Tag Archives: cambrian mountains

Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – z Rhayader do Strata Florida

Droga przez Dolinę YstwythParę lat temu, stowarzyszenie brytyjskich kierowców – The Automobile Association (AA) – ogłosiło drogę B4574 z Pont-rhyd-y-groes do Devil’s Bridge wraz z kilkoma innymi lokalnymi drogami, jedną z dziesięciu najbardziej widowiskowych tras na świecie. Właściwie trudno z tym werdyktem dyskutować, bo praktycznie każdy jej kilometr to olśniewające widoki na surowe krajobrazy Cambrian Mountains, z rozrzuconymi tu i ówdzie skromnymi pamiątkami tysięcy lat historii tych niegościnnych stron.

Wycieczkę najlepiej zacząć w Rhayader, miasteczku ochrzczonym “wrotami” Walijskiej Krainy Jezior. Krzyżują się tu dwie główne drogi przecinające Walię z północy na południe – A470 – i ze wschodu na zachód – A44. Nazwa miasteczka oznacza “wodospad na [rzece] Wye”, ale… wodospad wysadzono w powietrze pod koniec osiemnastego wieku w związku z budową mostu.

W połowie dziewiętnastego wieku miasteczko było jednym z centrów tzw. “Rebecca Riots”, kiedy to farmerzy i robotnicy rolni, przebrani w kobiece stroje, niszczyli posterunki drogowe pobierające myto. Zbyt wysokie opłaty niemal uniemożliwiały transport płodów rolnych i mocno ograniczały możliwość przemieszczania się robotników.

Choć Rhayader to głównie punkt wypadowy, jest się tu również gdzie zatrzymać. Miasteczko chwali się największą liczbą pubów na liczbę mieszkańców. Na każdy z dwunastu przybytków, przypada 173 potencjalnych klientów. To pozostałość z czasów gdy miasto było ważnym przystankiem na szlaku poganiaczy bydła – drovers. Z tą różnicą, że wtedy nie był to powód do dumy, a raczej przyczyna wielu problemów. W Rhayader panował wówczas klimat prawdziwego Dzikiego Zachodu, z wszystkimi kłopotami jakie przychodzą do głowy.

Z Rhayader wyjeżdżamy drogą prowadzącą do Elan Valley, ale tuż za miasteczkiem odbijamy w wąską dróżką oznaczoną jako [Górska droga do Aberystwyth]. Początkowo droga wspina się powoli przez las starych, koślawych, przyczepionych do skał drzew obrośniętych mchem aż po końcówki gałęzi. Gdzieś w dole błyszczy niewielkie jeziorko Gwynllyn.

Mniej więcej cztery kilometry od Rhayader warto zrobić pierwszy przystanek. Z lewej strony drogi kilka kamiennych progów malowniczo przełamuje potok Nant Gwynllyn. Z prawej rozciągają się wrzosowiska płaskowyżu Penrhiw-wen. Znaleźć można tu też kilka prehistorycznych kamieni.

Najciekawszy z nich to Maen Serth. Stoi na szczycie wzgórza Esgair Dderw. W opracowaniach figuruje jako standing stone (menhir) z epoki brązu, na którym we wczesnym średniowieczu wyryto, ledwie dziś widoczny, krzyż celtycki. Jednak historia i archeologia sobie, a mity i legendy sobie. według jednej z nich, kamień upamiętnia miejsce, w którym zabito walijskiego wodza Einona Clud. W dwunastym wieku Einon i jego brat Cadwallon mieli spierać się z pogranicznym normańskim lordem Rogerem Mortimerem o ziemie wokół Rhayader. Gdy wydawało się, że sprawa jest załatwiona, Roger przegrał – rozrywkowy wydawałoby się – pojedynek z Einonem. Nie mógł mu tego darować i zamordował go w zasadzce urządzonej na wzgórzu Esgair Dderw. Wkrótce potem, w podobnych okolicznościach miał zginąć również Cadwallon. Lokalnie kamień nazwano więc “kamieniem książęcym”.

Żeby skomplikować sprawę, jakiś kilometr od Maen Serth, przy tym samym starożytnym szlaku przez wzgórza, znajduje się kolejny menhir: śnieżnobiały, kwarcowy Maengwyngweddw. Groźnie wyglądająca nazwa oznacza “kamień białej wdowy”. Zdaniem niektórych, sugeruje ona, że to w tym miejscu zamordowano braci, a żona jednego z nich tu właśnie miała opłakiwać stratę. W rzeczywistości kamienie wyznaczały prawdopodobnie pradawny szlak.

Z powrotem na drodze, wąska wstążka asfaltu pnie się coraz wyżej. Wokół rozciąga się zielone pustkowie. Na horyzoncie majaczy ogromna i kontrowersyjna farma wiatraków, oddana do użytku w 1994 roku Bryn Titli Wind Farm. Z drugiej strony widać już dolinę rzeki Elan, a dokładnie zakręcony “ogon” Craig Goch Reservoir.

Po osiągnięciu prawie pięciuset metrów nad poziomem morza, droga stromo opada do Pont Ar Elan – Mostu na Rzece Elan – gdzie krzyżuje się z drogą prowadzącą do Walijskiej Krainy Jezior – zapór i rezerwuarów dolin Elan i Claerwen.

