Wales Coast Path

Wales Coast Path (Llwybr Arfordir Cymru)

WCP-Round

Wales Coast Path to nazwa ścieżki biegnącej wzdłuż całego walijskiego wybrzeża, od Chepstow na południu do Queensferry na północy. Połączyła ze sobą mnóstwo pomniejszych lokalnych ścieżek, a poprzez zastosowanie w niektórych miejscach różnych ułatwień uczyniła znaczną część wybrzeża przyjazną ludziom w każdym wieku i o różnej sprawności ruchowej. To jak dotąd podobno nadal jedyna taka ścieżka na świecie. Oficjalnie otwarto ją w maju 2012 r.

Cała trasa liczy sobie 870 mil (1400 km).

Są oczywiście zapaleńcy, którzy biorą trzy tygodnie urlopu, plecak, namiot oraz upartą wiarę w dobrą walijską pogodę i po prostu idą… ale nie jest to wcale konieczne, chyba, że ktoś szuka prawdziwego wyzwania. Większość użytkowników wybiera fragmenty ścieżki, które mogą pokonać w kilka godzin; niektórzy korzystają z pomocy znajomych, którzy podrzucają ich na początek trasy i odbierają na końcu. Jeszcze inni korzystają z oferty włóczęgi zorganizowanej – są firmy, które zabukują zakwaterowanie w odległościach dostosowanych do kondycji idącego, i dowiozą codziennie bagaż na nowe miejsce, co jest pomysłem niegłupim, jeśli ktoś nie widzi się pomykającego 20 km dziennie z 15-kilowym plecakiem.

Jakkolwiek zechcecie podejść do eksploracji WCP – będzie warto.

Fragmenty ścieżki można pokonać na rowerze. Osoby na wózkach również mogą korzystać z niektórych fragmentów, ale poruszanie się wózkiem po wąskich klifowych ścieżynkach, często o znacznej różnicy poziomów jest niestety raczej niemożliwe.

Oficjalna strona WCP

Zapraszamy do galerii naszych zdjęć z WCP.

 

This slideshow requires JavaScript.

Półwysep Gower mniej znany – dzikie plaże

Półwysep Gower (na zachód od Swansea) słynie z szerokich, majestatycznych plaż z delikatnym piaskiem i wydmami przypominającymi te nadbałtyckie; niektóre z nich, np. słynna Rhossili z powodzeniem mogą występować na okładkach folderów turystycznych.

My dzisiaj jednak zapraszamy na spotkanie z dwiema niedużymi dzikimi plażami, które nie tylko ucieszą oko, ale również pozwolą nam uciec od tłumów – zwłaszcza w letnie weekendy. Plaże znajdują się niedaleko od siebie i łączy je przyjemna, niespecjalnie trudna klifowa ścieżka.

Kierujemy się na Rhossili, i w okolicy miejscowości Pitton skręcamy w wąska drogę oznaczoną ‘Mewslade Bay’ do prywatnego parkingu. Parking posiada tzw. honesty box w kształcie sporego Minionka, do którego należy wrzucić opłatę parkingową w wysokości £3. Teren na którym się znajdujemy należy do farmy, której właściciel udostępnia przejście odwiedzającym. Pamiętajmy, żeby z uwagi na owce i inne zwierzęta hodowlane zamykać za sobą bramki i trzymać psy na smyczy. Kod pocztowy dla tej okolicy: SA3 1PH.

This slideshow requires JavaScript.

Właściwie obojętne, do której plaży pójdziemy najpierw. Do Mewslade prowadzi ścieżka wskazywana przez nieduży znak umiejscowiony przy żywopłocie zaraz przy zabudowaniach. Biegnie częściowo przez las, przechodząc w bardziej przestrzenny teren z imponującymi formacjami skalnymi. Zejście do samej plaży przypomina niewielki kamienisty kanion, ale nie jest trudne. Plaża jest nieduża, ale bardzo ładna. Ma klifową budowę – pełno tu ‘poszarpanych’ strzelistych skał i małych zacisznych jaskiń, w których można się np. schować przed deszczem i wiatrem, czy nawet rozłożyć koc. Sama zatoczka jest dość popularna wśród surferów.

This slideshow requires JavaScript.

Wracamy tą sama drogą, mniej-więcej w 1/3 wchodzimy na klifową ścieżkę wiodącą w lewo i do góry. Będą drogowskazy. Dochodzimy do tzw. Thurba Head, czyli jakby naturalnej klifowej platformy widokowej, z której możemy m.in. podziwiać z prawej strony panoramę Mewslade. Patrząc w lewo zobaczymy dość efektowny pas wybrzeża, który przy odpływie zmienia się w rozległą skalistą plażę o niemal księżycowym charakterze.

This slideshow requires JavaScript.

Idziemy dalej ścieżką, która po chwili schodzi w dół do niewielkiego rozstaju dróg, skąd kierujemy się wąską ścieżynką w dół do drugiej plaży – Ramsgrove. Jest to nieduża, głównie skalista plaża otoczona skałami i efektownymi klifami. Posiada mnóstwo oczek wodnych z często dość ciepłą wodą, w których można sobie pobrodzić. Raczej trudno tu o tradycyjne plażowanie, ale spragniony zen-relaksu gość bez problemu znajdzie kawałek skały żeby sobie na niej przysiąść i popatrzeć tęsknie w horyzont. Widziałam osoby z własnymi krzesłami kempingowymi, co jest wcale niegłupim rozwiązaniem.

This slideshow requires JavaScript.

Wracamy z plaży ścieżką do góry, przez drewniane bramki  i podążamy dalej wzdłuż ogrodzenia w kierunku parkingu.

Spacer możemy oczywiście wykonać w odwrotnym kierunku.

mapka.png

Dobrym pomysłem są buty na grubszej podeszwie. Warto również pamiętać o tym, że to dość wietrzne wybrzeże.

Plaża Cefn Sidan (Pembrey) i Pembrey Country Park

Plaża w Pembrey

Walia jest na drugim miejscu pod względem wielkości pływów na świecie. Oznacza to przede wszystkim, że dwa razy na dobę odpływ odsłania niemal niekończące się kilometry plaż, a następnie za kilka godzin przypływ zakrywa je niemal do ostatniego ziarenka piasku. To zjawisko nie przestaje mnie zachwycać.

Ten spektakularny spektakl natury można podziwiać m.in. na jednej z najpopularniejszych plażMapka południowej Walii: Cefn Sidan, znanej również jako Pembrey, lub Pen-bre w wersji walijskiej. Znajduje się ona pomiędzy Llanelli i Kidwelly (Carmarthenshire).

Wiele przemawia na korzyść tej plaży. Np. jej rozmiar – prawie 13 km długości, co daje możliwość prawie niekończących się spacerów z gwarancją znalezienia dla siebie odludnego zakątka (szczególnie istotne, jeśli się jest np. naturystą). Również jakość piasku – ziarenka są tak drobne, że ma się niemal wrażenie przesiewania przez palce jedwabiu. To, że z uwagi na rozległe płycizny, woda morska przychodząca i odchodząca z pływami nagrzewa się tu szybciej niż w innych miejscach. Wydmy, które kojarzą się przyjemnie z wybrzeżem Bałtyku.

No i wraki. Szkielety statków, które zakończyły swój żywot na mieliznach Pembrey, często wraz z załogami i pasażerami. Takimi, jak 12-letnia Adeline Coquelin, siostrzenica Józefiny, żony Napoleona Bonaparte, której niespodziewanie krótkie życie zakończyło się na tej plaży w 1828 roku. Jest pochowana na lokalnym cmentarzu. Ta informacja, przynajmniej w moim przypadku, dodała tym powrastanym w piasek wrakom bardziej realnego, emocjonalnego i ludzkiego wymiaru.

This slideshow requires JavaScript.

To nie jest plaża o dramatycznej urodzie, jaką odznaczają się np. niektóre plaże klifowe, ale ta niemal nieskończona przestrzeń, łagodne kolory, jedwabisty piasek i błyszczące morze z pewnością pozwalają się łagodnie zrelaksować.

To również idealne miejsce dla wielbicieli sportów typu deska na kółkach i żagiel, albo bolid i latawiec.  Można tu rozwijać całkiem niezłe prędkości i jednocześnie nie martwić się przesadnie o kolizje.

This slideshow requires JavaScript.

Najłatwiej dostać się do plaży przez Pembrey Country Park. Kod pocztowy dla nawigacji: SA16 0EJ. Parking całodniowy kosztuje tu 5f, przy wjeździe na teren parku robione jest zdjęcie numeru rejestracyjnego samochodu, a parking opłaca się przed samym wyjazdem w automacie.

Sam park jest bardzo przyjemny, ładnie zagospodarowany, ma część kempingową dla namiotów i caravanów, i różne atrakcje gównie dla dzieci, np. kolejkę wąskotorową, czy suchy stok narciarski. Są tu również dwie kafeje i całkiem rozsądna ilość vanów z lodami. W parku można sobie rozłożyć leżaczki, zrobić grilla, pojeździć na rowerze, pospacerować po lesie i ogólnie spędzić miło czas.

This slideshow requires JavaScript.

Stronka Parku tutaj

Snowdonia dla każdego: spacer wokół jeziora Llyn Idwal

Górski park narodowy Snowdonia ma coś dla każdego – pięknymi widokami i dziką przyrodą mogą się tu cieszyć nawet osoby niespecjalnie wysportowane.

Przykładem niewymagającego, a bardzo malowniczego szlaku dla każdego jest ścieżka wiodąca dookoła polodowcowego jeziora Llyn Idwal, położonego w północnej Llyn Idwalczęści parku, nieco na wschód od znanej miejscowości Llanberis.

Spacer rozpoczyna się i kończy przy Ogwen Cottage Ranger Base, położonej przy drodze A5 naprzeciwko jeziora Llyn Ogwen. Jest tam płatny parking, ale można również parkować za darmo na ulicy.

Oprócz eleganckiej tafli jeziora, olbrzymich, luźno porozrzucanych po całej dolinie kamieni narzutowych, czy rwących strumieni można tu podziwiać m.in. słynne wierzchołki Tryfan oraz Glyderau, czyli Glyder Fawr i mniejszy Glyder Fach. Są trudniejsze do zdobycia niż popularny Snowdon, głównie z uwagi na dość wymagające formacje skalne, i w związku z tym przyciągają głównie osoby wysportowane i bardziej doświadczone w obcowaniu z górami.

