Tag Archives: co zobaczyć w walii

Snowdonia dla każdego: spacer wokół jeziora Llyn Idwal

Górski park narodowy Snowdonia ma coś dla każdego – pięknymi widokami i dziką przyrodą mogą się tu cieszyć nawet osoby niespecjalnie wysportowane.

Przykładem niewymagającego, a bardzo malowniczego szlaku dla każdego jest ścieżka wiodąca dookoła polodowcowego jeziora Llyn Idwal, położonego w północnej Llyn Idwalczęści parku, nieco na wschód od znanej miejscowości Llanberis.

Spacer rozpoczyna się i kończy przy Ogwen Cottage Ranger Base, położonej przy drodze A5 naprzeciwko jeziora Llyn Ogwen. Jest tam płatny parking, ale można również parkować za darmo na ulicy.

Oprócz eleganckiej tafli jeziora, olbrzymich, luźno porozrzucanych po całej dolinie kamieni narzutowych, czy rwących strumieni można tu podziwiać m.in. słynne wierzchołki Tryfan oraz Glyderau, czyli Glyder Fawr i mniejszy Glyder Fach. Są trudniejsze do zdobycia niż popularny Snowdon, głównie z uwagi na dość wymagające formacje skalne, i w związku z tym przyciągają głównie osoby wysportowane i bardziej doświadczone w obcowaniu z górami.

Warto wspomnieć, że dolina Idwal (Cwm Idwal) została pierwszym walijskim rezerwatem przyrody, nie tylko ze względu na swoją urodę, ale głównie ze względu na rzadkie okazy flory alpejskiej spotykane w wyższych partiach gór. Później weszła w skład parku narodowego.

Sama nazwa Idwal pochodzi od imienia syna walijskiego księcia, który według jednych źródeł został utopiony w jeziorze przez wrogów swego ojca, a według innych skremowany na jego brzegu po śmierci w bitwie.

To piękne miejsce, i zdecydowanie warto spędzić tam kilka godzin.

Kod pocztowy dla nawigacji: LL57 3LZ.

 

This slideshow requires JavaScript.

 

 

 

1 dzień w Brecon Beacons: Neuadd Reservoir i mały szlak wodospadowy

Neuadd

Niedzielnym turystom park narodowy Brecon Beacons kojarzy się najczęściej z najwyższym szczytem południowej Walii, Pen Y Fan (którego popularność wzrosła kosmicznie w ostatnich latach). Tymczasem park ma do zaoferowania o wiele więcej, jest bardzo różnorodny, a do tego posiada wiele zakamarków rzadziej uczęszczanych, a dostępnych właściwie każdemu niezależnie od kondycji. Niestety, z oczywistych względów spora część parku nie jest osiągalna dla osób poruszających się na wózkach.

Dziś zapraszamy na łatwą i przyjemną jednodniową wycieczkę z wodospadami, jeziorem i górskimi widokami w tle. Dorzucimy też kilka sugestii dla tych, którzy chcą się troszkę bardziej zmęczyć.

Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Merthyr Tydfil a Talybont on Usk w środkowej części BB. Kliknij na mapki żeby je powiększyć.

Wycieczkę proponujemy zacząć od sztucznego jeziorka Lower Neuadd Reservoir **. To nieduży zbiornik wodny otoczony wianuszkiem gór o eleganckim kształcie, w którym łatwo można rozpoznać charakterystyczny wierzchołek Pen Y Fan. Do jeziora prowadzi asfaltowa ścieżka zamknięta dla ruchu samochodowego; samochód trzeba zostawić na bezpłatnym parkingu o tej samej nazwie. Kod pocztowy do najbliższej cywilizacji: CF48 2UT. Kody pocztowe w takich odludnych miejscach są jedynie orientacyjne, więc najlepiej zdać się na drogowskazy albo mapę. Dojście do jeziora zabiera około 10-15 minut. Zbiornik, jak większość tzw. rezerwuarów w Wali jest własnością Welsh Water (Dŵr Cymru, odpowiednik polskich wodociągów, to oni dostarczają waszą wodę pitną).

Neuadd Reservoir to idealne miejsce na relaks, piknik, czy nawet drzemkę w pięknych okolicznościach przyrody.  Bardziej aktywni mają kilka opcji spacerowych, np. mogą przejść się dookoła jeziorka (mniej-więcej godzina), albo nawet dalej – w okolicy jest kilka szlaków, m.in. słynny Brecon Horseshoe, która wychodzi właśnie stąd, zahacza o kilka wierzchołków włączając Pen Y Fan, i powraca do jeziora. Szlak liczy około 17 km, czyli mówimy o mniej więcej 5 godzinach marszu. Na mapce w galerii poniżej można zobaczyć jak ta trasa wygląda. Duży plus: idziesz na Pen Y Fan inną drogą niż większość turystów. Należy tylko koniecznie pamiętać, że to góry, więc trzeba się przygotować na możliwe gwałtowne zmiany pogody i zaopatrzyć w prowiant i wodę.

This slideshow requires JavaScript.

Zakładamy, że nie poszedłeś w góry, zostało Ci pół dnia, możesz skoczyć w drugie miejsce, praktycznie po sąsiedzku. Niedaleko od jeziora Neuadd znajduje się  przyjemny niewymagający leśny szlak, przejście którego zajmuje około pół godziny. Szlak rozpoczyna się od niedużego bezpłatnego  parkingu o nazwie Lower Blaen Y Glyn (kod orientacyjny CF48 2UT) i biegnie wzdłuż rzeki, prowadząc do średniej wielkości wodospadu o wdzięcznej nazwie Caerfanell Falls. Ciekawostka: przy wodospadzie po lewej stronie można wypatrzeć neolityczny kamień z napisami i krzyżem celtyckim. Po dojściu do wodospadu przechodzisz drewnianym mostkiem na drugą stronę rzeki i zawracasz w stronę parkingu. Napotkasz tu kilka pomniejszych wodospadów, które nie są może Niagarami, ale są dość malownicze, i można sobie przy nich przysiąść  na chwilkę zen-relaksu, albo i mały piknik na trawie. Szlak kończy się przy kamiennym mostku niedaleko od parkingu,

This slideshow requires JavaScript.