Za mostem zaczyna się kilka kilometrów pofałdowanej i zygzakowatej drogi wijącej się szerokim dnem Doliny Elan. Jej zbocza są w tym miejscu dość łagodne i porośnięte szorstką trawą. Bardziej niż kambryjskie pustkowia, krajobraz przypomina… stepy Mongolii. Szczególnie w słoneczny, wiosenny dzień, kiedy trawy są jeszcze żółte, a wiatr niesie odgłosy i zapachy owiec. Ich populacja w tych stronach przewyższa populację ludzi pewnie kilkusetkrotnie.

Przy mokradłach Gors Lwyd, których dziesiątki sączących się źródeł zasilają rozpoczynające się gdzieś na okolicznych wzgórzach rzeki Elan i Ystwyth, droga skręca ostro na zachód, do głębokiego wąwozu Afon Ystwyth. To zdecydowanie jeden z najbardziej spektakularnych krajobrazów w Walii!

Rozciągnięta na kilka mil wzdłuż wąskiej drogi osada Cwmystwyth – czyli po prostu “dolina/wąwóz rzeki Ystwyth”, składająca się z luźno rozrzuconych kamiennych domów, znana jest głownie jako, mniej więcej, geograficzny środek Walii i niegdyś największy ośrodek wydobycia ołowiu i innych metali nieżelaznych w tym kraju.

Chociaż dziś trudno wyobrazić sobie większe odludzie, sto-dwieście lat temu Cwmystwyth tętniło życiem. Krótkim, warto dodać, życiem, bo średnia życia pracujących tu górników wynosiła zaledwie trzydzieści dwa lata! To oczywiście “zasługa” ołowiu i toksyn towarzyszących wydobyciu i obróbce srebra i cynku – kolejnych bogactw naturalnych doliny.

Zresztą, okolica tak nasiąkła wszelkimi możliwymi truciznami, że mimo upływu stulecia od zakończenia wydobycia, nadal praktycznie nie ma tu roślinności. Posępny, ale jednocześnie dziwnie urzekający krajobraz, ze szkieletami dawnych kopalnianych budynków, kolorowymi wyciekami i wykwitami minerałów ciągle tkwiących w ziemi, stanowi dziś obszar chroniony (Site of Special Scientific Interest; SSSI). Naukowcy podpatrują tu, jak przyroda próbuje się regenerować po ekologicznej katastrofie. Na pierwszy rzut oka widać, że radzi sobie bardzo powoli.

Osiemnasto- i dziewiętnastowieczna gorączka srebra i ołowiu w Cwmystwyth prawdopodobnie nie była pierwsza. W dolinie znaleziono ślady wydobycia z epoki brązu i z czasów rzymskich. Pozostając w tematach archeologicznych, w 2002 roku znaleziono tu też najstarszy, liczący ponad cztery tysiące lat, złoty artefakt w Walii – dysk słoneczny Banc Ty’nddôl. Wykonany z bardzo czystego złota, ozdobiony wygrawerowanymi kropkami i kreskami, stanowił prawdopodobnie część wyposażenia grobu. Choć niewielki, o średnicy niecałych czterech centymetrów i wadze dwóch i pół grama, krążek wzbudził ogromną sensację w środowisku archeologów. To pierwszy tego typu artefakt znaleziony w Walii i jeden z bardzo niewielu w ogóle znalezionych na Wyspach Brytyjskich. Uznany formalnie za skarb, dziś znajduje się w Walijskim Muzeum Narodowym w Cardiff.

Tuż za Cwmystwyth wąska droga rozwidla się – co w Walii nieczęste – na dwie nieco szersze. Prawa odnoga wspina się na prawie czterysta metrów, po czym opada wprost na wodospady i słynne mosty Devil’s Bridge. Lewa wije się przez lasy Hafod Estate, w których przeszło dwieście lat temu, bajecznie bogata rodzina Johnes próbowała zbudować raj na ziemi.

W latach osiemdziesiątych osiemnastego wieku, Thomas Johnes, właściciel zamku Croft w Herefordshire, kupił osiem mil kwadratowych Doliny Ystwyth, obsadził je rzadkimi drzewami, zbudował neogotycką rezydencję, mostki, łuki, sztuczne ruiny i… omal nie zbankrutował. Przez kilka lat, jako niemal wzorcowa posiadłość w stylu picturesque, Hafod Estate przyciągała arystokratów i artystów epoki. Niestety, ziemski eden nie trwał długo. W 1807 roku pożar strawił pałac. Johnes próbował go odbudować, ale koszty zaczęły go przerastać, a śmierć jedynej spadkobierczyni w 1811 roku zupełnie pozbawiła zapału.

Ruiny niedokończonej rezydencji przetrwały do końca lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to, jako zagrażające bezpieczeństwu, wysadzono w powietrze. Egzotyczne drzewa z czasem też wycięto, zastępując oryginalny park gospodarczą plantacją świerkową. Dla wielu zniszczenie gregoriańskiego krajobrazu Hafod Estate było zbrodnią niespotykanego wandalizmu.