Warto wspomnieć, że dolina Idwal (Cwm Idwal) została pierwszym walijskim rezerwatem przyrody, nie tylko ze względu na swoją urodę, ale głównie ze względu na rzadkie okazy flory alpejskiej spotykane w wyższych partiach gór. Później weszła w skład parku narodowego.

Sama nazwa Idwal pochodzi od imienia syna walijskiego księcia, który według jednych źródeł został utopiony w jeziorze przez wrogów swego ojca, a według innych skremowany na jego brzegu po śmierci w bitwie.

To piękne miejsce, i zdecydowanie warto spędzić tam kilka godzin.

Kod pocztowy dla nawigacji: LL57 3LZ.

 

This slideshow requires JavaScript.

 

 

 

Walia na 1 dzień: Cardigan Bay. Opcja 1: New Quay i Mwnt

6

Zatoka Cardigan to największa zatoka w kraju, otula niemal całe zachodnie wybrzeże. Jest bez wątpienia jedną z głównych atrakcji Walii nie tylko z uwagi na swoją wyjątkową malowniczość, ale także ze względu na bogactwo fauny morskiej. To właśnie tu można najczęściej zobaczyć delfiny i foki.

Propozycja na 1 dzień: malownicza portowa miejscowość New Quay (czyt. nju ki, nie mylić z Newquai w Kornwalii) oraz strzeliste klify i zatoczka Mwnt, (czyt. munt), ukryty skarb tej okolicy. Ukryty m.in. dlatego, że nie jest szczególnie rozpowszechniany w  informatorach turystycznych; leży na uboczu, a dojeżdża się do niego wąskimi krętymi country lanes, więc autobusy z wycieczkami raczej odpadają – na szczęście.

Mapka

New Quay zostało już szerzej opisane w innym poście, zachęcam do zerknięcia. Tutaj dodam tylko, że warto sobie w nim spędzić pół dnia spacerując, jedząc rybę z frytkami, wystawiając twarz do słońca w porcie i obserwując jak leniwy przypływ podnosi kolorowe kutry z piasku. Tutaj też organizowane są regularne rejsy dla poszukujących bliższego kontaktu z delfinami. Gwarancji sukcesu nigdy nie ma.. ale organizatorzy zapewniają, że szansa są spore. Trudno w sumie, żeby mówili co innego.. : )

Orientacyjny kod pocztowy wiodący do jednego z kilku parkingów: SA45 9PB. Można próbować parkować na ulicy, ale jest sporo zakazów, a poza tym czasem można nie znaleźć miejsca. Chyba nie warto tracić czasu na szukanie.  Dobra rada: bywa tam wietrznie, warto być na to przygotowanym. I jeszcze warto dodać, że lodziarnia w centrum produkuje również lody.. bez cukru, dozwolone nawet dla cukrzyków : )

 

This slideshow requires JavaScript.

 

Oddalone o jakieś pół godziny jazdy z NQ Mwnt to nie jest nawet miejscowość, to raczej lokalizacja. To głównie malownicza mini zatoka z plażą u stóp dość wysokiego klifu. Jest tam parking National Trust (płatny) oraz toalety. Nieco dalej mieści się Caravan Park i pole namiotowe. Warto się tam zatrzymać, jeśli ma się taką opcję. Obudzić się rano, wyjść z namiotu i wypić kawę w takich pięknych okolicznościach przyrody to jest bardzo fajna sprawa.

Główną niezwiązaną z samym krajobrazem atrakcją Mwnt jest malowniczo położony skromny biały kościółek z XIII w. z kilkoma nagrobkami wokół. Kościółek jest zwykle zamknięty, ale podobno można wziąć w nim ślub, gdyby ktoś zapragnął takiej romantycznej oprawy.

Mwnt jest też popularne wśród.. delfinów. Autorka tego wpisu miała przyjemność podziwiać ich ‘występy’ podczas oglądania zachodu słońca ze szczytu klifu. Morze było nadzwyczaj spokojne, kolory piękne, a cisza niemal absolutna. To było mocne przeżycie.

Mwnt leży na ścieżce Caredigion Coast Path, warto się nią przynajmniej kawałek przejść.

Kod pocztowy dla nawigacji: SA43 1QH.

 

This slideshow requires JavaScript.

 

 

1 dzień w Brecon Beacons: Neuadd Reservoir i mały szlak wodospadowy

Neuadd

Niedzielnym turystom park narodowy Brecon Beacons kojarzy się najczęściej z najwyższym szczytem południowej Walii, Pen Y Fan (którego popularność wzrosła kosmicznie w ostatnich latach). Tymczasem park ma do zaoferowania o wiele więcej, jest bardzo różnorodny, a do tego posiada wiele zakamarków rzadziej uczęszczanych, a dostępnych właściwie każdemu niezależnie od kondycji. Niestety, z oczywistych względów spora część parku nie jest osiągalna dla osób poruszających się na wózkach.

Dziś zapraszamy na łatwą i przyjemną jednodniową wycieczkę z wodospadami, jeziorem i górskimi widokami w tle. Dorzucimy też kilka sugestii dla tych, którzy chcą się troszkę bardziej zmęczyć.

Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Merthyr Tydfil a Talybont on Usk w środkowej części BB. Kliknij na mapki żeby je powiększyć.

Wycieczkę proponujemy zacząć od sztucznego jeziorka Lower Neuadd Reservoir. To nieduży zbiornik wodny otoczony wianuszkiem gór o eleganckim kształcie, w którym łatwo można rozpoznać charakterystyczny wierzchołek Pen Y Fan. Do jeziora prowadzi asfaltowa ścieżka zamknięta dla ruchu samochodowego; samochód trzeba zostawić na bezpłatnym parkingu o tej samej nazwie. Kod pocztowy do najbliższej cywilizacji: CF48 2UT. Kody pocztowe w takich odludnych miejscach są jedynie orientacyjne, więc najlepiej zdać się na drogowskazy albo mapę. Dojście do jeziora zabiera około 10-15 minut. Zbiornik, jak większość tzw. rezerwuarów w Wali jest własnością Welsh Water (Dŵr Cymru, odpowiednik polskich wodociągów, to oni dostarczają waszą wodę pitną).

Neuadd Reservoir to idealne miejsce na relaks, piknik, czy nawet drzemkę w pięknych okolicznościach przyrody.  Bardziej aktywni mają kilka opcji spacerowych, np. mogą przejść się dookoła jeziorka (mniej-więcej godzina), albo nawet dalej – w okolicy jest kilka szlaków, m.in. słynny Brecon Horseshoe, która wychodzi właśnie stąd, zahacza o kilka wierzchołków włączając Pen Y Fan, i powraca do jeziora. Szlak liczy około 17 km, czyli mówimy o mniej więcej 5 godzinach marszu. Na mapce w galerii poniżej można zobaczyć jak ta trasa wygląda. Duży plus: idziesz na Pen Y Fan inną drogą niż większość turystów. Należy tylko koniecznie pamiętać, że to góry, więc trzeba się przygotować na możliwe gwałtowne zmiany pogody i zaopatrzyć w prowiant i wodę.

This slideshow requires JavaScript.

Zakładamy, że nie poszedłeś w góry, zostało Ci pół dnia, możesz skoczyć w drugie miejsce, praktycznie po sąsiedzku. Niedaleko od jeziora Neuadd znajduje się  przyjemny niewymagający leśny szlak, przejście którego zajmuje około pół godziny. Szlak rozpoczyna się od niedużego bezpłatnego  parkingu o nazwie Lower Blaen Y Glyn (kod orientacyjny CF48 2UT) i biegnie wzdłuż rzeki, prowadząc do średniej wielkości wodospadu o wdzięcznej nazwie Caerfanell Falls. Ciekawostka: przy wodospadzie po lewej stronie można wypatrzeć neolityczny kamień z napisami i krzyżem celtyckim. Po dojściu do wodospadu przechodzisz drewnianym mostkiem na drugą stronę rzeki i zawracasz w stronę parkingu. Napotkasz tu kilka pomniejszych wodospadów, które nie są może Niagarami, ale są dość malownicze, i można sobie przy nich przysiąść  na chwilkę zen-relaksu, albo i mały piknik na trawie. Szlak kończy się przy kamiennym mostku niedaleko od parkingu,

 

This slideshow requires JavaScript.

Opcja dla chcących więcej: wyjeżdżając z parkingu skręć w prawo i pojedź ostro pod górkę. Na końcu podjazdu po prawej stronie będzie kolejny parking o nazwie Blaen Y Glyn Uchaf (rzuć okiem na mapkę na górze). Nad parkingiem dominuje charakterystyczna góra Craig Y Fan Ddu, która nie jest może jakoś przesadnie wysoka (około 600 m npm), ale za to jest stroma, i zdecydowanie można na niej przetestować stan swojej kondycji. Z jej szczytu rozciągają się malownicze widoki, szczególnie, jeśli zdecydujemy się pójść jeszcze dalej następnymi grzbietami górskimi. Do dalszych wędrówek jednak polecamy się nieco przygotować. Ciekawostka: niedaleko tej lokalizacji można znaleźć wrak samolotu z czasów drugiej wojny światowej. Takich wraków jest w górach BB kilka, niektóre nawet pochodzą spoza UK. Przypominają, że w górach, nawet tak niewysokich, często jednak panują trudne warunki pogodowe i trzeba ten fakt uszanować.

This slideshow requires JavaScript.

A na koniec dnia warto sobie zafundować miskę pysznej domowej zupy w kafei The Old Barn Tea Room, która jest tuż za rogiem, i do której łatwo trafić jadąc po drogowskazach właśnie na ‘Tea room’. Miejsce jest sprawdzone, przyjemne i niespecjalnie drogie. Bonus: ‘prawdziwa’ herbata w porcelanowej zastawie : )

This slideshow requires JavaScript.

 

 

Zamek Flint oraz Park Wepre z zamkiem Ewloe

Flint Castle

Artykuł prezentuje dwa miejsca w północnej Walii idealne na dzień na świeżym powietrzu z rodziną. Autorką tekstu i zdjęć jest Ola Jones, dziękujemy.

Zamek Flint

Zamek Flint w hrabstwie Flintshire jest świetnym miejscem na spędzenie cichego, spokojnego popołudnia z pięknymi widokami. Nawet w pogodny letni dzień nie było tam tłumów, a darmowy parking miał wiele wolnych miejsc. Warto wziąć ze sobą piknik, który można rozłożyć na trawie między wieżami zamku.

