sukces i potęga Nantyglo Ironworks zbudowana była na niewyobrażalnym dziś wyzysku pracowników, fatalnych warunkach ich pracy i niemal niewolniczych stosunkach panujących między właścicielami a robotnikami. Płace, i tak na możliwie minimalnym poziomie, były obniżane przy każdym wahnięciu koniunktury. Wszelka działalność związkowa mająca na celu walkę o poprawę warunków pracy była zabroniona, pod groźbą kary więzienia. Strajki i demonstracje niezadowolenia były brutalnie pacyfikowane. W nieczęstych przypadkach, gdy robotnikom udało się skutecznie wstrzymać produkcję, do pracy sprowadzano łamistrajków z Irlandii, napuszczając jednocześnie obie rozpaczliwie ubogie grupy na siebie.

Właściciele Nantyglo Ironworks, byli też właścicielami domów, w których mieszkali robotnicy. Jakikolwiek bunt prowadzący do utraty pracy, oznaczał więc również utratę, i tak często dziurawego, dachu nad głową.

Innym sposobem ekonomicznego wyzysku pracowników, były sklepy zakładowe, w których istniała możliwość kupowania na kredyt, lub za żetony zastępujące pieniądze, w okresach słabszej koniunktury. Ceny w tych sklepach były jednak znacznie wyższe niż w normalnych sklepach, ale pozbawieni gotówki robotnicy byli na nie skazani. Długi sklepowe potrącane były z pensji jeszcze przed ich wypłaceniem, tak, że czasem pracownicy nie tylko nie otrzymywali żadnej zapłaty, ale kończyli tydzień “na minusie”.

W takich warunkach, mimo gróźb i represji, do wybuchów niezadowolenia dochodziło i dochodzić musiało. Rodziło to całkiem uzasadnione lęki właścicieli o bezpieczeństwo własne i swojego majątku.

Kiedy w 1816 roku dwaj bracia-przemysłowcy Joseph i Crawshay Bailey – właściciele Nantyglo Ironworks – zapowiedzieli kolejne cięcia płac, całe zagłębie ogarnęły zamieszki. Pod presją wydarzeń Bailey’sowie wycofali się z pomysłu, ale wyraźnie przestraszyli się robotniczego gniewu. By się przed nim zabezpieczyć, zbudowali ostatnie na Wyspach prywatne fortyfikacje – the Nantyglo Round Towers/Okrągłe Wieże z Nantyglo.

Obie wieże przetrwały do dziś. Północna, jeszcze kilka dekad temu była zamieszkała. Dzięki temu zachowało się wiele z jej oryginalnego wyposażenia. Dwupiętrową, podpiwniczoną i dobrze wentylowaną budowlę o średnicy przeszło dziewięciu metrów, wzniesiono z kamienia. Ściany przy podstawie miały 130 centymetrów grubości. Większość skromnych zdobień i elementów konstrukcyjnych wykonano z żeliwa. Żeliwne były również okienne ramy, okiennice i potężne drzwi z otworami strzelniczymi.

Południowa wieża, nieco większa, w swoim czasie prawdopodobnie wygodniejsza i o lepszym standardzie, przetrwała w znacznie gorszym stanie. W latach czterdziestych ubiegłego wieku została częściowo rozebrana i pozbawiona praktycznie wszystkich elementów metalowych.

Częścią tego obronnego kompleksu były również zabudowania gospodarcze, w tym stodoła, której cała konstrukcja, łącznie z więźbą dachową wykonana jest z żeliwa. To jedyny znany przykład takiej konstrukcji na świecie! Całość zaś, otoczona była potężnym murem z żeliwnymi bramami.

Nie zachowały się żadne relacje potwierdzające wykorzystanie wież w celu, w jakim zostały wzniesione. Wiadomo, że podczas licznych w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku niepokojów, skoszarowano w nich siły porządkowe. W południowej wieży mieszkał też prawdopodobnie zarządca posiadłości Bailey’sów w Nantyglo.