Opcja dla chcących więcej: wyjeżdżając z parkingu skręć w prawo i pojedź ostro pod górkę. Na końcu podjazdu po prawej stronie będzie kolejny parking o nazwie Blaen Y Glyn Uchaf (rzuć okiem na mapkę na górze). Nad parkingiem dominuje charakterystyczna góra Craig Y Fan Ddu, która nie jest może jakoś przesadnie wysoka (około 600 m npm), ale za to jest stroma, i zdecydowanie można na niej przetestować stan swojej kondycji. Z jej szczytu rozciągają się malownicze widoki, szczególnie, jeśli zdecydujemy się pójść jeszcze dalej następnymi grzbietami górskimi. Do dalszych wędrówek jednak polecamy się nieco przygotować. Ciekawostka: niedaleko tej lokalizacji można znaleźć wrak samolotu z czasów drugiej wojny światowej. Takich wraków jest w górach BB kilka, niektóre nawet pochodzą spoza UK. Przypominają, że w górach, nawet tak niewysokich, często jednak panują trudne warunki pogodowe i trzeba ten fakt uszanować.

This slideshow requires JavaScript.

A na koniec dnia warto sobie zafundować miskę pysznej domowej zupy w kafei The Old Barn Tea Room, która jest tuż za rogiem, i do której łatwo trafić jadąc po drogowskazach właśnie na ‘Tea room’. Miejsce jest sprawdzone, przyjemne i niespecjalnie drogie. Bonus: ‘prawdziwa’ herbata w porcelanowej zastawie : )

This slideshow requires JavaScript.

** Update 2020 – zbiornik został osuszony przez Welsh Water i niestety już nie istnieje.

Walia na 1 dzień – Laugharne, Pendine, Saundersfoot

W serii Walia na 1 dzień zapraszamy dziś na południe, na pogranicze hrabstw Pembrokeshire i Carmarthenshire.

Nasza kolejna trasa na 1 dzień powiedzie przez miasteczko poety Dylana Thomasa – Laugharne, plażę Pendine i śródziemnomorski w klimacie porcik Saudersfoot. Po drodze możemy rzucić okiem na jeszcze dwie inne miejscowości. Ta część wybrzeża jest szczególnie popularna wśród posiadaczy tzw. caravans, albo inaczej letniskowych domków mobilnych; caravan parks można spotkać wzdłuż całego wybrzeża. Przy ładnej pogodzie, zwłaszcza w weekendy i podczas wakacji szkolnych, niemal cała okolica pęka w szwach.

Laugharne (wymawiaj: ˈlɑːrn – r prawie niesłyszalne) to miejsce słynące znane nie tylko z powodu swojej niezaprzeczalnej urody oraz malowniczego zamku; przede wszystkim znane jest jako dom największego walijskiego poety – i jednego z nielicznych znanych w całym świecie – Dylana Thomasa. Jego znaczenie dla kultury walijskiej można porównać do znaczenia Mickiewicza dla kultury polskiej.

Laugharne leży w olbrzymim estuarium rzeki Taf, które wygląda szczególnie malowniczo podczas odpływu. Najpopularniejsza trasa spacerowa wiedzie z parkingu przy zamku, wzdłuż wybrzeża do tzw. Boathouse – jak nazywa się dom, w którym mieszkała w latach 1949-1953 rodzina Thomasów. Po drodze do Boathouse (w którym nawiasem mówiąc jest teraz muzeum i kafejka) miniecie małą szopkę niemal zawieszoną nad klifem – zerknijcie do środka. To samotnia poety, miejsce w którym tworzył – wciąż wygląda tak, jak je zostawił w momencie swojej śmierci w 1953 r. Trudno wyobrazić sobie przyjemniejsze miejsce do tworzenia sztuk pięknych.

Dylan Thomas wiersz "And Death Shall Have No Dominion", zródło: internet

Chyba najlepszą porą na odwiedziny w Laugharne jest późne letnie popołudnie. Zwykle buzująca od spacerowiczów promenada wycisza się, i zawsze można znaleźć wolną ławkę z widokiem na niekończące się estuarium. Warto też pospacerować po wiosce; zobaczyć ulubiony pub poety i kilka ciekawych posiadłości. Jeśli ktoś chce zwiedzić zamek lub muzeum poety, to powinien udać się do Laugharne w godzinach otwarcia obu – zwykle do 17.00.

Kod pocztowy dla nawigacji: SA33 4FA. Parking przy zamku bezpłatny (ostatnio sprawdzane w marcu).

Pendine to miejsce o szczególnej historii i niemniej szczególnej urodzie. O historii związanej z biciem rekordów prędkości pisaliśmy już wcześniej, tym razem tylko kilka słów o samym miejscu. Pendine to przede wszystkim plaża – piaszczysta, płaska i długa na 11 km, idealna na spacery. Z jednej strony plaża zamknięta jest sporej wysokości klifem, z którego roztacza się piękny widok. Podczas odpływu można podziwiać klifowe jaskinie o najróżniejszych kształtach. Przy plaży jest kilka kafejek w których można zjeść coś niewyszukanego, najczęściej powiązanego z frytkami; jest tez sklepik z akcesoriami plażowymi.

Kod pocztowy dla nawigacji: SA33 4NY. Parking płatny.

Z Pendine ruszamy wzdłuż wybrzeża na zachód (w kierunku na Tenby). Kolejne dwie nieduże miejscowości letniskowe to Amroth i Wisemans Bridge – obie mają charakter typowo letniskowy, a ich głównym atutem są rozłożyste plaże. Można sobie przez nie przejechać, można się zatrzymać, ale generalnie poza spacerami po plaży i kawkowaniem w kafejkach ma w nich specjalnie co robić.

Następnym przystankiem – i ostatnim – jest Saundersfoot.

Saundersfoot to kolejna mocno oblegana miejscowość turystyczna w południowej Walii. W mojej opinii daleko jej np. do uroku Tenby, ale ma kilka niezaprzeczalnych walorów, np. atrakcyjną plażę oraz port w stylu niemal śródziemnomorskim – latem można się dać oszukać. Prawdopodobnie przez te wszystkie palmy.  Port został wybudowany blisko 200 lat temu w związku z gwałtownym rozwojem przemysłu górniczego. Po przemyśle już dziś nie ma śladu; wyjątkiem jest sieć starych tuneli wykutych w klifach, która wpisuje się w ścieżkę spacerową biegnącą wzdłuż wybrzeża i stanowią ciekawą atrakcję turystyczną. Podobnie jak port.