 

Lokalizacja twierdzy, zaraz przy rozszerzającym się ujściu rzeki Dee do Morza Irlandzkiego, nie budzi wątpliwości, że zamek został zbudowany w celach obronnych. Budowę rozpoczął w 1277 roku Edward I, w celu zdobycia władzy nad Walią. Był to jeden z pierwszych zamków tzw. “Żelaznego Kręgu” twierdz północnej Walii. 122 lata później Ryszard II, praprawnuk Edwarda I, starł się w tym miejscu ze swoim kuzynem, Henrykiem Bollingbrookiem, który był jego towarzyszem dziecięcych zabaw, a z czasem stał się rywalem walczącym o tron. Scenę mającą miejsce w zamku Flint uwiecznił William Shakespeare w dramacie Ryszard II. Ryszard oddał tron Bollingbrookowi, który objął tron jako Henryk IV Lancaster. Ryszard zmarł jakiś czas później w niewoli.

Obecnie zamek i widok na okolicę można podziwiać z jednej z wież, na którą prowadzą kręte metalowe schody. Na terenie ruin znajduje się “mówiąca” ławka, która przedstawia historię zamku po angielski i po walijsku z pięknym walijskim akcentem. Warto wybrać się na spacer brzegiem rzeki Dee (drugi parking i malownicze wejście po lewej stronie zamku stojąc przodem do rzeki). Po drodze znajduje się ławka z widokiem na zamek, rzekę Dee i dalszą okolicę.

Flint Castle znajduje się pod opieką CADW, wstęp do niego jest bezpłatny. Kod pocztowy do nawigacji: .

 

Park Wepre i Zamek Ewloe

W gorący, letni, weekendowy dzień wybraliśmy się do parku Wepre i położonego na jego terenie zamku Ewloe. Na tę pogodę nie mogliśmy wybrać lepszego miejsca, ponieważ w zalesionym parku panuje miły chłód, a w parkowej kafejce (5 minut spacerem od darmowego, dużego parkingu) można kupić naprawdę dobre lody. Skusiliśmy się też na jedzenie z kafejki, która serwuje typowe dla takiego przybytku posiłki (całodniowe śniadania, hot dogi, frytki, pieczone ziemniaki) w bardzo przystępnych cenach. W małym centrum dla zwiedzających można znaleźć trochę informacji o okolicy, w tym o okolicznej przyrodzie (w parku zauważyliśmy bardzo dużo języczników zwyczajnych).

Park Wepre leży w hrabstwie Flintshire, blisko Connah’s Quay i Deeside. Jest malowniczo położony w lesie, nad strumieniem Wepre Brook, nad którym można przejść po kilku urokliwych mostkach, a w gorący dzień pomoczyć w nim nogi. Kawiarnia i Visitor Centre znajdują się na miejscu niegdysiejszego Old Hall – Starego Dworu, po którym pozostały tylko niewielkie ogrody z resztkami fundamentów dworku. Większość odwiedzających udaje się stamtąd po schodach w dół, w stronę strumienia, na którym sztucznie stworzono wodospad, do podziwiania z mostka lub skałek poniżej. Od wodospadu biegnie rewelacyjnie utrzymana, zbudowana na palach drewniana ścieżka przez mokradła, która co chwilę pozwala na zejście do rzeki. Po chwili ścieżka łączy się z główną drogą wiodącą z centrum dla zwiedzających poprzez Red Rocks (Czerwone Skały), do zamu Ewloe. Czerwone Skały są zbudowane z twardego piaskowca o charakterystycznej barwie, używanego lokalnie do budowy i do konstrukcji młyńskich kół. Skały robią duże wrażenie i zdają się przenosić nas na chwilę w australijskie odludzia. Kawałek dalej, zaraz za mostem zwanym Pont Aber, zaczyna się bardziej strome podejście do ruin zamku Ewloe, królującego nad strumieniem i okolicą.

Zamek został zbudowany w 1257 roku przez potężnego walijskiego księcia Llewelyna ap Gruffudd, który panował nad terenami dzisiejszego hrabstwa Gwynedd, i któremu udało się objąć swoimi rządami ziemie prawie po Chester. Zamek “na skraju lasu” został zbudowany jako element strategii obronnej przed angielskimi najeźdźcami. Jednak już 20 lat później zamek został przejęty przez Anglików pod sztandarem Edwarda I. Po próbie przejęcia go ponownie w 1282 roku, walijscy książęta, Llewelyn i Daffydd, zostali straceni. Był to koniec 200-letniej walki Walijczyków przeciwko najeźdźcom z normańskiej Anglii. Zamek Ewloe, nietypowo zbudowany na leśnym terenie, z założenia nie miał być twierdzą, a mocnym sygnałem dla angielskich najeźdźców, że ziemie te należały do Walijczyków.

Dziś najlepiej podziwiać można zabudowania zamku z jednej z wież, na którą prowadzą dość strome schody. Zamek można zwiedzać za darmo, nie jest strzeżony. Zwiedziwszy zamek, my udaliśmy się z powrotem w kierunku centrum dla zwiedzających i imponującego placu zabaw (to około dwudziestominutowy spacer), ale jeśli komuś mało chodzenia, to może skręcić w jedną z wielu bocznych dróg prowadzących przez las.

Ewloe Castle znajduje się pod opieką CADW, wstęp do niego i Parku Wepre jest bezpłatny. Kod pocztowy do nawigacji: CH5 4JR (park), CH5 3BZ (zamek).

Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – z Rhayader do Strata Florida

Droga przez Dolinę YstwythParę lat temu, stowarzyszenie brytyjskich kierowców – The Automobile Association (AA) – ogłosiło drogę B4574 z Pont-rhyd-y-groes do Devil’s Bridge wraz z kilkoma innymi lokalnymi drogami, jedną z dziesięciu najbardziej widowiskowych tras na świecie. Właściwie trudno z tym werdyktem dyskutować, bo praktycznie każdy jej kilometr to olśniewające widoki na surowe krajobrazy Cambrian Mountains, z rozrzuconymi tu i ówdzie skromnymi pamiątkami tysięcy lat historii tych niegościnnych stron.

Wycieczkę najlepiej zacząć w Rhayader, miasteczku ochrzczonym “wrotami” Walijskiej Krainy Jezior. Krzyżują się tu dwie główne drogi przecinające Walię z północy na południe – A470 – i ze wschodu na zachód – A44. Nazwa miasteczka oznacza “wodospad na [rzece] Wye”, ale… wodospad wysadzono w powietrze pod koniec osiemnastego wieku w związku z budową mostu.

W połowie dziewiętnastego wieku miasteczko było jednym z centrów tzw. “Rebecca Riots”, kiedy to farmerzy i robotnicy rolni, przebrani w kobiece stroje, niszczyli posterunki drogowe pobierające myto. Zbyt wysokie opłaty niemal uniemożliwiały transport płodów rolnych i mocno ograniczały możliwość przemieszczania się robotników.

Choć Rhayader to głównie punkt wypadowy, jest się tu również gdzie zatrzymać. Miasteczko chwali się największą liczbą pubów na liczbę mieszkańców. Na każdy z dwunastu przybytków, przypada 173 potencjalnych klientów. To pozostałość z czasów gdy miasto było ważnym przystankiem na szlaku poganiaczy bydła – drovers. Z tą różnicą, że wtedy nie był to powód do dumy, a raczej przyczyna wielu problemów. W Rhayader panował wówczas klimat prawdziwego Dzikiego Zachodu, z wszystkimi kłopotami jakie przychodzą do głowy.

Z Rhayader wyjeżdżamy drogą prowadzącą do Elan Valley, ale tuż za miasteczkiem odbijamy w wąską dróżką oznaczoną jako [Górska droga do Aberystwyth]. Początkowo droga wspina się powoli przez las starych, koślawych, przyczepionych do skał drzew obrośniętych mchem aż po końcówki gałęzi. Gdzieś w dole błyszczy niewielkie jeziorko Gwynllyn.

Mniej więcej cztery kilometry od Rhayader warto zrobić pierwszy przystanek. Z lewej strony drogi kilka kamiennych progów malowniczo przełamuje potok Nant Gwynllyn. Z prawej rozciągają się wrzosowiska płaskowyżu Penrhiw-wen. Znaleźć można tu też kilka prehistorycznych kamieni.

Najciekawszy z nich to Maen Serth. Stoi na szczycie wzgórza Esgair Dderw. W opracowaniach figuruje jako standing stone (menhir) z epoki brązu, na którym we wczesnym średniowieczu wyryto, ledwie dziś widoczny, krzyż celtycki. Jednak historia i archeologia sobie, a mity i legendy sobie. według jednej z nich, kamień upamiętnia miejsce, w którym zabito walijskiego wodza Einona Clud. W dwunastym wieku Einon i jego brat Cadwallon mieli spierać się z pogranicznym normańskim lordem Rogerem Mortimerem o ziemie wokół Rhayader. Gdy wydawało się, że sprawa jest załatwiona, Roger przegrał – rozrywkowy wydawałoby się – pojedynek z Einonem. Nie mógł mu tego darować i zamordował go w zasadzce urządzonej na wzgórzu Esgair Dderw. Wkrótce potem, w podobnych okolicznościach miał zginąć również Cadwallon. Lokalnie kamień nazwano więc “kamieniem książęcym”.

Żeby skomplikować sprawę, jakiś kilometr od Maen Serth, przy tym samym starożytnym szlaku przez wzgórza, znajduje się kolejny menhir: śnieżnobiały, kwarcowy Maengwyngweddw. Groźnie wyglądająca nazwa oznacza “kamień białej wdowy”. Zdaniem niektórych, sugeruje ona, że to w tym miejscu zamordowano braci, a żona jednego z nich tu właśnie miała opłakiwać stratę. W rzeczywistości kamienie wyznaczały prawdopodobnie pradawny szlak.

Z powrotem na drodze, wąska wstążka asfaltu pnie się coraz wyżej. Wokół rozciąga się zielone pustkowie. Na horyzoncie majaczy ogromna i kontrowersyjna farma wiatraków, oddana do użytku w 1994 roku Bryn Titli Wind Farm. Z drugiej strony widać już dolinę rzeki Elan, a dokładnie zakręcony “ogon” Craig Goch Reservoir.

Po osiągnięciu prawie pięciuset metrów nad poziomem morza, droga stromo opada do Pont Ar Elan – Mostu na Rzece Elan – gdzie krzyżuje się z drogą prowadzącą do Walijskiej Krainy Jezior – zapór i rezerwuarów dolin Elan i Claerwen.

