Tag Archives: parys mountain

Pejzaż post-apokaliptyczny

Parys MountainŻeby na chwilę wyrwać się na Księżyc, a może nawet bardziej na Marsa, nie trzeba od razu zostawać astronautą. Wystarczy zajrzeć na północno-wschodnie wybrzeże Anglesey, do dawnych kopalni miedzi na Parys Mountain. To jeden z najlepszych (najgorszych?) przykładów dewastacji środowiska przez człowieka. Jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, wyjątkowo malowniczy przykład.

Zanim Parys Mountain stała się tym, czym jest dzisiaj, a nawet zanim jeszcze nazywała się Parys Mountain, nosiła wdzięczną, jak to zwykle bywa, walijska nazwę Mynydd Trysglwyn. Znaczy ona, mniej więcej, “wzgórza porośnięte gęstymi krzakami pokrytymi liszajami porostów”. Bardzo obrazowo trzeba przyznać.

Robert Parys pojawił się na Anglesey w 1406 roku, w niewdzięcznej roli poborcy podatkowego. Walijczycy z wyspy gremialnie poparli dogorywające właśnie powstanie Owaina Glyndŵr, więc Londyn chciał ich możliwie dotkliwie pognębić. Parys okazał się ponoć wyjątkowo skuteczny, za co król nagrodził go ziemiami obejmującymi, między innymi, wciąż jeszcze “wzgórza porośnięte gęstymi krzakami…”, z czasem coraz częściej nazywane Górą Parysa.

Przez kolejnych trzysta lat nie działo się tu nic godnego odnotowania. W odniesieniu do miedzi, która wkrótce miała rozsławić to miejsce, wynikało to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, w epoce przed-przemysłowej, nikt szczególnie miedzi nie potrzebował. A przynajmniej nie w ilościach hurtowych. Po drugie, do 1693 roku, wszystkie minerały ukryte w ziemi należały do korony, co skutecznie zniechęcało prywatnych przedsiębiorców do jakiejkolwiek działalności w tym zakresie.

Sytuację odmienił nagły rozwój przetwórstwa wełny i, jak to często bywa, wojny prowadzone przez Anglię. Armaty i maszyny do obróbki wełny – jednego z głównych towarów eksportowych Anglii – potrzebowały miedzi. Dużo miedzi! To znaczy potrzebowały przede wszystkim mosiądzu, ale do produkcji tegoż, niezbędna jest miedź. Zniesienie państwowego monopolu nie spowodowało może rewolucji, ale pojawiły się pierwsze prywatne inicjatywy, a w teren ruszyły zastępy poszukiwaczy mniej lub bardziej szlachetnych metali.

O tym, że na obszarze Parys Mountain znajdowano i na niewielką skalę wydobywano miedź, wiadomo z kilku przekazów. Jeden z ciekawszych, z 1760 roku, autorstwa doktora Johna Rutty’ego, mówi o leczniczych właściwościach wód mineralnych wypływających z góry. Miały one mieć zbawienny wpływ na leczenie wrzodów, wysypek, pasożytów i biegunki. Jeśli chodziło o te same wody, o raczej toksycznych odcieniach, które do dziś sączą się spomiędzy skał, to, cóż… na zdrowie! Najnowsze badania dowiodły natomiast, że na trudną do oszacowania skalę, Parys Mountain rozkopywano w poszukiwaniu minerałów już cztery tysiące lat temu! Również Rzymianie najprawdopodobniej poszukiwali tu skarbów ziemi.

Zupełnie nowa era, nie tylko dla Anglesey i Parys Mountain, ale dla całego brytyjskiego przemysłu miedziowego, zaczęła się 2. marca 1768 roku. Sam fakt, że zapamiętano dokładną datę o czymś świadczy. Tego dnia, górnik Roland Puw (Pugh), trafił na ogromne złoże, znane jako “Great Lode”. W nagrodę, oprócz wiecznej pamięci, dostał butelkę whisky i dożywotnie darmowe mieszkanie.

Ruda z tego złoża nie była szczególnie wysokiej jakości, ale jej ilość i fakt, że znajdowała się bardzo płytko, zdecydowanie to rekompensowały. Do tego stopnia, że pod koniec osiemnastego wieku, kopalnia na Parys Mountain stała się największą kopalnią miedzi w Europie.