Parking przy plaży na obrzeżach miasteczka jest bezpłatny, parkingi w samym centrum przy porcie są płatne. Kod pocztowy dla nawigacji: SA69 9NL. Co jeszcze: ceny lodów są zbójeckie, uczciwie ostrzegam. Zawsze taniej zajrzeć do pobliskiego marketu.

Całą wycieczkę można oczywiście odbyć w odwrotnym kierunku.

Podziemny skansen – Big Pit

dscn5359

Są miejsca, które po prostu trzeba odwiedzić, pomimo, że być może nie każdego pociąga taki rodzaj atrakcji.

‘Big Pit’ to po prostu ‘wielki szyb’, albo ‘wielka kopalnia’. Ci, którzy interesują się odrobinę przeszłością Walii wiedzą, że jeszcze kilkanaście lat temu dymiły nad tym niedużym krajem potężne kominy, szumiały szyby wentylacyjne, a widoki, które tak lubimy, zasłaniała niemal nigdy niekończąca się chmura smogu. Łatwo sobie wyobrazić, jak to wyglądało przejeżdżając przez dzisiejszy Port Talbot. Rewolucja przemysłowa XIX wieku zmieniła oblicze rolniczej Walii; koniec przemysłu z kolei oznaczał stopniowy powrót do zielonej wyspy jaką znamy dziś.

dsc_6098

Kopalnie węgla są wpisane w walijską tożsamość. To one stanowiły centrum lokalnego wszechświata, to one dawały utrzymanie (nigdy do końca adekwatne do wykonywanej pracy), i to one łączyły ludzi poprzez liczne tragedie. Jako była mieszkanka Śląska/Zagłębia i córka górnika odczuwam z nimi pewnego rodzaju więź; dlatego m.in. wybrałam się do tego muzeum. Chciałam się dowiedzieć, jak to jest wsiąść do metalowej klatki i zjechać głęboko pod ziemię. I tak, to jest bez wątpienia intensywne przeżycie. No bo może to jest i muzeum, ale nie sztuczny twór, nie kopalniany park rozrywki, tylko prawdziwa kopalnia, która wygląda tak, jakby wciąż trwała w niej praca, tylko akurat skończyła się szychta i wszyscy poszli do domu. O realizmie miejsca przypomina też zakaz używania telefonów czy aparatów fotograficznych, które mogłyby zakłócić pracę urządzeń monitujących poziom metanu.

Przewodnicy to byli pracownicy kopalni. Lubią sobie pobajać, pożartować; wiedzą też kiedy wystarczy na chwilę zamilknąć. Opowiedzą o tym, jak to było kiedy w kopalniach pracowały siedmiolatki, pokażą, jak to jest znaleźć się w absolutnej ciemności, do której wzrok się nie przyzwyczaja, i jak brzmi alarm metanowy. Opowiedzą o słynnych strajkach lat 80-tych, i o tym, jak się pani Thatcher ‘przysłużyła’ Walii.

Oprócz samej kopalni trzeba koniecznie zobaczyć muzeum, w którym zebrano mnóstwo przedmiotów codziennego użytku związanych z górnikami i ich życiem. Jest też kafejka oraz stara kopalniana kantyna; w obu można zjeść coś konkretnego, ewentualnie wypić kawę okraszoną walijskim ciasteczkiem.

Big Pit wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

5 dsc_6075 9dsc_6044dsc_6053  dsc_6048 dsc_6095 dsc_6094

Wstęp jest darmowy, ale trzeba pobrać z recepcji bilet. Przed zjazdem na dół każdy musi założyć kask z latarką oraz baterią; całość waży około pięciu kilogramów. Zalecane jest ciepłe ubranie i porządne buty. Dzieci mierzące poniżej metra wzrostu niestety nie mogą zjechać pod ziemię.

Muzeum jest otwarte codziennie od 9.30 do 16.30. Zjazdy pod ziemię odbywają się pomiędzy 10.00 a 15.00. Może się zdarzyć, że w którymś konkretnym dniu zwiedzanie nie będzie dostępne; warto przed wizytą sprawdzić stronę muzeum: Big Pit National Coal Museum Muzeum posiada parking (płatny).

dscn5325 dscn5322 dsc_6030

Kod pocztowy dla satnavu: NP4 9XP i mapka:

Jedyna taka latarnia – Whiteford

hea

Półwysep Gower w południowej Walii to miejsce o wyjątkowym pięknie naturalnym (“Area of Outstanding Natural Beauty”). Nawet po kilku dobrych latach znajomości wciąż potrafi mnie czymś nowym zauroczyć.

Na samym końcu półwyspu – lub na początku, jeśli mieszkasz w Llanelli – znajduje się estuarium rzeki Loughor. W trakcie odpływu estuarium zmienia się w ogromną plażę, przeczesywaną od stuleci przez poszukiwaczy małży i niezliczone ptactwo. To właśnie znakomite podobno małże (cockles) rozsławiły tę okolicę wśród wielbicieli owoców morza w całym kraju. Nieduża miejscowość Penclawdd ma podobno szczególne zasługi na tym polu. Na plaży Whiteford Sands biliony pustych skorupek małży i ostryg chrupią pod stopami spacerowiczów.

4355

To właśnie tutaj w 1865 roku wybudowano efektowną żeliwną latarnię morską. Można sobie tylko wyobrazić, jak trudne było to przedsięwzięcie biorąc pod uwagę, że w Walii przypływ następuje dwa razy na dobę, i jest drugim największym pływem na kuli ziemskiej. Skala zjawiska nie przestaje mnie zdumiewać. Ciekawostka: to ostatnia tego typu latarnia morska zachowana w Europie.

Latarnia ostrzegała żeglarzy przed mieliznami mniej więcej do końca lat 80-tych ubiegłego wieku. Obecnie posiada status zabytku chronionego prawnie. Niestety nie można wejść do środka – szkoda, bo widok z 13 metrowej konstrukcji na niekończące się plaże Gower musi być imponujący.