Za mostem zaczyna się kilka kilometrów pofałdowanej i zygzakowatej drogi wijącej się szerokim dnem Doliny Elan. Jej zbocza są w tym miejscu dość łagodne i porośnięte szorstką trawą. Bardziej niż kambryjskie pustkowia, krajobraz przypomina… stepy Mongolii. Szczególnie w słoneczny, wiosenny dzień, kiedy trawy są jeszcze żółte, a wiatr niesie odgłosy i zapachy owiec. Ich populacja w tych stronach przewyższa populację ludzi pewnie kilkusetkrotnie.

Przy mokradłach Gors Lwyd, których dziesiątki sączących się źródeł zasilają rozpoczynające się gdzieś na okolicznych wzgórzach rzeki Elan i Ystwyth, droga skręca ostro na zachód, do głębokiego wąwozu Afon Ystwyth. To zdecydowanie jeden z najbardziej spektakularnych krajobrazów w Walii!

Rozciągnięta na kilka mil wzdłuż wąskiej drogi osada Cwmystwyth – czyli po prostu “dolina/wąwóz rzeki Ystwyth”, składająca się z luźno rozrzuconych kamiennych domów, znana jest głownie jako, mniej więcej, geograficzny środek Walii i niegdyś największy ośrodek wydobycia ołowiu i innych metali nieżelaznych w tym kraju.

Chociaż dziś trudno wyobrazić sobie większe odludzie, sto-dwieście lat temu Cwmystwyth tętniło życiem. Krótkim, warto dodać, życiem, bo średnia życia pracujących tu górników wynosiła zaledwie trzydzieści dwa lata! To oczywiście “zasługa” ołowiu i toksyn towarzyszących wydobyciu i obróbce srebra i cynku – kolejnych bogactw naturalnych doliny.

Zresztą, okolica tak nasiąkła wszelkimi możliwymi truciznami, że mimo upływu stulecia od zakończenia wydobycia, nadal praktycznie nie ma tu roślinności. Posępny, ale jednocześnie dziwnie urzekający krajobraz, ze szkieletami dawnych kopalnianych budynków, kolorowymi wyciekami i wykwitami minerałów ciągle tkwiących w ziemi, stanowi dziś obszar chroniony (Site of Special Scientific Interest; SSSI). Naukowcy podpatrują tu, jak przyroda próbuje się regenerować po ekologicznej katastrofie. Na pierwszy rzut oka widać, że radzi sobie bardzo powoli.

Osiemnasto- i dziewiętnastowieczna gorączka srebra i ołowiu w Cwmystwyth prawdopodobnie nie była pierwsza. W dolinie znaleziono ślady wydobycia z epoki brązu i z czasów rzymskich. Pozostając w tematach archeologicznych, w 2002 roku znaleziono tu też najstarszy, liczący ponad cztery tysiące lat, złoty artefakt w Walii – dysk słoneczny Banc Ty’nddôl. Wykonany z bardzo czystego złota, ozdobiony wygrawerowanymi kropkami i kreskami, stanowił prawdopodobnie część wyposażenia grobu. Choć niewielki, o średnicy niecałych czterech centymetrów i wadze dwóch i pół grama, krążek wzbudził ogromną sensację w środowisku archeologów. To pierwszy tego typu artefakt znaleziony w Walii i jeden z bardzo niewielu w ogóle znalezionych na Wyspach Brytyjskich. Uznany formalnie za skarb, dziś znajduje się w Walijskim Muzeum Narodowym w Cardiff.

Tuż za Cwmystwyth wąska droga rozwidla się – co w Walii nieczęste – na dwie nieco szersze. Prawa odnoga wspina się na prawie czterysta metrów, po czym opada wprost na wodospady i słynne mosty Devil’s Bridge. Lewa wije się przez lasy Hafod Estate, w których przeszło dwieście lat temu, bajecznie bogata rodzina Johnes próbowała zbudować raj na ziemi.

W latach osiemdziesiątych osiemnastego wieku, Thomas Johnes, właściciel zamku Croft w Herefordshire, kupił osiem mil kwadratowych Doliny Ystwyth, obsadził je rzadkimi drzewami, zbudował neogotycką rezydencję, mostki, łuki, sztuczne ruiny i… omal nie zbankrutował. Przez kilka lat, jako niemal wzorcowa posiadłość w stylu picturesque, Hafod Estate przyciągała arystokratów i artystów epoki. Niestety, ziemski eden nie trwał długo. W 1807 roku pożar strawił pałac. Johnes próbował go odbudować, ale koszty zaczęły go przerastać, a śmierć jedynej spadkobierczyni w 1811 roku zupełnie pozbawiła zapału.

Ruiny niedokończonej rezydencji przetrwały do końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to, jako zagrażające bezpieczeństwu, wysadzono w powietrze. Egzotyczne drzewa z czasem też wycięto, zastępując oryginalny park gospodarczą plantacją świerkową. Dla wielu zniszczenie gregoriańskiego krajobrazu Hafod Estate było zbrodnią niespotykanego wandalizmu.

Grupa entuzjastów zrzeszonych w Hafod Trust, od kilku lat próbuje ratować resztki dawnej posiadłości wyznaczając i dbając o ścieżki, sadząc nowe drzewa i powoli oczyszczając teren z choinek.

Jedyną trwałą pozostałością po Hafod Estate jest stojący przy drodze z Cwmystwyth kościół wybudowany około 1800 roku. Podobnie jak pałac sto lat wcześniej, kościół miał pecha i spłonął w 1932 roku. Rok później troskliwie go odrestaurowano, ale niestety nie udało się odzyskać większości wyposażenia. Poruszającym memento jest zniszczony przez ogień memoriał poświęcony zmarłej młodo córce Johnesów.

Kilka kolejnych miejscowości na trasie (za Hafod Estate droga B4574 przechodzi płynnie w B4343), może pochwalić się przede wszystkim oryginalnymi nazwami: Pont-Rhyd-y-Groes, (słynne) Ysbyty Ystwyth, Ffair-Rhos i Pontrhydfendigaid.

Pont-Rhyd-y-Groes, czyli “most niedaleko brodu krzyża pańskiego” okres umiarkowanej świetności przeżywało w czasie “gorączki ołowianej” w Cwmystwyth na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Później stanowiło naturalne zaplecze Hafod Estate. Dziś zatrzymują się tu tylko wędkarze liczący na dorodnego pstrąga z rzeki Ystwyth.

Ysbyty Ystwyth, podobnie jak sąsiednia osada, miało swoje pięć minut kiedy mieszkali tu górnicy z Doliny Ystwyth. Wieś składa się głównie z wiktoriańskiego kościoła i nazwy. Nazwy, która pojawia się chyba w większości zestawień niezwykłych nazw walijskich, najczęściej z zarzutem, że nie ma w niej samogłosek. Nie jest to do końca prawdą, bo w języku walijskim samogłoskami są, między innymi, “y” i “w”. Ysbyty Ystwyth oznacza “hospicjum nad rzeką Ystwyth”, ale hospicjum w dawnym, średniowiecznym znaczeniu, jako miejsce, w którym zatrzymać się może strudzony wędrowiec, bardzo często pielgrzym. A tych kiedyś w tej okolicy nie brakowało. Wędrowali z St David’s na wyspę Bardsey, odwiedzając kolejne klasztory, w tym niedaleki Strata Florida.

Ffair-Rhos trzeba uważać, żeby nie przegapić drogi prowadzącej do Teifi Pools. Pod ta nazwą kryje się kilka niewielkich jezior polodowcowych, leżących przeszło czterystu metrach nad poziomem morza, na zachodnich zboczach Gór Kambryjskich. Krajobraz jest tu wyjątkowo surowy, nawet jak na środkowo-walijskie pustkowia. Potężne głazy narzutowe, gołe skały, niewielkie pagórki i płytkie niecki sprawiają wrażenie, jakby lodowiec dopiero co opuścił to miejsce. Przez całe stulecia Teifi Pools słynęły z doskonałych węgorzy i pstrągów, które najprawdopodobniej sprowadzili tu cystersi z opactwa Strata Florida. W jednym z jezior – Llyn Teifi – swój początek bierze rzeka Teifi, która kilka kilometrów dalej zasila Cors Caron – ogromne mokradła i ważny rezerwat przyrody. Jest tu też kilka ścieżek przecinających ten ponury zakątek z północy na południe i polna, wyboista droga prowadząca do rezerwuaru Claerwen, należącego do kompleksu Elan Valley. Jeszcze kilka lat temu drogę tę można było, z przygodami, przejechać samochodem albo motocyklem terenowym, ale kiedy zrobiło się na niej tłoczno, została zamknięta.

Znów na głównej drodze – B4343 – mniej więcej kilometr od Ffair-Rhos, docieramy do Pontrhydfendigaid – kolejnej niewielkiej wioski o wielkiej nazwie, oznaczającej “most niedaleko brodu Błogosławionej Dziewicy”. Oprócz niej Pontrhydfendigaid słynie z corocznego majowego eisteddfod – tradycyjnego walijskiego przeglądu sztuk od poezji po chóry, przyciągającego uczestników z najdalszych zakątków Walii.

Ukoronowaniem tej trasy są pozostałości opactwa Strata Florida, jakąś milę boczną drogą od Pontrhydfendigaid. Same ruiny są zdecydowanie niezbyt imponujące, ale nie dla widowiskowych ruin warto się tu zapuścić. Nazywane “Opactwem Westminsterskim Walii”, Strata Florida zajmuje szczególne miejsce w sercach Walijczyków. Przez wieki był to ważny ośrodek walijskiej kultury, literatury, religii, jak również nauki, ekonomii i polityki, za co kilka razy przyszło mu zapłacić wysoką cenę. Ale od początku…

Trochę paradoksalnie, jeden z najważniejszych walijskich klasztorów założył, w 1164, roku normański lord Robert fitz Stephen. Sprowadził on grupę trzynastu cysterskich mnichów, żeby nad niewielkim potokiem Fflur zbudowali klasztor Strata Florida, co znaczy “kwiecista dolina” (a w starszych tłumaczeniach czasem “kwiecista droga”, co wynikało z błędnego zlatynizowania walijskiego Ystrad Fflur). Zaledwie rok później, Rhys ap Gruffudd władca Deheubarth, księstwa skutecznie lawirującego między względną autonomią a poddaństwem normańskim władcom, odbił całą okolicę z rąk fitz Stephena i objął patronat nad świeżym opactwem. Z nie do końca jasnych powodów, w 1184 roku, rozpoczęto budowę nowego kościoła dwie mile od istniejącego klasztoru. Z czasem wokół niego powstało nowe opactwo zachowujące starą nazwę i odludne, sielskie położenie.