Grupa entuzjastów zrzeszonych w Hafod Trust, od kilku lat próbuje ratować resztki dawnej posiadłości wyznaczając i dbając o ścieżki, sadząc nowe drzewa i powoli oczyszczając teren z choinek.

Jedyną trwałą pozostałością po Hafod Estate jest stojący przy drodze z Cwmystwyth kościół wybudowany około 1800 roku. Podobnie jak pałac sto lat wcześniej, kościół miał pecha i spłonął w 1932 roku. Rok później troskliwie go odrestaurowano, ale niestety nie udało się odzyskać większości wyposażenia. Poruszającym memento jest zniszczony przez ogień memoriał poświęcony zmarłej młodo córce Johnesów.

Kilka kolejnych miejscowości na trasie (za Hafod Estate droga B4574 przechodzi płynnie w B4343), może pochwalić się przede wszystkim oryginalnymi nazwami: Pont-Rhyd-y-Groes, (słynne) Ysbyty Ystwyth, Ffair-Rhos i Pontrhydfendigaid.

Pont-Rhyd-y-Groes, czyli “most niedaleko brodu krzyża pańskiego” okres umiarkowanej świetności przeżywało w czasie “gorączki ołowianej” w Cwmystwyth na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Później stanowiło naturalne zaplecze Hafod Estate. Dziś zatrzymują się tu tylko wędkarze liczący na dorodnego pstrąga z rzeki Ystwyth.

Ysbyty Ystwyth, podobnie jak sąsiednia osada, miało swoje pięć minut kiedy mieszkali tu górnicy z Doliny Ystwyth. Wieś składa się głównie z wiktoriańskiego kościoła i nazwy. Nazwy, która pojawia się chyba w większości zestawień niezwykłych nazw walijskich, najczęściej z zarzutem, że nie ma w niej samogłosek. Nie jest to do końca prawdą, bo w języku walijskim samogłoskami są, między innymi, “y” i “w”. Ysbyty Ystwyth oznacza “hospicjum nad rzeką Ystwyth”, ale hospicjum w dawnym, średniowiecznym znaczeniu, jako miejsce, w którym zatrzymać się może strudzony wędrowiec, bardzo często pielgrzym. A tych kiedyś w tej okolicy nie brakowało. Wędrowali z St David’s na wyspę Bardsey, odwiedzając kolejne klasztory, w tym niedaleki Strata Florida.

Ffair-Rhos trzeba uważać, żeby nie przegapić drogi prowadzącej do Teifi Pools. Pod ta nazwą kryje się kilka niewielkich jezior polodowcowych, leżących przeszło czterystu metrach nad poziomem morza, na zachodnich zboczach Gór Kambryjskich. Krajobraz jest tu wyjątkowo surowy, nawet jak na środkowo-walijskie pustkowia. Potężne głazy narzutowe, gołe skały, niewielkie pagórki i płytkie niecki sprawiają wrażenie, jakby lodowiec dopiero co opuścił to miejsce. Przez całe stulecia Teifi Pools słynęły z doskonałych węgorzy i pstrągów, które najprawdopodobniej sprowadzili tu cystersi z opactwa Strata Florida. W jednym z jezior – Llyn Teifi – swój początek bierze rzeka Teifi, która kilka kilometrów dalej zasila Cors Caron – ogromne mokradła i ważny rezerwat przyrody. Jest tu też kilka ścieżek przecinających ten ponury zakątek z północy na południe i polna, wyboista droga prowadząca do rezerwuaru Claerwen, należącego do kompleksu Elan Valley. Jeszcze kilka lat temu drogę tę można było, z przygodami, przejechać samochodem albo motocyklem terenowym, ale kiedy zrobiło się na niej tłoczno, została zamknięta.

Znów na głównej drodze – B4343 – mniej więcej kilometr od Ffair-Rhos, docieramy do Pontrhydfendigaid – kolejnej niewielkiej wioski o wielkiej nazwie, oznaczającej “most niedaleko brodu Błogosławionej Dziewicy”. Oprócz niej Pontrhydfendigaid słynie z corocznego majowego eisteddfod – tradycyjnego walijskiego przeglądu sztuk od poezji po chóry, przyciągającego uczestników z najdalszych zakątków Walii.

Ukoronowaniem tej trasy są pozostałości opactwa Strata Florida, jakąś milę boczną drogą od Pontrhydfendigaid. Same ruiny są zdecydowanie niezbyt imponujące, ale nie dla widowiskowych ruin warto się tu zapuścić. Nazywane “Opactwem Westminsterskim Walii”, Strata Florida zajmuje szczególne miejsce w sercach Walijczyków. Przez wieki był to ważny ośrodek walijskiej kultury, literatury, religii, jak również nauki, ekonomii i polityki, za co kilka razy przyszło mu zapłacić wysoką cenę. Ale od początku…

Trochę paradoksalnie, jeden z najważniejszych walijskich klasztorów założył, w 1164, roku normański lord Robert fitz Stephen. Sprowadził on grupę trzynastu cysterskich mnichów, żeby nad niewielkim potokiem Fflur zbudowali klasztor Strata Florida, co znaczy “kwiecista dolina” (a w starszych tłumaczeniach czasem “kwiecista droga”, co wynikało z błędnego zlatynizowania walijskiego Ystrad Fflur). Zaledwie rok później, Rhys ap Gruffudd władca Deheubarth, księstwa skutecznie lawirującego między względną autonomią a poddaństwem normańskim władcom, odbił całą okolicę z rąk fitz Stephena i objął patronat nad świeżym opactwem. Z nie do końca jasnych powodów, w 1184 roku, rozpoczęto budowę nowego kościoła dwie mile od istniejącego klasztoru. Z czasem wokół niego powstało nowe opactwo zachowujące starą nazwę i odludne, sielskie położenie.