6

Spacer do latarni można odbyć z kilku kierunków. Wytrawni piechurzy długodystansowi mogą się tam wybrać z sąsiedniej Rhossili (tak, tej słynnej Rhossili), ale ostrzegam, to to będzie długi spacer i koniecznie trzeba mieć oko na zaskakująco szybko następujący przypływ. Najlepsza opcja to kierować się na miejscowość Llanmadoc (kod poczowy SA3 1DA), skąd po znakach dojedzie się do małego parkingu w okolicy wioseczki Cwm Ivy (opłata 1 funt – skrzynka uczciwości honesty box).  Z parkingu trzeba iść w dół po wąskiej drodze lokalnej, przez bramkę National Trust i nieduży lasek sosnowy w kierunku plaży. Następnie po plaży wzdłuż wydm w  prawo.

mapka2

Po estuarium teoretycznie można chodzić w czasie odpływu, ale koniecznie w kaloszach. Niektóre odcinki mogą być bardzo błotniste. Generalnie najlepiej, zwłaszcza, jeśli przypływ już się zaczął, trzymać się piaszczystej ścieżki biegnącej wzdłuż wydm. A te wydmy to tak nawiasem mówiąc bardzo nasze, nadbałtyckie, z zielonymi trawami i drobnym srebrnym piaskiem. Idealne miejsce na mały pikniczek albo drzemkę w promieniach słońca i wszechogarniającej ciszy.

7

Walia na 1 dzień – Barmouth (Abermaw)

Propozycja na 1 dzień, ale zdecydowanie warto zaszaleć i zostać w tej okolicy dwa albo i trzy dni zahaczając o inne liczne atrakcje. 

Barmouth to nieduże, dość wietrzne miasteczko położone na zachodnim wybrzeżu Walii w obrębie parku narodowego Snowdonia. Znajdziesz w nim mnóstwo automatów do gry i bud z lodami/frytkami, czyli jest to zasadniczo miejscowość kurortowa nastawiona na turystę-wczasowicza z dziećmi.. ale ma też coś, co przyciąga także inny rodzaj odwiedzających: niezwykle atrakcyjną lokalizację.

Barmouth leży bowiem w estuarium rzeki Mawddach, które w czasie odpływu wygląda jak ogromna otoczona górami pustynia na której porozsiadały się przypominające barwne motyle kutry rybackie. Estuarium przecina zabytkowy drewniano-żeliwny most z 1867r, Barmouth Bridge (walijska nazwa Pont Abermaw), osiągnięcie wiktoriańskiej myśli technicznej i najstarszy drewniany most w ciągłym użyciu w Wielkiej Brytanii. Służy nie tylko – chociaż coraz rzadziej – regularnym połączeniom kolejowym, ale także jednej z głównych atrakcji turystycznych w tej okolicy: kolejce z lokomotywą parową. Warto się skusić na przejażdżkę, bo widoki są nie do pogardzenia; podobnie jak sam widok lokomotywy pędzącej przez most i wydmuchującej obłoki białej pary.

Most można również przekroczyć pieszo lub na rowerze. Jest on jedną z głównych atrakcji ścieżki rowerowej i spacerowej o nazwie  Mawddach Trail biegnącej do Barmouth wzdłuż byłej linii kolejowej  z oddalonego o osiem mil Dolgellau. Redakcja jeszcze nie przetestowała osobiście, ale widziała niezwykle zachęcający program podróżniczy prowadzony przez znaną dziennikarkę Julię Bradbury; dzięki niej szlak natychmiast wskoczył na szczyt walijskiej listy pobożnych życzeń na najbliższy rok. Szczegóły dotyczące szlaku można znaleźć tutaj. A tutaj zdjęcia ze szlaku z krótkimi opisami. Wyczytana dobra rada: jeśli zdecydujesz się na szlak, zacznij z Dolgellau i podążaj w stronę Barmouth; wyłaniające się widoki na rozszerzające się ujście rzeki i okoliczne wzgórza Snowdonii podobno zapierają dech w piersiach.

Barmouth posiada jeszcze kilka innych szlaków które łatwo znaleźć; większość biegnie wzgórzami, lasami i podobno zapewnia spektakularne widoki. Jednym z najpopularniejszych jest tzw. Panorama Walk. Słówko ostrzeżenia: jak ostatnim razem sprawdzałam, to doszłam prawie do brzegów Irlandii, a panoramy nie znalazłam. Nie wiem, może ukradli, zarosła, albo poszłam w złym kierunku, czego nigdy nie mogę wykluczyć.. w każdym razie jeśli ktoś znajdzie, to upraszam dać znać.


[edit od Marcina: czego nie znalazła Anna – co znów wcale nie jest takie dziwne, bo kiedyś nie znalazła wiaduktu o osiemnastu przęsłach – ja znalazłem; niestety, przy wyjątkowo nikczemnej pogodzie; widoki z Panoramy przy nikłej widoczności nadal potrafią zachwycić…]

Samo miasteczko Barmouth ma ciekawą architekturę; rzędy domów dosłownie wrastają w skały – podobno jest to efekt kaprysu architektonicznego pewnej bogatej damy, jak mi wyszeptał konspiracyjnie Pan Sprzedawca Lodów zorientowany lokalnie. Uwaga praktyczna: jeśli wybierzesz się na spacer po olbrzymiej plaży, uważaj na sprzęt fotograficzny – często mocno tam zawiewa piaskiem. I jeszcze ciekawostka: w październiku plaża w Barmouth gości entuzjastów sportu motorowego, przekształcając się na kilka dni w tymczasowy tor wyścigowy.

Jeśli zdecydujesz się tylko rozejrzeć dookoła i popędzić dalej, to z Barmouth już tylko rzut beretem do najsłynniejszego chyba walijskiego zamku, Harlech. Tutaj opisaliśmy rzecz w szczególe.

Inne atrakcje w okolicy to między innymi:

  • Portmeirionodjechana kolorowa wioska w stylu włoskim;
  • Polska wioska Penrhos niedaleko Pwllheli, obecnie polski dom spokojnej starości;
  • Malowniczy i w dużej części dziki Półwysep Llyn
  • Naturalnie, Góry Snowdonii
  • Zatoka Cardigan z bogactwem klifowych spacerów, dzikich plaż i delfinów
  • Torowa kolejka z lokomotywą parową biegnąca przez Snowdonię z Blaenau Ffestiniog

Wodospad Czarownic w Talgarth

Pwll-Y-Wrach

W północno-wschodniej części parku narodowego Brecon Beacons na obrzeżach miasteczka Talgarth znajduje się kolejny bohater z niemal niekończącej się sagi walijskich wodospadów. Bohater nosi wdzięczną nazwę Pwll-Y-Wrach i ma za sobą ciekawą historię. A w każdym razie ciekawą legendę.