Było to zresztą charakterystyczne dla cystersów walijskich, że wybierali miejsca jak najdziksze i jak najdalsze od ówczesnej cywilizacji. Tak, by móc kształtować otoczenie od samego początku: oczyszczać grunty z lasów (lub je sadzić, tam gdzie nic innego by nie rosło), przygotowywać je pod zasiewy lub pastwiska, zarybiać rzeki i jeziora nowymi gatunkami ryb (między innymi pstrąg i węgorz w Teifi Pools), budować mosty (okoliczne Pont-Rhyd-y-Groes i Pontrhydfendigaid nie bez przyczyny mają w nazwach religijne odwołania; nie tak znów odległy Devil’s Bridge – Pontarfynach – a dokładnie najstarszy z trzech mostów nad wąwozem rzeki Mynach, to też dzieło mnichów ze Strata Florida), zajazdy dla pielgrzymów (Ysbyty Ystwyth), młyny, browary, czy wprowadzać nowe gatunki zwierząt hodowlanych (to prawdopodobnie cystersi sprowadzili do Walii owce).

W “kwiecistej dolinie” mnisi znaleźli sobie dodatkowe zajęcie w postaci tłumaczenia łacińskich ksiąg na język walijski, spisywania dziejów walijskich władców i prowadzenia walijskich kronik. Nie spotkało się to ze zrozumieniem normańskich królów i tak, na przykład, w 1212 roku król Jan rozkazał zniszczenie “domu dającego schronienie naszym wrogom” i tylko dzięki ogromnemu okupowi udało się tego uniknąć. Na jakiś czas…

Jakby na potwierdzenie oskarżeń króla Jana, w 1238 roku, w “walijskim Westminsterze” spotkali się wszyscy najważniejsi walijscy książęta. Spotkaniu przewodził Llewelyn Wielki (the Great), który zdążył już pod swoim panowaniem zjednoczyć spory kawałek podzielonego kraju i teraz oczekiwał, że pomniejsi władcy złożą hołd wierności jego synowi i następcy Dafyddowi.

W 1284 roku, pożar spowodowany uderzeniem pioruna poważnie uszkodził opactwo, a dziesięć lat później, podczas swojej walijskiej kampanii, spalił je król Edward I w odwecie za sprzyjanie walijskiej niepodległości.

Nie powstrzymało to jednak rozwoju Strata Florida, które z czasem wyrosło na jeden z największych klasztorów w Walii, Skromne dziś ruiny głównego kościoła świadczą, że w czasach świetności był on większy od (ogromnej) katedry w St David’s. Miejsce godne przechowywania jednej z największych relikwii chrześcijaństwa: Świętego Graala – kielicha z którego podczas Ostatniej Wieczerzy pił sam Jezus. Według legend, na wyspy Graala miał przywieźć Józef z Arymatei i umieścić go w specjalnie dla niego wybudowanym kościele w Glastonbury. Z czasem skromny drewniany kielich trafił na walijskie pustkowie, które miało być gwarantem jego bezpieczeństwa.

Kolejne bunty i powstania prawie zawsze odbijały się echem w murach Strata Florida. Najczęściej było to echo angielskich żołdaków niszczących klasztor. Po stłumieniu powstania Owaina Glyndŵr, zniszczone po raz kolejny opactwo już się nie podniosło. Przeszło wiek później, w 1539 roku, kiedy decyzją króla Henryka VIII rozwiązywano wszystkie klasztory na wyspach, w zrujnowanych zabudowaniach u podnóża Gór Kambryjskich mieszkało ośmiu zakonników.

Do dzisiejszych czasów z ogromnego kompleksu przetrwało bardzo, bardzo niewiele: zarys potężnego kościoła, kilka zdobionych płytek podłogowych i wspaniały łuk zachodniego wejścia do kościoła – jeden z symboli średniowiecznej Walii.

Ślady dawnej świetności znaleźć można również na przyklasztornym cmentarzu, gdzie spoczywa kilku książąt z rodu lorda Rhysa ap Gruffudd i, prawdopodobnie, Dafydd ap Gwily – największy poeta średniowiecznej Walii. Z mniej zacnych “lokatorów” warto wspomnieć “lewą nogę i kawałek uda Henrego Hughes” pochowane 18.06.1756 roku. Reszta pana Hughesa jest pochowana w Ameryce, gdzie wyemigrował, mimo iż był, dosłownie, jedną nogą w grobie. Inny, na wskroś poetycko-walijski grób należy do anonimowego żołnierza znalezionego zamarzniętego w okolicach Teifi Pools, ze zdjęciem młodej dziewczyny w kieszeni. Na jego nagrobku wyryto słowa:

“Umarł wśród ponurych wzgórz
Samotnie, w głębokim śniegu
Nieznajomi przynieśli go tu
Gdzie wiecznym snem śpią książęta”.

Kilkaset metrów od ruin Strata Florida, wąska asfaltowa droga kończy się na granicy ogromnego kompleksu leśnego Tywi Forest, gdzie też nie brak mniejszych lub większych, dobrze ukrytych atrakcji. O nich przeczytać można w tym wpisie: Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – Abergwesyn Pass.

Obserwujemy nocne niebo w Walii

Jak się przygotować do obserwacji gwiazd?

Na wstępie zaznaczam, że nie jestem znawcą w omawianej dziedzinie, ani nawet poważnym amatorem. Po prostu zdarzyło mi się interesować jako-taką astronomią od czasu do czasu w wolnych chwilach, i chciałem się podzielić własnymi doświadczeniami, wiedzą którą gdzieś tam nabyłem po drodze w tym swoim życiu (głównie książki, internet i metoda prób i błędów). Nie są to jakieś jedyne, ostateczne, słuszne racje i jeżeli ktoś ma inne zdanie/doświadczenia/propozycje z przyjemnością zapraszamy do dyskusji . I starałem się nie wchodzić za bardzo w szczegóły gdyż sam nie czuje się kompetentny, a i można z łatwością znaleźć od groma lepszych specjalistycznych materiałów w sieci. Na przykład odnośnie samej astronomii czy astrofotografii.

1. Co zabrać na obserwację:

Podstawa to ciepłe ubrania, nawet jeżeli wydaje się nam że warunki pogodowe nie są złe to należy brać pod uwagę, że spędzając dłuższe chwile na powietrzu we względnym bezruchu, nasze ciało może się bardzo szybko wychłodzić. Wychłodzenie bardzo szybko odbiera nam przyjemność ze spędzania czasu na świeżym powietrzu, może powodować trzęsienie się rąk co nie pomaga w obserwacjach przez jakiekolwiek przyrządy optyczne (gwiazdy nie wyglądają tak już zjawiskowo jak skaczą na prawo i lewo) czy obsługę aparatu i ostatecznie możemy się nabawić choroby która skutecznie uziemi nas w domu na najbliższe dni. Biorąc pod uwagę klimat na wyspach brytyjskich szkoda zmarnować piękną bezchmurną noc przez brak przygotowania w tym zakresie. Dodatkowo gdy mamy do czynienia z silnym wiatrem, co jak wiemy zdarza się w tym pięknym kraju dosyć często, uczucie zimna dodatkowo się potęguje.

Co więc zabrać?
– Ciepłą czapkę;
– Rękawiczki (z doświadczenia: obsługa aparatu lodowatymi paluchami w pewnym momencie staje się niemożliwa – wątpliwa przyjemność, nie polecam);
– Szalik, chusty;
– Ciepłe ubrania (najlepiej ubrać się warstwowo, jeżeli będzie nam za ciepło zawsze można coś z siebie zrzucić, a w razie draki włożyć z powrotem);
– Ciepłe skarpety i buty;

– Termos z gorącym napojem to kolejny podstawowy punkt na naszej liście. Czy będzie to kawa na pobudzenie, herbata, czy gorąca czekolada, powinniśmy mieć ze sobą coś co nas dobrze rozgrzeje, gdy mróz zacznie się nam dawać we znaki. Oczywiście jeżeli wybieramy się za dom do ogrodu, możemy sobie darować, jednak gdy wybieramy się gdzieś dalej i na dłużnej, termos może nam uratować życie ;] Plus wszystko wypite z termosu na świeżym powietrzu smakuje lepiej.

– Jakieś przekąski. Czekolada, różnego rodzaju batoniki, orzechy… Cokolwiek na wzmocnienie i podniesienie morale. Może się wydawać, że gdy zjedliśmy już kolację to spokojnie wytrzymamy do poranka i pysznego śniadania… No więc niekoniecznie… Jeżeli zostaniemy aktywni na dłużej w nocy, gdy nasze obserwacje się trochę przeciągną to nie śpimy i nasz organizm w najlepsze funkcjonuje sobie w normalnym trybie dziennym. I siłą rzeczy prawdopodobnie po 3-4 godzinach zaczniemy odczuwać głód. Bądźmy na to gotowi, zabranie lekkich przekąsek może znacznie umilić nam obserwacje, i pozwoli na dłuższe cieszenie się nocą piękną.

– Latarka lub latarka czołówka. Konieczność jeżeli wybieramy się poza miasto. Pomaga w odnalezieniu się w terenie, nie skręceniu sobie kostki na kamieniu, gdy będziemy wracać z powrotem do domu a także w sprawdzaniu czy nie pozostawiliśmy za sobą jakiś rzeczy. Dodatkowo latarka czołówka uwalnia nasze ręce co jest bardzo wygodnym gdy chcemy operować optyką, czy sprawdzić np. atlas nieba.

– Atlas nieba. Przydatny gdy chcemy zobaczyć konkretne obiekty, lub po prostu pobawić się w odkrywców. Aktualnie możemy pobrać różnego rodzaju aplikacje na telefony, które znacznie ułatwią życie. W innych wypadkach możemy zainteresować się wszelakimi publikacjami dostępnymi w internecie czy też w formie papierowej. Wiele z nich jest dostępnych za darmo, więc spokojnie można sobie pobrać i wydrukować.