Nantyglo Round Towers pozostają jednak potężnym świadectwem z jednej strony lęku bogatych przemysłowców, z drugiej – frustracji, jakie gotowały się w robotnikach. To wyjątkowo namacalny dowód bolesnych narodzin nowoczesności.

____________
Informacje praktyczne:

Cały zespół Nantyglo Round Towers znajduje się w prywatnych rękach i jest generalnie zamknięty dla zwiedzających (choć zdarzają się wyjątki i “dni otwarte”), ale doskonale widać je z drogi.

Kod pocztowy do nawigacji: NP23 4QS (Nantyglo, Ebbw Vale, Blaenau Gwent)
Grid ref.: SO1810 (dla korzystających z map Ordnance Survey)

Postindustrialna Walia

Najnowsza historia Walii to rewolucja industrialna, narodziny silnej walijskiej gałęzi Partii Pracy, strajki i likwidacja przemysłu. No i ostatnie trzydziestolecie, w którym kraj na nowo próbuje odnaleźć swoją tożsamość i uporać się z balastem negatywnego dziedzictwa po bezwzględnych rządach pani Thatcher.

Mniej więcej do XVIII wieku Walia była głównie krajem rolniczym. Ale miejsce tak bogate w surowce naturalne, szczególnie węgiel, nie mogło pozostać niezauważone przez szukających tanich sposobów wydobycia i przetwórstwa wiktoriańskich przemysłowców. Rewolucja przemysłowa nie rozpoczęła się w Walii, ale szybko ogarnęła zwłaszcza jej południową część. Pierwszym typowo przemysłowym miastem było Merthyr Tydfil. “Pożar” industrii szybko ogarnął m.in. Swansea, Llanelli i Neath oraz Doliny (Valleys). Na potrzeby głównie transportu i przemysłu stoczniowego powstało nowe portowe miasto, które z czasem otrzymało rangę stolicy – Cardiff.

Przemysł potrzebował rąk do pracy, więc chętnie witano imigrantów z różnych stron świata. Wielokulturowość Cardiff jest po części rezultatem tamtych czasów. Praca w przemyśle, a zwłaszcza w kopalniach nie należała do łatwych ani oszałamiająco dobrze płatnych, ale często pozwalała żyć na wyższym poziomie niż jakakolwiek inna. Ciężkie warunki pracy i życia sprzyjały rozwojowi silnego poczucia wspólnoty w lokalnych społecznościach. Sprzyjały również rozwojowi ruchów robotniczych, związków zawodowych oraz uformowaniu się silnego lewicowego zaplecza kraju (Labour). Skupiająca majętnych ludzi partia konserwatywna (Tories) nigdy nie miała w Walii szczególnego wzięcia.

Druga połowa dwudziestego wieku przyniosła głównie przerażające słowo: nierentowność. Nagle okazało się, że węgiel można taniej importować (np. z Polski lub z Chin). Że pojawiają się alternatywne źródła energii. Kopalnie poddane zostały drakońskim redukcjom, a następnie pozamykane. W latach 80-tych przez kraj przetoczyła się ogromna długotrwała fala strajków; lokalne społeczności zostały w okrutny sposób rozdarte między strajkujących i łamistrajków. Tysiące pracujących nierzadko od kilku dekad ludzi stanęło oko w oko z biedą. Ogromny przemysł praktycznie zniknął z powierzchni ziemi.

Wkrótce, zwłaszcza do Dolin, którym nagle odebrano sens istnienia i perspektywy na przyszłość, zawitały wszelkie patologie społeczne. Całe pokolenia ugrzęzły w życiu na koszt państwa (tzw. benefit culture), początkowo z konieczności, a potem z przyzwyczajenia. Pojawiły się narkotyki, zaroiło się od samotnych nieletnich matek. Oczywiście nie wszystkie Doliny borykają się z tymi samymi problemami i na taką samą skalę; ale Walia jest wciąż w fazie wychodzenia z kryzysu i poszukiwania nowych pomysłów na siebie; jednym z nich jest rozwój turystyki.