Po dojechaniu do Talgarth należy się kierować na rezerwat leśny Pwll-Y-Wrach i zaparkować na mini parkingu przy uschłym dębie. Jak nie ma miejsca, to zaparkuj w Talgarth.

11

A potem idź dalej miejscami poważnie błotnistą ścieżką przez las, wiosną usiany niebieskimi i białymi dzwonkami, aż znajdziesz o, taki wodospad:

rt

Pwll-Y-Wrach oznacza sadzawkę czarownic, co podobno ma związek z sympatycznym  średniowiecznym obyczajem wrzucania kobiet podejrzanych o uprawianie czarów do głębokiej wody. Jeśli po wrzuceniu ‘czarownica’ utonęła to świetnie, znaczy, niewinna była; jak wypłynęła, to szybko należało wytłuc z niej szatana razem z życiem przy użyciu długich drągów. Taki paragraf 22. Ale wodospad bardzo ładny. Z ciekawym nietypowym ceglastym w kolorze podłożem. Koneserzy gatunku na pewno docenią. Błotko też.

dsc_0018

Szlak spacerowy biegnie dalej, od Ciebie zależy jak daleko zechcesz się wybrać. Natomiast po powrocie do miasteczka warto skorzystać z którejś z barwnych kafejek, w których można zobaczyć m.in. kasę na stare pieniądze..

dsc_0140

.. które były absolutnie obłąkane i całe szczęście, że je zmienili. No bo tak. Teraz mamy funta i pensy. Przed 1971 r było tak: 1 funt (pound, zwany też sovereign, czyli suwerenem ) to było 20 szylingów (shilling, zwany alternatywnie bobem); 1 szyling to było 12 pensów (penny). Pens dzielił się na: dwa półpensy (halfpenny)  albo cztery ćwierćpensy (quarter penny). Jeden półpens składał się z dwóch farthings. Były trzypensówki, sześciopensówki (sixpense); dwa szylingi nazywały się alternatywnie two bobs, pięć szylingów tworzyło crown czyli koronę; 1 funt i jeden szyling tworzyły 1 gwineę.. zgubiłeś się i ziewasz, nic nie szkodzi, ja też, a to jeszcze wcale nie koniec, ale chyba już sobie darujemy, thank you very much.

Kreatywny transfer dóbr w Port Eynon

Kilka stuleci temu jedną z najpopularniejszych profesji w południowej Walii był kreatywny transfer i dystrybucja dóbr, znane również pod niesympatyczną alternatywną nazwą “przemyt”.

Pomysłowość panów dystrybutorów była nieograniczona; do dziś zachowało się m.in. takie oto sprytnie wbudowane w klif centrum dystrybucyjno-logistyczne, przez niektórych określane jako “dziupla przemytnicza”. Klif skutecznie maskował przybytek przed wścibskim zainteresowaniem służb oraz przypadkowych przechodniów. Dostęp wymaga pewnej akrobatyki, ale warto się potrudzić, bo wrażenie jest dość niesamowite.

Port Eynon, Culver Hole

Dziupla nosi oficjalną nazwę Culver Hole. Słówko culver pochodzi ze staroangielskiego i oznacza gołębia; hole to oczywiście dziura w czymś. Gołębie to w dzisiejszych czasach prawdopodobnie jedyni mieszkańcy Culver Hole. Nie trzeba jednak wierzyć tej informacji na słowo. Jeśli masz odwagę i jesteś dość wysportowany, możesz wspiąć się do Dziupli po linie i sprawdzić, czy aby na pewno nie zapodziało się tam jakieś nierozdystrybuowane dobro.

Jak dostać się do tego miejsca? Znajduje się ono na Półwyspie Gower blisko miejscowości Port Eynon. Przy dojściu do  plaży należy skierować się w prawo i udać się na spacer krawędzią klifu. W pewnym momencie zauważysz niedużą ścieżkę zmierzającą w dół, i przecinającą klif mniej-więcej w połowie. Dalej będzie trochę skał i głazów, więc zachowaj ostrożność. Warto się troszkę pogimnastykować, bo satysfakcja eksploratorska gwarantowana, zwłaszcza, że nawet Walijczycy często o tym miejscu nie słyszeli. Podejrzewam, że w czasie odpływu można dojść do Culver Hole plażą, ale nie sprawdzałam.

Samo Port Eynon nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza szeroką plażą, ale znajduje się w nim także inna lokalna atrakcja, może nie aż tak ciekawa jak Culver Hole, ale można rzucić okiem. To ruiny Salt House z XVIII wieku, przybytku, którego oficjalnym przeznaczeniem była “ekstrakcji soli z wody morskiej”. W rzeczywistości, zgodnie z lokalną tradycją, miejsce służyło za przemytniczą melinę paserską.  Ruiny znajdują po drodze do Culver Hole i można je sobie odwiedzić bezpłatnie.

pe

Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA3 2AP.

Zima w Libanusie

Brecon Beacons z Libanusa

Późna jesień i zima wcale nie oznaczają, że musisz zamknąć się w domu, owinąć kocem i próbować przeczekać.

Redakcja Smoka doskonale rozumie pokusę, zwłaszcza, że sama nie przepada za sympatycznym walijskim zjawiskiem znanym jako pozioma mżawka w twarz; ale już samo zimno nie powinno być dla nikogo wymówką. Nalegamy na to, by nie ustawać w eksploratorskich wysiłkach i walczyć z zimowym przygnębieniem za pomocą zaróżowionych policzków, sympatycznych widoków i gorącej herbaty, która zawsze gdzieś tam czeka na heroicznego zimowego wędrowca.

Zachęcamy wszystkich do zimowych odwiedzin w samym środku górskiego parku narodowego Brecon Beacons.