Co dodatkowo może się przydać:

– Wszelka dostępna nam optyka, jak aparat/lornetka/luneta/teleskop. Już przez zwykłą lornetkę można prowadzić naprawdę ciekawe obserwacje nieba. Księżyc nabierze nowych szczegółów i głębi, będziemy mogli zobaczyć Jowisz i jego cztery księżyce czy na przykład Wielką Mgławicę w Orionie oraz tysiące gwiazd nieosiągalnych dla naszego gołego oka. Aparatem z możliwością manualnego ustawienia czasów naświetlania, możemy próbować sfotografować naszą własną galaktykę – Drogę Mleczną, ustrzelić deszcz asteroid, czy poeksperymentować ze smugami świetlnymi gwiazd (ang. light trails). Jeżeli niestety nie posiadamy żadnego sprzętu, zawsze możemy spróbować nauczyć się odnajdywać poszczególnych konstelacji, czy choćby nacieszyć się widokiem pięknego nieba. Jeżeli ktoś ma zacięcie konstruktorskie, można również spróbować skonstruować własną lunetę czy radio-teleskop i tak zacząć swoją przygodę z astronomią, polecam poczytać w internecie.
– Statyw. Jeżeli posiadamy jakąkolwiek optykę i o ile nie posiadamy żelaznego chwytu, czy wybitnej stabilizacji w rękach rzecz niezbędna. Gdy będziemy robić nocne zdjęcia, będziemy zmuszeni dokonywać dłuższych niż zwykle czasów naświetleń matrycy czy filmu. Najlepiej gdy posiadamy solidny statyw z ruchomą głownią, jednak nawet tańszy przy odpowiednim obciążeniu spokojnie może się nadać. Jeżeli takowego nie posiadamy możemy próbować ustawić aparat na czymkolwiek jak na przykład murek, kamień, ławka czy cokolwiek innego, byle stabilnego. Niestety znacznie ograniczy to możliwość operowania naszą optyką plus może narazić na uszkodzenia, bądźmy więc w tych przypadkach szczególnie ostrożni.
– Coś do siedzenia. O ile w docelowym miejscu naszych nocnych harców nie ma ławek, czy ‘wygodnych’ kamieni, warto ze sobą zabrać coś gdzie wygodnie będzie spędzić dłuższą chwilę. Czy to koc, karimata, czy krzesełka turystyczne, zawsze będą wygodniejsze od gołej ziemi.
– Jeżeli planujemy robić zdjęcia to bezprzewodowy, bądź przewodowy spust migawki może okazać się nieoceniony. Naciśnięcie spustu migawki może powodować, małe drżenie aparatu. W codziennej fotografii gdzie mamy do czynienia z bardzo krótkimi czasami naświetleń nie jest to problemem. Niestety przy dłuższym naświetlaniu w bardzo słabych warunkach oświetleniowych może to być sporym problemem. Nie ma nic gorszego niż jak spędzenie nocy na robieniu zdjęć i dopiero później w domu zorientowanie się, że wszystkie nasze zdjęcia są nieostre/poruszone. Jeżeli takowego nie posiadamy można posłużyć się w aparacie opcją opóźnienia błysku.

2. Gdzie obserwować niebo?

Zacząć można i we własnym ogrodzie czy balkonie. Oczywiście warunki mogą być ograniczone przez miejskie oświetlenie, czy na przykład sąsiada co ma w ogrodzie zamontowane oświetlenie co najmniej jak na stadionie olimpijskim. Ale dość często warunki mogą być wystarczające do podstawowych obserwacji. Sam większość czasu spędziłem właśnie w ogrodach domów gdzie aktualnie mieszkałem, często bardzo blisko centr sporych miast jak Cardiff czy Swansea.
Najlepiej jednak udać się gdzieś na wieś, bądź poza miasto. Czy będzie to polana w pobliskim parku, niedaleka plaża czy dolina osłonięta pagórkami od skupisk miejskich, widok w przejrzystą noc może być powalający. W internecie dostępnych jest wiele map pokazujących najbardziej i najmniej rozświetlone miejsca, wystarczy wpisać w posiadaną wyszukiwarkę “light pollution map”, czy mapy sztucznego światła/zanieczyszczenia światłem. Lub w internecie znaleźć i skorzystać z polecanych przez astronomów sprawdzonych miejsc.

3. Jak się przygotować?

Sprawdzić pogodę w miejscu gdzie planujemy obserwacje. Zdarzyło mi się przejechać 60km żeby zorientować się, że w Brecon Beacons pogoda znacznie różniła się od tego co było na wybrzeżu. W internecie można znaleźć pogodę przygotowaną przez astronomów przeznaczoną właśnie do oceny warunków zdatności obserwacji nieba.
 

Sprawdzić w jakiej fazie znajduje się księżyc, jeżeli planujemy oglądać obiekty dalekiego nieba, księżyc znajdujący się w pełni może kompletnie pokrzyżować nasze plany. Optymalnym czasem do obserwacji jest oczywiście nów, ale niestety pogoda i fazy ‘łysego’ nie zawsze idą w parze. Oczywiście jeżeli mamy dostępną jakąkolwiek optykę, możemy napawać się widokiem samego naszego największego naturalnego satelity, który może zauroczyć detalem już przy oglądaniu przez zwykłą lornetkę czy lunetę. W ostateczności zawsze możemy się doń odwrócić plecami i skupić na obszarze nieba z drugiej strony nieba, bądź przeczekać aż schowa się za horyzontem.

 Jeżeli planujemy obserwację konkretnych obiektów na niebie warto sprawdzić w których godzinach jest on widoczny na naszym nocnym niebie i gdzie. Można dzięki temu uniknąć rozczarowania gdy na przykład będziemy chcieli zobaczyć nasz obiekt i dopiero na miejscu zorientujemy się, że będzie on widoczny dopiero o 4-tej nad ranem, lub co gorsza dopiero na letnim niebie, gdy zima w pełni.
 
Dobrze zjeść, wiadomo że jak człowiek głodny to i zły, głód może być jednym z powodów skrócenia prowadzenia samych obserwacji. Także poza zabraniem przekąsek, zjedzmy wcześniej porządną kolację. Warto też kilka godzin przed spożywać jedzenie bogate w witaminę A, poprawia ona nasze nocne widzenie. Noktowizji nie oczekujmy, no ale może minimalnie pomóc.

4. Dodatkowo polecam:

Na początek gdy nie posiadamy żadnego sprzętu optycznego:
– znaleźć i nauczyć się konstelacji gwiazd jak na przykład Wielkiej Niedźwiedzicy, Kasjopei, Oriona, itd.;

– nauczyć się najjaśniejszych obiektów jak planet, gwiazd jak na przykład Gwiazdy Polarnej (przydatna to orientacji w terenie), Betelgezy (która może w najbliższym czasie przerodzić się w wybuch supernowej – najbliższy czas w skali astronomicznej znaczy się może jutro, może za 1000 lat);

– obserwować fazy księżyca;

Gdy mamy dostępną lornetkę/lunetę/mały teleskop:

– dokładniejsze obserwacje powyższych, księżyc wygląda niesamowicie już przez lornetkę;

– Jowisz i jego księżyce, fazy Wenus;

– obiekty mgławicowe jak Wielka Mgławica w Orionie, Galaktyka Andromedy, Wielka Gromada w Herkulesie;

Gdy mamy aparat z manualną kontrolą czasu migawki/przysłony:

– fotografować powyższe;

– sfotografować naszą własną galaktykę – Drogę Mleczną;

– sfotografować smugi świetlne gwiazd (ang. light trails) – pozorny ruch gwiazd na naszym niebie.

I wiele, wiele innych…

Przy obserwacjach przez różnego rodzaju optykę może pomagać metoda tak zwanego ‘zerkania’. Mianowicie chcąc oglądać konkretny obiekt lepiej jest nie patrzeć bezpośrednio na ten obiekt, a skupiać wzrok w mrok dookoła niego i kątem oka ‘zerkać’ na nasz cel. Jest to związane z budową naszego oka i jego samym działaniem. Polecam przetestować samemu.
Warto sprawdzić program stellarium, świetna interaktywna mapa nieba. Może pomóc zaplanować obserwacje, czy nauczyć sporo o astronomii.

O czym pamiętać:

 Jeżeli spędzamy czas na świeżym powietrzu, zawsze pamiętajmy aby posprzątać po sobie i zostawmy odwiedzane przez nas miejsce w stanie takim jakim je zastaliśmy, o ile nie lepszym. To bardzo ważne aby dbać o tą naszą przyrodę, aby pozwolić z niej korzystać z przyjemnością zarówno jej mieszkańcom jak i kolejnym odwiedzającym.
 
Jest noc, niektórzy ludzie mają kolejnego dnia pracę, w pobliżu mogą się znajdować zwierzęta – nie hałasujmy za bardzo, dajmy innym się wyspać.
 
Najlepiej nie wybierać się nocą samemu w odludne miejsca, zwłaszcza dotyczy to kobiet i dzieci. Możemy spotkać różnych ludzi, zwierzęta lub choćby mieć głupi wypadek, który może mieć nieprzyjemne konsekwencje. Lepiej, bezpieczniej i przyjemniej jest prowadzić obserwacje w grupie. Jeżeli już nie mamy wyjścia i gdzieś się wybieramy, zawsze poinformujmy kogoś gdzie i w jakim celu się wybieramy, kiedy planujemy powrót i zawsze miejmy przy sobie naładowany telefon komórkowy.

Tekst i zdjęcia: Piotrek Nowak – dziękujemy.

Białe Piaski i Błękitna Laguna

 Whitesands, fot. katiraf.com

Takie ładne nazwy można spotkać na samym koniuszku walijskiego ‘buta’ w zachodnim Pembrokeshire. Poszukiwacze spokoju, przestrzeni i dzikiej przyrody będą usatysfakcjonowani: to miejsce z jedynie minimalnym wpływem cywilizacji. Wielbiciele postindustrialu również nie będą zawiedzeni.

Whitesands to ogromnych rozmiarów piaszczysta plaża położona na północ od miasteczka St Davids. Jest uważana za jedną z najlepszych plaż dla surferów; przy ładnej pogodzie przyciąga również tłumy spacerowiczów. Na szczęście nie wszyscy odwiedzający są zainteresowani spacerami klifowymi, więc szanse ucieczki od tłumów są całkiem realne. Idąc od parkingu  należy przed plażą skręcić w prawo, przejść przez bramkę, i już prawie jesteśmy na samiutkim końcu świata. Trudno oprzeć się takiemu odczuciu wędrując po skalistym smaganym wiatrem podłożu z dość ubogą roślinnością i nieskończoną taflą Atlantyku na horyzoncie.