Z perspektywy turysty, czy może bardziej eksploratora, pieszego czy rowerowego, industrialna przeszłość Walii to źródło wielu interesujących odkryć. Pamiątki po industrialnej przeszłości to nie tylko kilka muzeów, z których najsłynniejsze to Big Pit, ale przede wszystkim odkrywane przypadkiem w lasach “schody donikąd”,  opuszczone wagoniki kolejowe, częściowo zdemontowane tory kolejowe, kamienne lub ceglane mosty, które do niczego już dziś nie służą, jeziorka o niezwykłym szmaragdowym kolorze, rezultacie działalności najróżniejszych minerałów i surowców naturalnych. Niejedno miejsce po kopalni odkrywkowej zostało zagospodarowane i zregenerowane jako park krajobrazowy lub rezerwat. Powoli odrastają lasy spalone w wielkich piecach industrii. Oblicze kraju wraca powoli do stanu sprzed rewolucji przemysłowej.

Spacerując po rezerwatach południowej Walii warto rozglądać się dookoła, a nawet zejść na chwilę z utartego leśnego szlaku. Nigdy nie wiadomo jaki skarb z przeszłości wpadnie nam w oko.

Ironbridge – pod patronatem UNESCO

Ironbridge

Jest takie miasteczko na pograniczu, w angielskim hrabstwie Shropshire (West Midlands), które nazywa się Ironbridge. Znane jest głównie z wynalezienia wielkiej rewolucji przemysłowej. Tak przynajmniej przechwala się lokalna informacja turystyczna; inne źródła wspominają o miasteczku tylko jako jednym z wielu ognisk zapalnych rewolucji. W każdym razie, gdziekolwiek ognia nie rozpalono, woda wrzała również w Ironbridge. Dla niezorientowanych: rewolucja przemysłowa wynalazła tanie sposoby wytwarzania żelaza, zamieniła produkcję ręczną na maszynową, i położyła podwaliny pod zmorę naszych czasów: agresywny kapitalizm oparty na redukcji kosztów i maksymalizacji zysków. Symbolem narodzin nowej ery w Ironbridge był most, od którego pochodzi nazwa miejscowości; pierwszy na świecie most wykonany z żelaza. Oddany do użytku w 1781, do dziś zachwyca łukową konstrukcją elegancko rozciągniętą ponad rzeką Severn. W tamtych czasach otwarcie takiego mostu było wydarzeniem o randze pierwszego lotu w kosmos. Świat na moment osłupiał w zachwycie, po czym rzucił się w wir obłąkanego wyścigu o prymat w postępie technicznym.

dsc_0037Ironbridge miało swój okres wiktoriańskiej prosperity, a potem, w okolicach połowy XX wieku, swój okres upadku. Z postindustrialnego marazmu wyrwało je UNESCO, obejmując most i okolicę swoim patronatem jako część światowego dziedzictwa kulturalnego. Co oczywiście przyciągnęło w te okolice masową turystykę, wydajnie podnosząc poziom życia mieszkańców, thank you very much.

IronbridgeSpacerując po okolicy, w której przyjemna dla oka architektura miesza się z pozostałościami po industrialu, można niemal przenieść się w czasie. Zwłaszcza jesienią, kiedy opadające liście i dym z domowych kominków pięknie odtwarzają wspomagają atmosferę świata, który już dawno przeminął.

Od razu uprzedzam: pół dnia to za mało na Ironbridge. W okolicy jest chyba ze sześć różnych muzeów, a na dokładkę wiktoriańskie miasteczko, w którym panie noszą długie kiece i kapelusze ze wstążkami, a panowie cylindry. Wszystkie muzea są płatne; jeśli zależy ci, żeby jak najwięcej zobaczyć to warto zastanowić się nad zakupem biletu zbiorowego (dość drogi). Natomiast zupełnie za darmo możesz włóczyć się po miasteczku i okolicy oraz przejść się mostem-celebrytą. W trakcie włóczenia się po okolicy można natknąć się np. na nietypowy cmentarzyk quarków, na którym chowają każdego, niezależnie od religii, poglądów czy stosunku do serów pleśniowych; trzeba tylko wyrazić życzenie, i stajemy się małą tabliczką pod płotem. I już.