Było to zresztą charakterystyczne dla cystersów walijskich, że wybierali miejsca jak najdziksze i jak najdalsze od ówczesnej cywilizacji. Tak, by móc kształtować otoczenie od samego początku: oczyszczać grunty z lasów (lub je sadzić, tam gdzie nic innego by nie rosło), przygotowywać je pod zasiewy lub pastwiska, zarybiać rzeki i jeziora nowymi gatunkami ryb (między innymi pstrąg i węgorz w Teifi Pools), budować mosty (okoliczne Pont-Rhyd-y-Groes i Pontrhydfendigaid nie bez przyczyny mają w nazwach religijne odwołania; nie tak znów odległy Devil’s Bridge – Pontarfynach – a dokładnie najstarszy z trzech mostów nad wąwozem rzeki Mynach, to też dzieło mnichów ze Strata Florida), zajazdy dla pielgrzymów (Ysbyty Ystwyth), młyny, browary, czy wprowadzać nowe gatunki zwierząt hodowlanych (to prawdopodobnie cystersi sprowadzili do Walii owce).

W “kwiecistej dolinie” mnisi znaleźli sobie dodatkowe zajęcie w postaci tłumaczenia łacińskich ksiąg na język walijski, spisywania dziejów walijskich władców i prowadzenia walijskich kronik. Nie spotkało się to ze zrozumieniem normańskich królów i tak, na przykład, w 1212 roku król Jan rozkazał zniszczenie “domu dającego schronienie naszym wrogom” i tylko dzięki ogromnemu okupowi udało się tego uniknąć. Na jakiś czas…

Jakby na potwierdzenie oskarżeń króla Jana, w 1238 roku, w “walijskim Westminsterze” spotkali się wszyscy najważniejsi walijscy książęta. Spotkaniu przewodził Llewelyn Wielki (the Great), który zdążył już pod swoim panowaniem zjednoczyć spory kawałek podzielonego kraju i teraz oczekiwał, że pomniejsi władcy złożą hołd wierności jego synowi i następcy Dafyddowi.

W 1284 roku, pożar spowodowany uderzeniem pioruna poważnie uszkodził opactwo, a dziesięć lat później, podczas swojej walijskiej kampanii, spalił je król Edward I w odwecie za sprzyjanie walijskiej niepodległości.

Nie powstrzymało to jednak rozwoju Strata Florida, które z czasem wyrosło na jeden z największych klasztorów w Walii, Skromne dziś ruiny głównego kościoła świadczą, że w czasach świetności był on większy od (ogromnej) katedry w St David’s. Miejsce godne przechowywania jednej z największych relikwii chrześcijaństwa: Świętego Graala – kielicha z którego podczas Ostatniej Wieczerzy pił sam Jezus. Według legend, na wyspy Graala miał przywieźć Józef z Arymatei i umieścić go w specjalnie dla niego wybudowanym kościele w Glastonbury. Z czasem skromny drewniany kielich trafił na walijskie pustkowie, które miało być gwarantem jego bezpieczeństwa.

Kolejne bunty i powstania prawie zawsze odbijały się echem w murach Strata Florida. Najczęściej było to echo angielskich żołdaków niszczących klasztor. Po stłumieniu powstania Owaina Glyndŵr, zniszczone po raz kolejny opactwo już się nie podniosło. Przeszło wiek później, w 1539 roku, kiedy decyzją króla Henryka VIII rozwiązywano wszystkie klasztory na wyspach, w zrujnowanych zabudowaniach u podnóża Gór Kambryjskich mieszkało ośmiu zakonników.

Do dzisiejszych czasów z ogromnego kompleksu przetrwało bardzo, bardzo niewiele: zarys potężnego kościoła, kilka zdobionych płytek podłogowych i wspaniały łuk zachodniego wejścia do kościoła – jeden z symboli średniowiecznej Walii.

Ślady dawnej świetności znaleźć można również na przyklasztornym cmentarzu, gdzie spoczywa kilku książąt z rodu lorda Rhysa ap Gruffudd i, prawdopodobnie, Dafydd ap Gwily – największy poeta średniowiecznej Walii. Z mniej zacnych “lokatorów” warto wspomnieć “lewą nogę i kawałek uda Henrego Hughes” pochowane 18.06.1756 roku. Reszta pana Hughesa jest pochowana w Ameryce, gdzie wyemigrował, mimo iż był, dosłownie, jedną nogą w grobie. Inny, na wskroś poetycko-walijski grób należy do anonimowego żołnierza znalezionego zamarzniętego w okolicach Teifi Pools, ze zdjęciem młodej dziewczyny w kieszeni. Na jego nagrobku wyryto słowa:

“Umarł wśród ponurych wzgórz
Samotnie, w głębokim śniegu
Nieznajomi przynieśli go tu
Gdzie wiecznym snem śpią książęta”.