Whitesands, fot. katiraf.com

Whitesands, fot. katiraf.com

Spacer z WhitesandsSpacer z Whitesands

Na klifach Whitesands

Przy plaży jest całkiem spory parking (płatny u pana parkingowego), toalety (na pieniążek) i kafeja. Jak zapewniali mnie znajomi którzy mieli przyjemność – lody w kafei są warte grzechu.

Whitesands, fot. katiraf.com

Bonus: po około sześciu-siedmiu milach spaceru wybrzeżem w kierunku północnym  dotrzesz do tzw. Błękitnej Laguny w malutkiej miejscowości Abereiddy (możesz też dojechać tam samochodem w kilkanaście minut). To szczególne miejsce, chociaż podobnych ‘błękitnych lagun’ można wypatrzeć na wybrzeżu Pembrokeshire więcej. Kiedyś w tym miejscu istniała niewielka odkrywkowa kopalnia łupków (slate) z których Walia swego czasu słynęła. Łupki wykorzystywane były jako materiał budowlany do konstrukcji podłóg, dachów, płotów itp. Kopalnia w Abereiddy zakończyła swoją działalność na początku XX wieku, ale do dziś pozostały widoczne fragmenty budynków kopalni i domków pracowników. Górą klifu prowadzi również szlak spacerowy pokrywający się z linią tramwaju towarowego, który kursował niegdyś pomiędzy kopalnią, a pobliskim Porthgain, również niezwykle ciekawym miejscem.

Błękitny, czy może bardziej szmaragdowy kolor woda jeziorka zawdzięcza minerałom obecnym w łupkach.

Błękitna Laguna

Głębokie na 25 metrów jeziorko jest dziś szczególnie popularne wśród wielbicieli nurkowania, zwłaszcza w połączeniu ze skokami z wysokich klifów. Każdy może spróbować, ale zalecamy ostrożność; najlepiej pierwszy raz skoczyć pod okiem wykwalifikowanego  instruktora lub kogoś innego, kto zna się na rzeczy.

Za udostępnienie kilku zdjęć dziękujemy zaprzyjaźnionym obieżyświatom ze strony www.katiraf.com. Zachęcamy do zajrzenia do nich, mają tam mnóstwo ciekawych i inspirujących fotorelacji  z podróży do różnych zakątków świata, Polski i UK.

Z daleka od tłumów w Brecon Beacons

Black Mountain

Wszyscy lubią długie weekendy wolne od pracy. Zwłaszcza latem przy dobrej pogodzie.

Problem w tym, że w bank holidays tysiące ludzi rusza w teren, powodując w najbardziej popularnych miejscowościach, plażach, miejscach o nadzwyczajnym pięknie naturalnym itp. istny stan oblężenia. Jeśli komuś nie przeszkadza ustawianie się w kolejce, żeby sobie trzasnąć fotkę z wodospadem – to świetnie. Na szczęście reszcie z nas, która woli obcować z naturą w nieco bardziej osobisty sposób, Walia ma całkiem sporo do zaoferowania. Tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać.

My na Smoku jesteśmy ogromnymi fanami wielkich otwartych przestrzeni, falujących wzgórz i dzikich pustkowi. Lubimy wąskie drogi wijące się wśród malowniczych pagórków, mniej uczęszczane ścieżki parków narodowych, plaże bez parkingów, na które nie dociera zgiełk świata. Tym razem zapraszamy spragnionych podobnych wrażeń na przejażdżkę przez północno-zachodnią część parku narodowego Brecon Beacons. Ta okolica nosi nazwę Black Mountain, w odróżnieniu od Black Mountains, również efektownego pasma górskiego w części zachodniej parku.

Jezioro Usk

Góry BM, czy może raczej wzgórza, zbudowane są z dość niespotykanego czerwonawego piaskowca. Na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje, ponieważ cała okolica pokryta jest różnymi gatunkami traw; kolor podłoża widać za to dobrze w  dnach jezior i strumieni. Wzgórza są dość łagodne, o atrakcyjnych falistych kształtach; przecinają je żleby, którymi często spływają kaskady wody. Spotyka się lasy, głównie iglaste. Świat zwierzęcy nie jest zbyt licznie reprezentowany; ale z większych zwierząt można tam np. spotkać dzikie konie. No i oczywiście owce.

Dzikie konie w BM

Owce w BMJezioro Usk z czerwonym dnem

Kształt i wysokość wzgórz oraz ich malowniczość zachęcają do spacerów nawet tych, którzy nie posiadają superkondycji.  Jadąc przez BM niejednokrotnie zobaczycie nieduże parkingi z charakterystycznymi tablicami informatycznymi. Z każdego takiego parkingu wiedzie przynajmniej jeden szlak. Okolica jest również popularna wśród motocyklistów oraz rowerzystów (ukształtowanie terenu zdecydowanie sprzyja pracy nad megakondycją).

ParkingRowerem po BM

W Black Mountain można niejednokrotnie wypatrzeć ciekawostki w rodzaju głazów narzutowych, które kilka tysięcy lat temu spełniały jakąś bez wątpienia ważną rolę w społecznościach żyjących na tych terenach. Jednym z najciekawszych przykładów jest stojący niedaleko jednej z dróg głaz o wdzięcznej nazwie Maen Llia (czyt. majn chlija). Stoi tam od zaledwie… 4000 lat. Mi osobiście przypomina trochę kształtem Polskę, taki żarcik okołobrexitowy..Maen Llia

W okolicy jest również kilka malowniczych zbiorników wodnych, np. Usk, przy których można rozłożyć sobie kocyk i zażyć niespiesznej relaksacji. Jest również pewna ilość wiosek i miasteczek, w których można najczęściej znaleźć coś do jedzenia, ale najlepiej mieć ze sobą jakieś kanapki. Przy wioseczkach często są stare cmentarzyki na które warto zajrzeć po odrobinę lokalnej historii. W zasięgu przysłowiowej ręki jest również słynny zamek Carreg Cennen, znany jako ‘najromantyczniejsze ruiny w Walii’.

Proponowana trasa – bardzo orientacyjna i jak najbardziej do własnej modyfikacji – wiedzie od wodospadów w Ystradfellte, przez Heol Senni, Sennybridge, Trecastle, Usk Reservoir, Twynllanan i Upper Brynamman. Tak wygląda mapka orientacyjna; niestety nie ma na niej zaznaczonych wszystkich dróg ze względu na to, że są to drogi najczęściej wiejskie i przy tej skali obrazu ich po prostu nie widać. Dokładnie sytuację drogową można prześledzić na google maps.. albo pozwolić sobie na spontan i po prostu ruszyć przed siebie.

Mapka

Mapka orientacyjna

Radosnego eksplorowania : )

Black Mountain Black Mountain Drogi Black Mountain

Cregennan Lakes – skarb ukryty w cieniu Cadair Idris

Cregennan LakesNa niewielkim płaskowyżu, gdzieś pomiędzy rozległym ujściem rzeki Mawddach, a surowymi szczytami masywu Cadair Idris, leżą Cregennan Lakes – dwa nieduże jeziora, które, wraz z otaczającym je krajobrazem, bez grama przesady można nazwać (dobrze) ukrytymi klejnotami.

Żeby się tu dostać, trzeba albo pokonać ekstremalną, nawet jak na warunki walijskie, drogę z Arthog – 250 metrów wspinaczki na odcinku może trzech kilometrów, plus kilka zakrętów-agrafek – albo osiem kilometrów drogą przez pustkowie z Dolgellau.

To doskonale ukryte miejsce upodobali sobie już prehistoryczni mieszkańcy okolicy. Ci z epoki brązu pozostawili po sobie pamiątki w postaci kilku menhirów – zarówno stojących samotnie, jak przeszło dwumetrowy Carreg y Big, czy Plas Cregennen Stone, albo ustawionych w rzędzie (tzw. stone row), jak Hafotty-fach Stones. Inni, setki lat później, już w epoce żelaza, na szczycie wzgórza Pared-y-Cefn-Hir wznieśli obronne grodzisko – jedno z co najmniej trzech zidentyfikowanych w niedalekiej okolicy.

Można zaryzykować stwierdzenie, że wieki temu, te strony tętniły życiem. Zupełnie odwrotnie niż teraz. Dziś stoją tu tylko dwie farmy należące do National Trust, zajmujące się tradycyjnym wypasem owiec i bydła. Wbrew pozorom nie stanowią one kuriozum i pamiątki po dawnych czasach. Tradycyjna hodowla pozwala utrzymać krajobraz w jego pół-dzikiej formie, charakterystycznej dla walijskich wyżyn. Na farmach zatrzymują się też wędkarze, przyjeżdżający tu z nadzieją na złowienie pstrąga, z którego słyną wody obu jezior.

Ci, których ani prehistoryczne kamienie, ani wędkowanie szczególnie nie pociągają, nad brzegami Cregennan Lakes znajdą spokój, spektakularne widoki – z jednej strony na całe estuarium rzeki Mawdach i słynny drewniany Barmouth Bridge, z drugiej na strome zbocza Cadair Idris – i kilka dobrze oznaczonych ścieżek, spacerując którymi, można spędzić cały dzień.

Pistyll Rhaeadr i Lake Vyrnwy

Lake Vyrnwy/Llyn EfyrnwyWzgórza północnego Montgomeryshire, pocięte labiryntem wąskich dróg łączących miniaturowe osady, skutecznie skrywają dwa niezwykłe skarby: najwyższy wodospad i największe jezioro Walii.

“Nigdy nie widziałem wody opadającej z takim wdziękiem” – pisał o wodospadzie Pistyll Rhaeadr George Borrow, autor słynnego dziewiętnastowiecznego klasyku krajoznawczego Wild Wales (Dzika Walia). “Do czego mógłbym go porównać? Naprawdę nie wiem. Chyba że do kawałka cienkiego jedwabiu poruszonego odgłosem grzmotu, albo do długiego szarego ogona galopującego rumaka”.

Te poetyckie wzruszenia nie powinny dziwić, bo najwyższy wodospad Walii rzeczywiście zachwyca.