IronbridgeCiekawostka: chodniki w Ironbridge mają żelazne krawędzie, które dodają miasteczku szyku i pięknie podkreślają jego imponującą przeszłość.

IronbridgeOrientacyjny kod pocztowy dla sat navu: CF8 7JP. Najlepiej zaparkować poza miasteczkiem na parkingu Park&Ride i skorzystać z taniego autobusu. To bardzo wygodna i popularna opcja. Wszelkie przydatne informacje transportowe, ceny biletów wstępu itp. można znaleźć tutaj.

Dla wielbicieli dziwów

Cwmystwyth, Cwm Elan

elan valley

Dolina Elan w środkowej Walii to miejsce szczególne, o którym będziemy jeszcze pisać szerzej. To 180 km wzgórz i sztucznych zbiorników wodnych stanowiących imponującą spuściznę po wiktoriańskich inżynierach; sposób w jaki potrafili wpisać całe to ogromne przedsięwzięcie w krajobraz nie tylko nie szkodząc mu, ale nawet wzbogacając wizualnie zasługuje na podziw i szacunek.

Elan Valley to jeden z najrzadziej chyba zaludnionych rejonów Walii; długo można jechać i nie spotkać drugiego samochodu. Momentami ma się wrażenie jakiegoś cudownego uroczyska. Szczególnie w takich miejscach jak Cwmystwyth [czyt. kumystłyf], wieś uważana za położoną w samym centrum Walii.

cwm

W dawnych, dawnych czasach Cwmystwyth była niezwykle ważna; jej pozycja była związana z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec XIX-go/na początku XX-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z Wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani; świadomość tego tylko dodaje okolicy tej szczególnej atmosfery. Relatywnie niewielka część wsi przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego.

Jednak jedyni żywi ludzie, których ja spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim. Z dumą stwierdzam, że duch pielgrzymów-eksploratorów w narodzie żyje i ma się nieźle.

Orientacyjny kod pocztowy dla sat navu: SY23 4AE.

Afan Forest Park – na nogach i rowerem

mapka-afanAfan Forest Park, znany też jako Afan Argoed Country Park [wym. awan argojd],  znajduje się w hrabstwie Neath Port Talbot w południowej Walii mniej więcej w pół drogi z Maesteg do Port Talbot. Nazwa Afan Argoed w dosłownym tłumaczeniu z walijskiego oznacza rzekę przy lesie i jest jak najbardziej adekwatna. Są lasy, jest dolina, dnem której płynie rwąca rzeka; a wszystko razem otacza wianuszek niewysokich ale malowniczych wzgórz.

Park służy tak wędrowcom jak i rowerzystom; jest znany w całym kraju ze swoich znakomitych wyspecjalizowanych tras123 rowerowych dla ‚górali’. Szlaki charakteryzuje zróżnicowana trudność, czyli dla każdego coś miłego. Kiedyś w tej okolicy kwitł przemysł, po którym pozostało sporo śladów, np. pozostawione tu i ówdzie malownicze perony kolejowe, nieczynne wiadukty, metalowe mosty itp

Park jest świetnie zorganizowany. Operuje w nim kilka centrów turystycznych, z których najważniejsze to Afan Forest mapka-afan21Park Visitor Centre. Parking przy nim kosztuje obecnie £1 za cały dzień; przy parkingu są ubikacje, prysznice oraz możliwość umycia roweru (rowerzyści górscy na pewno docenią tę informację). W centrum działa kafeja oraz mini muzeum górnictwa (częściowo na zewnątrz) jak DSC_0066również punkt informacyjny. Możliwe jest zakwaterowanie bez wyżywienia. Drugim centrum jest Glyncorrwg Mountain Bike Centre we wsi Glyncorrwg, oferujące m.in. pole namiotowe usytuowane w pięknych okolicznościach przyrody, kafeję, sklep ze sprzętem rowerowym, itp. Kolejnym miejscem z którego można zacząć spacery to Rhyslyn Car Park w miejscowości Pontrhydyfen, znanej głównie z tego, że urodził się w niej Richard Burton (ten od Elizabeth). Fakt posiadania celebryty nie jest jakoś niesamowicie wyzyskiwany przez wieś; wytyczono szlak imienia Burtona, postawiono metalową rzeźbę, a w jednym z miejsc piknikowych stoi głośnik z którego dobiega charakterystyczny głos aktora czytającego poemat Dylana Thomasa, walijskiego poety narodowego.