Kilkaset metrów od ruin Strata Florida, wąska asfaltowa droga kończy się na granicy ogromnego kompleksu leśnego Tywi Forest, gdzie też nie brak mniejszych lub większych, dobrze ukrytych atrakcji. O nich przeczytać można w tym wpisie: Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – Abergwesyn Pass.

Wąskimi drogami przez Walijską Pustynię – Abergwesyn Pass

Kaplica Soar y MynyddDawny szlak poganiaczy bydła przez Cambrian MountainsAbergwesyn Pass z Beulah do Tregaron, to jedna z najbardziej malowniczych dróg na Wyspach. To zaledwie trzydzieści kilometrów, ale na ich pokonanie trzeba poświęcić przynajmniej godzinę. Biorąc jednak pod uwagą niezwykłe krajobrazy i kilka mniejszych lub większych atrakcji w okolicy, dla których warto zboczyć z wąskich dróg, w te jeszcze węższe, najlepiej zarezerwować sobie na niego cały dzień.

Żeby stopniowo przygotować się do tych wąskich i najwęższych dróg, zaczynamy na B4358 z Newbridge on Wye do Beulach. Droga wiedzie u podnóża Gór Kambryjskich, przez jeszcze sielski i jeszcze wiejski krajobraz z luźno porozrzucanymi farmami, starymi kościołami i kaplicami na rozstajach. Znaleźć można tu też kilka prehistorycznych kamieni-megalitów, które stanowią doskonały pretekst, żeby na chwilę stanąć, albo lekko zboczyć z głównej trasy.

Pierwszy z nich stoi na prawym brzegu rzeki Wye, tuż za – nie takim znowu nowym – mostem w Newbridge. Znany pod mało inspirującą nazwą Newbridge on Wye standing stone, czuwa nad rozgrywanymi na podmokłym boisku meczami piłki nożnej, a przy okazji oferuje pierwsze widoki na coraz bliższe Cambrian Mountains.

Za Newbridge on Wye droga wyraźnie się zwęża, co w sumie ma swoje plusy, bo pozwala kontemplować okolicę. Oczywiście pasażerom i oczywiście o ile pozwalają na to przeklęte żywopłoty! Za jednym z nich, nie dalej niż trzy kilometry od Newbridge, w płytkim wąwozie potoku Hirnant, w cieniu wielkiego dębu, stoi kolejny prehistoryczny kamień – Ty Mawr standing stone.

Dalej droga mija nieszczególnej urody kościół i stojącą kilkadziesiąt metrów dalej kaplicę w Neuadd.

Przy skrzyżowaniu w Llanafan-fawr, które jak wskazuje nazwa było kiedyś większą osadą (“fawr” znaczy “duży” lub “wielki”), gości zaprasza dość popularny pub The Red Lion. Z domniemanej dawnej świetności pozostał tu też wielki kościół pod wezwaniem świętego Afana – tajemniczego walijskiego świętego, którego doczesne szczątki od półtora tysiąca lat spoczywają na przykościelnym cmentarzu.

Boczna droga odbijająca przy kościele prowadzi do kolejnego megalitu – stojącego przy zbiegu potoku Nant yr Esgob i rzeczki Chwerfri imponującego Dol y Felin znanego również jako… St Afan’s Stone. Lokalna legenda mówi, że to właśnie przy tym kamieniu zamordowano Afana. Potężny, przeszło dwumetrowy głaz stoi dwa płoty od drogi, więc żeby go dotknąć, trzeba albo zapytać miejscowego farmera, albo zabawić się w partyzanta. Druga opcja daje zdecydowanie więcej frajdy…

Z powrotem na B4358, po dosłownie kilometrze, znów warto odbić w boczną lane. Droga początkowo pnie się ostro w górę, aż osiąga niewielki podmokły płaskowyż u stóp sięgającego 433m n.p.m. wzgórza Y Garth. Na łące, gdzie trawa miesza się z sitowiem i tatarakiem, stoi kolejny w tej okolicy menhir – Capel Rhos. Prawie dwumetrowy megalit prawdopodobnie stanowił kiedyś część większej konstrukcji (tzw. stone row, czyli po prostu kilku kamieni ustawionych w rzędzie), o tajemniczym przeznaczeniu.

Tę okolicę powinni docenić już nie tylko poszukiwacze śladów bardzo odległej przeszłości, bo widoki na Y Garth i dalej, na południowe stoki Cambrian Mountains robią się całkiem poważne.

Przez labirynt wąskich dróżek wracamy do głównej drogi prowadzącej do Beulah. Senna dziś miejscowość, była kiedyś ważnym punktem na mapie poganiaczy bydła (drovers), którzy odpoczywali tu po  przeprawie przez góry, przed dalszą wędrówką na wschód.