Tak jak indywidualnym bohaterem “gorączki miedzi” na Anglesey stał się Roland Puw, zbiorowym bohaterem Były “copper ladies”. Wyposażone w kowadła, młoty i charakterystyczne ochronne rękawice z żelaznymi pierścieniami osłaniającymi palce, kobiety te całymi dniami łupały i segregowały wydobywaną rudę, oddzielając skałę od kolorowych metali. Ich praca wymagała nie tylko niezwykłej siły, ale i doskonałej znajomości minerałów, której nie powstydziłby się dziś pewnie nie jeden student geologii. (Dla zobrazowania trudności: typowa ruda miedzi zawiera około jednego [!] procenta tego metalu)

Nie można też nie wspomnieć Thomasa Williamsa. Ten syn skromnych ziemian z Llansadwrn, zaczynał jako prawnik w sporach między dzierżawcami Parys Mountain. Powoli, ale wyjątkowo skutecznie, zdobywał wiedzę, wpływy i kontrolę nad kolejnymi spółkami eksploatującymi górę. Przez czterdzieści lat zbudował imperium zaopatrujące w miedź pół świata. W tym flotę admirała Nelsona i… jego wrogów. Nie miał tez skrupułów przed zaopatrywaniem handlarzy niewolników. Z drugiej strony, z jego inicjatywy wprowadzono szereg formalnych ułatwień dla przemysłu wydobywczego, zbudowano kilka hut, a senna wioska rybacka Amlwch, sąsiadująca z Parys Mountain, stała się niemal z dnia na dzień jednym z największych portów na Wyspach. Sam Williams zaś, dorobił się przydomku “miedziany król”.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, tuż po śmierci “króla”, załamał się rynek miedzi. W ciągu kilku zaledwie lat, pracę w kopalniach straciło dziewięćdziesiąt procent robotników.

Przez cały dziewiętnasty wiek, krótkie okresy prosperity przeplatały się z latami kryzysowymi. Czasem tak dotkliwymi, że, jak w latach czterdziestych, w regionie panował głód i związane z nim epidemie tyfusu. Ostatecznie, w pierwszych latach dwudziestego wieku, wydobycia na Parys Mountain całkowicie zaprzestano.

Półtora wieku bezlitosnej eksploatacji zostawiło po sobie niezwykły, ponury krajobraz. Ze “wzgórza porośniętego gęstymi krzakami…”, zostało ogromne, jałowe wyrobisko, z potężnymi kraterami wypełnionymi trującą wodą, głębokimi wąwozami znaczącymi wydarte ziemi złoża i rozsianymi tu i ówdzie ruinami dawnych kopalnianych zabudowań. I to tylko na powierzchni, bo pod nią znajduje się ponad dwadzieścia kilometrów szybów i tuneli.

Mimo upływu kilkunastu dekad, praktycznie nie ma tu roślin, a te które odnalazły się w nieprzyjaznym środowisku – oprócz najróżniejszych porostów, wyjątkowo dorodne wrzosy – są pod czujną obserwacją naukowców.

Od lat teren kopalni otwarty jest dla tych, którzy zabłądzą w te strony. Kilka kilometrów ścieżek przecina krainę we wszystkich kolorach ziemi: żółciach, pomarańczach, rudościach, brązach… ale niemal pozbawioną zieleni. Najlepiej trafić tu kiedy tuż po deszczu wychodzi słońce, co w Walii nie jest znów taką rzadkością. Nasycenie kolorów jest niewiarygodne! Fantastyczny obraz apokalipsy stworzonej ludzką ręką…

Walijski Top 10 [według Marcina]

Wybór dziesięciu najciekawszych miejsc w Walii graniczy z niemożliwością. Z setką byłoby zapewne łatwiej. Ale na początek, na zachętę, musi wystarczyć ta dziesiątka. To oczywiście mój [Marcin] całkowicie subiektywny wybór i “naj” na teraz. Bardzo prawdopodobne, że jutro, czy za tydzień, ten “top 10” wyglądałby inaczej. Znajdziecie tu wszystko to, czego w Walii warto szukać: fantastyczne wybrzeże, surowe góry i malownicze doliny, tajemnicze megality, kamienne zamczyska, gwarne miasteczka i w końcu ślady bezlitosnej eksploatacji tej krainy, które coraz bardziej zrastają się z naturą.

