All posts by zfiesz

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 3.]

Najbardziej udeptane ścieżki Black Mountains za nami. Teraz zajrzymy do doliny rzeki Usk i leżącego nad nią Crickhowell, odwiedzimy kilka zagubionych w górach wiosek, oprzemy się o prehistoryczne kamienie i wdrapiemy do starożytnego fortu…

Samotny pasterz

Południową granicę Czarnych Gór wyznacza rzeka Usk, której głęboka dolina zaczyna się tuż za Abergavenny. Jej dnem, wzdłuż lewego brzegu rzeki, biegnie stara droga do Brecon. Równolegle do prawego brzegu natomiast, wije się cienka wstążka Monmouthshire and Brecon Canal – jednego z dłuższych kanałów na Wyspach. Ten wodny szlak, zbudowany pod koniec osiemnastego wieku, łączy górskie Brecon z położonym nad brzegiem Kanału Bristolskiego Newport.

Monmouthshire and Brecon Canal

W tej okolicy warto rozglądać się za… kamieniami. Szczególnie dwoma. Pierwszy z nich, wspaniały, wysoki na ponad cztery metry The Growing Stone (czyli po prostu “Rosnący Kamień”), to prehistoryczny menhir. Stoi tuż przy drodze, ale, niestety, można tylko na niego popatrzeć z daleka. Bliższy kontakt, albo fotografowanie może być ryzykowne, bo kamień “wyrósł” na terenie bazy wojskowej. Chociaż, spróbować nie zaszkodzi…

The Growing Stone

Żeby znaleźć drugi z nich, trzeba najpierw pobłądzić trochę wąskimi drogami wspinającymi się na zbocza Mynydd Llangatwg, a później wdrapać się jeszcze kilkaset metrów stromą ścieżką wśród gęstych paproci, do nieczynnych od dawna kamieniołomów. Tu, na krawędzi urwiska o wdzięcznej walijskiej nazwie Disgwylfa, stoi “Samotny Pasterz”.

The Lonely Shepherd

The Lonely Shepherd nie jest typowym megalitem na jaki wygląda. W zasadzie w ogóle nim nie jest. Gdyby jednak nim był, świetnie potwierdzałby powtarzaną tu i ówdzie teorię, jakoby standing stones powstawały przez odłupanie zbędnych skał dookoła. Bo tak właśnie powstał. Tyle że nie pięć tysięcy lat temu, a zaledwie sto z kawałkiem, może dwieście. Trzymetrowy wapienny blok zostawili po prostu robotnicy, by właściciel kamieniołomów mógł z dołu oceniać wydobycie.

The Lonely Shepherd

Niezbyt może romantycznie, ale dzięki temu, dziś, wschodnie zbocze Mynydd Llangatwg łatwo znaleźć na pocztówkach. Poza tym, dobrze się o coś oprzeć spoglądając czterysta metrów w dół, w Dolinę Usk, czy na kształtny stożek Sugar Loaf niemal dokładnie na przeciwko. Kto wie, może “Samotny Pasterz” poczuje się trochę mniej samotny? Ale uwaga! W noc świętojańską Loneley Shepheard ma wychodne.

Dolina Usk z majaczącym w chmurach Sugar Loaf

Zgodnie z miejscową legendą, pasterz był kiedyś człowiekiem. Okrutnym farmerem, który tak długo znęcał się nad swoją połowicą, aż nieboraczka rzuciła się w nurt rzeki Usk i utonęła. Rozzłoszczony Stwórca zaklął okrutnika w kamień. Dopiero wtedy obudziły się w nim wyrzuty sumienia. I teraz, raz do roku, w najkrótszą z nocy, farmer schodzi nad brzeg rzeki w poszukiwaniu żony-topielicy. Na próżno. Nad ranem wąską ścieżką wśród gęstych paproci, wraca na miejsce swojej samotnej pokuty. Może za rok?

Dyskretny urok prowincji

Jeśli któreś z miasteczek przyklejonych do zboczy Black Mountains zasługuje na miano klejnotu samego w sobie, zdecydowanie jest to Crickhowell. Hay ma swój festiwal literacki – wydarzenie wielkie i o międzynarodowej sławie – plus dziesiątki księgarni, ale to oferta w założeniu dla przyjezdnych. Podobnie w przypadku Abergavenny, jego cotygodniowego targu i dorocznej uczty smakoszy. Crick – jak nazywają swoje miasto miejscowi – ma co prawda Green Man Festival, jeden z najprężniej rozwijających się przeglądów folkowych w Wielkiej Brytanii, ale to impreza, mimo wszystko, dość niszowa.

(Gruff Rhys to przykład walijskiego artysty, jakiego można spotkać na festiwalu)

Tym co wyróżnia Crickhowell jest ledwie uchwytny czar typowego walijskiego market town. Być może prowincjonalnego, ale wolnego od kompleksów. Gdzie czas płynie leniwie jak szeroka i płytka Usk River, a czasami, gdzieś w zakamarkach bocznych uliczek, zupełnie się zatrzymał.

Crickhowell Bridge

Od strony Mynydd Llangatwg i okrutnego “Samotnego Pasterza”, do Crick wjeżdża się przez ponad trzystuletni kamienny most przerzucony nad rzeką Usk – jeden z najdłuższych kamiennych mostów w Walii. “Czary” zaczynają się już tu. Oglądany od strony miasta, most ma trzynaście przęseł, ale jeśli spogląda się na niego z drugiego brzegu rzeki, już tylko dwanaście. Zjawisko to można wygodnie obserwować z ogródka pubu Bridge End. Wiekowy zajazd, w którym kiedyś pobierano opłaty za korzystanie z mostu, słynie w okolicy z, nieziemskich rzecz jasna, dań wegetariańskich.

Crickhowell Bridge

Spod Bridge End, zabudowana ciasno kolorowymi domami Bridge Street, pnie się stromo w górę do centrum miasteczka, gdzie rozgałęzia się na High Street – główną ulicę Crick – i wąski zaułek prowadzący na wzgórze zamkowe.

Crickhowell Castle

Ruiny Crickhowell Castle – to sprawka wspominanego już Owaina Glyndwr i jego kompanii, co w tych stronach nie dziwi – raczej nie imponują, ale warto pamiętać, że kiedyś była to zupełnie przyzwoita twierdza. Pod koniec trzynastego wieku, w miejsce starego, ziemno-drewnianego fortu, wybudowało ją małżeństwo królewskich stronników Sybil Tuberville i Sir Grimbold Pauncefote. Para najwyraźniej dobrana i kochająca się, bo kiedy Sir Grimbold cały i zdrów wrócił z jednej z krucjat, Lady Sybil z radości i w podzięce, ufundowała miasteczku kościół. Siedemset lat później, szpiczasta wieża Saint Edmund’s Church stojącego kilka ulic od zamku, stanowi punkt orientacyjny miasta, w którym nie można się zgubić.

Uliczki Crickhowell

Warto za to na chwilę zapomnieć się w sklepach przy High Street i sąsiednich uliczkach. Starych rodzinnych biznesach: cukierniach, warzywniakach i sklepach-rupieciarniach pachnących strychem dziadków, które powoli znikają z krajobrazu większych miast. Nie tylko zresztą w Wielkiej Brytanii. Mniej nostalgicznych gości, ofertą skusić powinny sklepy ze sprzętem outdoorowym. W końcu Crickhowell wciśnięte jest pomiędzy Black Mountains a Brecon Beacons – porządne buty i wodoodporna kurtka mogą się przydać.

Uliczki Crickhowell

Można też wpaść gdzieś na filiżankę kawy albo kufel real ale – produkowanego na miejscu tradycyjnego piwa. Bo Crick trzeba cieszyć się powoli. Trudno mówić o zwiedzaniu. Po prostu się tu jest i… chciałoby się zostać jeszcze chwilę.

A trochę marginesie, skoro jesteśmy w górach… Niewielu zapewne wie, że najsłynniejszym synem Crickhowell jest Sir George Everest. Kartograf i geodeta, który użyczył nazwiska górze-wszystkich-gór, przyszedł na świat w 1798 roku w niewielkiej, stojącej do dziś posiadłości Gwern-vale, na przedmieściach Crick. Może to właśnie oglądane codziennie z okna wzgórza Black Mountains zainspirowały młodego Georga do wyboru takiej a nie innej ścieżki kariery?

Fort zdobyty!

W panoramie Czarnych Gór oglądanej z Crickhowell, pierwszy plan zajmuje wyrastająca na 451 metrów – czyli mniej więcej czterysta ponad miasteczko – Tabel Mountain. Na jej płaskim szczycie znaleźć można pozostałości Crug Hywel – Fortu Hywela, od którego nazwę zapożyczyło.

Crug Hywel

Hywel, rządzący w dziesiątym wieku, był jednym z pierwszych walijskich wodzów, którego autorytet uznawano w prawie całym kraju. Jego niespełnioną życiową misją było stworzenie jednolitego i silnego państwa. Udało mu się za to skodyfikować szereg zasad regulujących najróżniejsze aspekty ówczesnej rzeczywistości. Od stosunków feudalnych, przez prawa kobiet, aż po status kotów domowych. Kodeksy, znane jako “Prawo Walii”, obowiązywały jeszcze wiele stuleci po śmierci ich autora. A on sam przeszedł do historii jako Hywel Dda – Hywel Dobry.

Crug Hywel

Ale fort, choć nosi imię celtyckiego wodza, powstał prawdopodobnie co najmniej tysiąc lat wcześniej. Jest to jedna z najlepiej zachowanych osad z epoki żelaza, z wyraźnie widocznymi wysokimi wałami i kamiennymi umocnieniami.

Crug Hywel

Zdecydowanie większe wrażenie, szczególnie na tych mniej zainteresowanych (pre)historią, robią jednak widoki jakie rozciągają się z Crug Hywel. Jak na dłoni widać stąd Crick i kilka mniejszych osad Doliny Usk, a dalej kolejne pasma Brecon Beacons National Park.

Crug Hywel i Sugar Loaf

Z drugiej strony, na wschodzie, majestatycznie wznosi się do złudzenia przypominający wulkan Sugar Loaf. Ledwie dostrzegalne kilka dachów u jego stóp to Llangenny – prastara, sympatyczna wioska przyklejona do brzegów Grwyne Fawr. Choć dziś mieszka tu niespełna sto osób, w jej centrum stoi całkiem spory średniowieczny kościół poświęcony celtyckiemu świętemu imieniem Ceneu. Dwa kroki dalej, przy starym moście, spragnionych i głodnych wędrowców czeka cieszący się dobrą opinią zajazd The Dragon’s Head Inn. Błotnistą ścieżką wzdłuż rzeki można stąd dojść do “Ołtarza Druidów” – Druid’s Altar – półtorametrowego megalitu, kolejnej pamiątki po prehistorycznych mieszkańcach tych stron.

Llanbedr w cieniu Sugar Loaf

Trochę bliżej, wśród pól i żywopłotów wyznaczających górskie drogi i miedze, widać kamienną wieżę kościoła Świętego Piotra w Llanbedr. Tu zaczyna się najkrótszy, ale forsowny szlak na Table Mountain i dalej, na siedemsetmetrowy Pen Cerrig-Calch, Mynydd Llysiau, aż po Waun Fach – sam czubek Black Mountains. Z Llanbedr warto też wybrać się w górę rzeki Grwyne Fechan. Do jej bezludnej i nie mniej malowniczej niż siostrzana Grwyne Fawr doliny.

Dzikie konie na zboczach Pen Cerrig-Calch

Z samego fortu też odchodzi kilka szlaków. Jeden z nich, wąska owcza ścieżka wśród wrzosów i skalnych rumowisk na zboczu Pen Cerrig-Calch, prowadzi dwa-trzy kilometry na zachód do Cwm Mawr. Stąd, z niewielkiego urwiska, doskonale widać kolejną perłę zagubioną w Czarnych Górach – Tretower.

Abergavenny – Nowe Jeruzalem

Dzieje największego miasta regionu i kolejnych “wrót” Black Mountains sięgają zamierzchłych czasów gdy funkcjonował tu rzymski fort Gobannium. Ale to tylko epizod. Właściwa historia Abergavenny zaczyna się tysiąc lat później.

Miasteczko rozłożyło się w dolinie pomiędzy szczytami Ysgyryd Fawr (z pawej) i Sugar Loaf (z lewej)

Pod koniec jedenastego wieku, namiestnik nowych normańskich władców Brytanii, niejaki Hamelin de Ballon, zbudował tu pierwszy zamek, stanowiący strategiczny przyczółek do dalszej ekspansji wgłąb Południowej Walii. Dość szybko wokół zamku wyrosło spore i ważne miasto. Lordowie Abergavenny stali się natomiast znaczącymi graczami na niespokojnym Pograniczu.

Jednym z najsłynniejszych, choć należałoby raczej napisać jednym z najbardziej niesławnych, był William de Braose – ojciec Williama II z Hay-on-Wye, który odziedziczoną opinię jeszcze wzmocnił. Jego nikczemność, gierki i wyrachowanie znane były po obu stronach granicy. Niechęć, a często otwarta wrogość, też miały w tym przypadku zasięg ponadnarodowy. Spore musiało więc być zdziwienie wodzów walijskich klanów z Gwent (południowo-wschodni region Walii) gdy otrzymali od de Braosea zaproszenie na bożonarodzeniową ucztę. Czyżby uprzejmość przytłumiła ich ostrożność? Można jedynie zgadywać. Wiadomo tylko, że żaden uczty nie przeżył. Wszystkich brutalnie zamordowano. Była to 1175 rocznica narodzin Miłosiernego Chrystusa.

Abergavenny Castle

Kilka wieków później, w 1404 roku, podczas ostatniego wielkiego zrywu Walijczyków, zemsty na Anglikach szukał tu sam wódz powstania Owain Glyndwr. Specjalnie na jego przybycie, Abergavenny Castle wyposażono w zupełnie nową, potężną bramę. Nie przeszkodziło to jednak walijskim patriotom spalić miasta. To zaś, co z niego ocalało, nieślubny syn Owaina – Ieuan – ogłosił niezależnym księstwem. Na dwa tygodnie…

Później o zamek bili się już tylko Anglicy. Aż w końcu, w czasie wojny domowej w 1645 roku, urzędujący w nim rojaliści wysadzili go w powietrze, by nie wpadł w ręce siepaczy Cromwella. Ale nawet to co z niego pozostało, nadal uważa się za jeden z najlepszych przykładów normańskiej twierdzy typu motte-and-bailey.

Abergavenny Castle

Lekki zgrzyt w romantycznych ruinach stanowi odrobinę zbyt cukierkowa baszta wzniesiona w dziewiętnastym wieku przez ówczesnego markiza Abergavenny, jako domek myśliwski. Dzisiaj mieści się w niej muzeum-rupieciarnia dokumentujące dzieje miasteczka. Najciekawszą i najpopularniejszą od lat wystawą jest rekonstrukcja, a właściwie żywcem przeniesiony z centrum miasta sklep spożywczy Basila Jonesa, w którym znaleźć można produkty – lekko już przeterminowane – nawet z końca dziewiętnastego wieku. Chociaż większość to najróżniejsze konserwy z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia. Dla miłośników królewskich memorabiliów ciekawostką mogą być dekoracje przygotowane na koronację Edwarda VIII, która… nigdy się nie odbyła.

Muzeum przypomina też lata świetności Abergavenny, kiedy miasto kwitło jako ośrodek tkactwa. Tu znów strategiczne położenie się przydało. (Post)Industrialne Doliny (The Valleys) zaczynają się dosłownie za rogatkami miasteczka. Gdy w osiemnastym wieku Południową Walię ogarnęła gorączka rewolucji przemysłowej, rynek zbytu na produkty dziesiątków miejskich warsztatów był niemal nieograniczony.

Market Hall

W tym mniej więcej czasie, Abergavenny ugruntowało też swoją pozycję ważnego miasta targowego, którą cieszy się do dziś. W każdy wtorek ściągają tu setki zakupowiczów z całego Monmouthshire i sąsiednich hrabstw, by szperać i myszkować pomiędzy stu siedemdziesięcioma kramami hali targowej przy Market Street, nad którą góruje piękna wiktoriańska wieża, z charakterystycznym niebieskim dachem.

St. Mary’s Priory

Nad sąsiednią Monk Street góruje natomiast wieża kościoła Świętej Marii. Pierwotnie, gdzieś w dwunastym wieku, stała tu kaplica obsługująca niewielki klasztor benedyktynów założony przez Hamelina de Ballon. W czternastym wieku zastąpił ją stojący obecnie kościół, w którym, wędrując od sarkofagu do sarkofagu można zapoznać się z nieco bardziej nobliwą niż w muzeum historią miasta.

Ale – i trzeba to powiedzieć głośno – dziś to nie historia przyciąga do miasteczka gości. Na co dzień jest to oczywiście doskonałe sąsiedztwo: Black Mountains z jednej i reszta Parku Narodowego Brecon Beacons z drugiej strony. Od święta zaś, które wypada w przedostatni wrześniowy weekend – Abergavenny Food Festival.

Abergavenny

“Jeśli jedzenie jest nową religią – głosi jedno z haseł festiwalu – Abergavenny jest nowym Jeruzalem”. Przewodniki też nie stronią od religijnego tonu i piszą o miasteczku, jako o walijskiej Mekce kulinarnej. Na dwa dni festiwalu zjeżdżają tu z całej Wielkiej Brytanii najlepsi szefowie kuchni i tysiące amatorów spragnionych nowych smaków. Oczywiście większość dań, w miarę możliwości, przyrządza się z lokalnych, ekologicznych produktów. Bo “local” i “organic”, to w Walii słowa, które od lat robią zawrotną karierę. Może warto skusić się na walijską potrawę narodową: baraninę w sosie z pora? I ruszać dalej…

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 2.]

Ciąg dalszy wycieczki po Czarnych Górach. Tym razem zaglądamy do dolin Grwyne Fawr i Grwyne Fechan, wdrapujemy się na Ffawyddog Ridge, Waun Fach i Ysgyryd Fawr/Skirrid i odwiedzamy Patrishow i Llanvihangel Crucorney)

Duża-Rzeka-na-Mokradłach

Równolegle do Vale of Ewyas, kilka kilometrów na zachód, Black Mountains przecina dolina rzeki Grwyne Fawr. Słowo “pustkowie” odzyskuje tu swoje pierwotne znaczenie. Właściwie nie ma tu żadnej osady. Jedynie kilka luźno rozrzuconych farm i domów. Zbocza doliny porasta gęsty las, a tam gdzie cienka warstwa ziemi jest zbyt jałowa, wysokie, szorstkie trawy i paprocie. Wśród nich pasą się twarde walijskie owce górskie, którym niestraszne żadne niewygody.

Dolina Grwyne Fawr

Płaskie granie – Ffawyddog Ridge od wschodu i Waun Fach od zachodu – to surowe, podmokłe wrzosowiska, z których spływają setki niewielkich strumieni. Część z nich znika gdzieś pod ziemią na zboczach, a część zmienia się w bystre potoki poprzerywane malowniczymi kaskadami. Wszystkie kończą w wartkim nurcie Grwyne Fawr – “Dużej-Rzece-na-Mokradłach”.

Zapora Grwyne Fawr

Pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku, w jej górnym biegu ustawiono prawie pięćdziesięciometrową, kamienną tamę. Mokradła stały się sztucznym jeziorem zaopatrującym w wodę kilka miast przemysłowych Dolin Południowej Walii, a tama, wybudowana w czasach kiedy estetyka liczyła się nie mniej niż użyteczność, na dobre wrosła w krajobraz Vale of Grwyne Fawr.

Owce z Grwyne Fawr

Wschodnim brzegiem jeziora i dalej wzdłuż rzeki, biegnie łatwy szlak na najwyższe szczyty Czarnych Gór. Ścieżka najpierw wspina się łagodnie do czoła doliny, gdzie zawraca i po mniej więcej dwóch kilometrach osiąga błotnisty i zniszczony erozją wierzchołek Waun Fach (811 m n.p.m.). Można, a nawet trzeba, powędrować kolejne półtora kilometra, by dojść do Pen y Gadir Fawr. Niższy o zaledwie jedenaście metrów szczyt, ma zdecydowanie więcej wdzięku i oferuje wspaniałe widoki na Dolinę Grwyne Fawr i sąsiadującą z nią Grwyne Fechan.

Oszukać przeznaczenie

Choć raczej trudno spodziewać się na tym odludziu spektakularnych atrakcji, warto pobłądzić trochę w plątaninie wąskich dróg i dotrzeć do Patricio/Partrishow/Patrishow. Oprócz nazwy, Patricio ma właściwie tylko kościół. Parę rozrzuconych na zboczach Gader Ridge gospodarstw nawet nie sprawia wrażenia osady.

Najlepiej przyjechać tu wiosną gdy otaczający kościół cmentarz żółci się tysiącem żonkili. Łatwo wtedy o refleksję, że miejsce wiecznego spoczynku jednak ma znaczenie. Przynajmniej dla tych, którzy będą je odwiedzać i rozmyślać nad przemijaniem.

Kościół Świętego Issui w Partricio

Pierwszym, który odnalazł tu spokój był tajemniczy Święty Issui – kompan albo uczeń Świętego Davida pędzącego żywot pustelnika w Llanthony. Issui zbudował swoją celę w pobliżu bijącego do dziś źródełka, słynącego z uzdrowicielskich właściwości. Modlił się, nawracał i doradzał. Znany był ze swojej dobroci i charyzmy. Zginał zamordowany przez niewdzięcznego wędrowca, któremu udzielił schronienia. Pustelnika uznano świętym, a miejsce jego męczeńskiej śmierci wkrótce stało się celem pielgrzymek. Zgodnie z miejscową legendą, pod koniec jedenastego wieku, cudownie uzdrowiony z trądu pielgrzym z kontynentu, w ramach wdzięczności, ufundował kościół. Jego patronem został oczywiście Święty Issui.

Kościół Świętego Issui w Partricio

Pozostałością po tym najstarszym, prawie tysiącletnim kościele, jest niewielka kaplica i ciężka kamienna chrzcielnica. Właściwy kościół zbudowano w trzynastym wieku. Trzysta lat starszy jest największy skarb Patrisio – drewniane lektorium oddzielające nawę od prezbiterium. To arcydzieło snycerki ściąga miłośników sztuki sakralnej z całych Wysp. Wyrzeźbione w jednym kawałku irlandzkiego dębu, przedstawia walkę dobra (winorośl) ze złem (pożerający ją smok). Niegdyś, prawdopodobnie bogatsze o inne rzeźby i figury świętych, stanowiło rodzaj historyjki obrazkowej dla niepiśmiennych w większości wiernych. Zagadką pozostaje jakim cudem przetrwało wyspiarską Reformację, bezpardonowo niszczącą wiele bezcennych dzieł sztuki.

Największy skarb kościoła Świętego Issui - szesnastowieczne drewniane lektorium

Protestanckiej gorliwości umknął też fresk przedstawiający przemijanie – kościotrup z kosą, szpadlem i klepsydrą – zdobiący zachodnią ścianę nawy. Na dziedzińcu natomiast stoi okazały, choć tylko częściowo oryginalny, krzyż zwieńczony wykutą w kamieniu kapliczką, który, teoretycznie, również nie miał prawa przetrwać.

Cudowne źródło niedaleko kościoła Świętego Issui

Ciekawostką, niemal niespotykaną w Wielkiej Brytanii, są też kamienne ławy biegnące wzdłuż południowej ściany kościoła. Nie trzeba być historykiem sztuki, żeby domyślić się co zainspirowało parafian do ich ustawienia. Po trudach dotarcia do Patricio, chwila wytchnienia z widokiem na Czarne Góry jest bardziej niż wskazana.

Święta Góra

Po chwili zadumy i uczcie dla ducha, przydałoby się nakarmić też ciało. I chociaż Black Mountains nie mają może zbyt bogatej oferty, trafiają się tu miejsca, w których krwisty stek z pieczonymi ziemniakami i pure z zielonego groszku, popity domowym piwem, zadowoli każdego.

The Skirrid Inn - najstarszy pub w Walii

Zdecydowanie najciekawszą opcją jest The Skirrid Inn w Llanvihangel Crucorney. Wspominany już w dokumentach z 1110 roku, jest prawdopodobnie najstarszym pubem w Walii. W dodatku regularnie nawiedzanym przez ducha! Ale to akurat nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że do osiemnastego wieku, na stryczku zawisło tu kilkuset opryszków i parę tuzinów czarownic. Część z nich spoczęła zapewne pod murem ponurego cmentarza przy piętnastowiecznym, kamiennym kościele Świętego Michała i Wszystkich Aniołów.

Co dla jednych oznaczało ostatnią drogę, dla innych, dziś, oznacza początek szlaku na Ysgyryd Fawr – jedno z najbardziej malowniczych wzniesień Parku Narodowego Brecon Beacons.

Ysgyryd Fawr

Ysgyryd Fawr, Skirrid, Holy Mountain albo Sacred Hill, jak bywa nazywany, zamyka od wschodu Black Mountains. Od reszty pasma oddziela go rozległa Fenni Valley, przez co niewysokie w gruncie rzeczy wzgórze (486 m n.p.m.), wyrastające stromymi zboczami przeszło trzysta metrów ponad dno doliny, prezentuje się niezwykle okazale.

Walijską nazwę wzgórza przetłumaczyć można jako “Wielkie Pęknięcie”. Owo “pęknięcie” – głęboki uskok pomiędzy dwoma wierzchołkami Ysgyryd Fawr – stało się pożywką dla ludowych podań. Według jednego z nich, powstało od uderzenia potężnego pioruna, który miał cisnąć w gniewie sam Bóg w chwili ukrzyżowania Jezusa. Inna legenda, jako winnego wskazuje Noego. Ponoć to jego Arka zahaczyła dnem o górę gdy błądziła po zalanym wodami Potopu świecie.

Niezwykłe pochodzenie i cudowne właściwości przypisuje się też glebie wokół “Świętej Góry”. Nie jest to zwykła czerwona i tłusta ziemia charakterystyczna dla okolicy – choć tak samo czerwona i tłusta. Ta pochodzi z Ziemi Świętej! No, ostatecznie – bo legendy nie do końca się w tej kwestii zgadzają – z Irlandii, a przywieźć ją miał patron “Zielonej Wyspy” Święty Patryk. Podobno jeszcze zupełnie niedawno podróżni, którzy zawitali w te strony, zabierali ze sobą kilka garści cudownej ziemi, by posypać nią groby bliskich albo, symbolicznie, świeżo obsiane pola.

Szczątki kaplicy Świętego Michała na szczycie Ysgyryd Fawr

To nagromadzenie religijnych odwołań może trochę zaskakiwać. Nawet w tych stronach, gdzie na górskich ścieżkach depcze się ślady celtyckich świętych. Wystarczy jednak, z odrobiną wysiłku, wdrapać się na Skirrid, przejść “wrota” – czyli dwa niewielkie głazy – kaplicy Świętego Michała wieńczącej niegdyś wierzchołek góry, by poczuć mistyczną moc tego miejsca.

Na widok wspaniałej panoramy jaka rozciąga się ze szczytu Ysgyryd Fawr można tylko głęboko westchnąć. Na wschód i południe ciągnie się pofałdowana nizina – brama “ogrodów Gwent”, strzeżona przez Trzy Zamki. Północ to malownicza Golden Valley i dolina wijącej się jak wąż granicznej rzeki Monnow. I w końcu, od zachodu, widok dla którego wspina się tu większość: Czarne Góry. Od początku do końca. A przy dobrej widoczności, dodatkowo, z odległymi szczytami Brecon Beacons i Fforest Fawr w tle. Słowa na niewiele się tu przydają.

Panorama Black Mountains

Na pierwszym planie tej panoramy, na prawie sześćset metrów (minus cztery) wyrasta niemal idealny stożek Sugar Loaf. To kolejny obok Ysgyryd Fawr, Hay Bluff, czy Twmpa wyraźny i charakterystyczny szczyt Black Mountains. Przy okazji, dzięki parkingowi położonemu zaledwie dwieście metrów od wierzchołka, jeden z najczęściej “zdobywanych”.

U stóp walijskiej “Głowy Cukru”, gdzie leniwa rzeczka Gafenni łączy się z największą w tych stronach rzeką Usk, rozłożyło się spokojne targowe miasteczko Abergavenny.

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 1.]

Z Hay-on-Wye, karkołomnymi dróżkami, ruszamy w Black Mountains – Czarne Góry. Na naszej trasie szczyty Hay Bluff i Twmpa, malownicza przełęcz Gospel Pass, miniaturowe Capel-y-Ffin, ruiny Llanthony Priory i pokręcone Cwmyoy.

Szlakiem słowa bożego

Wąska, kręta, obsadzona dwumetrowym żywopłotem droga z Hay-on-Wye, biegnie wśród zielonych pagórków upstrzonych białymi kropkami setek pasących się owiec i krów w najdziwniejszych kolorach. Trzy mile za miasteczkiem rozgałęzia się na dwie jeszcze węższe i jeszcze bardziej kręte wstążki asfaltu. To zjawisko, choć wymyka się prawom logiki i zasadom zdrowego rozsądku, jest w Walii dość powszechne. Nie da się go zrozumieć ani tym bardziej opisać. W zasadzie, dopóki człowiek nie przejedzie się takimi lanes pojęcie “wąskiej drogi” pozostaje czystą abstrakcją.

Ale wracając na skrzyżowanie… Jedna wstążka odbija na wschód, do Craswall, bezludnej Doliny Olchon i Longtown po angielskiej stronie gór. Druga skręca na południe i wije się przez sam środek najpiękniejszej części Black Mountains. W zgodnej opinii wielu autorów przewodników po Wyspach, to jedna z najbardziej spektakularnych tras w całej Wielkiej Brytanii.

Niezwykłe widoki zaczynają się tuż za krzyżówką, gdy po kilkusetmetrowej wspinaczce droga osiąga niewielki płaskowyż u podnóża Hay Bluff – najdalej na północ wysuniętego szczytu Czarnych Gór.

To magiczne miejsce leży jakby na granicy dwóch światów. Daleko w dole zielenią się żyzne i gościnne doliny rzek Wye i Usk. Z drugiej strony, na płaskich szczytach gór, ciągną się posępne, często skryte we mgle albo chmurach wrzosowiska.

Ten kontrast działa na wyobraźnię. I najwyraźniej działał też tysiące lat temu kiedy prehistoryczni Walijczycy ustawili tu niewielki kamienny krąg, z którego, niestety, przetrwał tylko jeden głaz. Czy przychodzili tu oddawać cześć bogom? A może naradzali się przed podjęciem istotnych dla wspólnoty decyzji? Może tańczyli nago odurzeni wywarem z tajemniczych ziół? A może zwyczajnie, po ludzku, kontemplowali widoki? W każdym razie głównie po to przyjeżdża się tu dziś. Albo żeby w towarzystwie dzikich walijskich kuców wdrapać się na Hay Bluff i poczuć się niemal jak na dachu świata.

Dalej droga wije się wzdłuż zbocza Hay Bluff i na przeszło pięciuset metrach osiąga Gospel Pass – Przełęcz Słowa Bożego – wąski przesmyk między szczytami wzgórz i wyrzeźbione przez naturę prawdziwe wrota Black Mountains. A przy okazji początek łatwego szlaku na Twmpa, kolejnego, prawie siedemset metrowego naturalnego punktu widokowego.

Ewangeliczna nazwa przełęczy wywodzi się prawdopodobnie z dwunastego wieku i upamiętnia uczestników trzeciej krucjaty, którzy wędrując tędy, nawoływali do walki z niewiernymi i zbierali pieniądze na wyprawę do Ziemi Świętej.

Ale słowo boże, głoszone przez pierwszych celtyckich misjonarzy – ze świętym Dawidem, patronem Walii, na czele – wędrowało tędy już całe wieki wcześniej. A i później targali je braciszkowie z klasztoru w Llanthony. Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że te niewielkie pasmo gór, a szczególnie Dolina Ewyas, do której po przekroczeniu Gospel Pass ostro opada starożytna droga, przenika jakaś niewyraźna ale wszechobecna metafizyczna aura.

Kaplica-na-Granicy

Weźmy choćby takie Capel-y-Ffin. Obok luźno rozrzuconych farm – które policzyć można dosłownie na palcach jednej ręki – i czerwonej budki telefonicznej, stoi tu jeden z najmniejszych kościołów w Walii, nieco tylko większa kaplica i zupełnie duży (były) klasztor. Całkiem spore zaplecze duszpasterskie dla garstki farmerów.

Drewniany kościół Świętej Marii był tu prawdopodobnie zawsze. Świadczą o tym choćby ogromne stare cisy otaczające niewielki cmentarz ze zmurszałymi nagrobkami i kościelny dziedziniec. W 1762 roku zastąpiła go śnieżnobiała murowana świątynia, którą Francis Kilvert – słynny wiktoriański pamiętnikarz – porównał do zadumanej sowy. Jej maleńkie wnętrze mieści zaledwie pięć ławek. W tym jedną na balkonie.

Kilka kroków dalej, na drugim brzegu bystrej rzeki Honddu rzeźbiącej dno Doliny Ewyas, otoczona przez świeższe groby i młodsze drzewa, stoi surowa i, podobnie jak sąsiedni kościółek, biała kaplica baptystów. Właściwie nie wiadomo o niej nic ponadto, że jest. Najpewniej to owoc dziewiętnastowiecznego przebudzenia religijnego Walijczyków.

Gdzieś, mniej więcej, w tym czasie do Doliny Ewyas przybył wielebny Joseph Leycester Lyne z zamiarem zakupu i odbudowy klasztoru w niedalekim Llanthony. Gdy plan się nie powiódł, Lyne – przez swoich wiernych nazywany ojcem Ignatiusem – kupił kawałek ziemi w Capel-y-Ffin i tu, od zera, zaczął budować benedyktyński zakon. Ignatius zmarł jednak w 1908 roku nie dokończywszy budowy. Śmierć charyzmatycznego przewodnika oznaczała też koniec dla religijnej wspólnoty.

Kilkanaście lat później, podupadły klasztor odkupił inny ekscentryk – rzeźbiarz i designer Eric Gill. Wraz z rodziną i współpracującymi z nim rzemieślnikami próbował stworzyć w Capel-y-Ffin samowystarczalną kolonię artystów. Eksperyment nie do końca się chyba powiódł, bo po czterech latach mieszkania na odludziu, w 1928 roku, Gill opuścił monastyr zostawiając go córce. Zawsze jednak czas spędzony w Dolinie Ewyas wspominał jako najlepszy i najbardziej twórczy okres życia. To właśnie tu Eric Gill zaprojektował jedno ze swoich największych dzieł (choć zapewne rzadko z nim kojarzone) – czcionkę Gill Sans, używaną między innymi przez londyńskie metro i BBC.

Przez wieki w Capel-y-Ffin niewiele się zmieniło. Nawet jeśli dziś jest tu prąd, woda i coś na kształt drogi, “Kaplica-na-Granicy” (jak tłumaczy się walijską nazwę; osada leży na granicy hrabstw Monmouthshire i Breconshire/Powys) pozostaje wymarzonym miejscem ucieczki od całego świata. Odważni mogą nawet uciekać w siodle. Niewielką stadninę, szkółkę jeździecką i czynny latem pensjonat znaleźć można w dawnych budynkach gospodarczych klasztoru.

Największy skarb

Sześć kilometrów za Capel-y-Ffin, wijąca się dziesiątkami zakrętów górska droga opada na płaskie dno Doliny Ewyas. “Szeroka na nie więcej niż trzy strzały z łuku” niewielka równina, otoczona sięgającymi ponad sześciuset metrów graniami – Hatterrall wyznaczającą granicę z Anglią od wschodu i Ffawyddog od zachodu – wygląda niemal baśniowo. Nie ważne czy zasypana śniegiem, dręczona tygodniową mżawką, czy przykryta pierzyną niskich chmur. Ale trudno wyobrazić sobie spektakl piękniejszy niż letni zachód słońca, gdy płynne złoto zalewa łąki, wrzosowiska i lasy na stromych zboczach. A na tym tle romantyczne ruiny Llanthony Priory

Równie olśniewający obrazek musiał ujrzeć William de Lacy, krewny i rycerz na służbie Hugh de Lacy – lorda Ewyas, gdy około 1100 roku przysiadł w ruinach kapliczki zbudowanej – zgodnie z legendą – przez samego Świętego Dawida, patrona Walii.

Oczarowany dzikością i izolacją doliny, postanowił zbudować tu samotnię. Przy czym warto pamiętać, że dziewięćset lat temu Vale of Ewyas była bagnistym i porośniętym gęstym lasem przedsionkiem końca świata, a niewysokie szczyty Czarnych Gór czasem nawet latem przykrywał śnieg. Nie zrażało to jednak młodego rycerza, który zrezygnował z zaszczytów i dworskich uciech, by oddać się modlitwie i kontemplacji. Porzucił też żołnierski fach, ale jak podają kroniki, do końca życia nie zdjął zbroi. Czy był to rodzaj pokuty, czy uboczny skutek wilgoci panującej w dolinie? O tym żaden skryba nie wspomina.

William szybko znalazł naśladowców i, po niespełna dwudziestu latach, zgromadzenie liczyło już czterdziestu kanoników. Wszystko wskazuje na to, że żyło się im naprawdę dobrze. Nich świadczy o tym fakt, że jeden z pierwszych przeorów Llanthony, wezwany do objęcia biskupstwa Hereford, tak długo się opierał, aż interweniować musiał sam papież!

Najwyraźniej jednak braciszkowie zaniedbywali modlitwy, bo w 1135 roku Stwórca zesłał na nich rozwścieczonych walijskich powstańców. Na kilka lat Llanthony opustoszało, a jego mieszkańcy przenieśli się do Gloucester.

Dopiero w latach siedemdziesiątych dwunastego wieku klasztor podniósł się ze zgliszczy. Dzięki hojnym darczyńcom i nadaniom ziemskim, Llanthony Priory szybko odzyskało świetność i stało się ważnym i bogatym zgromadzeniem. Z tego okresu pochodzą, między innymi, doskonale zachowane, wczesnogotyckie łuki, które kiedyś były częścią klasztornego kościoła, a dziś… Dziś wspaniale wyglądają oglądane przez nie Czarne Góry. Zresztą, już liczni w okresie prosperity goście odwiedzający klasztor zachwycali się tym kontrastem między surową i dziką przyrodą Black Mountains, a pięknie utrzymanymi ogrodami i sadami augustianów.

Sielanka mogłaby trwać bez końca, gdyby nie rozwody Henryka VIII, szczególnie ten najważniejszy – z Watykanem. Po 1538 roku, jak wszystkie zakony na Wyspach, Llanthony rozwiązano. Mnichów wypędzono, a wszystko co dało się wywieźć, przetopić, albo w jakikolwiek sposób spieniężyć, skonfiskowano. Ogołocone zabudowania klasztorne przeszły w prywatne ręce i z biegiem stuleci niszczały.

Romantyczne ruiny urzekły Waltera Savage Landora – poetę drugiego sortu, żyjącego na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Marzyło mu się stworzenie idealnej posiadłości dla idealnego wiejskiego dżentelmena. Niestety, Po marzeniu zostały tylko długi i gościniec obsadzony drzewami. Idealny zaś dżentelmen, obrażony na niesprawiedliwy los, wyjechał na wyspę Jersey, Llanthony zostawiając wierzycielom.

Pod ciężarem zaniedbań, znaczna część klasztoru runęła. Ocalałe budynki przerobiono najpierw na zajazd, a później na zaciszny hotel funkcjonujący do dziś. Zatrzymują się tu amatorzy jazdy konnej, korzystający z sąsiadującej z Llanthony Priory szkółki jeździeckiej i miłośnicy górskich wędrówek. Hotel słynie z domowych przysmaków i warzonego na miejscu piwa.

Trochę w cieniu ruin klasztoru stoi skromny kościół Świętego Dawida. Wybudowano go prawdopodobnie w trzynastym wieku, w okresie rozkwitu Llanthony Priory, by służył chorym. Kronikarskie tropy wskazują, że zastąpił wcześniejszą świątynię, wzniesioną przez Williama de Lacy i jego pierwszych towarzyszy. A skoro ta stała w miejscu gdzie pobożny rycerz znalazł zrujnowaną samotnię Świętego Dawida “ozdobioną jedynie przez bluszcz i mech”, oznacza to, że w Llanthony słowo boże głosi się nieprzerwanie, od półtora tysiąca lat, w tym samym miejscu.

Dziś w Llanthony nie ma ani świętych, ani mnichów. Nadal jednak ciągną tu miłośnicy dzikiej przyrody, ciszy i spokoju. Leżąc w samym środku Czarnych Gór, w naturalnie odizolowanej od reszty świata Dolinie Ewyas, Llanthony stanowi bowiem idealny punkt wypadowy na dziesiątki kilometrów jednych z najbardziej malowniczych szlaków w Wielkiej Brytanii.

Najpopularniejszy z nich zaczyna się przy ruinach klasztoru i prowadzi prosto na szczyt Hatterrall Ridge. Grzbietem tego długiego na kilkanaście kilometrów i sięgającego lekko ponad siedmiuset metrów wzgórza biegnie granica między Walią i Anglią. W tym miejscu granica pokrywa się z Offa’s Dyke Path, czyli Szlakiem Wału Offy – przeszło dwustukilometrowym szlakiem zaczynającym się w Chepstow na południu Walii i biegnącym do plaż w okolicach Prestatyn na północy.

Osią otwartej na początku lat siedemdziesiątych trasy jest oryginalny wał ziemny zbudowany w ósmym wieku przez króla Offę. Była to pierwsza oficjalna granica pomiędzy celtycką Walią a nowo powstającymi państwami anglosaskimi na wschodzie Brytanii. Co ciekawe, dzisiejsza granica administracyjna między dwoma krajami tylko trochę od niej odbiega.

Oczywiście w górach próżno szukać jakichkolwiek umocnień. Naturalne bariery w zupełności wystarczały do powstrzymania wzajemnej niechęci sąsiadów. Wystarczy rzut oka ze szczytu Hatterrall Ridge by się o tym przekonać. Z jednej, angielskiej strony, zbocze ostro opada do praktycznie bezludnej Doliny Olchon. Tę od wschodu zamyka grzbiet Black Hill – jedynego wyraźnego wzgórza zaliczanego do Black Mountains leżącego po angielskiej stronie granicy. Dalej rozciąga się Golden Valley – Złota Dolina – i dopiero za nią, gdzieś w okolicach Hereford, zaczyna się sielski Albion.

Podobnie z drugiej strony. Najpierw rajska Dolina Ewyas, a za nią wąskie i głębokie Vale of Grwyne Fawr i Grwyne Fechan Valley, do których słońce zagląda tylko latem.

Gdyby komuś zechciało się przejść wszystkie szczyty, doliny i rzeki, żaden wał nie powstrzymałby go przed dalszym marszem. Ale zamiast podbijać Anglię (lub Walię), będąc już a Szlaku Offy, lepiej powędrować na południe, do Cwmyoy – kolejnej perły ukrytej w Czarnych Górach.

Kaprysy geologii

Cwmyoy ze swoim półtuzinem kamiennych domów i normańskim kościołem, przykleiło się do zbocza Hatterrall Ridge. Można się tu dostać albo górską ścieżką, albo karkołomną – nawet jak na Black Mountains – drogą od dołu. W obu przypadkach nie jest to zadanie proste, ale warto! Warto ze względu na “cud” architektoniczny, jakim jest tutejszy trzynastowieczny kościół Świętego Marcina. Nie ma chyba na świecie drugiej tak koślawej i powykręcanej budowli, która w założeniu taką być nie miała. W Saint Martin’s Church nic ze sobą nie współgra i nie ma jednego prostego kąta. Stojąc wewnątrz, patrząc przez nawę w kierunku ołtarza odnosi się wrażenie, że podłoga tańczy a ściany, choć próbują dotrzymać jej kroku, pogubiły rytm.

Z zewnątrz widok jest jeszcze bardziej intrygujący, bo kamienna wieża odchyla się od pionu o dokładnie 5,2 stopnia (zdecydowanie wyższa krzywa wieża w Pizie, dla porównania, ma odchył “tylko” 4.7 stopnia). Do lat sześćdziesiątych, kiedy dobudowano specjalne podpory, przed zawaleniem chroniła ją chyba tylko jakaś nadprzyrodzona siła. Ale że w Cwmyoy nic nie jest zbyt proste, w połowie długości nawy, budynek nagle wykręca się w przeciwną stronę.

Niewiele lepiej wygląda przykościelny cmentarz pełen powykrzywianych starych nagrobków. Śmierć musiała być czymś strasznie wkurzona, skoro tak niecnie sobie tu poczynała.

W rzeczywistości całkowity brak pionów i poziomów w Cwmyoy nie wynika ani z walki sił nieczystych z niebiosami, ani z jakiejś specjalnej niechęci mieszkańców do geometrii. Cała wina spada na geologię. Kościół stoi po prostu na kilku płytach skalnych, które bez przerwy na siebie napierają, powodując wybrzuszenia i zapadnięcia gruntu na powierzchni. A że proces jest łagodny i długotrwały, kościelne mury zamiast pękać, próbują dostosować się do sytuacji.

Poszukiwacze skarbów znajdą w Cwmyoy jeszcze jeden klejnot – średniowieczny kamienny krzyż. W 1861 roku wykopano go przypadkiem na jednym z okolicznych pól. Datowany na trzynasty-czternasty wiek krzyż, był prawdopodobnie drogowskazem dla pielgrzymów zdążających do St. Davids w Pembrokshire. Niezwykłe jest przedstawienie na nim postaci Chrystusa. Jego ciała nie tylko nie wykręca ból agonii, ale spod wielkiej biskupiej mitry zdaje się uśmiechać.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, w niewyjaśnionych okolicznościach krzyż zniknął z Cwmyoy, po czym zupełnie przypadkiem odnalazł się w sklepie z antykami w Londynie. Po udanej akcji odzyskania zabytku, na wszelki wypadek, przymurowano go do kościelnej podłogi.

————

Ten tekst to druga część długiej wyprawy w Black Mountains, poprzednią i kolejne znajdziecie tu:

Arthur’s Stone

Arthur’s Stone czyli Kamień Artura, to neolityczny grobowiec liczący sobie około pięciu tysięcy lat. Dość niepozorną budowlę (o ile można go tak nazwać) wznieśli prawdopodobnie koczownicy, sezonowo wypasający swe stada na zboczach Złotej Doliny. Trzeba przyznać, że bardziej urokliwe miejsce trudno byłoby im znaleźć. Ze wzgórza, na którym stoi rozciągają się fantastyczne widoki na Golden Valley i Black Mountains!

Arthur's StonePrzykrytego ważącym 25 ton grobowca co prawda nigdy dokładnie nie zbadano, ale archeolodzy domyślają się, że oprócz ludzkich szczątków, znajdują się w nim zarówno przedmioty pierwotnych kultów religijnych, jak i codziennego użytku. Tego typu konstrukcje służyły bowiem i jako swego rodzaju świątynie, i jako miejsca spotkań prehistorycznej wspólnoty.

Arthur's StoneOpowieści wiążące grobowiec z Królem Arturem pochodzą z początków drugiego tysiąclecia. Jedna z nich mówi, że w tym miejscu legendarny władca miał zabić giganta, który upadając odcisnął ślad łokcia na jednym z głazów. Według kolejnej, niewielkie ślady na kamieniach miał odcisnąć sam Artur modląc się przed ważną bitwą. To tu Artur miał też ponoć wydobyć Excalibur ze skały. Przez stulecia nie brakowało również takich, którzy wierzyli, że to właśnie tu, na wieczny spoczynek, złożono ciało Króla.

Owce z widokiem na Black MountainsNawet jeśli w historiach tych nie ma krzty prawdy i tak warto tu zajechać. I dla wspaniałych widoków, i dla chwili zadumy nad prehistorycznym przodkami…

Oszukać przeznaczenie

Co dwie głowy pięć nóg, to nie cztery!

Na rodzinnej farmie Rhiwlas, niedaleko Jeziora Vyrnwy, Powys, przyszedł na świat pięcionogi baranek. Podobno, zdaniem zaprzyjaźnionego z gospodarzami weterynarza, czasem się to zdarza. Najczęściej jednak, deformacja wynika z jakichś poważniejszych wad genetycznych i takie jagnięta przeżywają kilka godzin, maksymalnie kilka dni. Ale nie to znad jeziora! To postanowiło żyć i pokazać wszystkim, że od nadmiaru głowa nie boli.

Farmerzy, a szczególnie ich szesnastoletni syn, który asystował przy porodzie, zauroczeni siłą małego odmieńca, postanowili go zatrzymać, jako rodzinną maskotkę.

Mały Jake, jak go szybko nazwano, ponoć świetnie sobie radzi i jak inne jagnięta biega, skacze i dokazuje. Piąta noga jest ponoć wyjątkowo sprawna i w niczym mu nie przeszkadza, dlatego zrezygnowano z ryzykownego zabiegu jej amputacji.

Bethan Lloyd-Davies, właściciel farmy, podsumował sprawę krótko: “Gdyby Jake urodził się z czterema nogami, po roku na pastwisku, skończyłby na stole”. Zapewne w sosie miętowym. A tak, może dożyje sędziwej, owczej starości.

Jake’owi gratulujemy i życzymy… wszystkiego, o czym marzą owce!

Więcej na: WalesOnline i Daily Post (video!)

Romański klejnot Herefordshire

Z klejnotami jest ten problem, że najczęściej są małe i trudno je znaleźć. Chowają się gdzieś z dala od ludzkich spojrzeń, starając nie zwracać na siebie uwagi. Cenią spokój. Co dziwne, po odnalezieniu klejnotu, jego właściciel przejmuje wszystkie te cechy i chowa swój skarb przed obcymi, by samemu się nim cieszyć.

Kilpeck ChurchDokładnie tak wygląda sytuacja z “romańskim klejnotem Herefordshire” – kościołem w Kilpeck. Od prawie dziewięciuset lat stoi sobie wśród pól i łąk tego wiejskiego hrabstwa, nie niepokojony przez intruzów.

Kościółek zbudowano około 1140 roku. W czasach gdy gościńcami chadzały złośliwe stwory z innych światów, w leśnej gęstwinie czaiły się najstraszliwsze bestie, a diabeł czyhał niemal wszędzie. A to namawiając szeptem do grzechu, to znów biorąc sobie ciała i dusze śmiertelników w posiadanie. Lud tutejszy, choć od kilku setek lat klękający przed krzyżem, nadal ukradkiem kłaniał się celtyckim bożkom. Tak na wszelki wypadek, żeby ich nie złościć. Bogacze zaś, jak to bogacze, egzystencjalne lęki próbowali rozpędzać złotem.

Kilpeck ChurchJeden z nich – Hugh de Kilpeck – władający, większą podówczas niż dziś, wsią i okolicą, grzesznikiem musiał być sromotnym, bo w nadziei na życie wieczne pośród anielskich zastępów, sam, z własnej kiesy, ufundował przepiękny kościół. Budowę powierzył Oliverowi de Merlimond, który wracając przez północną Francję z pielgrzymki do Santiago de Compostela, poznał i zaadaptował do lokalnych warunków i według własnej fantazji, tamtejszy styl budownictwa sakralnego. Lub, jak twierdzą niektórzy, przywiózł ze sobą tamtejszych kamieniarzy.

Dziś, ów unikatowy dla południowego pogranicza angielsko-walijskiego styl, nazywa się the Herefordshire school of romanesque sculpture. Jedną z jego najbardziej charakterystycznych, a obecnie wzbudzających także największy zachwyt cech, są niezwykłe zdobienia. Framugi drzwi i okien, filary, konsole… ozdabiano przede wszystkim motywami celtyckimi i anglo-saksońskimi. Odwołującymi się nierzadko do pradawnych legend i, nie do końca zapomnianych, pogańskich wierzeń. Zdarzają się też motywy bizantyjskie, skandynawskie i, co zaskakuje współczesnych badaczy, nie odwołujące się do niczego poza talentem i umiejętnościami twórców. W Kilpeck do tych ostatnich zalicza się część konsoli z cyklu “Polowanie”, z niemal disnejowskimi “psem i zającem” na czele.

Rozety z kościoła w KilpeckPatrząc na tę zabawną parę można odnieść wrażenie, że misterne rzeźbienia służą głównie rozrywce. W rzeczywistości był/jest to rodzaj przekazu – pisma obrazkowego – który miał dotrzeć do prostego ludu. Obok “sielskich” scenek z “Polowania”, czy “Festynu”, występują tu przecież bestie pożerające ludzi i inne, czasem do dziś jednoznacznie nierozszyfrowane symbole, utożsamiające grzech lub przed nim przestrzegające.

Dla tropicieli jawnych pogańskich zapożyczeń, nie lada gratką jest Sheelah-na-gig – najbardziej dosadny i obsceniczny (XII wiek! Pamiętajmy!) motyw na kościele. Z nieproporcjonalnie wielkim i wyzywająco rozwartym sromem, Sheelah jest symbolem wieloznacznym. Dla Celtów, z których mitologii się wywodzi, wyrażała płodność, cykliczne odradzanie się życia (nota bene, podobnie jak wąż, który dla Celtów i wczesnych Anglosasów, nie oznaczał biblijnego szatana-kusiciela, ale, przez zmianę skóry, właśnie ciągłe odradzanie się życia), Gaję, Matkę Ziemię, życiodajne siły przyrody, itp. Nie wolne jednak od kaprysów i złośliwości. Wczesnośredniowieczny kościół wyspiarski wprowadził Sheelę do katalogu swoich symboli, przypisując jej jednak wyłącznie złe cechy. Przede wszystkim wyuzdanie, rozpustę, nieczystość i wszelkie grzechy cielesne.

Wojownicy i święci z kościoła w KilpeckPodobnych “smaczków” i ukrytych znaczeń jest w Kilpeck jeszcze wiele. Tak zwani “walijscy wojownicy”, zdobiący kolumnę podpierającą łuk nad głównymi drzwiami, naprawdę z Walijczykami nie mają nic wspólnego. Pytanie kogo przedstawiają pozostaje bez odpowiedzi. Ich strój – czapki, spodnie, buty – nie pasują do żadnej z ówczesnych kultur. Skąd się wzięli? Czyżby tylko z fantazji twórców? A jest jeszcze Green Man utożsamiany z siłami przyrody, są smoki i bazyliszki, potwory, święci, nimfy, baranki boże… I masa zagadek, dla których warto tu zajrzeć.

Jest jeszcze coś – magiczny, święty spokój. Może to dzięki niemu “romański klejnot Herefordshire” przetrwał niemal nienaruszony przeszło osiemset lat?

Krajobraz południowego Herefordshire

Zwolnij w Ludlow

Ludlow – zdaniem niektórych the loveliest market town in England, czyli… No właśnie… Próbuje znaleźć polski odpowiednik owego “loveliest”, ale żadne słowo, które przychodzi mi do głowy, nie zawiera w sobie jednocześnie słodkiego kiczu, odrobiny tandetnej patyny i autentycznego, godnego podziwu piękna. A już szczególnie, gdy wypowiadane jest z tą angielską egzaltacją, dzięki której (jak ktoś to kiedyś zabawnie ujął, nawet “skarpetki” potrafią brzmieć dostojnie). Pomijając jednak te raczej nieistotne lingwistyczne dywagacje, bez dwóch zdań, Ludlow jest uroczym miasteczkiem, w którym czas płynie zdecydowanie wolniej, niż woda w Rzece Teme.

Ludlow

Zresztą, “wolny” to kolejne słowo, które jak ulał pasuje do miasta. Ludlow jest bowiem pierwszym na Wyspach Cittaslow – miastem wolnym od pośpiechu i stresów związanych z życiem w betonowej dżungli. Ponadto, Ludlow uważa się za główna kwaterę ruchu Slow Food w UK. Jego idee w pełni materializują się podczas Ludlow Food & Drink Festival – jednej z największych i najbardziej prestiżowych imprez tego typu w Zjednoczonym Królestwie.

No tak… Ale jak tu się spieszyć, kiedy wokół mnóstwo krzywych, kilkusetletnich domków, ulice są tak wąskie, że nawet rowerem nie za bardzo da się zaszaleć, a The Broadgate (Szeroka Brama) – jedyna z siedmiu średniowiecznych bram miejskich, która przetrwała do dziś – jest tak wąska, że nie zmieści się w niej nawet van z lodami? Jak nie kontemplować krwistego steak’a popijanego lokalnym piwem, siedząc w tawernie, albo pubie, w którym od czterystu lat zmienia się tylko obsługa i filtry do kawy?

Most Dinham i Zamek Ludlow

Ale co tu oglądać i podziwiać? Tak, to jest problem. Szczególnie biorąc pod uwagę, że w dziesięciotysięcznym miasteczku, ponad pięćset (!!!) budynków znajduje się na liście zabytków.

Oczywiście jest w Ludlow zamek. Normański. Co ciekawe, wciąż w rękach tego samego rodu, który go wybudował! Na przestrzeni niemal tysiąca lat istnienia, zamek gościł cała masę królów (przyszłych, urzędujących i niedoszłych), książąt i wszelkich, bardzo zacnych osobistości. Poza tym, przez ponad dwieście lat – od XV do XVII wieku – zarządzano stąd Walią i Welsh Marches.

Dzisiaj, jak większość wyspiarskich zamków, Ludlow Castle to malownicza ruina. Niemal naturalny element krajobrazu. To w jego murach, teraz chroniących najwyżej przed wiatrem, odbywają się Food & Drink Festival, letni Festiwal Szekspirowski, średniowieczne festyny i wiele wiele imprez, którymi zapełniony jest miejski kalendarz.

Po odwiedzeniu zamku, warto przespacerować się dość karkołomną ścieżką w dół, na Dinham Bridge spinający brzegi Rzeki Teme. To kolejna budowla, której wiek liczy się w setkach lat. Przy okazji oferująca świetny widok “z zamkiem w tle”.

Kilkaset metrów dalej, idąc jednym ze szlaków widokowych wzdłuż rzeki, dochodzi się do następnej średniowiecznej przeprawy – wybudowanego w XIV wieku Ludford Bridge. Wieki temu, Ludford stanowiło osobną osadę z własnym kościołem parafialnym stojącym kilka kroków od mostu i dworem szlacheckim. Dziś to integralna część Ludlow.

Zaczynająca się tuż za mostem i pnąca ostro w górę Lower Bridge Street, to dawne podgrodzie, niegdyś licznie zamieszkane przez tkaczy. Właśnie na ich ciężkiej pracy budowano dobrobyt miasta, słynącego w średniowieczu z wyrobów z wełny.

W końcu, przez ciasną The Broadgate, wchodzimy na właściwą starówkę. Tutaj praktycznie każdy budynek, to zabytek. Część przetrwała w niezmienionym stanie od XV czy XVI wieku. Pozostałe przebudowano na modłę kolejnych epok.

The Feathers Hotel

Za najcenniejsze skarby uważa się Bodenham’s i przylegające do niego budynki – typowe trzystu-czterystu letnie, a czasem nawet starsze, czarno-białe domki na szczycie Broad Street, wybudowane techniką przypominającą znany z Polski “pruski mur”.

Ye Olde Bull Ring Tavern i The Feathers Hotel, to kolejne przykłady “monochromatycznej architektury” przy sąsiedniej Bull Ring. Przy czym ten drugi, funkcjonujący jako zajazd od lat siedemdziesiątych XVII wieku (!!!), to absolutne dzieło sztuki, przypominające bardziej archaiczny domek dla lalek, albo tło historycznego filmu, niż prawdziwy (chciałoby się powiedzieć “z krwi i kości”) dom.

Sklepienie kościoła parafialnego pod wezwaniem Świętego Wawrzyńca

Równie zachwycający jest The Parish Church of St. Laurence, czyli Kościół Parafialny pod wezwaniem Świętego Wawrzyńca, nazywany często “Katedrą Pogranicza” (the Cathedral of the Marches). Późnogotycka świątynia ma niewiele wspólnego ze, skromnym zapewne, normańskim kościołem z początków XII wieku, z którego, po wielu zmianach, wyrosła. Dzisiejsza bryła, to efekt niemal całkowitej przebudowy z XV wieku. Imponujący i monumentalny, jak na niewielkie miasteczko kościół, słynie ze swych średniowiecznych i późniejszych witraży, przedstawiających, między innymi, męczeńską śmierć patrona parafii, nieszczęśliwego Księcia Artura (jednego z niedoszłych następców tronu, który zmarł w Zamku Ludlow w 1502 roku), czy Palmer Guild – znaczące niegdyś bractwo religijne.

Woodstock for the mind

Spośród “wrót” Czarnych Gór – to obowiązkowy przydomek wszystkich okolicznych miasteczek – na bardzo dobry początek zdecydowanie najlepiej wybrać Hay-on-Wye. To maleńkie graniczne miasteczko przyklejone do łagodnych zboczy doliny rzeki Wye jest doskonałym przykładem tego, jak na dobrym pomyśle i niezwykłym uporze zbudować kapitał i prawdziwą lokalną wspólnotę.

Hay-on-WyeZanim jednak w Hay zapanowała ogólna sielanka, jak to na Pograniczu, bywało tu burzliwie. Miasteczko regularnie palono i plądrowano. Nie oszczędzali go ani walijscy patrioci, ani chciwi pograniczni lordowie, ani angielscy władcy. Gdy w końcu nastał pokój, w Hay na dobre zadomowił się marazm, przerywany jedynie cotygodniowym targiem i wizytami dżentelmenów w cylindrach i dam z parasolami, którzy na szerokim brzegu River Wye urządzali sobie pikniki podczas, modnych swego czasu, rzecznych wycieczek.Y Gelli, jak z walijska nazywa się Hay-on-Wye (i co brzmi zdecydowanie bardziej zagadkowo niż wygląda w druku!), ze swoimi wąskimi i krętymi uliczkami zabudowanymi domami wyciętymi z kolorowych bajek, przyrosło o niewielkiego wzgórza zamkowego. Podobnie jak miasteczko, Hay Castle nie miał szczęścia. Wybudowany około 1200. roku przez Williama de Breos II, już w 1216 roku został zniszczony przez króla Jana, a gospodarz ratował się ucieczką do Francji.

William uchodził za jeden z najbardziej parszywych charakterów swojej epoki, co tłumaczy królewską zawziętość. Ta jednak blednie przy uporze lordowskiej małżonki Maud de St. Valery – znanej też jako Moll Wallbee – która, zgodnie z legendą, odbudowała zamek w ciągu jednej nocy, dźwigając kamienie w fartuchu. Być może to tak bardzo rozsierdziło króla Jana, że – wspominając inną, nieco mniej romantyczną legendę – zagłodził Maud i jej najstarszego syna, zamurowując ich żywcem w murach Windsoru. Jak było naprawdę, nie wie nikt. Wiadomo za to, że niedługo później, zamek podpalił książę Llywelyn ap Gruffydd.

Hay Castle

Dwieście lat później, zubożałe miasteczko i podupadły zamek, strawił pożar ostatniego wielkiego powstania Walijczyków prowadzonych przez Owaina Glyndwr.

Kolejne dwa wieki później, wykorzystując ruiny normańskiej warowni, wzniesiono szlachecki dwór. Ale i ten miał pecha. I do pożarów, i do właścicieli. Aż do początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zrujnowany zamek kupił Richard Booth. Odtąd nic już nie było takie jak dawniej…

Zielono mi!

Booth przyjechał na prowincję z niezwykłą i, mówiąc delikatnie, ekscentryczną wizją stworzenia miasteczka antykwariatów. Albo raczej książkowych secondhandów, żeby pozbyć się ekskluzywnych skojarzeń. Jego pierwsza księgarnia – otwarta w 1961 roku – szybko wyrosła na największy tego typu sklep w Europie.

Zachęceni sukcesem Richarda, do miasteczka zaczęli ściągać kolejni antykwariusze i bukiniści, co zaowocowało przemianą Hay w osobliwe “Miasto Książek” – Town of Books. Dziś, po pół wieku, w niespełna dwutysięcznym miasteczku działa około trzydziestu księgarni. I, bynajmniej!, nie mówimy o małych przytulnych sklepikach, choć i takie oczywiście się tu znajdą. W Hay dla książek przeznaczono całe domy – w kilku z nich handluje się od piwnic po strych – kino i częściowo wyremontowany zamek. Według tylko pobieżnych szacunków, każdego dnia na poszukiwaczy skarbów czeka przeszło milion (!!!) książek. Na każdy niemal temat: od dadaizmu po fizykę jądrową, i na każdą kieszeń: od trzydziestu pensów wrzucanych do tak zwanych honesty boxes, do tysięcy funtów za rzadkie starodruki.

hay003

Sukces jakim okazało się “Miasto Książek” najwyraźniej nie w pełni usatysfakcjonował Richarda Bootha. Marzył o czymś jeszcze większym. I sobie wymarzył. Pierwszego kwietnia 1977 roku ogłosił powstanie niezależnego Królestwa Hay. Siebie oczywiście osadzając na tronie. Choć był to tylko primaaprilisowy żart, król Richard wciąż cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród “poddanych”, służy radą, rozdaje tytuły szlacheckie, wymyśla coraz to nowe sposoby rozwoju i promocji swojego małego królestwa, a w wolnych od monarszych obowiązków chwilach pisuje pamflety ośmieszające państwową biurokrację.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć władcę książkowego królestwa z bliska, niech zajrzy do zamkowego antykwariatu. Starszy dżentelmen w pogniecionej marynarce, przysypany stertą papierów, to właśnie on.

Haj w Hay

W naturalny sposób, przesiąknięta zapachem farby drukarskiej i kurzu atmosfera Hay-on-Wye przyciąga intelektualną śmietankę Wielkiej Brytanii (i nie tylko). By stworzyć dla nich platformę wymiany myśli, w 1988 roku powołano do życia Hay Festival. Literacka w założeniu impreza, z czasem ewoluowała w niezwykłą, dziesięciodniową kulturalną ucztę pisarzy, polityków, dziennikarzy, wydawców, artystów sztuk wszelkich i, rzecz jasna, niecodziennej publiczności.

Według New York Timesa, to “najbardziej prestiżowy festiwal anglojęzycznego świata”. Bill Clinton natomiast, który był gościem jednej z edycji Hay Festival, określił go jako “Woodstock dla umysłu”. Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Może jedną rzecz.

Od lat w programie festiwalu, obok prelekcji, dyskusji, wystaw i koncertów, figurują piesze rajdy po okolicy. Choć trudno w to uwierzyć, bilety na nie znikają w pierwszej kolejności! Już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem imprezy. Skąd to niezwykłe zainteresowanie? Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko. W zasadzie, wystarczy ruszyć się dwa kroki za miasto.


The Three Castles – Grosmont Castle

Choć od przeszło pięciuset lat stoją w ruinie, Trzy Zamki wciąż przypominają burzliwe dzieje walijsko-angielskiego Pogranicza. Wrośnięte w łagodny krajobraz wschodniego Monmouthshire, opowiadają o podboju, nietrwałych fortunach, królach, baronach i czasach, gdy tylko grube mury kamiennych twierdz dawały namiastkę poczucia bezpieczeństwa.

Trzy Zamki, czyli Pogranicze w ogniu

Żyzne niziny południowo-wschodniej Walii od wieków stanowiły łakomy kąsek dla każdego, kto rządził Wielką Brytanią. Tu chętnie osiedlili się pierwsi mieszkańcy Wysp, wyparci z czasem przez Celtów, których z kolei spacyfikowali Rzymianie. I w tym kierunku ruszyła ekspansja Normanów, którzy po zwycięstwie pod Hastings w 1066 roku, zaczęli podporządkowywać sobie Brytanię. Problem w tym, że tę urodzajną krainę od Anglii oddziela trudna do przebycia naturalna granica. Z jednej strony, od północy, wyrastają Czarne Góry, w owych czasach porośnięte jeszcze gęstymi dębowymi lasami. Na południu zaś, w swojej głębokiej dolinie o klifowych ścianach, wije się rzeka Wye. Jedynie wąski przesmyk niewielkich wzgórz pomiędzy dzisiejszymi miasteczkami Monmouth i Abergavenny łączy “ogrody Gwent” z resztą świata. Kto go kontrolował – mógł panować nad Południową Walią.

Panorama PograniczaDoskonale wiedział o tym William FitzOsbern (fitz Osbern), jeden z najbliższych stronników Wilhelma Zdobywcy i earl ówczesnego Herefordshire, któremu powierzono zadanie rozszerzenia nowego królestwa na zachód. Prawdopodobnie to właśnie on wpadł na pomysł, by w promieniu zaledwie kilku kilometrów zbudować trzy forty strzegące newralgicznego przesmyku. Tak zaczęła się historia The Three Castles – Trzech Zamków: Grosmont, Skenfrith i White – odtąd zawsze już wymienianych jednym tchem.Trzy Zamki

Po pierwszej fali podboju, na mniej więcej sto lat na Pograniczu zapanował spokój. Tyle czasu potrzebowali Walijczycy, żeby w końcu przestać rywalizować o władzę w swoich małych księstwach, pozbierać się do kupy i z dziką siłą ruszyć na okupantów. Zaczęli od spalenia zamku w Abergavenny i zabicia szeryfa Hereford wizytującego graniczne garnizony. Anglicy (czy raczej wciąż jeszcze Normanowie?), którzy na tych ziemiach stanowili zdecydowaną mniejszość, postanowili się “okopać”. W 1201 roku, król Jan podarował Trzy Zamki swojemu zaufanemu człowiekowi, hrabiemu Hubertowi de Burgh, a ten przez prawie czterdzieści lat budował, przerabiał i dostosowywał je tak do obrony, jak i do mieszkania.

Grosmont Castle – Oczko w głowie hrabiego de Burgh’a

Chociaż de Burgh miał kilkanaście zamków, a jego posiadłości rozrzucone były po dwudziestu siedmiu hrabstwach królestwa, wyraźnie faworyzował Trzy Zamki. Szczególnym zaś uczuciem darzył Grosmont. Na miejscu drewniano-ziemnego fortu pamiętającego czasy podboju, wybudował kamienne apartamenty z wydzieloną, luksusową jak na owe czasy, częścią mieszkalną, po czym… stracił zamek. I to w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach! Pod koniec 1203 roku, hrabia Hubert, dzielny rycerz, ruszył na wojnę do Francji bić się za swojego króla. Dowodził zamkiem Château de Chinon, podczas trwającego rok oblężenia. Pech chciał, że trafił do niewoli. Na całe dwa lata. W tym czasie, król Jan… oddał The Three Castles Williamowi de Barose, znanemu z niepohamowanej chciwości lordowi Abergavenny. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że obaj szlachcice, mówiąc delikatnie, nie przepadali za sobą.Zamek GrosmontFortuna kołem się jednak toczy. Po powrocie z niewoli, de Burgh nie tylko szybko odzyskał wpływy i pozycję, ale awansował na stanowisko justicar’a – pozycję, której dziś odpowiadałby premier rządu. Dodatkowo, w 1216 roku, zwycięską obroną zamku Dover przed Francuzami prawdopodobnie uratował Anglię przed podporządkowaniem sąsiadowi z kontynentu. Nie mogło stać się inaczej i wkrótce Trzy Zamki wróciły do hrabiego.

Zamek GrosmontZ lat wojaczki, oprócz blizn i glorii zwycięzcy, de Bugh przywiózł też sporo wiedzy i doświadczeń, które teraz chciał wykorzystać w swoich zamkach. W Grosmont, drewnianą palisadę otaczającą dziedziniec zastąpił wysokim murem z blankami i trzema potężnymi wieżami na każdym rogu. Do zwodzonego mostu strzegącego wejścia, dobudował zaś dwupiętrową bramę. Ciekawostka: wszystkie trzy wieże miały głębokie piwnice, służące zapewne za magazyny, na wypadek długiego oblężenia. Najwyraźniej obrona Château de Chinon na długo zapadła hrabiemu w pamięci.

Ale nie głodem wzięto zamek. Ambicje Huberta de Burgh musiały przysparzać mu wielu wrogów, bo powoli tracił wpływy na dworze, aż w końcu, w 1239 roku, na dobre stracił wszystkie Trzy Zamki. Niemniej, można uznać, że praktycznie wszystko co przetrwało w Grosmont do dzisiejszych czasów, to efekt modernizacji de Burgh’a.

Zamek GrosmontKilka późniejszych, kosmetycznych zmian, głównie upiększających i ułatwiających codzienne życie w zamku, to zasługa kolejnych właścicieli Grosmont – rodziny Lancaster. W 1254 roku król Henryk III, oddał Trzy Zamki, wraz ze wszystkimi walijskimi posiadłościami, swojemu najstarszemu synowi Edwardowi. Temu, który ostatecznie podporządkował Walię Londynowi, otaczając ją pierścieniem kamiennych twierdz, a który do historii przeszedł jako “młot na Szkotów” (niezbyt przychylnie sportretował go Mel Gibson w swojej superprodukcji Braveheart). Edward nie cieszył się nimi jednak zbyt długo. Nabrał trochę doświadczenia, po czym wybrał się na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej i wrócił z niej już jako król Anglii. The Three Castles przypadły jego młodszemu bratu Edmundowi, hrabiemu Lancaster.

Lancasterowie urzędowali w Grosmont przez kolejne sto lat. Do istniejących apartamentów, w miejsce jednej z wież, dobudowali kolejne, po których do dziś pozostały tylko fundamenty i… imponujący, ozdobny komin. Wzmocnili i unowocześnili też lekko obronę zamku, ale nie były to zmiany znaczące. Na Pograniczu zapanował spokój, więc nie było szczególnej potrzeby, by szykować się na wojnę. Grosmont stał się bardziej lordowską rezydencją niż fortecą. W dodatku rezydencją prowincjonalną, oddaloną od świata wielkiej polityki. Z czasem, coraz rzadziej odwiedzany, zamek zaczął popadać w zapomnienie.

GrosmontPo raz ostatni na kartach historii Grosmont pojawia się na początku piętnastego wieku. W 1404 roku bezskutecznie oblegali go powstańcy Owaina Glyndŵr walczący o uwolnienie Walii spod angielskiego panowania. Rok później zamek próbował zdobyć syn Owaina, Gruffyd, ale i jemu się nie powiodło. Swoją drogą, skoro walijskim insurgentom udało się zdobyć potężne edwardiańskie fortece w Harlech i Aberystwyth, a spod Grosmont odjeżdżali ze spuszczonymi głowami, duch Huberta de Burgh musiał w zaświatach pękać z dumy.

Pękać, niestety, zaczęły też zamkowe mury. Po incydencie z Walijczykami, Grosmont Castle opustoszał na zawsze. Powoli stawał się romantyczną ruiną, miejscem schadzek i składem materiałów budowlanych dla mieszkańców miasteczka, które przez stulecia rozwijało w jego bezpiecznym cieniu. Miejscowe legendy mówią nawet, że w średniowieczu, w całej Południowej Walii, z Grosmont równać mogły się jedynie Abergavenny i Carmarthen. Gdy jednak walijscy powstańcy nie mogli zdobyć zamku – spalili miasto. Według księcia Henryka – późniejszego króla Henryka V – który na czele angielskiego wojska ruszył z Hereford na odsiecz Grosmont, spłonąć mogło nawet sto domów. To prawdopodobnie więcej niż stoi ich dziś w uroczej i cichej wsi, jaką się stało.

Dawny ratusz w GrosmontWsi z jednym jedynym sklepem, w którym obok węgla w workach i proszku do prania, można kupić swojską kaszankę, ciastka pieczone przez sąsiadkę i cały zastaw książek o Trzech Zamkach. Da się też stąd wysłać pocztówki z pozdrowieniami (koniecznie z zamkiem, albo okolicznymi krajobrazami!), bo w sklepie wydzielono miniaturową pocztę z zupełnie osobnym okienkiem. Dwa kroki dalej, pub The Angel Inn, zaprasza na przekąski i lokalne napitki. W dawnym, zbudowanym w 1832 roku ratuszu (chociaż to trochę duże słowo), tuż obok pubu, urządzono niewielki, otwarty punkt informacji turystycznej, gdzie można zapoznać się z trasami okolicznych szlaków i najciekawszymi atrakcjami Pogranicza. A gdy wszystkie ziemskie sprawy zostaną już załatwione, warto zajrzeć na chwilę do kościoła Świętego Mikołaja z Miry.

Saint Nicholas' ChurchSaint Nicholas Church to jeszcze jedna, obok zamku, pamiątka po dawnej świetności Grosmont. Duży, zdecydowanie zbyt duży, jak na wiejską parafię kościół wybudowano za czasów hrabiego de Burgha dla potrzeb zamkowego garnizonu. Ośmioboczna wieża i kilka mniejszych dodatków, to zasługa Edmunda Crouchbacka – hrabiego Lancaster, który w drugiej połowie trzynastego wieku przebudował kościół specjalnie dla swojej matki, pobożnej królowej Eleonory Prowansalskiej.

W środku uwagę zwraca przede wszystkim ogromna nawa ze stropem wspartym na dwóch rzędach arkadowych łuków. Oddzielona od reszty kościoła – wykorzystywanej do ceremonii religijnych – odznaczająca się podobno fantastyczną akustyką, służy dziś mieszkańcom Grosmont jako miejsce spotkań. Tu organizuje się wiejskie festyny dożynkowe (tak, tak, to nie tylko polska domena!), imprezy charytatywne i wszelkie zebrania lokalnej społeczności.

Kościół Świętego Mikołaja z Miry w Grosmont

Grosmont to też doskonałe miejsce dla tych, którzy uprawiają, coraz ostatnio popularniejszy, setjetting, czyli podróże szlakiem planów filmowych. W 2006 roku, ekipa Garetha Lewisa nakręciła tu bardzo przyzwoitą komedię kryminalną The Baker. W roli tytułowego piekarza (uwaga! pozory mylą!) wystąpił brat reżysera – Damian Lewis, znany przede wszystkim z roli majora Wintersa w serialu Kompania Braci. Klimat filmu tworzą jednak głównie aktorzy drugo- i trzecioplanowi, jak choćby Dyfan Dwyfor, Gwenno Dafydd czy Rhodri Meilir. Dziwacznie brzmiące nazwiska gwarantują powiew świeżości, genialny (!!!) południowo-walijski akcent i masę zabawy.

Więcej niż bankomat!

Tesco znane jest ze “świetnych” ofert, ale ta, która pojawiła się na jednym z bankomatów w Aberystwyth jest co najmniej… hmmm… zaskakująca. “Darmowa erekcja”! Ktoś mógłby uznać, że to wyraz desperacji i rozpaczliwej próby przyciągnięcia choćby klientów płci męskiej. W końcu od jakiegoś czasu pojawiają się informacje o problemach handlowego giganta.

Na szczęście niemoralna propozycja okazała jedynie błędem językowym. Najprawdopodobniej Tesco skorzystało z translatora, a jakie cuda potrafią te maszyny, wie chyba większość z nas. Szkoda że kierownictwo sklepu nie skonsultowało się z którymś z wielu walijskojęzycznych mieszkańców Aberystwyth.

Walijczycy, przyzwyczajeni już to różnych językowych “kwiatków” i potknięć, uznali że “Tesco daje obietnice bez pokrycia” i całą sytuację skwitowali głośnym śmiechem.

Więcej na: Independent i BBC.

Leje jak w Cardiff

Po dekadach badań, naukowcy w końcu doszli do porozumienia: Cardiff jest najbardziej deszczowym miastem na Wyspach.

Na podstawie analizy danych z ponad trzydziestu lat, meteorolodzy z Met Office potwierdzili to, czego zapewne wielu mieszkańców walijskiej stolicy i tak się domyślało: pada, albo bardziej pada! Średnia roczna opadów dla Cardiff to 115 centymetrów. Przeszło metr wody spada na miasto każdego roku. Nawet szkockie Glasgow, ze swoimi 112. centymetrami nie cieszy się takimi względami niebios.

Marnym pocieszeniem jest to, że pada “jedynie” przez 149 dni w roku. Zapominanie parasola zdecydowanie nie jest najlepszym pomysłem.

Ale pogoda najwyraźniej nie odstrasza turystów, których z roku na rok przybywa. Zdaniem urzędników odpowiedzialnych za przyciąganie do miasta gości, to zasługa największych atrakcji miasta: zamku, Muzeum Narodowego i Cardiff Story. Czy trzeba dodawać, że wszystkie są pod dachem?

Dobra wiadomość jest taka, że Cardiff nie jest wcale najbardziej deszczowym miejscem w Walii. Badanie Met Office objęło tylko duże miasta, nie uwzględniono więc w nim, na przykład, Blaenau Ffestiniog w sercu Snowdonii, gdzie pada przez ponad dwieście dni w roku…

Więcej na: Daily Mail i WalesOnline.

Ich weiß nicht!

Pewien dwudziestosześciolatek z Salford, Greater Manchester, tak zabalował w sobotni wieczór, że imprezę skończył w policyjnej celi. Zatrzymany nie przestał jednak szaleć. To nie koniecznie spodobało się funkcjonariuszom, którzy dopisali mu do rachunku kilka chuligańskich wykroczeń. Kiedy delikwent wytrzeźwiał i został przebadany przez lekarza… zażądał walijskiego tłumacza, powołując się na swoje prawa i rzekomo walijskie korzenie.

Policjanci spędzili cztery godziny bezskutecznie poszukując tłumacza po czym musieli imprezowicza wypuścić. I to mimo że cały czas rozmawiał perfekcyjnym angielskim, a na koniec podpisał wszelkie dokumenty. Oczywiście też po angielsku.

Niestety, sztuczka tylko opóźniła nieuniknione i kilka godzin później dumny potomek Walijczyków wrócił po rachunek/mandat opiewający na 80 funtów.

Funkcjonariusze najwyraźniej nie podzielali poczucia humoru delikwenta, bo na Twitterze żalili się na jego bezmyślność i niepotrzebne marnowanie czasu. Jednocześnie zastrzegli, że nie mają absolutnie nic do Walijczyków!

Trochę niepokoi fakt, że w Wielkiej Brytanii trudno znaleźć tłumacza jednego z, było nie było, rdzennych języków Wysp. Z polskim zapewne poszłoby dużo łatwiej…

Więcej na: Manchester Evening News i itv.

Remember, remember the fifth of November…

Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta,
Gdy spisek wykryto prochowy.
Piątego listopada wydała się zdrada
W pamięci tę datę zachowaj…

Bonfire Night (święto znane również jako: Guy Fawkes Night, Guy Fawkes Day, Firework Night, a po polsku jako Dzień Guya Fawkesa), to jedno z najhuczniej i najbardziej spektakularnie obchodzonych brytyjskich świąt. Upamiętnia wykrycie tzw. spisku prochowego (Gunpowder Plot), zawiązanego przez katolików i mającego na celu zamordowanie króla Jakuba I. Trzeba przyznać, że spiskowcy mieli fantazję! W podziemiach parlamentu zgromadzili 36 beczek prochu, które planowali wysadzić podczas inauguracyjnej sesji Izby Gmin. Oprócz króla, w zamachu zginęłaby praktycznie cała elita kraju – szlachta, biskupi i wszyscy obecni posłowie.

Spisek wykryto w nocy z 4 na 5 listopada 1605 roku. Beczek pilnował akurat Guy Fawkes i to on stał się “twarzą” spisku, choć w rzeczywistości na jego czele stali Thomas Percy i Robert Catesby. W wyniku śledztwa aresztowano ośmiu spiskowców (w sumie było ich trzynastu, ale część zginęła przy próbach aresztowania), których po krótkim procesie skazano na śmierć przez powieszenie, utopienie i poćwiartowanie! Wyrok wykonano 30 stycznia 1606 roku.

Żeby uczcić ocalenie króla, wokół Londynu zapłonęły dziesiątki ognisk. Ten wybuch spontanicznej radości w styczniu 1606 roku przekuto w prawo nakazujące taki właśnie sposób dziękczynienia za wykrycie spisku. Przez lata Bonfire Night była okazją do manifestowania antykatolickich sentymentów. Protestanccy kaznodzieje wygłaszali odpowiednie kazania, lud palił kukły papieża, a tu i ówdzie dochodziło do zamieszek. Dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku święto ostatecznie odarto z religijnej otoczki. Dziś to przede wszystkim okazja do towarzyskich zabaw (na wsiach mieszkańcy spotykają się przy wielkich ogniskach) i spektakularnych pokazów sztucznych ogni.

W Walii przynajmniej kilka corocznych pokazów zasługuje na uwagę. Duże (czasem płatne, a czasem darmowe) odbywają się oczywiście w Cardiff, Swansea i innych większych miastach. Ale warto odwiedzić też zamki w Caerphilly i Denbigh, molo w Llandudno czy nabrzeże w Porthcawl, albo klify nad Zatoką Cardigan w Llangrannog.

Oczywiście postaramy się informować o tych najciekawiej zapowiadających się pokazach. Tymczasem kilka zdjęć z (szczęśliwie) nieudanej próby wysadzenia Caerphilly Castle

Remember, remember the fifth of November
The Gunpowder Treason and Plot
I see of no reason,
Why Gunpowder Treason
Should ever be forgot…