Libanus to mikroskopijna wioseczka, znana głównie z tego, że na jej obrzeżach mieści się główne parkowe Centrum Informacyjne (Visitor Centre).  To nie tylko miejsce, gdzie można dowiedzieć się czegoś o samym parku; to również, co także uważamy za niezmiernie ważne, kafeja z przyzwoitej jakości jedzeniem. A także sklepik z plastikowymi smokami, mapami, wyrobami regionalnymi itp. Stąd też rozchodzi się kilka łagodnych szlaków z panoramicznymi widokami gór idealnych na każdą kondycję. Uwaga, czasem szlaki są błotniste, zadbaj więc o porządne buty, a i kalosz nie hańba. Parking jest płatny, ale nieprzesadnie, a każdy penny idzie na utrzymanie centrum, więc nie ma co kombinować, wszak cel szczytny.

droga z Libanusa

Informacje praktyczne: Visitor Centre jest otwarte cały rok z wyjątkiem pierwszego dnia świat Bożego Narodzenia. Godziny otwarcia w zimie: 9:30 – 16:30. Uwaga, ciepłe posiłki (pies, lazania, itp., w tym opcje vege) serwują do 14, potem już tylko kawa i ciacho.

dsc_0228

Centrum znajduje się w niedużej odległości od głównej, niezwykle malowniczej drogi A470 z Methyr Mawr do Brecon, której uroki już kiedyś zachwalaliśmy; przykryta śniegiem wydaje się być jeszcze ładniejsza niż zwykle.

12240868_961151647282344_2607388886805170108_o

Kod pocztowy dla satnavu: LD3 8ER. Strona parku ze wszystkimi informacjami: www.breconbeacons.org.

Zatoka Trzech Klifów, półwysep Gower

Zatoka Trzech Klifów – Three Cliffs Bay – to jedno z najbardziej charakterystycznych i znanych miejsc w Walii, z racji swojej malowniczości bardzo popularne tak wśród spacerowiczów, jak i fotografów.

Znajduje się w południowej części półwyspu Gower, jednego z pięciu “Obszarów o wybitnym pięknie naturalnym” (Area of Outstanding Natural Beauty; AONB) w Walii. Dojazd: jadąc przez Swansea wzdłuż zatoki podążasz za znakami na Gower, potem na miejscowość Southgate. Przejeżdżasz przez Southgate i parkujesz praktycznie przy morzu – do niedawna parking był bezpłatny, ale to się lubi zmieniać, więc nie ma gwarancji. Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA3 2HD.

Stojąc twarzą do morza kierujesz się w prawo. Większa część ścieżki jest płaska i nie stwarza żadnych problemów. Przy dojściu do Trzech Klifów podłoże staje się bardziej piaszczyste, nierówne, pojawiają się kamienie i skały. W trakcie odpływu część plaży pokrywa meandrująca malowniczo rzeczka. Cała plaża może być nieco błotnista, zwłaszcza w trakcie lub zaraz po odpływie. Warto o tym wszystkim pamiętać wybierając rodzaj obuwia. Nad rzeczką znajdują się ruiny zamku Pennard. Nie są to jakieś szczególnie okazałe ruiny, ale warto rzucić okiem. Wstęp wolny.

Tytułowe Trzy Klify to charakterystyczna formacja skalna, często wykorzystywana jako ścianka wspinaczkowa. Nie polecam wspinania się na nią bez asekuracji od strony plaży, ale od drugiej strony można sobie, prawda, pozwolić na małe wyzwanko. Fantastyczne widoki gwarantowane.

Po powrocie do Southgate można napić się kawy i wrzucić coś na ząb w przyparkingowej kafei, ewentualnie skorzystać ze sklepiku. Pamiętam niejasno, że gdzieś tam były toalety, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć gdzie. Jeśli ktoś był/będzie, poproszę o update w tej sprawie, jak również w sprawie opłat za parking.

1 dzień w południowym Pembrokeshire

Pembrokeshire

Jeśli jesteś miłośnikiem otwartych przestrzeni, bezkresnej tafli oceanu, dramatycznej linii brzegowej i dzikiej przyrody, to koniecznie musisz wybrać się na południowe wybrzeże Pembrokeshire. To miejsce wprost stworzone do łagodzenia wszelkich stresów i łapania dystansu do problemów dnia codziennego; to także raj dla fotografów krajobrazu.

Dobra wiadomość: spacer wybrzeżem Pembrokeshire nie należy do specjalnie wymagających. Szczytami klifów biegnie wygodna ścieżka spacerowa, rzetelnie oznakowana oraz zabezpieczona – trzeba bowiem pamiętać, że klifowa linia brzegowa Walii jest narażona na działanie ogromnych pływów i w związku z erozją miewa skłonności do nerwowych osuwów. Natura nieustannie pracuje nad zmianą kształtu tego kraju.

Południowe Pembrokeshire

Poniżej znajdziesz dwie propozycje spacerów ‘z bonusem’. Od ciebie zależy, czy wypuścisz się na dłuższą wędrówkę, czy rozłożysz sobie przyjemność obcowania z wybrzeżem Pembrokeshire na raty.

Pierwsza propozycja to odcinek z plaży Freshwater East do klifowej kapliczki St Govan’s. Przy obu miejscach znajdują się parkingi. Freshwater East imponuje rozmiarami oraz bogactwem form skalnych i oczek wodnych zamieszkałych przez kraby i inne tajemnicze istoty; jako ciekawostkę dodam, że to tutaj nakręcono chwytającą za serce scenę śmierci Dobby’ego z Harry Pottera. To o tej plaży umierający elf mówi: to takie piękne miejsce żeby być z przyjaciółmi. Także tutaj nakręcono kilka scen z niezbyt niestety udanego Robin Hooda z Russellem Crowe. Raczej mocno orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA71 5LN.

freshwater east

Klifowa kapliczka St Govan’s to obowiązkowy punkt wizyty w tej części kraju. Jej początki toną w mętnych odmętach legend. Podobno dawno, dawno temu niejaki Govan, mnich z Irlandii, przybył w te strony w sobie tylko wiadomym celu i urzeczony pięknem krajobrazu postanowił zostać na zawsze (co jest w pełni zrozumiałe). Ale żeby nie było tak całkiem słodko, to któregoś dnia wybrzeże Pembrokeshire najechali piraci, i postanowili zabić wszystkich mieszkańców, w tej liczbie mnicha Govana. Na szczęście tu nastąpił cud opatrznościowy w postaci rozstąpienia się klifu i utworzenia szczeliny, w którą się Govan był wcisnął i ocalał. Wdzięczny za łaskę pańską wybudował w miejscu ocalenia kapliczkę – pustelnię ze srebrnym dzwonem, który mu piraci przy najbliższej okazji skonfiskowali za karę za brak szacunku.