13Oprócz lokalnej celebryckiej ciekawostki ta okolica oferuje również bardzo ładne leśne szlaki spacerowe, w typ japoński ogród (czy może raczej park), szczególnie atrakcyjny jesienią.

5

Nie będę podawać tu szczegółów tras, bo wydaje mi się, że najlepiej jak każdy sam stopniowo zorientuje się co i jak, czy woli odkrywać park na nogach, czy jednak skorzystać z tras rowerowych, i czy bardziej go interesuje wspinanie się na górki czy spacer przez las. Poza tym informacje o szlakach i trasach można otrzymać w Centrum albo znaleźć na stronie internetowej Parku (podaję poniżej). Jeśli już zupełnie nie wiesz dokąd pójść, po wyjściu z parkingu i stojąc twarzą do kafei skieruj się prawo, a następnie przejdź pod mostem (na zdjęciu u samej góry). Znajdziesz tam kilka drogowskazów, na początek możesz po prostu iść asfaltową dróżką w prawo. Uważaj na wyspecjalizowane ścieżki dla rowerzystów, mają oni na nich pierwszeństwo  i generalnie najlepiej je omijać, bo tzw. pasjonaci często gnają po nich na złamanie karku.

Afan Forest Park

56dsc_0040

Zmierzyć się z Taff Trail

Taff Trail Taff Trail to jeden z najbardziej znanych, najlepiej zorganizowanych i opisanych szlaków w Walii. Jego nazwa pochodzi od rzeki Taff, jednej z głównych walijskich rzek, wzdłuż której w dużej części szlak przebiega. Nawiasem mówiąc, Taffy to również żartobliwe (czasem ironiczne) określenie Walijczyka. mapka-taff-trailTaff Trail zaczyna się w Cardiff Bay, następnie biegnie głównie lasami i wzdłuż zlikwidowanych torów kolejowych do Merthyr Tydfil. To część szlaku naznaczona jest dość gęsto pamiątkami po industrialnej przeszłości tych okolic, np. różnego rodzaju wiaduktami, tunelami itp; znakomita większość przebiega po drogach wolnych od ruchu samochodowego.
bnhBeFunky_P1090800Za Merthyr Tydfil zaczyna się bardzo malownicza i zdecydowanie bardziej wymagająca górska część trasy. Szlak przebiega przez Brecon Beacons, górski park narodowy. Kilka mil przed Brecon szlak łączy się z kanałem Brecon-Abergavenny i łagodnie finiszuje w samym centrum miasteczka.
24581
7Szlak jest popularny tak wśród rowerzystów, jak i pieszych. Mało kto pokonuje go za jednym podejściem; na nogach jest to praktycznie niemożliwe, chyba, że ktoś ma fantastyczną kondycję. Najlepiej podzielić go sobie na segmenty i łagodnie eksplorować. Właściwie przy każdym ‚oficjalnym’ segmencie trasy można gdzieś zaparkować. Segmenty można zobaczyć np. o, tutaj. Warto zwrócić szczególną uwagę na małą miejscowość Aberfan, w której znajduje się cmentarz upamiętniający ofiary katastrofy z 1966r, w której na skutek zejścia lawiny z kopalnianej hałdy zginęło 116 dzieci z miejscowej szkoły. Echa tragedii są wciąż niesamowicie żywe wśród lokalnej społeczności; każdy mieszkaniec tego kraju o niej słyszał.  Białe pomniki są widoczne z trasy, ale warto się tam zatrzymać na chwilę refleksji.
aberfCo prawda wzdłuż Taff Trail można co rusz napotkać jakąś kafeję lub pub, w których można uzupełnić utracone kalorie, ale na etap górski zalecam posiadanie chociażby jakiegoś batona energetycznego; a już na pewno nie wolno zapominać o butli z wodą. Przypominam też nienachalnie o zwracaniu uwagi na zmienną aurę. Ostatecznie to góry, chociaż nieprzesadnie wysokie; zawsze trzeba być przygotowanym na pogorszenie pogody.
To bardzo przyjemny i satysfakcjonujący szlak.
______________
Info praktyczne:
Lokalizacja szlaku: Walia południowa, pomiędzy Cardiff i Brecon, szlak biegnie m.in. przez park narodowy Brecon Beacons.
Trasa pokrywa się z krajową ścieżką rowerową nr 8.
Rodzaj szlaku: pieszy i rowerowy, początkowo nizinny, przechodzący w górzysty.
Trudność: początkowo łatwy, potem coraz bardziej wymagający.
Dystans: całość 55 mil = 88 km.
Udogodnienia: dość częste parkingi, w miejscowościach wzdłuż szlaku kafeje i toalety.
 DSCN3092