1. Aberystwyth, Ceredigion

Kiedy po kilkudziesięciu kilometrach morderczych zakrętów, wijących się przez pustkowia środkowej Walii, wjeżdża się do Aberystwyth, można zrozumieć, czym dla wędrujących po pustyniach karawan były zielone oazy. Jedyne miasto z prawdziwego zdarzenia w tej części kraju, oferuje wszystko, czego spragniony wędrowiec może oczekiwać.

Obecność uniwersytetu gwarantuje bogate życie nocne, ale i całkiem przyzwoita ofertę kulturalną. Biblioteka Narodowa, choć to raczej atrakcja dla niewielu, oferuje największy na świecie wybór książek w języku walijskim.

Nieco mniej wymagający znajdą tu ruiny średniowiecznego zamku, zabudowaną kolorowymi domami nadmorską Promenadę i trzeszczącą dziewiętnastowieczną kolejkę klifową, która wspina się na Constitution Hill – świetny punkt widokowy na miasto i okolicę. Inna kolejka – Vale of Rheidol Railway – ciągnięta przez zabytkowy parowóz, wyrusza z Aberystwyth w dwudziestokilometrową podróż do Doliny Rheidol, od natłoku kopalni mniej lub bardziej szlachetnych metali, nazywaną kiedyś “walijską Kalifornią”.

Główna miejska plaża nie jest może najbardziej malowniczą plażą w kraju, który ma półtora tysiąca kilometrów wybrzeża, ale kilka kroków w dół czy w górę od Aberystwyth, można znaleźć prawdziwe cuda.

Cuda można też znaleźć w Aberystwyth Arts Centre, Ceredigion Museum i wielu sklepikach-galeriach ukrytych w ciasnych uliczkach odbijających od Promenady.

Więcej o Aber: Aberystwyth – Oaza na środkowo-walijskim pustkowiu

2. Bryn Cader Faner, Harlech, Snowdonia NP

Nazywany czasem, może trochę na wyrost, “walijskim Stonehenge” krąg kamienny Bryn Cader Faner, choć bezdyskusyjnie imponujący, jest atrakcją dla fascynatów prehistorii. Wzniesiony w epoce brązu – co najmniej cztery tysiące lat temu – z kamieniami układającymi się w kształt korony, robi oszałamiające wrażenie. Znów… Prawdopodobnie tylko na fascynatach prehistorii.

Ale już długi szlak jaki do niego wiedzie, powinien zadowolić każdego. W najdłuższej i najbardziej polecanej wersji, biegnie starożytnym traktem u podnóża pasma Rhinogs, mijając kolejne prehistoryczne zabytki: kilka standing stones, grodzisko z epoki brązu i dwa mniejsze kamienne kręgi. Przede wszystkim jednak, szlak oferuje jedne z najlepszych (o ile nie najlepsze!) widoków w Snowdonii. Surowe i groźne Rhinogsy z jednej strony, Zatoka Treamdog i ujście rzeki Dwyryd, ozdobione bajkową wioską Portmeirion z drugiej, a kierunek marszu wskazują szczyty głównego masywu Snowdonii.

Więcej o Bryn Cader Faner: Wędrówka z megalitami

3. Cadair Idris, Dolgellau, Snowdonia NP

Najbardziej południowe z pasm Snowdonii nie przyciąga takich tłumów, jak Snowdon, ale na szlaku zawsze można kogoś spotkać. Na pierwszy rzut oka Cadair Idris przypomina krater wygasłego wulkanu i przez wiele lat za taki był uważany.

Miejscowa tradycja mówi, że kto spędzi noc na szczycie góry, obudzi się albo szaleńcem, albo poetą. Doświadczenie mówi natomiast, że kto zejdzie z góry, na drugi dzień obudzi się z zakwasami.