Odległość pomiędzy Freshwater East i kapliczką wynosi około 11 km. Jeśli nie czujesz się na siłach na taki długi spacer, możesz sobie skrócić trasę mniej więcej o połowę wybierając np. trasę z kapliczki St Govan’s do pięknej dzikiej plaży Barafundle Bay, nagminnie pojawiającej się we wszelkiego rodzaju plażowych topach UK.

Barafundle Bay

Druga propozycja to krótszy spacer z St Govan’s do Green Bridge. Dystans wynosi około 5 km w jedną stronę; w czasie wędrówki twoje oczy ucieszą m.in. niesamowite formacje skalne zwane Stack Rocks i Green Bridge. Dokładniejszy opis znajdziesz tutaj.

Green Bridge of Wales

Uwaga: w tej okolicy znajduje się czynny poligon wojskowy i w związku z tym ścieżki i drogi dojazdowe do parkingów mogą być w określone dni zamknięte. W weekendy nie powinno być z tym problemu, tym niemniej, jeśli gdzieś po drodze zobaczysz powiewające czerwone flagi (nie wspominając o huku wystrzałów..), najlepiej zadekuj się w najbliższym pubie, kup sobie shandy i orzeszki, i poczekaj aż skończą. Ewentualnie możesz wykonać szybki telefon z zapytaniem o dostęp do wybrzeża zanim wybierzesz się w podróż. Numer telefonu: 01646 662367.

Z uwagi na brak konkretniejszych informacji odnośnie kodów pocztowych dla nawigacji satelitarnej polecam prześledzić opcje dojazdowe na mapie terenowej google oraz zaufać swoim instynktom traperskim. Jak również starym poczciwym znakom drogowym.

Skansen St Fagans – dotknąć historii


Skansen St Fagans niedaleko Cardiff jest atrakcją w skali całego kraju. Jego pełna nazwa brzmi St Fagans National History Museum, tudzież Museum of Welsh Life, czyli muzeum życia walijskiego, co idealnie podsumowuje jego charakter i cel. Na swojej stronie skansen chwali się, że jest domem dla ‘żywej historii’ – i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady.

St Fagans cieszy się moim szczególnym sentymentem, chętnie tam wracam przynajmniej raz w roku. Skanseny są chyba najsensowniejszym typem muzeów; bezboleśnie i bez ziewania zabierają nas w podróż przez historię, pozwalając jej dotknąć, na moment stać się jej częścią.

Na sporej powierzchni St Fagans znajduje się kolekcja autentycznych budynków z różnych epok, poprzenoszonych często pieczołowicie kamień po kamieniu z różnych stron Walii, co nierzadko ratuje je przed popadnięciem w ruinę; są sklepy jak żywcem wyjęte ze starych kronik telewizyjnych, urząd pocztowy z czasów wojny, kościółek, kaplica, Workman’s Hall, kuźnia w której można podpatrzeć kowala przy pracy. Nawet piekarnia, która tradycyjnym sposobem wypieka na sprzedaż chleb i walijskie ciasteczka (welsh cakes). Przy domach uprawia się ogródki, hoduje zwierzęta; wszystko utrzymane jest w duchu epoki którą dany budynek reprezentuje. Są nawet prehistoryczne chaty z paleniskami w środku. Jednym z najciekawszych ‘eksponatów’ jest szereg malutkich domków reprezentujących zmiany w wystroju wnętrz mieszkań na przestrzeni XX wieku. Nie może oczywiście zabraknąć zamku. Wszystko to razem otacza morze zieleni.

To świetne miejsce na spędzenie całego dnia.  Niezwykle kompetentna obsługa (od której wymaga się m.in. znajomości języka walijskiego) nie tylko wie o czym mówi, ale przede wszystkim bardzo lubi ucinać sobie pogaduszki.  Warto zagadnąć; konwersując przy buzującym ogniu w chatce z XVIII w można dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o tym jak to drzewiej w Walii bywało. Skansen organizuje wiele ciekawych imprez, które nie tylko uczą, ale najczęściej również bawią; przykładowo co roku w okolicach Świąt Bożego Narodzenia można wybrać się na kolektywne śpiewanie brytyjskich i walijskich kolęd – wychodzi różnie, zwłaszcza po walijsku, ale doświadczenie jest przednie. Na terenie skansenu można sobie zrobić piknik, no i oczywiście skorzystać z dobrodziejstw kafejki.

Wstęp do muzeum jest bezpłatny ale trzeba zapłacić za parking. Muzeum jest czynne codziennie 10.00-17.00. Kod pocztowy dla satnavu: CF5 6XB.

Więcej informacji na temat samego muzeum i organizowanych imprez tutaj.

Skansen St Fagans

Dworek Llancaiach Fawr

Llancaiach Fawr

Jak podają uczeni w pismach, mózg kobiety jest znacznie lżejszy od mózgu mężczyzny, jest ona zatem od niego o wiele mniej mądra i myślenie przychodzi jej z trudnością. Kobietom nie można powierzyć gotowania ani innych czynności kuchennych, gdyż, jak wiadomo, nie mają one poczucia smaku ani nie umieją ładnie nakryć stołu. I lubią się objadać cukrem, od czego czarnieją im zęby. Wszystko to przez robaka, który żyje w dziąsłach i pasie się na onym cukrze, a jak się już napasie to czarnieje i zaczyna czynić ból i wtenczas trzeba iść do kowala, który bierze kawałek żelaza i przy pomocy młota wbija je w dziąsło chorego, aż dojdzie robaka i zabije. Oczywiście potem też może trochę boleć, ale wtenczas wystarczy żelazo wbić w pień drzewa i ból odejdzie. Kowal mówi, że wbijanie żelaza w dziąsło na pewno pomaga, bo nikt jeszcze nie wrócił, żeby się uskarżać na więcej robaków. O, a tutaj widzi szanowny gość piec z rożnem do pieczenia świniaka. Świniaka należy piec na rożnie co najmniej 12 godzin i ciągle obracać, wtenczas zarumieni się równo i nabędzie dymnego posmaku. Obracanie wykonuje nasz chłopak kuchenny; ostatnio zaczął się oskarżać, że na połowie twarzy wyskoczyły mu bąble od gorąca; było to tak okropne, że zdecydowaliśmy, że od tej pory co trzy pacierze będzie przestawiał krzesełko na drugą stronę, wtenczas opali się również z drugiej strony i nie będzie już straszył swoim wyglądem dzieci i niewiast.