Walijski Top 10 [według Marcina]

Wybór dziesięciu najciekawszych miejsc w Walii graniczy z niemożliwością. Z setką byłoby zapewne łatwiej. Ale na początek, na zachętę, musi wystarczyć ta dziesiątka. To oczywiście mój [Marcin] całkowicie subiektywny wybór i “naj” na teraz. Bardzo prawdopodobne, że jutro, czy za tydzień, ten “top 10” wyglądałby inaczej. Znajdziecie tu wszystko to, czego w Walii warto szukać: fantastyczne wybrzeże, surowe góry i malownicze doliny, tajemnicze megality, kamienne zamczyska, gwarne miasteczka i w końcu ślady bezlitosnej eksploatacji tej krainy, które coraz bardziej zrastają się z naturą.

1. Aberystwyth, Ceredigion

Kiedy po kilkudziesięciu kilometrach morderczych zakrętów, wijących się przez pustkowia środkowej Walii, wjeżdża się do Aberystwyth, można zrozumieć, czym dla wędrujących po pustyniach karawan były zielone oazy. Jedyne miasto z prawdziwego zdarzenia w tej części kraju, oferuje wszystko, czego spragniony wędrowiec może oczekiwać.

Obecność uniwersytetu gwarantuje bogate życie nocne, ale i całkiem przyzwoita ofertę kulturalną. Biblioteka Narodowa, choć to raczej atrakcja dla niewielu, oferuje największy na świecie wybór książek w języku walijskim.

Nieco mniej wymagający znajdą tu ruiny średniowiecznego zamku, zabudowaną kolorowymi domami nadmorską Promenadę i trzeszczącą dziewiętnastowieczną kolejkę klifową, która wspina się na Constitution Hill – świetny punkt widokowy na miasto i okolicę. Inna kolejka – Vale of Rheidol Railway – ciągnięta przez zabytkowy parowóz, wyrusza z Aberystwyth w dwudziestokilometrową podróż do Doliny Rheidol, od natłoku kopalni mniej lub bardziej szlachetnych metali, nazywaną kiedyś “walijską Kalifornią”.

Główna miejska plaża nie jest może najbardziej malowniczą plażą w kraju, który ma półtora tysiąca kilometrów wybrzeża, ale kilka kroków w dół czy w górę od Aberystwyth, można znaleźć prawdziwe cuda.

Cuda można też znaleźć w Aberystwyth Arts Centre, Ceredigion Museum i wielu sklepikach-galeriach ukrytych w ciasnych uliczkach odbijających od Promenady.