Niecierpliwi mogą już tu odbić w boczną drogę prowadzącą przez zalesioną dolinę rzeczki Cynffiad do Abergwesyn. Przez dobre dziesięć kilometrów mija się dosłownie pół tuzina domów i stojąca samotnie kaplicę baptystów Pant y Cellyn (Pantycellyn). Obecny, skromny budynek powstał w 1832 roku w miejscu starszego, datowanego na 1774 rok domu modlitwy i spotkań. W czasach kiedy prawdopodobnie okolicę zamieszkiwało nieco więcej ludzi. Świadczy o tym chociażby pokaźna kolekcja nagrobków na sąsiadującym z kaplicą cmentarzu.

Ci, którzy chcą choćby na krótką chwilę odpocząć od wąskich i krętych lanes, mogą z Beulah podjechać kilka kilometrów główną drogą A483 do Llanwrtyd Wells i dopiero tam odbić w górską dróżkę oznaczoną drogowskazami na Llanwrtyd i Abergwesyn.

W Llanwrtyd (bez “wells”) dziś stoi tylko stary kościół, ale kiedyś to on stanowił centrum luźnej osady. W 1732 roku, miejscowy pastor Theophilus Evans, przez przypadek odkrył zdrowotne właściwości tutejszych wód mineralnych. Legenda głosi, że obserwował żabę taplającą się w śmierdzącej sadzawce. Przekonany, że płaz zaraz wyzionie ducha zatruty piekielnymi ściekami, zdziwił się bardzo widząc jak ten nabiera sił. Wieść się rozeszła i w okolicę zaczęli zjeżdżać kuracjusze, a sto lat później, kilka miasteczek w tych stronach miało swoje pięć minut jako popularne wiktoriańskie uzdrowiska.

Obie drogi – ta z Llanwrtyd i z Beulah – łączą się w niewielkiej osadzie Abergwesyn. Kiedyś był to pierwszy przystanek poganiaczy bydła po pokonaniu Abergwesyn Pass. Dziś to dosłownie dosłownie kilka domów i ruiny kościoła, przy którym stoi potężny celtycki krzyż stylizowany na wczesnośredniowieczne monumenty spotykane w Irlandii. Ale przede wszystkim to początek jednej z najbardziej widowiskowych tras w Walii.

Kilka pierwszych kilometrów biegnie po zboczach malowniczego wąwozu rzeki Irfon. Ten fragment nosi nazwę Wilczy Skok (Wolf’s Leap) i przy odrobinie fantazji można by nazwać go prostym. W miejscu gdzie wąwóz zakręca i zaczyna się zwężać, droga trzykrotnie na kilkudziesięciu metrach przecina rzekę mostkami, które przy wysokim stanie wody zamieniają się w brody. Za ostatnim z nich zaczynają się Diabelskie Schody (Devil’s Staircase). To seria upiornych zakrętów-agrafek, którymi droga wspina się 150 metrów w górę, na 457m n.p.m., w leśne ostępy Tywi Forest, po czym znów stromo opada do krzyżówki na dnie kolejnej doliny.

Lewa, raczej mało widowiskowa odnoga, wiedzie przez gęsty las do północnego krańca jeziora Llyn Brianne. Prawa prowadzi dokładnie w to samo miejsce, tyle że na około i przez zdecydowanie bardziej spektakularne krajobrazy. Mniej więcej kilometr od leśnej krzyżówki odbija od niej ekstremalna, górska droga do Strata Florida, przejezdna tylko dla prawdziwych pojazdów terenowych…

Tymczasem asfaltowa droga, kolejną serią zakrętów, znów wspina się na prawie 400 metrów i wije się pomiędzy częściowo zalesionymi, a częściowo zupełnie gołymi wzgórzami, po czym stromo opada do kolejnego skrzyżowania przy moście nad Camddwr – “potokiem śpiewającej wody”.

Obok mostu, trochę jak zjawa nie z tego świata, stoi tradycyjna czerwona budka telefoniczna. Samotnie, w absolutnym środku walijskiego pustkowia [pisaliśmy o niej tu: Ratujmy budkę telefoniczną z Nantymaen].

Droga odbijająca na południe, oznaczona drogowskazem [Soar-y-Mynydd], biegnie przez dobrych dziesięć kilometrów doliną “śpiewającej wody”, nie mijając nawet jednego domostwa! Na całych Wyspach podobne pustkowie znaleźć można chyba tylko w szkockich Highlandach.

W końcu, przy niebudzącym zaufania moście nad Camddwr, który w tym miejscu jest już konkretną rzeką, stoi Soar-y-Mynydd – najbardziej odludna kaplica w Walii.

Wybudował ją w 1820 roku Ebenezer Richard, kalwiński pastor z Tregaron, którego życiową misją było wznoszenie kaplic dla wiernych mieszkających na farmach środkowo-walijskiego pustkowia, daleko od jakichkolwiek większych osad. Oprócz oczywistej, religijnej funkcji, Soar-y-Mynydd pełniła też rolę miejsca spotkań i szkoły dla farmerskich dzieci. Zważywszy na odległości, codzienna droga do szkoły musiała być dla nich niezłym wyzwaniem.