Z tymi i innymi pożytecznymi informacjami można zapoznać się podczas wycieczki do Llancaiach Fawr (wym. chlankajachllancaiach fawr by google waur), byłego dworku szlacheckiego, obecnie muzeum, ale muzeum innego niż wszystkie. Otoczony ogrodami dworek utrzymany jest w XVI-wiecznym wystroju, pracownicy ubrani są w ubrania z epoki i mówią piękną szesnastowieczną angielszczyzną; odgrywają role dworskiej służby bardzo przekonywająco, z dużą dawką humoru i imponującą zdolnością do improwizacji, np. kiedy złośliwy gość z Polski zapyta o żarówki energooszczędne na suficie. Wszystko to ma sprawić, że poczujesz ducha epoki, a słowo ‚muzeum’ nabierze zupełnie innego wymiaru. W dworku organizowane są najróżniejsze ciekawe imprezy, np. wiktoriańskie Boże Narodzenie albo Ghost Watching.

Polecam, bo to naprawdę fajna rzecz; oczywiście trzeba co nieco znać angielski. Wstęp kosztuje £7.95. Na miejscu jest kafeja i, oczywiście, sklep z pamiątkami. Parking bezpłatny.

Więcej informacji na ich stronie.

zachc3b3d2

Chodź, pomaluj mój świat – Portmeirion

Portmeirion w północno-zachodniej części Walii to miejsce z zupełnie innej bajki. Jest efektem kaprysu architektonicznego pewnego ekscentryka-wizjonera o długim arystokratycznym nazwisku, który nie bał się realizować marzeń oraz był posiadał znaczny kapitał.

Zmęczony szarością swoich rodzinnych stron oraz zainspirowany miłością do Italii postanowił pomalować swój świat – na żółto, i na niebiesko. I na różowo, i na zielono jak najbardziej też. Chciał przy tym pokazać, że można w znaczny sposób zmienić odwieczny architektoniczny porządek rzeczy, nie naruszając równowagi w naturze. I tak powstał Portmeirion, prywatna wioska w romantyczno-kiczowatym stylu włosko-renesansowym, przedsięwzięcie wydawałoby się niezwykle ryzykowne, a jednak zwieńczone sukcesem, również komercyjnym.

Portmeirion

Budowa – czy może raczej kreacja – wioski trwała 50 lat i zakończyła się w 1975 roku. Po śmierci swojego twórcy wioska przeszła pod opiekę fundacji jego imienia i została objęta ochroną prawną jako miejsce o znaczeniu historyczno-kulturowym. Dziś jest jedną z największych atrakcji turystycznych północnej Walii, co niestety oznacza również, że w sezonie, zwłaszcza w weekendy, jest tu bardzo tłoczno. Do popularności Portmeirion przyczynia się niewątpliwie fakt, że wielokrotnie stawał się tłem dla rozmaitych produkcji filmowych.

Można tu spędzić dzień, spacerując tonącymi w zieleni alejkami i ciesząc oko wszechobecnym kolorem, lub zamieszkać w jednym z hoteli (nie jest to najtańsza opcja, ale można trafić na dobrą ofertę). Wstęp na teren wioski kosztuje obecnie £10/osoby (plus parking). Wioska jest czynna przez cały rok, z wyjątkiem pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia; godziny otwarcia: 9:30-19:30.

Portmeirion

Moja wizyta w Portmeirion przypadła niestety na dość pochmurny dzień z mżawką, i nie do końca udało mi się nacieszyć oczu słoneczną śródziemnomorską witalnością miasteczka, ale wyobrażam sobie, że w pogodny letni dzień jest to miejsce o niesamowitym uroku. W zimnej walijskiej mżawce wioska robi nieco dziwne wrażenie, ale i tak warto ją odwiedzić. Zwłaszcza, że bez problemu znajdziesz tam przyjemne miejsce z gorącą herbatą.

Portmeirion

Lokalizacja: hrabstwo Gwynedd, północna część zatoki Cardigan, niedaleko od miejscowości Porthmadog. Kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: LL48 6ER.

Strona wioski z dodatkowymi informacjami: www.portmeirion-village.com

 

National Botanic Gardens of Wales

NBGW

Podobno są ludzie, którzy nie czerpią satysfakcji z obcowania z zielenią, a spacery po ogrodach działają na nich usypiająco. Tym wszystkim trzem osobom dziękujemy już za uwagę; resztę świata zapraszamy do zaczerpnięcia odrobiny świeżego powietrza w pięknych okolicznościach przyrody. Walia to ogrodowy raj; proszę tylko zerknąć, ile sugestii proponuje nam w tym temacie google.

nbgWisienką na torcie walijskich ogrodów jest National Botanic Garden of Wales, w hrabstwie Carmarthenshire. Mapka orientacyjna by google.

 Ogród został otwarty w roku 2000; od tego czasu fantastycznie się rozwinął. Bez problemu można spędzić tam cały dzień; niespiesznie spacerować, co rusz przysiadając na ławeczce i ciesząc oko rozlicznymi mini-ogrodami tematycznymi, w których dumnie prezentuje się osiem tysięcy gatunków roślin. Klejnotem w koronie Ogrodu jest specjalna przeszkolona  kopuła (The Great Glasshouse, botanarium) mieszcząca w sobie unikatową kolekcję roślin tropikalnych (oraz niemal równie ważną kafeję dla wielbicieli kawy z ciachem).   

Koszt wstępu do ogrodu jest niemały bo prawie £9, dlatego warto podejść do planowania wizyty taktycznie, żeby jak najwięcej z niej skorzystać. Najmniej korzystna pora na odwiedziny to oczywiście późna jesień, miesiące zimowe i wczesna wiosna (chociaż tropikalne botanarium nie jest zależne od pory roku i jest dostępne cały rok). Ciekawostka cenowa: NBG podaje na swojej stronie, że ci, którzy przyjadą transportem publicznym i okażą bilet mogą dostać 50 % zniżki na wstęp; to samo tyczy się rowerzystów. Parking jest darmowy.

Lokalizacja: Llanarthne, Carmarthenshire, kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: SA32 8HN. Odległości przy dojeździe samochodem: Cardiff – godzina, Swansea 30 min, Bristol – półtorej godziny.

Dodatkowe atrakcje w okolicy: malownicze ruiny zamku Dryslwyn, wieża Paxton.

Strona Ogrodu ze wszystkimi niezbędnymi informacjami.