Więcej zdjęć z Idrisa: Cadair Idris [galeria]

4. Dolwyddelan Castle, Dolwyddelan, Snowdonia NP

Dolwyddelan Castle być może nie ma szans w konkurencji z twierdzami edwardiańskiego “Żelaznego Pierścienia”, ale na głowę bije je położeniem i panującym tu spokojem. No i to prawdziwy walijski zamek, ostatnich prawdziwych książąt Walii.

Więcej o zamku: Dolwyddelan – siedziba walijskich książąt

5. Elan Valley, Rhayader, Powys

Elan Valley to system zapór i sztucznych jezior, zbudowany pod koniec dziewiętnastego wieku, żeby zaspokoić pragnienie rozrastającego się Birmingham. Brzmi mało atrakcyjnie? Owszem. Dla Walijczyków. Dla turysty, sto lat później, to jeden z najpiękniejszych zakątków Walii. Gdzie dzieła ludzkich rąk – potężne kamienne tamy, wieże i wiadukty – wrosły się w całkowicie w krajobraz. Gdzie porośnięte wrzosem i paprociami wzgórza odbijają się w ciemnych wodach rezerwuarów.

Więcej o Elan Valley: Walijska Kraina Jezior

6. Hay-on-Wye, Powys

Niewielkie Hay-on-Wye rozłożyło się na brzegu rzeki Wye, na samej granicy walijsko-angielskiej, granicy Parku Narodowego Brecon Beacons i u podnóża Black Mountains. I samo tylko położenie powinno zachęcać do jego odwiedzin. Inny powód, to kilkadziesiąt księgarni, które zainstalowały się w tym niespełna dwutysięcznym miasteczku, znanym powszechnie jako “Town of Books”. Kolejny, nie mniej istotny powód, to Hay Festival – jeden z najważniejszych festiwali literackich całego anglojęzycznego świata, przyciągający co roku największych mistrzów pióra z najdalszych zakątków globu.

Więcej o Hay: Woodstock for the mind

7. Llangollen, Denbighshire

Samo Llangollen to “tylko” kolejne malownicze miasteczko, w uroczej dolinie rzeki Dee, ze starym kamiennym mostem, jeszcze starszym kościołem i kilkoma tuzinami mniej lub bardziej koślawych, czarno-białych domów. Walijski standard. Ale jeśli dodać do tego malownicze ruiny zamku Dinas Brân i opactwa Valle Crucis, osiemnastowieczny dwór Plas Newydd i wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO fragment Llangollen Canal z imponującym Pontcysyllte Aqueduct, w zasięgu całodniowego spaceru, albo kilkugodzinnej objazdówki. Dostajemy “Walię w pigułce” na tacy.

8. Ludlow, Shropshire

Ludlow oczywiście nie leży w Walii. Ale po pierwsze, stąd przez stulecia Walią zarządzano. Po drugie Pogranicze na tej stronie występuje na równych prawach. Po trzecie miasteczko składa się głównie z zabytkowych, kilkusetletnich chatek i potężnego zamku. Po czwarte w końcu, uważane jest za “the loveliest market town in England”. Po co więc jechać gdzieś dalej?

Więcej o Ludlow: Zwolnij w Ludlow

9. Nant Gwynant, Beddgelert, Snowdonia NP

Wybrać najpiękniejszą z dolin Snowdonii nie jest łatwo. Pytanie, czy to w ogóle możliwe i sensowne? Nant Gwynant na pewno łapie się do ścisłej czołówki. Widok na Snowdon i początek jednego ze szlaków na jego szczyt. Llyn Dinas i Llyn Gwynant dwa jeziora, z których wyrastają strome, zielone zbocza. Dziesiątki strumieni i małych wodospadów. Pastwiska poprzecinane kamiennymi murkami… Wszystko razem tworzy obrazek bardziej niż sielankowy.

10. Parys Mountain, Amlwch, Anglesey

Parys Mountain w zasadzie górą była kiedyś, ale cztery tysiące lat temu (!!!), zaczęto wydobywać tu miedź i dziś góra zmieniła się w dziurę. Dziurę niezwykle kolorową, mieniącą się wszystkimi odcieniami rudości i czerwieni. Szczególnie, kiedy chwilę po deszczu wychodzi słońce…