Więcej o Aber: Aberystwyth – Oaza na środkowo-walijskim pustkowiu

2. Bryn Cader Faner, Harlech, Snowdonia NP

Nazywany czasem, może trochę na wyrost, “walijskim Stonehenge” krąg kamienny Bryn Cader Faner, choć bezdyskusyjnie imponujący, jest atrakcją dla fascynatów prehistorii. Wzniesiony w epoce brązu – co najmniej cztery tysiące lat temu – z kamieniami układającymi się w kształt korony, robi oszałamiające wrażenie. Znów… Prawdopodobnie tylko na fascynatach prehistorii.

Ale już długi szlak jaki do niego wiedzie, powinien zadowolić każdego. W najdłuższej i najbardziej polecanej wersji, biegnie starożytnym traktem u podnóża pasma Rhinogs, mijając kolejne prehistoryczne zabytki: kilka standing stones, grodzisko z epoki brązu i dwa mniejsze kamienne kręgi. Przede wszystkim jednak, szlak oferuje jedne z najlepszych (o ile nie najlepsze!) widoków w Snowdonii. Surowe i groźne Rhinogsy z jednej strony, Zatoka Treamdog i ujście rzeki Dwyryd, ozdobione bajkową wioską Portmeirion z drugiej, a kierunek marszu wskazują szczyty głównego masywu Snowdonii.

Więcej o Bryn Cader Faner: Wędrówka z megalitami

3. Cadair Idris, Dolgellau, Snowdonia NP

Najbardziej południowe z pasm Snowdonii nie przyciąga takich tłumów, jak Snowdon, ale na szlaku zawsze można kogoś spotkać. Na pierwszy rzut oka Cadair Idris przypomina krater wygasłego wulkanu i przez wiele lat za taki był uważany.

Miejscowa tradycja mówi, że kto spędzi noc na szczycie góry, obudzi się albo szaleńcem, albo poetą. Doświadczenie mówi natomiast, że kto zejdzie z góry, na drugi dzień obudzi się z zakwasami.

Więcej zdjęć z Idrisa: Cadair Idris [galeria]

4. Dolwyddelan Castle, Dolwyddelan, Snowdonia NP

Dolwyddelan Castle być może nie ma szans w konkurencji z twierdzami edwardiańskiego “Żelaznego Pierścienia”, ale na głowę bije je położeniem i panującym tu spokojem. No i to prawdziwy walijski zamek, ostatnich prawdziwych książąt Walii.

Więcej o zamku: Dolwyddelan – siedziba walijskich książąt

5. Elan Valley, Rhayader, Powys

Elan Valley to system zapór i sztucznych jezior, zbudowany pod koniec dziewiętnastego wieku, żeby zaspokoić pragnienie rozrastającego się Birmingham. Brzmi mało atrakcyjnie? Owszem. Dla Walijczyków. Dla turysty, sto lat później, to jeden z najpiękniejszych zakątków Walii. Gdzie dzieła ludzkich rąk – potężne kamienne tamy, wieże i wiadukty – wrosły się w całkowicie w krajobraz. Gdzie porośnięte wrzosem i paprociami wzgórza odbijają się w ciemnych wodach rezerwuarów.

Więcej o Elan Valley: Walijska Kraina Jezior

6. Hay-on-Wye, Powys

Niewielkie Hay-on-Wye rozłożyło się na brzegu rzeki Wye, na samej granicy walijsko-angielskiej, granicy Parku Narodowego Brecon Beacons i u podnóża Black Mountains. I samo tylko położenie powinno zachęcać do jego odwiedzin. Inny powód, to kilkadziesiąt księgarni, które zainstalowały się w tym niespełna dwutysięcznym miasteczku, znanym powszechnie jako “Town of Books”. Kolejny, nie mniej istotny powód, to Hay Festival – jeden z najważniejszych festiwali literackich całego anglojęzycznego świata, przyciągający co roku największych mistrzów pióra z najdalszych zakątków globu.