Choć największą atrakcją kaplicy jest jej położenie na wyjątkowo pięknym odludziu, prosta, sterylna budowla też może urzekać. Wapnowane, śnieżnobiałe ściany, półokrągło zakończone okna, dach kryty łupkiem… W bryle budynku nie ma absolutnie nic zbędnego, żadnego ozdobnika. Podobnie skromne jest wnętrze kaplicy: skrzynkowe ławki, lekko podwyższony pulpit dla pastora i proste freski z walijskimi napisami jako jedyna ozdoba. Wprawne oko dostrzeże też kunszt stolarzy, ale próżno szukać tu kościelnego przepychu. Kalwiniści walijscy również w ten sposób manifestowali swoją wiarę i odrębność od innych wyznań, szczególnie anglikanów i katolików.

Bez względu na wyznanie, kaplica Soar-y-Mynydd to dobre miejsce na chwilę zadumy i krótką przerwę przed kolejnym etapem trasy – wyjątkowo krętą drogą wzdłuż wschodnich brzegów jeziora Llyn Brianne…

Llyn Brianne, oddany do użytku w maju 1973 roku, był jednym z ostatnich wielkich rezerwuarów wybudowanych w środkowej Walii. Podobnie jak w przypadku innych tego typu inwestycji, jego budowie również towarzyszyły protesty. Zważywszy jednak, że na całym ogromnym obszarze, który planowano zalać, znajdowała się tylko jedna farma, protesty szybko przygasły.

Trzeba też oddać sprawiedliwość pomysłodawcom i konstruktorom, że postarali się by projekt był możliwie najmniej szkodliwy dla środowiska, a nowy krajobraz służył społeczeństwu. Zaporę zbudowano w ciekawej technice – z gliny i kamienia pozyskanych lokalnie (i jest to prawdopodobnie największa tego typu zapora w Europie) i możliwie bez użycia betonu. Wyjątkiem jest odpływ wody, który przyciąga czasem amatorów ekstremalnego kajakarstwa.

Na potrzeby inwestycji, wybudowano też kilometry wąskich, ale asfaltowych dróg, które do dziś służą odwiedzającym te strony, co wcześniej było praktycznie niemożliwe dla zwykłych aut. Dodatkowo, na trasie wzdłuż brzegów jeziora przygotowano kilka parkingów i miejsc piknikowych.

Dziś cały obszar Llyn Brianne i częściowo przylegających do niego lasów – całość tworzy ogromny kompleks leśny Tywi Forest – objęty jest ochroną. W jeziorze nie wolno łowić ryb, kąpać się ani po nim żeglować, a w lasach, wśród innych projektów, próbuje się chronić populację czerwonej wiewiórki, niemal wymarłej w innych rejonach Wielkiej Brytanii.

Na ironię zakrawa fakt, że dwa ogromne zakłady przemysłowe, z myślą o których przede wszystkim budowano rezerwuar – walcownia blachy w Felindre i huta w Llansamlet – dziś już nie istnieją…

Warto też wspomnieć, że walijska nazwa Llyn Brianne… nie jest tak naprawdę walijska. To przypadkowe, bądź celowe przekręcenie nazwy jednego ze strumieni zasilających jezioro – Nant y Bryniau.

Nieco ponad kilometr od zapory, przy samotnej kaplicy w Ystradffin, znajduje się parking zarządzany przez RSPB (Royal Society for the Protection of Birds – Królewskie Towarzystwo Ochrony Ptaków). Sądząc po cmentarzu, kiedyś musiała to być pokaźna osada, po której dziś zostało ledwie kilka domów.

“Ptasi” parking wyznacza początek szlaku po niewielkim rezerwacie przyrody – Gwenffrwd-Dinas Nature Reserve. Część ścieżek biegnie po drewnianych pomostach, zbudowanych w gęstym, podmokłym lesie. Szlak prowadzi do jaskini Twm Siôn Cati – legendarnego walijskiego rozbójnika-Robin Hooda.

W przeciwieństwie do swojego kolegi po fachu z lasów Sherwood, Twm żył naprawdę. Urodził się około 1530 roku w Tregaron, po zachodniej stronie Cambrian Mountains. W ciągu swojego prawie osiemdziesięcioletniego życia zasłynął zarówno jako bard, właściciel ziemski, a nawet uczony z jednej strony, z drugiej – jako złodziej i rozbójnik grasujący po gościńcach. Problem w tym, że Twm znany jest przede wszystkim z przygodowej powieści Thomasa Llewelyna Pritcharda z 1828 roku. Autor nie silił się szczególnie na rzetelność i prawdopodobnie przypisał swojemu bohaterowi wyczyny całej menażerii brytyjskich i europejskich “Janosików”. Ale nie od dziś wiadomo, że legendy lubią żyć swoim własnym życiem i nie muszą pokrywać się z rzeczywistością…

Za Ystradffin surowe krajobrazy powoli łagodnieją, a droga staje się coraz szersza i jakby mniej kręta, aż w końcu dociera do Rhandirmwyn – zaskakująco dużej osady po kilkudziesięciu kilometrach bezludzia. Dawno, dawno temu, miejsce tętniło życiem jako poważny ośrodek wydobycia ołowiu. Ślady tej działalności można znaleźć w okolicznych lasach. Dziś życiem tętni głównie lokalny pub.