Stojąc nad brzegiem niewielkiej rzeczki Afon Disgynta, wijącej się przez wrzosowiska wzgórz Berwyn, trudno wyobrazić sobie spektakl, jaki funduje widzom opadając nagle siedemdziesiąt trzy metry, w dół mrocznego wąwozu. Mniej więcej w połowie wysokości wodospadu, ściany wąwozu spina naturalny skalny most, znany jako Fairy BridgeMost Wróżki, dodający całej scenerii magicznej dramaturgi. Dalej, już jako Afon (rzeka) Rhaeadr, jakby nic się nie stało, płynie spokojnie dnem wąskiej doliny do Llanrhaeadr-ym-Mochant.

Ta nieduża wieś, wyglądająca raczej na miniaturowe miasteczko, z trójkątnym rynkiem, i kilkoma uliczkami ciasno zabudowanymi niskimi domami, zajmuje szczególne miejsce w sercach Walijczyków. Przez lata żył i pracował tu wielebny William Morgan. Misją i dziełem jego życia, zaprezentowanym światu w 1588 roku, było tłumaczenie Biblii z greki i hebrajskiego na język walijski.

Gigantyczne przedsięwzięcie zajęło Morganowi kilka dekad. Zdaniem językoznawców, ten – nie bójmy się wielkich słów – tytaniczny akt uratował język walijski przed powolnym wymieraniem. Przez całe wieki Biblia Morgana stanowiła wzór literackiego walijskiego. W wielu domach często była jedyną książką w jakimkolwiek języku. Przetrwała formalne i nieformalne próby siłowego anglizowania Walijczyków i dziś jest pomnikiem uporu, ogromnej pracy i miłości do mowy przodków.

Najbliższy post code dla wodospadu to: SY10 0BZ

-//-//-

Tak jak George Borrow zachwycał się urokami Pistyll Rhaeadr, tak kilku angielskim podróżnikom brakło słów, by opisać… jałowość i zupełną nijakość Doliny Efyrnwy, ukrytej wśród wzgórz u podnóża pasma Aran, kilka mil na południe od Llanrhaeadr-ym-Mochant.

Być może to za sprawą tak wątpliwej rekomendacji, w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku, w dolinie pojawili się geodeci i inżynierowie wysłani przez zarząd miasta Liverpool, szukający najlepszego miejsca pod budowę rezerwuaru, który zapewniłby stałe dostawy wody dla rozrastającej się metropolii.

Wtedy w dolinie stała jeszcze wieś Llanwddyn, złożona z dziesięciu farm, trzydziestu siedmiu domostw, trzech karczm, dwóch kaplic i niewielkiego kościoła. Kawałek dalej, w górę dolny, stał dwór rodziny Buckley. Na zboczach i szczytach wzgórz pasły się owce i krowy.

Cały ten świat, na początku lat osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku, zrównano z ziemią, a w dole doliny zbudowano największą wówczas na świecie zaporę: długą na 358 metrów i wysoką na 44. Była to pierwsza z wielkich wiktoriańskich hydro-inwestycji w środkowej Walii. (Dwadzieścia lat później, żeby zaspokoić pragnienie Birmingham, zalano Dolinę Elan: Walijska Kraina Jezior) Rezerwuar, który powstał w wyniku jej budowy – Lake Vyrnwy/Llyn Efyrnwy – do dziś jest największym jeziorem w Walii – długim na osiem i szerokim na półtora kilometra. Jego napełnianie zajęło cały rok!

Część mieszkańców zatopionej wioski znalazło domy w nowej “modelowej wsi” zbudowanej w cieniu potężnej tamy, ale większość opuściła te strony na zawsze.

Co może wydawać się dość przewrotne w obliczu dramatu miejscowych, jednym z założeń budowy sztucznego jeziora było… uatrakcyjnienie krajobrazu. Trudno jednoznacznie stwierdzić na ile budowniczy wywiązali się z tego zadania, ale określenia takie jak alpejski, skandynawski, transylwański, baśniowy czy disnejowski, często występujące w opisach doliny, brzmią zachęcająco.

Dawne pastwiska na wzgórzach dziś porastają gęste lasy. Wokół jeziora wyznaczono kilometry szlaków i ścieżek łączących kryjówki dla obserwatorów ptaków, wąwozy potoków zasilających rezerwuar i kilka wodospadów, w tym dość imponujący Pistyll Rhyd-y-meincau znany też jako Rhiwargor Waterfalls. Kamienna zapora, po prawie stu pięćdziesięciu latach stała się częścią krajobrazu. Całości pocztówkowego obrazka dopełnia malownicza kamienna wieża z zielonym miedzianym dachem, w stylu wiktoriańskiego gotyku – znak rozpoznawczy Lake Vyrnwy. W tle majaczą szczyty pasma Aran, przez które wiodą dwie karkołomne, ale i niezwykle malownicze drogi opadające wprost na brzegi kolejnego jeziora – Bala Lake/Llyn Tegid. Od jednej z nich odbija droga do Dinas Mawddwy, znana jako Bwlch-y-Groes, uważana za najwyżej położoną drogę w Walii.

Najlepszym miejscem do podziwiania tej panoramy (i nie jest to reklama!!!), jest taras restauracji Lake Vyrnwy Hotel. Przy okazji można – i warto – tu zjeść naprawdę doskonałe dania walijskiej kuchni.

Kod pocztowy dla RSPB Lake Vyrnwy to:

Ławka Z Widokiem – galeria

Walia to prawdziwe mocarstwo wśród posiadaczy Ławek z Widokiem; wiedzieliśmy to od zawsze, ale teraz mamy niepodważalne dowody. Kilka tygodni temu poprosiliśmy naszych czytelników i zaglądaczy z fb o przesłanie nam zdjęć swoich ulubionych ławek położonych w malowniczych okolicznościach przyrody – oto rezultaty. Kliknij na pierwsze zdjęcie aby przejść do galerii. W opisach zamieszczamy przybliżone lokalizacje, w razie gdyby ktoś chciał się wybrać na poszukiwania.

Mamy nadzieję, że galeria Ławek Z Widokiem będzie się rozwijać.

Wszystkim, którzy wzięli udział w naszym mini-projekciku – dziękujemy.

Ci wspaniali mężczyźni na swoich żelaznych rumakach

Plaża w Pendine, widok z klifu

Jest taka plaża w południowo-zachodniej Walii, która przyciąga nie tylko swoją niekwestionowaną urodą, ale również echem wielkich wyczynów, które znał cały świat.

Już dawno przebrzmiał ryk silników, gwar gorących dyskusji mechaników i wiwaty tłumów. Ale 11-kilometrowy pas piasku  w Pendine wciąż skrywa niejedną pamiątkę po tamtych czasach. Czasach mężczyzn odważnych do szaleństwa, legendarnych maszyn i jednego skromnego marzenia: Chcę być najszybszym człowiekiem na ziemi. Drobnostka..

  Własność @ Speed Museum Pendine

Próby bicia rekordów prędkości w Pendine sięgają końca XIX wieku. Sport rozbujał się niesłychanie w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku. Jedną z najważniejszych postaci tego okresu był Malcolm Campbell, figura powszechnie znana i szanowana w Wielkiej Brytanii. Dla tych, którzy fascynują się cyferkami: ustanowiony przez niego w 1935 roku rekord prędkości prowadzenia pojazdu mechanicznego na stałym lądzie wynosił 485 km/h (bez kilku metrów). Może powtórzę, 485 km/h w 1935r.

Wbrew zamiłowaniu do niebezpiecznych sportów, Malcolm zmarł w wieku zaawansowanym we własnym łóżku;  za to jego syn, Donald, który kontynuował rodzinne tradycje,  zginął w wieku czterdziestu kilku lat w trakcie próby poprawienia własnego rekordu prędkości na jeziorze Coniston (Cumbria).  Jego słynny bolid, Blue Bird został wydobyty z dna jeziora dopiero kilka lat temu, razem z doczesnymi szczątkami rekordzisty. Donald Campbell pozostaje do dziś jedyną osobą na świecie, która pobiła rekord prędkości zarówno na lądzie, jaki na wodzie. Taka rodzinka.

Parry-Thomas i Babs

Ale to tak nawiasem, wracamy do Pendine. Jednym z najważniejszych konkurentów Campbellów na polu bicia rekordów prędkości był niejaki J.G. Parry-Thomas, Walijczyk, inżynier, kierowca rajdowy i wynalazca. Jego słynny na cały świat bolid o sympatyczniej nazwie Babs pobił w 1926 r rekord prędkości na stałym lądzie (275 km/h) i przez ponad rok królował niezagrożony. Ostatecznie rekord został pobity przez wspomnianego uprzednio Malcolma Campbella (o zaledwie niecałe 5km/h). W następnym roku Parry-Thomas próbował odzyskać panowanie nad światem prędkości; niestety była to jego ostatnia próba. Na skutek zerwania się jednego z łańcuchów bolid rozbił się, a kierowca zginął na miejscu.

Parry-Thomas w Babs, zdjęcie z Internetu

Przyjaciele rajdowca zadecydowali o ‘pochowaniu’ Babs, najszybszej maszyny świata, w piaskach Pendine. Ostatecznie to właśnie miejsce było świadkiem jej największych sukcesów i tragicznego końca. A przynajmniej wydawało się, że końca. Czterdzieści lat później bowiem grupa zapaleńców wydobyła bolid z piasków, odrestaurowała i przywróciła na wyścigowe tory. Niedawno Babs wreszcie odeszła na emeryturę; teraz zajmie zasłużone poczesne miejsce w niedużym Museum of Speed w Pendine.

Pendine - tablica pamiątkowa

Ze śmiercią Parry-Thomasa w 1927r Pendine straciło swoją prestiżową pozycję w świecie wyścigów motorowych/samochodowych. Piaski uznano za zbyt niebezpieczne, a bicie rekordów prędkości przeniesiono do Bonneville Sand Flats w Utah, gdzie pozostaje do dziś. Dziś piaski Pendine goszczą dość regularnie różnego rodzaju amatorów bicia rozmaitych pomniejszych rekordów; jednym z ostatnich wyczynów jest ustanowienie rekordu prędkości.. kosiarki do trawy. Niejaki Don Wales uzyskał na niej całkiem zawrotną prędkość 140 km na godzinę. Gratulujemy : )

  • Info praktyczne: niedrogi parking w Pendine znajduje się prawie przy samej plaży.
  • Nieduże Museum of Speed znajduje się zaraz przy parkingu. Wstęp wolny, dotacje mile widziane.
  • Kod pocztowy dla parkingu: SA33 4NY
  • Wokół plaży znajduje się kilka kafejek, budy z lodami, pub itp.

Plaża w Pendine

Twój przewodnik po Walii i angielsko-walijskim Pograniczu