Więcej o Hay: Woodstock for the mind

7. Llangollen, Denbighshire

Samo Llangollen to “tylko” kolejne malownicze miasteczko, w uroczej dolinie rzeki Dee, ze starym kamiennym mostem, jeszcze starszym kościołem i kilkoma tuzinami mniej lub bardziej koślawych, czarno-białych domów. Walijski standard. Ale jeśli dodać do tego malownicze ruiny zamku Dinas Brân i opactwa Valle Crucis, osiemnastowieczny dwór Plas Newydd i wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO fragment Llangollen Canal z imponującym Pontcysyllte Aqueduct, w zasięgu całodniowego spaceru, albo kilkugodzinnej objazdówki. Dostajemy “Walię w pigułce” na tacy.

8. Ludlow, Shropshire

Ludlow oczywiście nie leży w Walii. Ale po pierwsze, stąd przez stulecia Walią zarządzano. Po drugie Pogranicze na tej stronie występuje na równych prawach. Po trzecie miasteczko składa się głównie z zabytkowych, kilkusetletnich chatek i potężnego zamku. Po czwarte w końcu, uważane jest za “the loveliest market town in England”. Po co więc jechać gdzieś dalej?

Więcej o Ludlow: Zwolnij w Ludlow

9. Nant Gwynant, Beddgelert, Snowdonia NP

Wybrać najpiękniejszą z dolin Snowdonii nie jest łatwo. Pytanie, czy to w ogóle możliwe i sensowne? Nant Gwynant na pewno łapie się do ścisłej czołówki. Widok na Snowdon i początek jednego ze szlaków na jego szczyt. Llyn Dinas i Llyn Gwynant dwa jeziora, z których wyrastają strome, zielone zbocza. Dziesiątki strumieni i małych wodospadów. Pastwiska poprzecinane kamiennymi murkami… Wszystko razem tworzy obrazek bardziej niż sielankowy.

10. Parys Mountain, Amlwch, Anglesey

Parys Mountain w zasadzie górą była kiedyś, ale cztery tysiące lat temu (!!!), zaczęto wydobywać tu miedź i dziś góra zmieniła się w dziurę. Dziurę niezwykle kolorową, mieniącą się wszystkimi odcieniami rudości i czerwieni. Szczególnie, kiedy chwilę po deszczu wychodzi słońce…

Witajcie w naszej bajce

Strona, na którą właśnie patrzysz, powstaje z miłości do kraju, o którym świat tak naprawdę niewiele wie. Może właśnie dzięki temu zachowało się w nim tyle nieskażonego naturalnego piękna.

Naszą ambicją jest stworzenie pierwszego kompleksowego przewodnika po Walii w języku polskim, z którego będą mogli korzystać nie tylko rodacy mieszkający w UK ale także ci, którzy postanowią spędzić tu urlop czy chociażby jedynie długi weekend. Praca nad stroną trwa; to ogromny projekt, któremu niestety możemy poświęcić jedynie skromną część naszego czasu. Smok Walijski jest przedsięwzięciem niekomercyjnym, powstaje z pasji i zawiera wyłącznie przetestowane przez nas rekomendacje. Garść informacji o nas znajdziesz tutaj.

Rozejrzyj się, skorzystaj, skomentuj, polub, zarekomenduj. Niech wieść idzie w świat. Że jest taki zielony kraj z dziwnym językiem i ze smokiem na fladze; grają tam w rugby, nie interesują się polityką, a nieznajomi uśmiechają się do siebie na ulicy. Dość często tu pada, ale pogoda jest podobno stanem umysłu, więc myśl pozytywnie, kup nieprzemakalną kurtkę i dobre buty i będzie dobrze.

Witaj w Walii.

Croeso i Gymru - Witaj w Walii

Witryna Smok Walijski jest naszą własnością i efektem wytężonej pracy, często zarwanych nocy i bezinteresownego oddania sprawie. Dlatego prosimy nie kopiować zawartych w niej tekstów ani zdjęć bez uprzedniego zapytania lub podania źródła. Dziękujemy za zrozumienie.

Od czasu do czasu możesz zobaczyć na tej stronie reklamy. Są umieszczane tam przez wordpress, który jest hostem i właścicielem szablonu strony; nie mają z nami nic wspólnego i niestety nic nie możemy z nimi w tej chwili zrobić. To cena którą płacimy za darmowy serwis.