Z Rhandirmwyn można dość szybko dojechać do głównej drogi A483 i Llandovery – największego miasteczka w okolicy. Można też, mniej więcej dwa kilometry za osadą, odbić w lewo, w kolejną wąską dróżkę prowadząca do Cynghordy.

Tu, głęboką i zieloną dolinę rzeczki (Afon) Brân, przecina potężny i malowniczy Cynghordy Viaduct. Zbudowano go w latach 1867-68 dla Central Wales Lane, łączącej Shrewsbury w Anglii ze Swansea w Południowej Walii. Trzystumetrowa (choć różne źródła podają różną długość – od 259 do 305 metrów) i lekko wygięta kolejowa konstrukcja wspiera się na osiemnastu łukach, z których najwyższe sięgają 33 metrów, czyli wysokości kilkunastu pięter. Projektantem wiaduktu był Henry Robertson – słynny w swoim czasie inżynier. W Walii można podziwiać jeszcze co najmniej dwa wiadukty jego pomysłu – w Chirk i Cefn Mawr w Dolinie Llangollen.

W cieniu wiaduktu w Cynghordy, stoi niewielka kaplica metodystów – Gosen Chapel. Zbudowano ją w 1844 roku, na sielskim pustkowiu. Wierni musieli się trochę zdziwić, kiedy dwadzieścia lat później, dosłownie w ogródku ich kaplicy, pojawiła się gigantyczna kamienna konstrukcja…

Kilkaset metrów dalej docieramy do A483, gdzieś pomiędzy Llandovery a Llanwrtyd Wells. Tu kończy się trasa przez pustkowia południowych krańców Cambrian Mountains – zdecydowanie, jedna z najbardziej malowniczych tras w Walii, a i w Wielkiej Brytanii nie mająca wielu konkurentek.

Ratujmy budkę telefoniczną z Nantymaen

Ilu przemoczonych włóczykijów zmieści się w czerwonej budce telefonicznej? Raczej niewielu… Chociaż pewnie zależy to od poziomu desperacji i siły wiatru.

Od lat, powoli ale nieubłaganie, czerwone budki telefoniczne – jeden z niekwestionowanych symboli Wysp – znikają z krajobrazu. Tam gdzie ludzie korzystają jeszcze z automatów, zastępują je pozbawione charakteru, nijakie szklane skrzynki. Na prowincji najczęściej znikają bezpowrotnie.

Właśnie ważą się losy jednej z takich budek, uważanej za “najbardziej odludną” w Walii. Stoi w Nantymaen, przy drodze łączącej Tregaron z Abergwesyn i Llanwrtyd Wells, wiodącej przez pustkowie Gór Kambryjskich. To ta biała plama na mapie Walii, przecięta cienką kreską jednej drogi, gdzie, poza kilkoma farmami, nie ma żadnych ludzkich osad, i gdzie nie dociera sygnał telefonów komórkowych.

BT uznało, że skoro od przeszło osiemnastu miesięcy budka i tak nie działa, to zamiast naprawiać, łatwiej będzie ją zlikwidować. Sprzeciwia się temu grupa lokalnych aktywistów łącząca przedstawicieli kilku małych, niezależnych biznesów turystycznych i zapuszczających się na te pustkowia włóczykijów. Uważają że budka z Nantymaen stanowi “ważną część krajobrazu” i, w ekstremalnych sytuacjach, może ratować życie.

Photo © Nigel Brown and licensed for reuse under Creative Commons Licence
Autor: Nigel Brown. Źródło: http://cambrian-mountains.co.uk/wp-content/uploads/2015/11/nantymaen.jpg

Marilyn Barrack z Elenydd Wilderness Hostels Trust, prowadzącego w okolicy dwa pozbawione prądu schroniska wylicza: “Zasięg komórek jest tu bardzo słaby, w promieniu siedmiu mil nie ma innego telefonu, a domów w okolicy jest niewiele”. Wtóruje jej Dafydd Morgan z Tregaron Walking Club: “(…) to jedyny charakterystyczny punkt w krajobrazie, pomagający podróżującym w tych stronach”.

Jeśli ktoś chciałby wyrazić swoją opinię na temat likwidacji czerwonej ikony, może to zrobić do 2. stycznia, wysyłając maila do Ceredigion County Council, na adres: planning@ceredigion.gov.uk, dodając numer referencyjny sprawy: SY256NW.

Akcję wspierają, między innymi, Cambrian Mountains Society, Elenydd Wilderness Hostels Trust, Llafur Ceredigion/Ceredigion Labour i Cambrian Safaris.

A jeśli ktoś ma wątpliwości czy warto…

Tregaron SY25 6NW to najbliższy postcode w pobliżu budki; prowadzi do farmy odległej o kilkaset metrów; żeby do niej dojechać, tak czy inaczej, trzeba ją minąć. Mapa doskonale pokazuje na jakim odludziu się znajduje: