Category Archives: walia na nogach

Kiepska pogoda? Kryj się kto może!

Kryjówki

Nie da się ukryć: w Walii zdarza się niesympatyczna pogoda. Nawet dość często. W taką niesympatyczną pogodę człowiek nielubiący siedzieć w domu ma dość ograniczone pole manewru. Na szczęście ci pożądający świeżego powietrza i kontaktu z naturą niezależnie od aury za oknem zawsze mogą liczyć na kryjówki do obserwacji ptaków (bird hide).

Bywa, że w nocy kryjówki są oblegane przez koneserów ziółek i nastolatków odrabiających lekcje; za to w dzień zazwyczaj jest w nich cicho, sucho i przytulnie, można pić gorącą herbatę z termosu i medytować transcendentalnie godzinami czekając, aż coś przeleci. Albo nie przeleci. Można nawet zostać pasjonatem birdwatchingu. Pasjonata birdwatchingu poznaje się po lornetce, niesamowicie drogim teleobiektywie dłuższym od kija od miotły oraz tej szczególnej umiejętności wyrażania delirycznej ekscytacji poprzez absolutny bezruch.

Największy szał bezruchu w kryjówkach powoduje zazwyczaj pojawienie się zimorodka (kingfisher). Przylatuje, siada na kiju i hipnotyzuje rybki w stawie; zapchana po dach kryjówka trzeszczy w szwach śledząc na bezdechu każdy mikroruch legendarnej ptaszyny i fotografując bez opamiętania. Wszyscy modlą się, żeby im się nie zachciało do ubikacji.

zimorodek

Kryjówkę można znaleźć i skolonizować najczęściej nad jakimś stawem w rezerwatach przyrody (nature reserve), których Walia ma mnóstwo. Ogólnie polecam odwiedzanie wszelkich rezerwatów, to bardzo relaksujące. Jeśli chodzi o samo fotografowanie ptaków, to życzliwie podpowiadam: w ziarnie jest metoda.

Kilka zdjęć z moich fotosafari w Forest Farm Nature Reserve na obrzeżach Cardiff:

ptaki Walii

Tupot białych mew na południowym wybrzeżu

Klifowe wybrzeże Glamorgan Heritage Coast

…na południu Walii rozciąga się mniej więcej od Porthcawl do Barry. Jego uroda jest niezaprzeczalna. Znakomicie podkreślają ją rozłożyste plaże odsłaniane dwa razy na dobę przez ogromny odpływ. Trasa, którą dziś polecam, jest częścią słynnej Wales Coast Path, czyli ścieżki spacerowej biegnącej wzdłuż całego walijskiego wybrzeża. Samo Glamorgan Heritage Coast można podejrzewam przejść w jeden dzień, jak ktoś ma parcie na rezultat; ja osobiście wolę zdobywać je w krótszych odcinkach, z przerwami na herbatkę z termosu, oganianie się od wszechobecnych białych mew i podziwianie widoków.

Zaczynamy w Southerndown…

…a konkretnie od zatoki Dunraven Bay, do której dojeżdżamy boczną drogą z niedużym drogowskazem ‘to the beach‘. Najlepiej zaparkować na samym dole u podnóża klifu. Życzliwa rada: jeśli chcesz zaoszczędzić £3 na parkingu, wybierz się tam w tygodniu; przy zatoce zwykle kasują tylko w weekendy. Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: CF32 0RT.

Southerndown i zatoka Dunraven słyną z malowniczości. Dla mnie osobiście jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w całym kraju. Nigdy nie rozczarowało nikogo z moich zagranicznych gości. Southerndown ma swoje ogrody, które w przeszłości należały do pałacyku na klifie, po którym dziś pozostały tylko fundamenty; od częstego w tych okolicach wiatru osłania je wysoki mur, stwarzając przytulne miejsce dla spragnionych relaksu. Piknik możliwy, a nawet wskazany (ale nie dzisiaj; dzisiaj chodzimy). Southerndown może się również poszczycić punktem widokowym o faktorze opadniętej szczęki, oraz kilkoma strategicznie umiejscowionymi ławeczkami. Ma również swoją ciekawostkę: fragment plaży po drugiej stronie ogrodów u podnóża klifu jest chętnie odwiedzany przez naturystów. Większość odwiedzających zadowala się plażą w zatoce, przy parkingu i nie kłopocze szukających odosobnienia golasów swoją natrętną obecnością.

Na lewo od punktu widokowego wchodzimy na ścieżkę biegnącą szczytem klifu i idziemy przed siebie dokąd nas oczy poniosą. Od czasu do czasu trafi się naturalny wąwóz do obejścia, lub zejście na plażę, ale ogólnie spacer nie będzie należał do przesadnie wymagających.

Punktem docelowym jest latarnia morska w Nashpoint

Nashpoint to piękne, dzikie miejsce z dramatycznymi formacjami klifowymi, w tym słynnym ‘sfinksem’; nie do pogardzenia jest fakt, że tutejsze klify porasta gęsta miękka trawa, na której można się wygodnie ułożyć i kontemplować piękne okoliczności przyrody i drogę na Ostrołękę.

Możesz oczywiście rozpocząć spacer w Nashpoint i iść w stronę Southerndown, czyli w prawo. Parkując na małym parkingu w Nashpoint (kod pocztowy dla satnavu: CF61 1ZH) prawdopodobnie się troszkę zdenerwujesz, bo parking jest prywatny i prawie na pewno przydrepta do ciebie dziadek parkingowy z żądaniem okupu. Dziadek parkingowy jest częścią mafii obsługującej minisklepik i toaletę; czasem w dni powszednie mafia ma wolne i nie trzeba płacić, ale toalety też mogą być zamknięte.

Wspomniany sklepik w Nashpoint, i drugi w Southerndown, są najczęściej czynne tylko w letnie weekendy, więc najlepiej być niezależnym i mieć ze sobą termos i jakąś przekąskę.

Dystans tam i z powrotem: 14 km.

Słówko przestrogi

Spacer można odbyć również dołem klifu, plażą, ale warto się upewnić, że nie zaskoczy cię przypływ. Przypływy w Walii następują relatywnie szybko i chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, od czasu do czasu zdarza się, że ktoś zostanie odcięty. Tabele pływów można sprawdzić np. tutaj. Natomiast spacerując górą trzeba zachować ostrożność zbliżając się do krawędzi klifów; mają one tendencje do nerwowego obsuwania się. Co roku media donoszą o wypadkach śmiertelnych. Najlepiej w ogóle trzymać się od nich z daleka.

Szanuj klifa!

Wybrzeże Cardigan [cz.2] – New Quay i Aberaeron

Kolejny przystanek na szlaku Ceredigion Coast Path: New Quay (nie mylić z… Newquay w Kornwalii).

Cei Newydd (w wersji walijskiej) – dawna wieś rybacka, później ruchliwy port i stocznia – to dziś największy i najpopularniejszy kurort w tej części Cardigan Coast. Dlatego uczuleni na tłumy, w sezonie nie powinni tu zaglądać.

New QuayMiasteczko rozłożyło się tarasowo na klifach nad dużą i osłoniętą od otwartego morza zatoką. Górne tarasy zajmują przede wszystkim letnie domy do wynajęcia. W wydaniu brytyjskim niestety często kiczowate i tandetne lub zwyczajnie szpetne. Ale im niżej, im bliżej morza, tym ładniej.

New QuayStrome uliczki łączące się w okolicach kapitanatu portu, zabudowane są ciasno kolorowymi, wiktoriańskimi szeregowcami z miniaturowymi ogródkami. Pełno tu kafejek, restauracji na każdą kieszeń, pubów i sklepów z obowiązkowym wyposażeniem każdego plażowicza. Szczególnie tego najmłodszego. Wiaderka i łopatki przydadzą się na plaży ciągnącej się na północ od przystani, aż do New Quay Head i, słynnej wśród ornitologów, adekwatnie nazwanej, Birds Rock.

New QuayNajwiększą atrakcją samej przystani jest właściwie nic-nie-robienie, połączone z wpatrywaniem się w hipnotyczne kołysanie jachtów i łodzi (w czasie przypływu; podczas odpływu wyglądają dość pokracznie), albo w drugą stronę, gdzie przy dobrej pogodzie rozpościera się niekończąca się panorama wybrzeża, aż po majaczące gdzieś daleko szczyty Snowdonii i Półwysep Llyn.

Ale oprócz atrakcji typowych dla nadmorskiego kurortu, New Quay przyciąga śladami krótkiej i burzliwej bytności Dylana Thomasa – “narodowego poety Walii”. Thomas (wraz z żoną Caitlin) mieszkał tu kilka lat w czasie II Wojny Światowej, pisząc, pijąc (z czego słynął nie mniej niż z pisania) i szukając kłopotów.

Prawdziwy, bądź domniemany romans Dylana (i jego żony Caitlin) z żoną komandosa, który właśnie wrócił z frontu, omal nie skończył się tragicznie, gdy zazdrosny żołnierz ostrzelał z karabinu dom Thomasów. Historię tę przeniesiono na ekran, w gwiazdorskiej obsadzie, w filmie “The edge of love“.

Rodzina wkrótce wyjechała z miasteczka, ale wspomnienia najwyraźniej pozostały, Llareggub, w którym rozgrywa się akcja jednej z bardziej znanych sztuk Dylana – “Under Milk Wood – do złudzenia przypomina New Quay. Chociaż o ten wątpliwy zaszczyt konkuruje z południowo-walijskim miasteczkiem Laugharne. Dlaczego wątpliwy? “Llareggub”, wyglądające pozornie na typową walijską, niewymawialną nazwę, czytane od tyłu daje “bugger all”, czyli… “wielkie nic” w wersji średnio wulgarnej.

—/-/—

Wyjeżdżając z New Quay w stronę Aberaeron, warto na chwilę przystanąć w Llanarth. Tu, w przedsionku trzynastowiecznego kościoła świętego Dawida (przebudowanego pod koniec dziewiętnastego wieku) stoi Cross of Gurhirt (znany również jako Cross of Girhurst albo Cross of Girhiret) – wczesnochrześcijański rzeźbiony krzyż z wykutym imieniem, prawdopodobnie, irlandzkiego wodza z dziewiątego wieku i praktycznie nieczytelnymi już dziś inskrypcjami ogamicznymi (ogham to stary alfabet, używany we wczesnym średniowieczu do zapisu języków celtyckich).

The Cross of Gurhirt—/-/—

Leżące kilkanaście kilometrów od New Quay Aberaeron zdecydowanie wyróżnia się się na tle innych nadmorskich miejscowości na trasie Ceredigion Coast Path. Jest płaskie, ma regularną siatkę ulic i skwerów, mnóstwo tu wolnej przestrzeni i jest zdecydowanie najurokliwszym miasteczkiem w tej części kraju. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że jednym z najpiękniejszych w Walii.

AberaeronAberaeron zbudował od zera, na początku dziewiętnastego wieku, miejscowy właściciel ziemski, wielebny Alban Gwynne. Szerokie ujście rzeki Aeron (stąd nazwa: “aber” w języku walijskim oznacza ujście rzeki), po regulacji świetnie nadawało się na port i stocznię, wokół których szybko wyrosło miasto. Dziś po stoczni pozostało głównie wspomnienie, a w porcie cumują przede wszystkim dziesiątki jachtów, ale jako centrum administracyjne hrabstwa Ceredigion, Aberaeron prosperuje całkiem dobrze.

Długie, kamieniste plaże rozciągające się po obu stronach ujścia rzeki, nie przyciągają typowych letników, więc i atmosfera jest tu bardziej zrelaksowana. Praktycznie nie ma tu straganów uginających się od plastikowej tandety, walczących o każdego klienta vanów z lodami, czy budek z tanim fish’n’chipsem zawiniętym w szary papier. Nie brak za to kawiarenek rozkładających stoliki na nabrzeżu przy przystani, jest spora lodziarnia z przyjemnym tarasem i kilka sklepów z rękodziełem z prawdziwego zdarzenia. Doskonałe miejsce na leniwe popołudnie. Szczególnie przed kolejnym przystankiem…

Dla wielbicieli dziwów

Cwmystwyth, Cwm Elan

elan valley

Dolina Elan w środkowej Walii to miejsce szczególne, o którym będziemy jeszcze pisać szerzej. To 180 km wzgórz i sztucznych zbiorników wodnych stanowiących imponującą spuściznę po wiktoriańskich inżynierach; sposób w jaki potrafili wpisać całe to ogromne przedsięwzięcie w krajobraz nie tylko nie szkodząc mu, ale nawet wzbogacając wizualnie zasługuje na podziw i szacunek.

Elan Valley to jeden z najrzadziej chyba zaludnionych rejonów Walii; długo można jechać i nie spotkać drugiego samochodu. Momentami ma się wrażenie jakiegoś cudownego uroczyska. Szczególnie w takich miejscach jak Cwmystwyth [czyt. kumystłyf], wieś uważana za położoną w samym centrum Walii.

cwm

W dawnych, dawnych czasach Cwmystwyth była niezwykle ważna; jej pozycja była związana z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec XIX-go/na początku XX-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z Wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani; świadomość tego tylko dodaje okolicy tej szczególnej atmosfery. Relatywnie niewielka część wsi przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego.

Jednak jedyni żywi ludzie, których ja spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim. Z dumą stwierdzam, że duch pielgrzymów-eksploratorów w narodzie żyje i ma się nieźle.

Orientacyjny kod pocztowy dla sat navu: SY23 4AE.

Tintern Abbey – perła Pogranicza

Tintern Abbey – Abaty Tyndyrn

DSC_0002

Eleganckie, strzeliste ruiny Tintern to pozostałość po opactwie, którego początki toną w mrokach dziejów. Według historyków zostało ono wybudowane w XII w i pozostaje najlepszym zachowanym średniowiecznym opactwem w Walii. Jeżeli już sam ten fakt nie zachęca mapekcię żeby się tam zapuścić i dotknąć żywej historii, to dodam, że opactwo położone jest w wyjątkowo malowniczej dolinie rzeki Wye, dokładnie na pograniczu Walii i Anglii; okolica o statusie strefy o szczególnym pięknie naturalnym (area of outstanding natural beauty) oferuje wiele przyjemnych szlaków spacerowych z punktami widokowymi, a na koniec, chociaż przecież wcale nie najmniej ważne, kilka przyzwoitych kafej. Dodatkowym bonusem jest bliskość okazałego zamku Chepstow.

DSC_0079Przez pierwsze kilkaset lat swojego istnienia Tintern było siedzibą zakonu Cystersów, zgromadzenia słynącego z dyscypliny i pracowitości. Dzięki tym cnotom opactwu dobrze się powodziło, ziemie wokół niego były uprawiane a miejscowa ludność zarabiała na usługach wykonywanych na rzecz opactwa. W szesnastym wieku król Henry VIII (słynny mąż ośmiu żon) rozwiązał wszystkie katolickie zakony i przejął ich majątek. Mnisi opuścili Tintern na zawsze. Przez następne dwa stulecia nikt się jakos szczególnie nie interesował podupadającą budowlą; dopiero wiek XIX przyniósł wzrost zainteresowania naukowców, a wiek XX prawną ochronę, restaurację i troskliwą opiekę CADW (czyt. kadu) – organizacji powołanej do ochrony walijskiego dziedzictwa narodowego. Nieopodal samego opactwa, na początku jednego ze szlaków wiodących na okoliczne wzgórze wypatrzeć można dodatkowy bonus – malowniczo oplecione bluszczem ruiny kościółka St Mary’s ze starym cmentarzykiem, który na wiosnę porastają wdzięczne niebieskie dzwonki. Dzisiejszy swój stan kościółek ‘zawdzięcza’ pożarowi z lat 70-tych ubiegłego wieku. Do kościółka można wejść, ale należy zachować ostrożność, bo jego ściany nie są w żaden sposób zabezpieczone.

DSC_0048

DSC_0032

Sama wioska Tintern jest również przyjemna; jak dawniej, głównym źródłem jej utrzymania jest opactwo – kiedyś zatrudniało do pracy, teraz przyciąga spore ilości turystów. Łatwo jednak można uciec od tłumów wybierając któryś ze wspomnianych wcześniej spacerów.

house

Za wstęp na teren opactwa trzeba płacić. Tutaj można sprawdzić aktualne ceny i godziny otwarcia.

Opactwo znajduje się około pół godziny jazdy samochodem od Newport w południowo-wschodniej Walii. Kod do nawigacji satelitarnej NP16 6SE.

Wybrzeże Cardigan [cz.1] – od Mwnt do Cwmtudu

Walia ma ponad tysiąc kilometrów wspaniałego wybrzeża. Całkiem sporo jak na tak niewielki kraj. Jest w czym wybierać. I to właśnie stanowi nie lada problem. Bo gdzie zacząć? Gdzie jest najpiękniej? Co zobaczyć? Wszystko i wszędzie, chciałoby się powiedzieć. Ale że na to trzeba by tygodni, miesięcy, a może nawet i lat, nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się walijskim wybrzeżem w małych dawkach. Jak choćby stukilometrowy kawałek Ceredigion Coast nad Zatoką Cardigan, między ujściami rzek Teifi i Dyfi.

Ten fragment wybrzeża, w swej urodzie, nie różni się szczególnie od pozostałych dziewięciuset kilometrów. Są tu budzące respekt klify – nota bene najwyższe w Walii – zaciszne zatoki, białe plaże, malownicze wydmy, cukierkowe miasteczka i cały ten wiaderkowo-łopatkowy bałagan, którego można się spodziewać nad morzem. Plus delfiny, foki i masa wszelkiego ptactwa. Jedyne czego tu brakuje, to tłumy letników, tak powszechne i irytujące choćby na wybrzeżu sąsiedniego Pembrokeshire, na plażach Glamorgan i Gower, czy na dokładnie zabudowanym domkami letniskowymi Półwyspie Llyn.

Teoretycznie powinniśmy zacząć w tętniącym życiem, kolorowym miasteczku Cardigan. Tu swój początek ma Ceredigion Coast Path – dokładnie dziewięćdziesięciosześciokilometrowy szlak wzdłuż wybrzeża Cardigan Bay. Ale lepiej wystartować od razu znad morza – w Traeth-y-Mwnt.

Miniaturowa osada, do której prowadzi karkołomna, a w dodatku (jak na złość?!) obsadzona wysokim żywopłotem droga, składa się głównie z nazwy, zatoki, która z powodzeniem mogłaby zagrać w którejś części “Piratów z Karaibów”, niewielkiej plaży i klifów, z których szczęśliwcy wypatrzeć mogą czasami delfiny. Oprócz tego, na zielonym zboczu niewielkiego półwyspu wrzynającego się w morze, stoi tu śnieżnobiały, siedemsetletni kościół Świętego Krzyża. Zbudowano go zapewne w miejscu jeszcze starszego kościoła, na trasie pielgrzymek z Saint David’s do opactwa Strata Florida – w samym sercu środkowowalijskiego pustkowia – i na Bardsey – “wyspę dwudziestu tysięcy świętych” na czubku Półwyspu Llyn.

Ludzkie kości, czasem nawet całe szkielety i zardzewiałe kawałki broni, które do dziś sporadycznie wyciągają z ziemi pługi miejscowych farmerów, przypominają o “krwawej niedzieli w Mwnt” – bitwie stoczonej w 1155 roku przez Walijczyków z Flamandami. Ci najwyraźniej już wtedy upatrzyli sobie tutejszą piękną plażę.

Drugi przystanek na nadmorskim szlaku – Aberporth, to skaza na jego obliczu. Przerośnięta wieś z niezbyt urodziwą zabudową i przyklejoną bazą rakietową, to najwyżej dobre miejsce na rybę z frytkami…

Prawdopodobnie w ramach rekompensaty za nadzwyczajną nijakość Aberporth, kolejny punkt na trasie Ceredigion Coast Path, wygląda jak z obrazka. Tresaith, osada wciąż jeszcze zbyt mała by nazywać się choćby wioską, wcisnęła się w niewielką zatokę otoczoną klifami, z piaszczystą plażą i… opadającym wprost na nią kilkunastometrowym wodospadem.

Z Tresaith, mniej więcej dwukilometrowy szlak na szczycie klifu, prowadzi do kolejnej mikroskopijnej osady ukrytej w przytulnej zatoce – Penbryn. Ale zdecydowanie przyjemniej przespacerować się dołem! O ile oczywiście trafi się na odpływ odsłaniający przeszło milę piasku, rozmaitych tworów skalnych i przedziwnych stworzeń żyjących na tym pograniczu dwóch światów.

—|-|—

Kilkaset metrów wgłąb lądu, między Tresaith a Penbryn, na polu sąsiadującym z jednym z wielu w okolicy caravan park‘ów, stoi jeden z ciekawszych walijskich standing stonesCorbalengi Stone. Pod tym, prawdopodobnie wczesnośredniowiecznym, kamieniem, wykopano urnę z prochami i rzymskimi monetami (obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Cardiff). Na kamieniu zaś, wyryta jest łacińska inskrypcja “CORBALENGI IACIT ORDOVS”. “Ordovs” odnosi się zapewne do lokalnego plemienia Ordowików, ale znaczenia reszty inskrypcji można się jedynie domyślać. Najczęściej przyjmuje się wersje “Corbalengi z ludu Ordowików”, albo “Grób/Tu spoczywa Corbalengi z ludu Ordowików”.

—|-|—

W samym Penbryn warto przysiąść na cream tea albo coś bardziej treściwego, żeby nabrać sił na kolejny odcinek szlaku. Mniej więcej cztery kilometry z Penbryn do Llangrannog to, miejscami, dość wymagający spacer z kilkoma karkołomnymi zejściami i krótkimi, ale męczącymi podejściami. Nagrodą za te (umiarkowane) trudy są widoki na dzikie klify, zatoczki w których przez lata kryli się przemytnicy i niedostępne plaże, gdzie szczęśliwcy mogą czasem spotkać foki.

Llangrannog doskonale wpisuje się w znany już i przyjemny schemat kolorowej osady wciśniętej w niewielką, otoczona klifami zatokę z kawałkiem piaszczystej plaży. Przy czym tu wszystko jest jakby na większą skalę, co niestety, w sezonie i rzadkie słoneczne weekendy, przyciąga tłumy. Łatwo od nich uciec chowając się na jednej z kilku niewielkich plaż, do których prowadzą tajemne ścieżki z grzbietu majestatycznego półwyspu Ynys Lochtyn.

W Llangrannog można w końcu dać odpocząć nogom i, choć nadmorski szlak prowadzi dalej, przesiąść się do samochodu.

Do Cwmtudu prowadzi jedna z tych karkołomnych walijskich dróg, które sprawiają, że człowiek poważnie zastanawia się czy naprawdę warto się męczyć? Warto, bo na końcu tych mocnych wrażeń znajduje się odludna, kamienista plaża, otoczona podziurawionymi jaskiniami klifami, z których podobno prawie zawsze można dostrzec delfiny. Z naciskiem na “prawie”…

Mapa nie pokazuje niestety Ceredigion Coast Path:

Pogranicze w ogniu

muzeum w Presteigne

Pogranicze walijsko-angielskie zawsze było areną zbrojnych przepychanek, mniej lub bardziej udanych powstań i pielęgnowania wzajemnej nieufności. Miasta i wsie regularnie przechodziły z rąk do rąk; ich dzisiejszy wygląd i ogólna atmosfera jest tego odzwierciedleniem. Wzdłuż granicy przebiega słynny Offa’s Dyke, wał ziemny usypany, jak słusznie się domyślasz, przez kolesia o ksywce Offa w VIIIknighton wieku w celu odgrodzenia się Anglosasów od krnąbrnych Walijczyków z Powys. Wałem można sobie pospacerować (jakieś 170 mil); tylko nie w upale, bo można paść przy drodze na odcinku leśnym i nikt cię nie znajdzie przez miesiące. Ja miałam szczęście, bo się znalazłam i szybko dostarczyłam do pubu w pobliskim miasteczku Knighton, gdzie zaprawiona w pierwszej pomocy barmanka szybko postawiła DSC_0059przede mną zimną shandy z wyjątkowo smacznym piwem z niedużego browaru Wye Valley. Jak nie jestem przesadną fanką piwa, tak do tego konkretnego mam bardzo ciepły stosunek; cechuje je wyjątkowa aksamitność. Od razu zastrzegam, że niestety, tego artykułu nie sponsoruje browar Wye Valley i niestety, DSC_0061nikt nie zaoferował mi dwóch skrzynek próbek reklamowych. Ech. Uwaga: z brytyjskimi pubami/gospodami nie ma żartów, jeśli jesteś zapchlonym trampem, wędrownym reprezentantem handlowym lub wielbicielem walk kogutów – nie wejdziesz. No pasaran. A posiadane sztylety i miecze będziesz musiał zdeponować na recepcji na przechowanie.

Ciekawostka: walijskie miasteczko Knighton jest dumnym posiadaczem malutkiej stacji kolejowej znajdującej się… w Anglii. Konkretnie w malowniczym hrabstwie Shropshire; warto udać się tam na spacerek.

DSC_0188 shr

Generalnie dziś jedynym ogniem na pograniczu jest niespodziewane gorące lato. Tak, zdarza się. Czasami. I w takie lato szczególnie warto tu przyjechać.

kamping w prestineNiedaleko od Knighton leży Presteigne [czyt. prestin] w którym mają fantastyczny kamping. Kamping charakteryzuje się idealnym sielankowym położeniem, znakomitymi łazienkami, sympatyczną atmosferą oraz krukami, które zaczynają się wydzierać o czwartej rano, rewidując moje poglądy na powszechny dostęp do broni palnej. Do centrum Presteigne2 [walijskie Llanandras] idzie się przez pola i pagórki, i tak samo wraca w środku nocy, co ja już zapomniałam, jakie to może być fajne, zwłaszcza przy pełni księżyca i dużej ilości pokrzyw. Presteigne jest sympatycznym miasteczkiem o ładnej architekturze i wyluzowanej atmosferze, powstałej głównie na skutek napływu podstarzałych hippisów wypłukanych z wyścigu szczurów i szukających alternatywnych styli (stylów?) życia (żyć?).

4Presteigne szczyci się posiadaniem świetnego muzeum, Judge’s Lodging, czyli wiktoriańskiego budynku sądu z czasów, kiedy do miasteczka raz w miesiącu zjeżdżał sędzia by roztrząsać spory i godzić waśnie; muzeum zachowałoDSC_0113 autentyczny charakter z mnóstwem starych gadżetów do pomacania czy założenia na siebie, i lampami na świeczki w ciemnych korytarzach produkującymi atmosferę. Zdecydowanie warto odwiedzić. Stronka muzeum z przydatnym info.

Presteigne ma też swoją straszną zbrodnię. Niejaka Mary Morgan, lat 17, służąca, poczęła przy współudziale bliżej nieznanego dżentelmena dziecko, które następnie urodziła cichcem i udusiła w obawie przed osądem społecznym. Podobno, jak głosi legenda, nakłonił ją do tego jej własny ojciec, który nie mógł znieść myśli o hańbie w 6rodzinie (chrześcijanie? Nie może być). Podobno sympatyczny tatuś również zasiadał w sądzie, który skazał Mary na śmierć za jej czyn. Nagrobek pełen chrześcijańskiej miłości ufundowany przez Sprawiedliwych Tego Świata oraz tablica dodana kilkaset lat później znajdują się na cmentarzu w Presteigne i są wymownym świadectwem moralności w tamtych czasach (warto powiększyć i się wczytać). Sprawa całego nieszczęścia, ojciec nieszczęsnego dziecka Mary oczywiście nie został pociągnięty do jakiejkolwiek odpowiedzialności. Feminizm wrze w człowieku jak woda w czajniku; ale takie to były (?) czasy.

Presteigne posiada również festiwal muzyki niesprecyzowanej, kilka pubów, kafej i greckie bistro (pysznemapek gołąbki w liściach winnych). To wszystko razem to przepis na bardzo przyjemny weekend za miastem.

Namiary na kamping gdyby ktoś miał ochotę.

5

Walijskie plażowanie

Z trzech stron oblana morzami Walia to raj dla miłośników plaż, chociaż niekoniecznie plażowania. Plażuje się na spieczonej słońcem Gran Canarii; w Walii plaże podlegają ogromnym pływom, więc są mokre przez sporą część doby. Tudzież zakryte wodą. Na dodatek wiele z nich jest skalistych lub kamienistych. W związku z tym po plażach w Walii się głównie chodzi tu i tam, wpatruje tęsknie w horyzont, przysiada na skale wystawiając twarz do słońca, przygląda formom życia w skalnych oczkach wodnych, uklepuje babkę z mokrego piachu, walczy z wiatrem i wyprowadza pieski na spacer. Czasem, powiedzmy w co ładniejszy letni dzień można ostatecznie przycupnąć gdzieś na ręczniczku. Plaż są setki, od rozległych gigantów po malutkie zatoczki z kilkoma ziarenkami piasku. Oto kilka propozycji w temacie; wpis będzie w miarę systematycznie rozbudowywany.

RHOSILLI – półwysep Gower, Walia Południowa

Rhossilli

Uznana w 2010 r za najpiękniejszą plażę UK, szczyci się niewątpliwie jedną z najatrakcyjniejszych linii brzegowych w kraju. Plaża-ikona. Do wytropienia na półwyspie Gower w Walii Południowej, niedaleko od Swansea. Przyciąga tłumy turystów, a jak wieje, to już wieje. Płatny parking, kilka kafej; można spokojnie spędzić cały dzień spacerując po klifach i plażach a potem herbatka, fryty, te sprawy.  czytaj więcej.

SOUTHERNDOWN – Walia Południowa

Southerndown

Jedno z moich ulubionych miejsc w Walii. Nie tylko malownicze klify i plaża, po której przy odpływie można chodzić godzinami, ale też post-wiktoriańskie ogrody, w których można znaleźć prawdziwy azyl; zwłaszcza, jak na klifach wieje zupełnie od rzeczy. Plus fantastyczny punkt widokowy, który przy odpływie posiada faktor opadniętej szczeny. Więcej o okolicy tu.

Southerndown

FRESHWATER WEST – zachodnie Pembrokeshire

Freshwater West

Przepiękna rozłożysta plaża, pełna kamieni, naturalnych oczek wodnych, piaskowych wydm i całkiem sporych skał. Stanowi część parku narodowego Pembrokeshire. Jest też ulubienicą filmowców: tylko ostatnio filmowano tu scenę śmierci Dobby’ego z Harry Pottera, a chwilę przedtem np. kiepskiego Robin Hooda z Russelem Crowe.  Więcej o tej okolicy tu.

BARAFUNDLE BAY – Pembrokeshire

Barafundle Bay, Pembrokeshire

Ukryty klejnot Walii, w ładny dzień zapiera dech w piersiach. Ukryty głównie dlatego, że nie można do niego dojechać, trzeba sobie dojść, co eliminuje tłumy, zwłaszcza wyznawców św. Grilla. Plaża w stylu nieomal greckim wyłania się znienacka zza murku biegnącego wzdłuż ścieżki krajoznawczej; trochę obłupanego na skutek wciąż opadających na niego szczęk. Plus plaża ma delikatny piaseczek, można zalec z kocykiem jeśli pogoda pozwoli, ucieszyć się życiem troszeczkę. więcej o okolicy tu.

PLAŻE CARDIGAN BAY – Walia zachodnia

Cardigan Bay

Również na zdjęciu u góry strony. Poukrywane w niedużych zatoczkach plażunie znajdują się praktycznie na końcu każdej drogi, każdej ścieżki w Cardigan Bay. Małe mieścinki jak ta powyżej są najczęściej nastawione na turystów, można wynająć pokój, cottage z widokiem, coś zjeść; klubów, głośnej muzy i dragów raczej nie ma. Można za to tu i ówdzie usłyszeć walijski, chociaż sporo biznesów prowadzą nie-Walijczycy. Więcej o tej okolicy tu.

Cardigan Bay

THREE CLIFFS BAY – półwysep Gower, Walia Południowa

3 Cliffs Bay, półwysep Gower

Piękna zatoka z olbrzymią plażą, nazwana na cześć charakterystycznej formacji skalnej widocznej na zdjęciu. Do zatoki trzeba sobie dojść, np. z miejscowości Southgate (bezpłatny parking, kafeja). Bardzo przyzwoity spacer, częściowo po piaszczystych wydmach, warto zadbać o wygodne buty.

Plaże TENBY– Walia Zachodnia

TenbyPiaszczyste plaże chyba najpopularniejszego walijskiego kurortu, Tenby, od lat szczycą się posiadaniem tzw. ‘blue flag’, czyli najwyższego standardu czystości. Spędzić dzień w Tenby to jak pojechać na jednodniowe wakacje; plaże są kuszące, a samo miasteczko urocze i gościnne. Więcej o Tenby znajdziesz tutaj.

Estuarium Ynyslas

Estuarium YnyslasDwa razy na dobę olbrzymi przypływ zmienia dość wąskie ujście rzeki w ogromne estuarium, zatapiając niekończące się plaże i wdzierając się zaborczo w głąb lądu. To niezwykłe miejsce; dodatkową zaletą jego dziwnie pustynnego przy odpływie krajobrazu jest to, że spotkać tu można wydmy podobne do tych z Wolińskiego Parku Narodowego. Estuarium Ynyslas znajduje się na północ od Aberystwyth.

Strona w rozbudowie.

Królowa brytyjskich plaż

Majestatyczna Rhossili nieustannie bryluje w rankingach turystycznych – w 2010 roku została nawet uznana za najpiękniejszą plażę w całej Wielkiej Brytanii. Znajduje się w zachodniej części półwyspu Gower, niedaleko od Swansea.

Półwysep Gower jest jednym z pięciu “Obszarów o wybitnym pięknie naturalnym” (Area of Outstanding Natural Beauty; AONB) w Walii. Według powszechnej opinii to właśnie Rhossili jest klejnotem w jego koronie. Nie tylko długa na 5 km plaża, ale cała zatoka o tej samej nazwie jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. To tutaj znajduje się jedna z walijskich ikon krajobrazu, charakterystyczna formacja skalna o nazwie Worm’s Head. W trakcie przypływu staje się wyspą. W określonych godzinach można się na nią dostać korzystając ze skalnego traktu odsłanianego przez olbrzymi odpływ. Ciekawostka: podczas odpływu na plaży Rhossili można podziwiać szczątki statku, który rozbił się tutaj w roku 1887.

Otoczona morzami Walia może się pochwalić drugimi co do wielkości pływami na świecie. Nieustannie zadziwia i zachwyca mnie rozpiętość tego zjawiska. Odpływ w ciągu kilku godzin odsłania plażę czasem nawet o kilkukilometrowej szerokości, po czym morze zawraca by znów wziąć ją całą w posiadanie – ten spektakl natury powtarza się dwa razy na dobę, czyniąc wiele miejsc w Walii, w tym także Rhossili, przepięknie zmiennymi. Minusem tego zjawiska jest ograniczona możliwość wylegiwania się na często mokrym piasku. Ale mokry piasek w niczym nie przeszkadza spacerowiczom i niespokojnym duszom szukającym ukojenia w pięknie dzikiej natury z dala od zgiełku cywilizacji. Następstwo pływów wymaga jednak zachowania pewnej ostrożność przy planowaniu wielogodzinnych spacerów wzdłuż wybrzeża. Godziny przypływów i odpływów są zmienne, ale w internecie bez problemu można znaleźć bieżące informacje (tide times).

Jak turystyczny hotspot, Rhossili posiada oczywiście infrastrukturę taką jak miejsca do spania o różnym standardzie, kafeje i puby, visitor center prowadzony przez National Trust, oraz ogromny parking (płatny). O tym, jak bardzo dochodowy jest parking w tej lokalizacji świadczy fakt, że National Trust odkupił go niedawno od prywatnych właścicieli za – bagatelka – 3 miliony funtów.

Królową brytyjskich plaż znajdziecie tu:

Zatoka i plaża wystąpiły w kilku programach telewizyjnych i serialach, włączając niedawno emitowany Torchwood. Pięknie prezentują się w przejmującym teledysku do piosenki Lover of the light grupy Mumford&Sons.

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 5.]

Na koniec odwiedzimy angielski fragment Black Mountains, gdzie w wyludnionych dolinach Olchon i Monnow, stoją kryjące skarby wiekowe kościoły. Wdrapiemy się na Grzbiet Kota, na którym pasą się konie i owce. I w końcu odwiedzimy Longtown – ostatnią z warowni strzegących tego niezwykłego zakątka Pogranicza…

Historia w nazwie zapisana

Żeby obraz Black Mountains był pełny, trzeba jeszcze wybrać się na wschodnią stronę pasma.

Znaną już wąską, krętą, obsadzoną dwumetrowym żywopłotem drogą z Hay-on-Wye docieramy do górskiej krzyżówki. Tym razem, choć wspomnienie Gospel Pass i Doliny Ewyas może utrudniać podjęcie decyzji, trzeba skręcić na wschód, do Anglii.

Te okolice są zdecydowanie mniej znane i rzadziej odwiedzane przez turystów niż środkowa i zachodnia część Czarnych Gór. Ale stwierdzenie, że są nieatrakcyjne byłoby krzywdzące. Na pewno są nieco inne: mniejsze, ciaśniejsze, na swój sposób mroczne, niepokojące i niemal zupełnie bezludne. Wciąż jednak jest tu kilka osad, do których warto zajrzeć.

Okolice CraswallCraswall, pierwsza z nich, zaczyna się znakiem tuż rozstajem dróg i ciągnie przez kilka kilometrów… pustkowia. Oficjalnie w parafii Craswall (parafia to najmniejsza jednostka terytorialna Wielkiej Brytanii) mieszka około sto pięćdziesiąt osób, ale trudno w to uwierzyć. Co ciekawe, jeszcze kilka wieków temu Craswall opisywano jako township, czyli jeszcze nie miasteczko, ale na pewno nie wieś, a już zdecydowanie nie to, czym jest dziś.

Kościół Świętej Marii w CraswallWiązało się to zapewne z sąsiedztwem Craswall Priory – klasztoru założonego w latach trzydziestych trzynastego wieku przez zakon grandmontanów. Był to jeden z zaledwie trzech domów tej reguły na Wyspach i, generalnie, jeden z niewielu poza Francją. W Czarne Góry sprowadził ich i zabezpieczył hojnymi nadaniami ziemskimi Walter de Lacy – wpływowy lord z Ewyas Harold. Skromne dokumenty i jeszcze skromniejsze ruiny wskazują, że fortuna francuskim zakonnikom sprzyjała. Do czasu. Po wojnie stuletniej, w 1462 roku, zakon grandmontanów, jak wszystkie zakony związane z Francją, rozwiązano a majątek skonfiskowano na rzecz korony.

Kościół Świętej Marii w CraswallPrawdopodobnie jedyną pamiątką po mnichach z Grandmont jest kościół datowany na czternasty-piętnasty wiek, poświęcony Świętej Marii. Dedykacja ta jest właściwie jedyną poszlaką, bo wszystkie kościoły grandmontanów oddawano pod opiekę Marii. Ale ani ciężka, prosta bryła, ani surowe wnętrza Saint Mary’s Church nie dostarczają szczególnych emocji. Chociaż całość – dzikie pustkowie, zapuszczony cmentarz i stare, drążone próchnicą wieków mury świątyni – wydziela delikatną i przyjemną woń nostalgii.

"Godziny szczytu" na górskich drogachKilka kilometrów na południe, na grzbiecie rozdzielającym doliny Olchon i Monnow, leży kolejna wieś-widmo – Llanveynoe. Już sama nazwa dostarcza właściwie wszystkich potrzebnych informacji na jej temat. Przede wszystkim, choć dziś leży w Anglii, jej korzenie tkwią w Walii. Dość głęboko, bo sięgają mroków wczesnego średniowiecza.

Olchon Valley i Black HillWalijskie słowo “llan” – pierwszy człon nazwy – często tłumaczone w uproszczeniu jako “kościół”, oznacza tak naprawdę wspólnotę lub osadę zbudowaną wokół kościoła. Przy czym znów, kościół nie musiał oznaczać konkretnej budowli w dzisiejszym rozumieniu. Nierzadko była to po prostu chata mnicha-misjonarza. Wspólnoty takie powstawały w Walii masowo w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia, okresie znanym jako “Era Świętych”. Stąd na mapie Walii blisko połowa wszystkich miejscowości ma w nazwie “llan”. Co zdecydowanie nie ułatwia podróżowania po tym kraju.

Drugi człon tradycyjnych walijskich nazw z “llan”, odnosi się natomiast do założyciela lub patrona danego “kościoła”. I tu zaczynają się problemy. Część imion stosunkowo łatwo zidentyfikować. Choćby (Llan)bedr czy (Llan)ddewi – odpowiednio święci Piotr i Dawid. Ale nad innymi, jak Cadoc z (Llan)gattock, Ellyw z (Llan)elieu, czy Beuno z (Llan)veynoe trzeba się pogłowić.

Kościół Świętego Beuno w LlanveynoeTen ostatni założył swój “llan” w Czarnych Górach na początku siódmego wieku. Być może już wtedy zbudowano tu jakąś świątynię, bo trzynastowieczne kroniki wspominają o przebudowie tutejszego kościoła. Kolejna miała miejsce dopiero w dziewiętnastym wieku i… zupełnie pozbawiła go charakteru. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W czasie prac remontowych, na kościelnym dziedzińcu odkopano niezwykły kamienny krzyż. Ma niewiele ponad półtora metra wysokości, bardzo krótkie ramiona i najprawdopodobniej pochodzi z czasów sprzed normańskiego podboju, czyli ma co najmniej tysiąc lat.

Wczesnośredniowieczne krzyże w LlanveynoeDwa inne celtyckie krzyże, a dokładniej kamienne bloki z wyrzeźbionymi krzyżami, datowane na szósty-siódmy wiek (!!!), znaleźć można wewnątrz skromnego kościoła, wmurowane w południową ścianę. Jeden z nich ozdabia prymitywna i zabawnie naiwna postać ukrzyżowanego Jezusa. Na drugim, wokół prostego krzyża wyryto nierozszyfrowane inskrypcje. Aż trzy takie skarby w jednym miejscu to prawdziwa rzadkość! Warta zboczenia z utartych szlaków, których i w tych stronach kilka się znajdzie.

Świat z grzbietu kota

Najlepiej wydeptana ścieżka we wschodniej części Black Mountains prowadzi na szczyt Black Hill – najwyższego wzgórza hrabstwa Herefordshire.

Black HillNazywane lokalnie “Kocim Grzbietem” (Cat’s Back), Black Hill stało się sławne za sprawą Brucea Chatwina i jego wydanej w 1983 roku i zekranizowanej pięć lat później powieści “On the Black Hill” – sagi rodzinnej opowiadającej o trudach życia na odizolowanych od świata farmach górskiego pogranicza.

Olchon ValleyNamiastkę tej izolacji można poczuć spoglądając w dół, do Doliny Olchon. Na jej zboczach, nieustannie skubanych przez setki górskich owiec, tu i ówdzie stoją ruiny kamiennych domów. Znikające pamiątki po tych, którzy się poddali, albo nie znaleźli następców.

Widok na Golden Valley i Herefordshire z grzbietu Black DarrenZe szczytu Black Hill można też ruszyć w górę i gdzieś w okolicach Hay Bluff dotrzeć do szlaku Offy rozdzielającego Anglię i Walię. Stąd, kierując się na południowy wschód, praktycznie bez wysiłku można przejść cała grań Hatterrall Ridge, mijając w dole Gospel Pass, Capel-y-Ffin, Llanveynoe i Llanthony, aż do urwiska Black Darren. Skąd, przy dobrej pogodzie, widać ruiny zamku Longtown – ostatniej twierdzy pilnującej dostępu do Czarnych Gór.

Ostatni bastion

Longtown, jak zresztą sugeruje nazwa, jest długie i ciągnie się dobrych kilka kilometrów wzdłuż wąskiej drogi biegnącej dnem doliny, w której spotykają się rzeki Olchon, Monnow i Escley. Zgodnie też z nazwą, Longtown, w przeciwieństwie do widmowych sąsiednich osad, przypomina bardziej miasteczko niż wieś. Jest tu pub, szkoła i dwie kaplice. Do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku działała tu nawet stacja ratowników górskich, przeniesiona z czasem do Abergavenny.

No i jest zamek. Właściwie zamki były dwa, ale po jednym z nich, starszym, pozostał tylko niewielki kopiec. Mało tego, niedaleko ruin zamku, odkryto ziemne umocnienia jeszcze sprzed normańskiego podboju. A wszystko to w okolicy, która i dziś kwalifikuje się jako półdzikie odludzie. Celtowie z tych stron musieli naprawdę zachodzić za skórę swoim wschodnim sąsiadom!

Longtown CastleZostawiając kopce i wały archeologom, warto zatrzymać się przy ruinach kamiennego Longtown Castle. Masywny keep (czyli mieszkalno-obronna baszta), fragmenty murów i jedna z bram nie są może szczególnie spektakularne, ale dają wyobrażenie o tym jak zamek wyglądał w okresie świetności. Wyjątkowo krótkim, trzeba dodać, okresie.

Kamienny zamek to dzieło Waltera de Lacy, wznoszone przez kilkadziesiąt lat na przełomie dwunastego i trzynastego wieku. Ale już cztery wcześniejsze pokolenia familii de Lacy z Ewyas Harold, ogniem, mieczem i szemranymi układami umacniały swoją pozycję na Pograniczu. Częścią rodzinnej polityki było też fundowanie klasztorów. Tak uczynił ojciec Waltera – Hugh – hojnie obdarowując Llanthony Priory, jak i on sam sprowadzając do Craswall grandmontanów. Niewykluczone, że to za sprawą zakonnych skrybów historia wciąż o nich pamięta.

Longtown CastleNiestety, kiedy w Ewyas zabrakło lordów, a włości w Longtown, dziedziczone po kądzieli, zaczęły przechodzić z rąk do rąk, szybko podupadły. Właściwie po 1316 roku, gdy klan de Lacy ostatecznie utracił kontrolę nad zamkiem, kolejni właściciele bywali tu rzadko albo wcale. Co prawda jeszcze w 1403 roku, w związku z powstaniem Owaina Glyndwr, król Henryk IV zarządził wzmocnienie zamku, ale najprawdopodobniej nie było już za bardzo czego wzmacniać.

Clodock, ostatnia osada na trasie wokół Black Mountains, stanowi jakby przedmieście Longtown. Rozdziela je tylko wąski pas nadrzecznych łąk. Stojący tu niezbyt stary i raczej pozbawiony szczególnego uroku, otoczony rozległym cmentarzem kościół Świętego Clydoga to kolejne w tych stronach miejsce związane z królewskim rodem Brychan.

Kościół Świętego ClydogaPochodzący z rodziny rządzącej królestwem Brycheiniog Clydog, był w szóstym wieku władcą Ewyas. Zgodnie z legendą rywalizował z przyjacielem o względy pewnej szlachetnie urodzonej panny. Ale konkurent okazał się bardziej zdeterminowany i zamordował Clydoga gdzieś w okolicy. Wóz, na który zapakowano jego ciało popsuł się nad brzegiem rzeki Monnow, a ciągnący go wół odmówił jakiejkolwiek współpracy. Wodza pochowano więc w tym miejscu, a nad jego grobem wybudowano kościół. Podobno zdarzyło się tu kilka cudów, dzięki którym Clydoga obwołano świętym.

Wracamy?Prawdziwe cuda dzieją się tu jednak cały czas. Dzień za dniem. Cuda znane jako Black Mountains.

Idealna średniowieczna rezydencja

Leżące w zielonej Dolinie Rhiangoll, Tretower Court and Castle to najlepiej w całej Walii zachowany przykład zespołu budownictwa średniowiecznego. Pomnik ponad dziewięciu wieków historii i zwykłego, codziennego życia na walijsko-angielskim Pograniczu wzniesiony przez dwa rody szlacheckie.

Na początku oczywiście był zamek (castle). Pierwszy – typową dla okresu normańskiego podboju Walii ziemno-drewnianą warownię – wzniósł rycerz z rodu Picard. Jego potomkowie zadomowili się tu na kolejne trzy stulecia. Około 1150 roku drugi albo trzeci z kolei Picard otoczył, niewielki raczej fort, kamiennym murem. Kolejny wiek później wszystko co znajdowało się wewnątrz murów, zrównano z ziemią i na tym fundamencie wzniesiono potężną, czterokondygnacyjną, kamienną basztę (keep) stojącą do dziś. Jej dwa środkowe piętra zajmowały wyposażone w duże okna i kominki apartamenty mieszkalne. Nad nimi urzędowali łucznicy, chroniący się prawdopodobnie w drewnianej galerii. W lochu zaś, jak to w lochu, trzymano zapewne rzezimieszków.

W efekcie, powstała twierdza, może nieszczególnie imponująca, ale spełniająca wszystkie wymogi militarne swoich czasów. Dowiodła tego skutecznie stawiając opór walijskim powstańcom podczas ich dwóch wielkich narodowych zrywów: Llywelyna Ostatniego pod koniec trzynastego wieku i Owaina Glyndwr w pierwszych latach piętnastego wieku. To drugie było jednocześnie ostatnim wielkim wydarzeniem, w którym Tretower Castle brał czynny udział. Stopniowo, jak większość średniowiecznych walijskich zamków, popadał w ruinę. Jego mieszkańcy przenieśli się tymczasem trzy kroki dalej, do dworu (court) w Tretower.

Tretower Court powstawał po cichu już od początku czternastego wieku. Były to jednak ciągle burzliwe czasy, więc nad wygodę dworskich, znacznie przestronniejszych wnętrz, przedkładano grube mury i ciasne, ale bezpieczne zamkowe komnaty. Dopiero kiedy na Pograniczu zapanował względny spokój, Picardowie spakowali dobytek w kosze i kufry i przenieśli się na salony. A właściwie salon. Jeden. Początkowo bowiem, Tretower Court składał się głównie z jednej wielkiej sali.

Umiarkowany komfort mógł zadowalać Picardów zmęczonych niewygodami życia w wilgotnych i ciemnych murach zamku, ale zdecydowanie nie wystarczał kolejnym właścicielom majątku w Tretower – rodzinie Vaughan.

Sir Roger Vaughan – pierwszy z rodu, który zamieszkał u stóp Black Mountains – dostał posiadłość w prezencie od swojego brata Sir Williama Herberta. Ten wpływowy szlachcic, mieszkający w potężnym zamku w Raglan, mógł sobie pozwolić na taki gest.

Nowi właściciele od razu wzięli się za remonty i przebudowy. Z jednej strony dostosowywali dwór do potrzeb sporej rodziny, z drugiej, starali się nadążać za modą. Trwało to przeszło sto pięćdziesiąt lat. Do, mniej więcej, lat trzydziestych siedemnastego wieku. Wtedy dwór uzyskał swój dzisiejszy kształt: cztery skrzydła zamykające wewnętrzny dziedziniec.

Dość wyraźnie daje się zauważyć brak jednej koncepcji i spójności architektonicznej dworu. Najstarsze, północne skrzydło, z niewielkimi oknami, galerią biegnącą wzdłuż piętra i nagromadzeniem przykładów doskonałej roboty ciesielskiej i snycerskiej, pamięta jeszcze późne średniowiecze. Pierwszy z Vaughanów rozbudował dwór dodając całą zachodnią kondygnację z wielką, reprezentacyjną salą i zapleczem kuchennym. Jego syn – Sir Thomas – zamknął dziedziniec murem od strony południowej i mieszkalną bramą od wschodu. Jego zasługą są też duże jakobickie okna w zachodnim skrzydle. W końcu, w czasie któregoś z kolejnych remontów, do południowego muru dobudowano kuchnie, spiżarnie i jeszcze większe zaplecze gospodarcze. Całość otaczały kwitnące ogrody i zielone, podmokłe łąki ze średniowiecznym zamczyskiem służącym jako altanka.

Najwyraźniej Vaughanom było w Tretower za ciasno, bo w osiemnastym wieku sprzedali posiadłość. Z czasem dwór przemienił się w farmę i, jak zgrabnie ujęto w niewielkim informatorze dostępnym na miejscu, “where ladies and gentlemen lived, lambs and gees moved in”, czyli, mówiąc bardziej dosadnie, szlachtę zastąpiła trzoda. Dopiero w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, towarzystwo historyczne z Brecon odkupiło posiadłość – i dwór, i zrujnowany zamek – ratując ją od całkowitego upadku. Dziś, w znacznym stopniu odrestaurowane, zarządzane przez CADW, Tretower stanowi obowiązkowy przystanek dla odwiedzających Black Mountains.

Przy okazji, można się stąd wybrać na kilka mniejszych, najbardziej na zachód wysuniętych wzgórz zaliczanych do Czarnych Gór: Cefn Moel, Mynydd Llangorse i Mynydd Troed. Te sięgające najwyżej pięciuset-sześciuset metrów malownicze samotne wzniesienia od głównego pasma Black Mountains oddziela głęboki wąwóz rzeki Rhiangoll i biegnąca jego dnem droga A479. Kiedyś malownicza trasa stanowiła ważną górską przeprawę. To między innymi do jej kontroli zbudowano zamek w Tretower. Północnego wejścia do wąwozu strzegł natomiast Castell Dinas.

Podobnie jak Hywel Dobry w dziesiątym wieku wykorzystał prehistoryczny fort na Table Mountain koło niedalekiego Crickhowell, tak dwa stulecia później, podbijający okolicę Normanowie skorzystali z przygotowanych półtora tysiąca lat przed ich przybyciem umocnień na zboczach Y Grib. Dzięki temu mogli od razu postawić murowany zamek zamiast drewnianej warowni. Castell Dinas (“castell” to po prostu walijski “castle”, czyli “zamek”) miał jednak wyjątkowego pecha. Mimo kamiennych murów, wież, baszt, mimo doskonałego położenia czterysta pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza (co czyni go najwyżej położonym zamkiem w Walii) i co najmniej sto pięćdziesiąt nad okolicą, zdobywano go i niszczono przy okazji wszystkich walijskich powstań i zrywów. Dzisiaj to mniej niż sterta kamieni i trzeba naprawdę sporej fantazji, by wyobrazić sobie jak zamek mógł wyglądać.

Zresztą, zaglądają tu głównie ci, którzy wspinają się, kolejnym szlakiem, na “dach Czarnych Gór” – Waun Fach. Dla nich Castell Dinas to przede wszystkim świetny punkt widokowy i dobre miejsce na piknik.

————————
Wstęp do Tretower Court and Castle jest płatny. Informacje praktyczne znajdziecie na stronie CADW.

————————

Ten tekst to część długiej wyprawy w Black Mountains, poprzednie i kolejne znajdziecie tu:

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 3.]

Najbardziej udeptane ścieżki Black Mountains za nami. Teraz zajrzymy do doliny rzeki Usk i leżącego nad nią Crickhowell, odwiedzimy kilka zagubionych w górach wiosek, oprzemy się o prehistoryczne kamienie i wdrapiemy do starożytnego fortu…

Samotny pasterz

Południową granicę Czarnych Gór wyznacza rzeka Usk, której głęboka dolina zaczyna się tuż za Abergavenny. Jej dnem, wzdłuż lewego brzegu rzeki, biegnie stara droga do Brecon. Równolegle do prawego brzegu natomiast, wije się cienka wstążka Monmouthshire and Brecon Canal – jednego z dłuższych kanałów na Wyspach. Ten wodny szlak, zbudowany pod koniec osiemnastego wieku, łączy górskie Brecon z położonym nad brzegiem Kanału Bristolskiego Newport.

Monmouthshire and Brecon Canal

W tej okolicy warto rozglądać się za… kamieniami. Szczególnie dwoma. Pierwszy z nich, wspaniały, wysoki na ponad cztery metry The Growing Stone (czyli po prostu “Rosnący Kamień”), to prehistoryczny menhir. Stoi tuż przy drodze, ale, niestety, można tylko na niego popatrzeć z daleka. Bliższy kontakt, albo fotografowanie może być ryzykowne, bo kamień “wyrósł” na terenie bazy wojskowej. Chociaż, spróbować nie zaszkodzi…

The Growing Stone

Żeby znaleźć drugi z nich, trzeba najpierw pobłądzić trochę wąskimi drogami wspinającymi się na zbocza Mynydd Llangatwg, a później wdrapać się jeszcze kilkaset metrów stromą ścieżką wśród gęstych paproci, do nieczynnych od dawna kamieniołomów. Tu, na krawędzi urwiska o wdzięcznej walijskiej nazwie Disgwylfa, stoi “Samotny Pasterz”.

The Lonely Shepherd

The Lonely Shepherd nie jest typowym megalitem na jaki wygląda. W zasadzie w ogóle nim nie jest. Gdyby jednak nim był, świetnie potwierdzałby powtarzaną tu i ówdzie teorię, jakoby standing stones powstawały przez odłupanie zbędnych skał dookoła. Bo tak właśnie powstał. Tyle że nie pięć tysięcy lat temu, a zaledwie sto z kawałkiem, może dwieście. Trzymetrowy wapienny blok zostawili po prostu robotnicy, by właściciel kamieniołomów mógł z dołu oceniać wydobycie.

The Lonely Shepherd

Niezbyt może romantycznie, ale dzięki temu, dziś, wschodnie zbocze Mynydd Llangatwg łatwo znaleźć na pocztówkach. Poza tym, dobrze się o coś oprzeć spoglądając czterysta metrów w dół, w Dolinę Usk, czy na kształtny stożek Sugar Loaf niemal dokładnie na przeciwko. Kto wie, może “Samotny Pasterz” poczuje się trochę mniej samotny? Ale uwaga! W noc świętojańską Loneley Shepheard ma wychodne.

Dolina Usk z majaczącym w chmurach Sugar Loaf

Zgodnie z miejscową legendą, pasterz był kiedyś człowiekiem. Okrutnym farmerem, który tak długo znęcał się nad swoją połowicą, aż nieboraczka rzuciła się w nurt rzeki Usk i utonęła. Rozzłoszczony Stwórca zaklął okrutnika w kamień. Dopiero wtedy obudziły się w nim wyrzuty sumienia. I teraz, raz do roku, w najkrótszą z nocy, farmer schodzi nad brzeg rzeki w poszukiwaniu żony-topielicy. Na próżno. Nad ranem wąską ścieżką wśród gęstych paproci, wraca na miejsce swojej samotnej pokuty. Może za rok?

Dyskretny urok prowincji

Jeśli któreś z miasteczek przyklejonych do zboczy Black Mountains zasługuje na miano klejnotu samego w sobie, zdecydowanie jest to Crickhowell. Hay ma swój festiwal literacki – wydarzenie wielkie i o międzynarodowej sławie – plus dziesiątki księgarni, ale to oferta w założeniu dla przyjezdnych. Podobnie w przypadku Abergavenny, jego cotygodniowego targu i dorocznej uczty smakoszy. Crick – jak nazywają swoje miasto miejscowi – ma co prawda Green Man Festival, jeden z najprężniej rozwijających się przeglądów folkowych w Wielkiej Brytanii, ale to impreza, mimo wszystko, dość niszowa.

(Gruff Rhys to przykład walijskiego artysty, jakiego można spotkać na festiwalu)

Tym co wyróżnia Crickhowell jest ledwie uchwytny czar typowego walijskiego market town. Być może prowincjonalnego, ale wolnego od kompleksów. Gdzie czas płynie leniwie jak szeroka i płytka Usk River, a czasami, gdzieś w zakamarkach bocznych uliczek, zupełnie się zatrzymał.

Crickhowell Bridge

Od strony Mynydd Llangatwg i okrutnego “Samotnego Pasterza”, do Crick wjeżdża się przez ponad trzystuletni kamienny most przerzucony nad rzeką Usk – jeden z najdłuższych kamiennych mostów w Walii. “Czary” zaczynają się już tu. Oglądany od strony miasta, most ma trzynaście przęseł, ale jeśli spogląda się na niego z drugiego brzegu rzeki, już tylko dwanaście. Zjawisko to można wygodnie obserwować z ogródka pubu Bridge End. Wiekowy zajazd, w którym kiedyś pobierano opłaty za korzystanie z mostu, słynie w okolicy z, nieziemskich rzecz jasna, dań wegetariańskich.

Crickhowell Bridge

Spod Bridge End, zabudowana ciasno kolorowymi domami Bridge Street, pnie się stromo w górę do centrum miasteczka, gdzie rozgałęzia się na High Street – główną ulicę Crick – i wąski zaułek prowadzący na wzgórze zamkowe.

Crickhowell Castle

Ruiny Crickhowell Castle – to sprawka wspominanego już Owaina Glyndwr i jego kompanii, co w tych stronach nie dziwi – raczej nie imponują, ale warto pamiętać, że kiedyś była to zupełnie przyzwoita twierdza. Pod koniec trzynastego wieku, w miejsce starego, ziemno-drewnianego fortu, wybudowało ją małżeństwo królewskich stronników Sybil Tuberville i Sir Grimbold Pauncefote. Para najwyraźniej dobrana i kochająca się, bo kiedy Sir Grimbold cały i zdrów wrócił z jednej z krucjat, Lady Sybil z radości i w podzięce, ufundowała miasteczku kościół. Siedemset lat później, szpiczasta wieża Saint Edmund’s Church stojącego kilka ulic od zamku, stanowi punkt orientacyjny miasta, w którym nie można się zgubić.

Uliczki Crickhowell

Warto za to na chwilę zapomnieć się w sklepach przy High Street i sąsiednich uliczkach. Starych rodzinnych biznesach: cukierniach, warzywniakach i sklepach-rupieciarniach pachnących strychem dziadków, które powoli znikają z krajobrazu większych miast. Nie tylko zresztą w Wielkiej Brytanii. Mniej nostalgicznych gości, ofertą skusić powinny sklepy ze sprzętem outdoorowym. W końcu Crickhowell wciśnięte jest pomiędzy Black Mountains a Brecon Beacons – porządne buty i wodoodporna kurtka mogą się przydać.

Uliczki Crickhowell

Można też wpaść gdzieś na filiżankę kawy albo kufel real ale – produkowanego na miejscu tradycyjnego piwa. Bo Crick trzeba cieszyć się powoli. Trudno mówić o zwiedzaniu. Po prostu się tu jest i… chciałoby się zostać jeszcze chwilę.

A trochę marginesie, skoro jesteśmy w górach… Niewielu zapewne wie, że najsłynniejszym synem Crickhowell jest Sir George Everest. Kartograf i geodeta, który użyczył nazwiska górze-wszystkich-gór, przyszedł na świat w 1798 roku w niewielkiej, stojącej do dziś posiadłości Gwern-vale, na przedmieściach Crick. Może to właśnie oglądane codziennie z okna wzgórza Black Mountains zainspirowały młodego Georga do wyboru takiej a nie innej ścieżki kariery?

Fort zdobyty!

W panoramie Czarnych Gór oglądanej z Crickhowell, pierwszy plan zajmuje wyrastająca na 451 metrów – czyli mniej więcej czterysta ponad miasteczko – Tabel Mountain. Na jej płaskim szczycie znaleźć można pozostałości Crug Hywel – Fortu Hywela, od którego nazwę zapożyczyło.

Crug Hywel

Hywel, rządzący w dziesiątym wieku, był jednym z pierwszych walijskich wodzów, którego autorytet uznawano w prawie całym kraju. Jego niespełnioną życiową misją było stworzenie jednolitego i silnego państwa. Udało mu się za to skodyfikować szereg zasad regulujących najróżniejsze aspekty ówczesnej rzeczywistości. Od stosunków feudalnych, przez prawa kobiet, aż po status kotów domowych. Kodeksy, znane jako “Prawo Walii”, obowiązywały jeszcze wiele stuleci po śmierci ich autora. A on sam przeszedł do historii jako Hywel Dda – Hywel Dobry.

Crug Hywel

Ale fort, choć nosi imię celtyckiego wodza, powstał prawdopodobnie co najmniej tysiąc lat wcześniej. Jest to jedna z najlepiej zachowanych osad z epoki żelaza, z wyraźnie widocznymi wysokimi wałami i kamiennymi umocnieniami.

Crug Hywel

Zdecydowanie większe wrażenie, szczególnie na tych mniej zainteresowanych (pre)historią, robią jednak widoki jakie rozciągają się z Crug Hywel. Jak na dłoni widać stąd Crick i kilka mniejszych osad Doliny Usk, a dalej kolejne pasma Brecon Beacons National Park.

Crug Hywel i Sugar Loaf

Z drugiej strony, na wschodzie, majestatycznie wznosi się do złudzenia przypominający wulkan Sugar Loaf. Ledwie dostrzegalne kilka dachów u jego stóp to Llangenny – prastara, sympatyczna wioska przyklejona do brzegów Grwyne Fawr. Choć dziś mieszka tu niespełna sto osób, w jej centrum stoi całkiem spory średniowieczny kościół poświęcony celtyckiemu świętemu imieniem Ceneu. Dwa kroki dalej, przy starym moście, spragnionych i głodnych wędrowców czeka cieszący się dobrą opinią zajazd The Dragon’s Head Inn. Błotnistą ścieżką wzdłuż rzeki można stąd dojść do “Ołtarza Druidów” – Druid’s Altar – półtorametrowego megalitu, kolejnej pamiątki po prehistorycznych mieszkańcach tych stron.

Llanbedr w cieniu Sugar Loaf

Trochę bliżej, wśród pól i żywopłotów wyznaczających górskie drogi i miedze, widać kamienną wieżę kościoła Świętego Piotra w Llanbedr. Tu zaczyna się najkrótszy, ale forsowny szlak na Table Mountain i dalej, na siedemsetmetrowy Pen Cerrig-Calch, Mynydd Llysiau, aż po Waun Fach – sam czubek Black Mountains. Z Llanbedr warto też wybrać się w górę rzeki Grwyne Fechan. Do jej bezludnej i nie mniej malowniczej niż siostrzana Grwyne Fawr doliny.

Dzikie konie na zboczach Pen Cerrig-Calch

Z samego fortu też odchodzi kilka szlaków. Jeden z nich, wąska owcza ścieżka wśród wrzosów i skalnych rumowisk na zboczu Pen Cerrig-Calch, prowadzi dwa-trzy kilometry na zachód do Cwm Mawr. Stąd, z niewielkiego urwiska, doskonale widać kolejną perłę zagubioną w Czarnych Górach – Tretower.

Afan Forest Park – na nogach i rowerem

mapka-afanAfan Forest Park, znany też jako Afan Argoed Country Park [wym. awan argojd],  znajduje się w hrabstwie Neath Port Talbot w południowej Walii mniej więcej w pół drogi z Maesteg do Port Talbot. Nazwa Afan Argoed w dosłownym tłumaczeniu z walijskiego oznacza rzekę przy lesie i jest jak najbardziej adekwatna. Są lasy, jest dolina, dnem której płynie rwąca rzeka; a wszystko razem otacza wianuszek niewysokich ale malowniczych wzgórz.

Park służy tak wędrowcom jak i rowerzystom; jest znany w całym kraju ze swoich znakomitych wyspecjalizowanych tras123 rowerowych dla ‚górali’. Szlaki charakteryzuje zróżnicowana trudność, czyli dla każdego coś miłego. Kiedyś w tej okolicy kwitł przemysł, po którym pozostało sporo śladów, np. pozostawione tu i ówdzie malownicze perony kolejowe, nieczynne wiadukty, metalowe mosty itp

Park jest świetnie zorganizowany. Operuje w nim kilka centrów turystycznych, z których najważniejsze to Afan Forest mapka-afan21Park Visitor Centre. Parking przy nim kosztuje obecnie £1 za cały dzień; przy parkingu są ubikacje, prysznice oraz możliwość umycia roweru (rowerzyści górscy na pewno docenią tę informację). W centrum działa kafeja oraz mini muzeum górnictwa (częściowo na zewnątrz) jak DSC_0066również punkt informacyjny. Możliwe jest zakwaterowanie bez wyżywienia. Drugim centrum jest Glyncorrwg Mountain Bike Centre we wsi Glyncorrwg, oferujące m.in. pole namiotowe usytuowane w pięknych okolicznościach przyrody, kafeję, sklep ze sprzętem rowerowym, itp. Kolejnym miejscem z którego można zacząć spacery to Rhyslyn Car Park w miejscowości Pontrhydyfen, znanej głównie z tego, że urodził się w niej Richard Burton (ten od Elizabeth). Fakt posiadania celebryty nie jest jakoś niesamowicie wyzyskiwany przez wieś; wytyczono szlak imienia Burtona, postawiono metalową rzeźbę, a w jednym z miejsc piknikowych stoi głośnik z którego dobiega charakterystyczny głos aktora czytającego poemat Dylana Thomasa, walijskiego poety narodowego.

13Oprócz lokalnej celebryckiej ciekawostki ta okolica oferuje również bardzo ładne leśne szlaki spacerowe, w typ japoński ogród (czy może raczej park), szczególnie atrakcyjny jesienią.

5

Nie będę podawać tu szczegółów tras, bo wydaje mi się, że najlepiej jak każdy sam stopniowo zorientuje się co i jak, czy woli odkrywać park na nogach, czy jednak skorzystać z tras rowerowych, i czy bardziej go interesuje wspinanie się na górki czy spacer przez las. Poza tym informacje o szlakach i trasach można otrzymać w Centrum albo znaleźć na stronie internetowej Parku (podaję poniżej). Jeśli już zupełnie nie wiesz dokąd pójść, po wyjściu z parkingu i stojąc twarzą do kafei skieruj się prawo, a następnie przejdź pod mostem (na zdjęciu u samej góry). Znajdziesz tam kilka drogowskazów, na początek możesz po prostu iść asfaltową dróżką w prawo. Uważaj na wyspecjalizowane ścieżki dla rowerzystów, mają oni na nich pierwszeństwo  i generalnie najlepiej je omijać, bo tzw. pasjonaci często gnają po nich na złamanie karku.

Afan Forest Park

56dsc_0040

Wisienka na torcie Pembrokeshire

Oto wisienka na torcie Pembrokeshire – Tenby.  Z dumą stwierdzam, że słynne kurortowe miasteczko nie jest obce młodej polskiej emigracji; byłam tam już kilka razy, i zawsze w ogólnym gwarze dało się wychwycić  szeleszczenie mowy ojczystej, uszlachetnione tu i ówdzie wdzięczną i jakże bliską naszym polskim sercom łaciną.

Początki miasteczka sięgają XII wieku, u zarania było zaledwie niedużym portem rybackim (aczkolwiek dość prężnym, podobno do Tenby przybył pierwszy transport pomarańczy w Walii, taka ciekawostka). Walijska nazwa miasteczka to Dinbych-y-Pysgod, co oznacza właśnie małe miasto/fortecę obfitującą w ryby. W czasach wiktoriańskich Tenby odkryły bogatsze warstwy społeczeństwa i szybko zaadoptowały jako kurort letniskowy inwestując w jego rozwój znaczne środki płatnicze i tworząc między innymi landrynkowe nadbrzeże, ikonę wśród krajobrazów Walii. O bogatej przeszłości Tenby świadczą także efektowne mury miejskie.

W dzisiejszych czasach Tenby pozostaje ulubionym kurortem wakacyjno-weekendowym Walijczyków. Oferuje wszelkiego rodzaju zakwaterowanie, restauracje i kawiarnie, kolorowe sklepy ze słodyczami; w sezonie otwierają swe podwoje rozmaite kluby i klubiki, oraz inne szemrane przybytki, w których usłużnie uwolnią cię od posiadanej waluty. Wszędzie dookoła znajdują się tereny zielone okraszone ławeczkami z widokiem na morze. Potężne odpływy odsłaniają malownicze piaszczyste plaże i osadzają na piasku kolorowe kutry rybackie. Na jednej z plaż usytuowana jest mała wysepka-skała z nieciekawą budowlą na szczycie – podobno właśnie do tej ‘twierdzy’ może odnosić się walijska nazwa miasteczka. Czasem przy odpływie właściciel udostępnia ją zwiedzającym. Istotna informacja o samych plażach: wszystkie od lat posiadają symbol niebieskiej flagi, co oznacza, że są najwyższej czystości/jakości.

Jedną z dodatkowych atrakcji Tenby jest możliwość wykupienia wycieczki-rejsu na pobliską wyspę Caldley, którą od niemal tysiąca lat zamieszkuje zakon Cystersów.

Warto zaplanować sobie cały dzień w Tenby, a jeszcze bardziej warto zostawić sobie je na deser po spacerach klifami Pembrokeshire – wyjątkowej urody linia brzegowa tej części kraju wchodzi w skład jednego z trzech walijskich parków narodowych.

Uwaga, w szczycie sezonu przy szczególnie ładnej pogodzie parkowanie może okazać się pewnym problemem, pomimo ogromnego parkingu na końcu głównej nadmorskiej ulicy oraz wielkiego multistorey parkingu w centrum. Najlepiej przyjechać do Tenby w miarę wcześnie.