Category Archives: zabytki

Woodstock for the mind

Spośród “wrót” Czarnych Gór – to obowiązkowy przydomek wszystkich okolicznych miasteczek – na bardzo dobry początek zdecydowanie najlepiej wybrać Hay-on-Wye. To maleńkie graniczne miasteczko przyklejone do łagodnych zboczy doliny rzeki Wye jest doskonałym przykładem tego, jak na dobrym pomyśle i niezwykłym uporze zbudować kapitał i prawdziwą lokalną wspólnotę.

Hay-on-WyeZanim jednak w Hay zapanowała ogólna sielanka, jak to na Pograniczu, bywało tu burzliwie. Miasteczko regularnie palono i plądrowano. Nie oszczędzali go ani walijscy patrioci, ani chciwi pograniczni lordowie, ani angielscy władcy. Gdy w końcu nastał pokój, w Hay na dobre zadomowił się marazm, przerywany jedynie cotygodniowym targiem i wizytami dżentelmenów w cylindrach i dam z parasolami, którzy na szerokim brzegu River Wye urządzali sobie pikniki podczas, modnych swego czasu, rzecznych wycieczek.Y Gelli, jak z walijska nazywa się Hay-on-Wye (i co brzmi zdecydowanie bardziej zagadkowo niż wygląda w druku!), ze swoimi wąskimi i krętymi uliczkami zabudowanymi domami wyciętymi z kolorowych bajek, przyrosło o niewielkiego wzgórza zamkowego. Podobnie jak miasteczko, Hay Castle nie miał szczęścia. Wybudowany około 1200. roku przez Williama de Breos II, już w 1216 roku został zniszczony przez króla Jana, a gospodarz ratował się ucieczką do Francji.

William uchodził za jeden z najbardziej parszywych charakterów swojej epoki, co tłumaczy królewską zawziętość. Ta jednak blednie przy uporze lordowskiej małżonki Maud de St. Valery – znanej też jako Moll Wallbee – która, zgodnie z legendą, odbudowała zamek w ciągu jednej nocy, dźwigając kamienie w fartuchu. Być może to tak bardzo rozsierdziło króla Jana, że – wspominając inną, nieco mniej romantyczną legendę – zagłodził Maud i jej najstarszego syna, zamurowując ich żywcem w murach Windsoru. Jak było naprawdę, nie wie nikt. Wiadomo za to, że niedługo później, zamek podpalił książę Llywelyn ap Gruffydd.

Hay Castle

Dwieście lat później, zubożałe miasteczko i podupadły zamek, strawił pożar ostatniego wielkiego powstania Walijczyków prowadzonych przez Owaina Glyndwr.

Kolejne dwa wieki później, wykorzystując ruiny normańskiej warowni, wzniesiono szlachecki dwór. Ale i ten miał pecha. I do pożarów, i do właścicieli. Aż do początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zrujnowany zamek kupił Richard Booth. Odtąd nic już nie było takie jak dawniej…

Zielono mi!

Booth przyjechał na prowincję z niezwykłą i, mówiąc delikatnie, ekscentryczną wizją stworzenia miasteczka antykwariatów. Albo raczej książkowych secondhandów, żeby pozbyć się ekskluzywnych skojarzeń. Jego pierwsza księgarnia – otwarta w 1961 roku – szybko wyrosła na największy tego typu sklep w Europie.

Zachęceni sukcesem Richarda, do miasteczka zaczęli ściągać kolejni antykwariusze i bukiniści, co zaowocowało przemianą Hay w osobliwe “Miasto Książek” – Town of Books. Dziś, po pół wieku, w niespełna dwutysięcznym miasteczku działa około trzydziestu księgarni. I, bynajmniej!, nie mówimy o małych przytulnych sklepikach, choć i takie oczywiście się tu znajdą. W Hay dla książek przeznaczono całe domy – w kilku z nich handluje się od piwnic po strych – kino i częściowo wyremontowany zamek. Według tylko pobieżnych szacunków, każdego dnia na poszukiwaczy skarbów czeka przeszło milion (!!!) książek. Na każdy niemal temat: od dadaizmu po fizykę jądrową, i na każdą kieszeń: od trzydziestu pensów wrzucanych do tak zwanych honesty boxes, do tysięcy funtów za rzadkie starodruki.

hay003

Sukces jakim okazało się “Miasto Książek” najwyraźniej nie w pełni usatysfakcjonował Richarda Bootha. Marzył o czymś jeszcze większym. I sobie wymarzył. Pierwszego kwietnia 1977 roku ogłosił powstanie niezależnego Królestwa Hay. Siebie oczywiście osadzając na tronie. Choć był to tylko primaaprilisowy żart, król Richard wciąż cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród “poddanych”, służy radą, rozdaje tytuły szlacheckie, wymyśla coraz to nowe sposoby rozwoju i promocji swojego małego królestwa, a w wolnych od monarszych obowiązków chwilach pisuje pamflety ośmieszające państwową biurokrację.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć władcę książkowego królestwa z bliska, niech zajrzy do zamkowego antykwariatu. Starszy dżentelmen w pogniecionej marynarce, przysypany stertą papierów, to właśnie on.

Haj w Hay

W naturalny sposób, przesiąknięta zapachem farby drukarskiej i kurzu atmosfera Hay-on-Wye przyciąga intelektualną śmietankę Wielkiej Brytanii (i nie tylko). By stworzyć dla nich platformę wymiany myśli, w 1988 roku powołano do życia Hay Festival. Literacka w założeniu impreza, z czasem ewoluowała w niezwykłą, dziesięciodniową kulturalną ucztę pisarzy, polityków, dziennikarzy, wydawców, artystów sztuk wszelkich i, rzecz jasna, niecodziennej publiczności.

Według New York Timesa, to “najbardziej prestiżowy festiwal anglojęzycznego świata”. Bill Clinton natomiast, który był gościem jednej z edycji Hay Festival, określił go jako “Woodstock dla umysłu”. Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Może jedną rzecz.

Od lat w programie festiwalu, obok prelekcji, dyskusji, wystaw i koncertów, figurują piesze rajdy po okolicy. Choć trudno w to uwierzyć, bilety na nie znikają w pierwszej kolejności! Już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem imprezy. Skąd to niezwykłe zainteresowanie? Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko. W zasadzie, wystarczy ruszyć się dwa kroki za miasto.


The Three Castles – Grosmont Castle

Choć od przeszło pięciuset lat stoją w ruinie, Trzy Zamki wciąż przypominają burzliwe dzieje walijsko-angielskiego Pogranicza. Wrośnięte w łagodny krajobraz wschodniego Monmouthshire, opowiadają o podboju, nietrwałych fortunach, królach, baronach i czasach, gdy tylko grube mury kamiennych twierdz dawały namiastkę poczucia bezpieczeństwa.

Trzy Zamki, czyli Pogranicze w ogniu

Żyzne niziny południowo-wschodniej Walii od wieków stanowiły łakomy kąsek dla każdego, kto rządził Wielką Brytanią. Tu chętnie osiedlili się pierwsi mieszkańcy Wysp, wyparci z czasem przez Celtów, których z kolei spacyfikowali Rzymianie. I w tym kierunku ruszyła ekspansja Normanów, którzy po zwycięstwie pod Hastings w 1066 roku, zaczęli podporządkowywać sobie Brytanię. Problem w tym, że tę urodzajną krainę od Anglii oddziela trudna do przebycia naturalna granica. Z jednej strony, od północy, wyrastają Czarne Góry, w owych czasach porośnięte jeszcze gęstymi dębowymi lasami. Na południu zaś, w swojej głębokiej dolinie o klifowych ścianach, wije się rzeka Wye. Jedynie wąski przesmyk niewielkich wzgórz pomiędzy dzisiejszymi miasteczkami Monmouth i Abergavenny łączy “ogrody Gwent” z resztą świata. Kto go kontrolował – mógł panować nad Południową Walią.

Panorama PograniczaDoskonale wiedział o tym William FitzOsbern (fitz Osbern), jeden z najbliższych stronników Wilhelma Zdobywcy i earl ówczesnego Herefordshire, któremu powierzono zadanie rozszerzenia nowego królestwa na zachód. Prawdopodobnie to właśnie on wpadł na pomysł, by w promieniu zaledwie kilku kilometrów zbudować trzy forty strzegące newralgicznego przesmyku. Tak zaczęła się historia The Three Castles – Trzech Zamków: Grosmont, Skenfrith i White – odtąd zawsze już wymienianych jednym tchem.Trzy Zamki

Po pierwszej fali podboju, na mniej więcej sto lat na Pograniczu zapanował spokój. Tyle czasu potrzebowali Walijczycy, żeby w końcu przestać rywalizować o władzę w swoich małych księstwach, pozbierać się do kupy i z dziką siłą ruszyć na okupantów. Zaczęli od spalenia zamku w Abergavenny i zabicia szeryfa Hereford wizytującego graniczne garnizony. Anglicy (czy raczej wciąż jeszcze Normanowie?), którzy na tych ziemiach stanowili zdecydowaną mniejszość, postanowili się “okopać”. W 1201 roku, król Jan podarował Trzy Zamki swojemu zaufanemu człowiekowi, hrabiemu Hubertowi de Burgh, a ten przez prawie czterdzieści lat budował, przerabiał i dostosowywał je tak do obrony, jak i do mieszkania.

Grosmont Castle – Oczko w głowie hrabiego de Burgh’a

Chociaż de Burgh miał kilkanaście zamków, a jego posiadłości rozrzucone były po dwudziestu siedmiu hrabstwach królestwa, wyraźnie faworyzował Trzy Zamki. Szczególnym zaś uczuciem darzył Grosmont. Na miejscu drewniano-ziemnego fortu pamiętającego czasy podboju, wybudował kamienne apartamenty z wydzieloną, luksusową jak na owe czasy, częścią mieszkalną, po czym… stracił zamek. I to w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach! Pod koniec 1203 roku, hrabia Hubert, dzielny rycerz, ruszył na wojnę do Francji bić się za swojego króla. Dowodził zamkiem Château de Chinon, podczas trwającego rok oblężenia. Pech chciał, że trafił do niewoli. Na całe dwa lata. W tym czasie, król Jan… oddał The Three Castles Williamowi de Barose, znanemu z niepohamowanej chciwości lordowi Abergavenny. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że obaj szlachcice, mówiąc delikatnie, nie przepadali za sobą.Zamek GrosmontFortuna kołem się jednak toczy. Po powrocie z niewoli, de Burgh nie tylko szybko odzyskał wpływy i pozycję, ale awansował na stanowisko justicar’a – pozycję, której dziś odpowiadałby premier rządu. Dodatkowo, w 1216 roku, zwycięską obroną zamku Dover przed Francuzami prawdopodobnie uratował Anglię przed podporządkowaniem sąsiadowi z kontynentu. Nie mogło stać się inaczej i wkrótce Trzy Zamki wróciły do hrabiego.

Zamek GrosmontZ lat wojaczki, oprócz blizn i glorii zwycięzcy, de Bugh przywiózł też sporo wiedzy i doświadczeń, które teraz chciał wykorzystać w swoich zamkach. W Grosmont, drewnianą palisadę otaczającą dziedziniec zastąpił wysokim murem z blankami i trzema potężnymi wieżami na każdym rogu. Do zwodzonego mostu strzegącego wejścia, dobudował zaś dwupiętrową bramę. Ciekawostka: wszystkie trzy wieże miały głębokie piwnice, służące zapewne za magazyny, na wypadek długiego oblężenia. Najwyraźniej obrona Château de Chinon na długo zapadła hrabiemu w pamięci.

Ale nie głodem wzięto zamek. Ambicje Huberta de Burgh musiały przysparzać mu wielu wrogów, bo powoli tracił wpływy na dworze, aż w końcu, w 1239 roku, na dobre stracił wszystkie Trzy Zamki. Niemniej, można uznać, że praktycznie wszystko co przetrwało w Grosmont do dzisiejszych czasów, to efekt modernizacji de Burgh’a.

Zamek GrosmontKilka późniejszych, kosmetycznych zmian, głównie upiększających i ułatwiających codzienne życie w zamku, to zasługa kolejnych właścicieli Grosmont – rodziny Lancaster. W 1254 roku król Henryk III, oddał Trzy Zamki, wraz ze wszystkimi walijskimi posiadłościami, swojemu najstarszemu synowi Edwardowi. Temu, który ostatecznie podporządkował Walię Londynowi, otaczając ją pierścieniem kamiennych twierdz, a który do historii przeszedł jako “młot na Szkotów” (niezbyt przychylnie sportretował go Mel Gibson w swojej superprodukcji Braveheart). Edward nie cieszył się nimi jednak zbyt długo. Nabrał trochę doświadczenia, po czym wybrał się na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej i wrócił z niej już jako król Anglii. The Three Castles przypadły jego młodszemu bratu Edmundowi, hrabiemu Lancaster.

Lancasterowie urzędowali w Grosmont przez kolejne sto lat. Do istniejących apartamentów, w miejsce jednej z wież, dobudowali kolejne, po których do dziś pozostały tylko fundamenty i… imponujący, ozdobny komin. Wzmocnili i unowocześnili też lekko obronę zamku, ale nie były to zmiany znaczące. Na Pograniczu zapanował spokój, więc nie było szczególnej potrzeby, by szykować się na wojnę. Grosmont stał się bardziej lordowską rezydencją niż fortecą. W dodatku rezydencją prowincjonalną, oddaloną od świata wielkiej polityki. Z czasem, coraz rzadziej odwiedzany, zamek zaczął popadać w zapomnienie.

GrosmontPo raz ostatni na kartach historii Grosmont pojawia się na początku piętnastego wieku. W 1404 roku bezskutecznie oblegali go powstańcy Owaina Glyndŵr walczący o uwolnienie Walii spod angielskiego panowania. Rok później zamek próbował zdobyć syn Owaina, Gruffyd, ale i jemu się nie powiodło. Swoją drogą, skoro walijskim insurgentom udało się zdobyć potężne edwardiańskie fortece w Harlech i Aberystwyth, a spod Grosmont odjeżdżali ze spuszczonymi głowami, duch Huberta de Burgh musiał w zaświatach pękać z dumy.

Pękać, niestety, zaczęły też zamkowe mury. Po incydencie z Walijczykami, Grosmont Castle opustoszał na zawsze. Powoli stawał się romantyczną ruiną, miejscem schadzek i składem materiałów budowlanych dla mieszkańców miasteczka, które przez stulecia rozwijało w jego bezpiecznym cieniu. Miejscowe legendy mówią nawet, że w średniowieczu, w całej Południowej Walii, z Grosmont równać mogły się jedynie Abergavenny i Carmarthen. Gdy jednak walijscy powstańcy nie mogli zdobyć zamku – spalili miasto. Według księcia Henryka – późniejszego króla Henryka V – który na czele angielskiego wojska ruszył z Hereford na odsiecz Grosmont, spłonąć mogło nawet sto domów. To prawdopodobnie więcej niż stoi ich dziś w uroczej i cichej wsi, jaką się stało.

Dawny ratusz w GrosmontWsi z jednym jedynym sklepem, w którym obok węgla w workach i proszku do prania, można kupić swojską kaszankę, ciastka pieczone przez sąsiadkę i cały zastaw książek o Trzech Zamkach. Da się też stąd wysłać pocztówki z pozdrowieniami (koniecznie z zamkiem, albo okolicznymi krajobrazami!), bo w sklepie wydzielono miniaturową pocztę z zupełnie osobnym okienkiem. Dwa kroki dalej, pub The Angel Inn, zaprasza na przekąski i lokalne napitki. W dawnym, zbudowanym w 1832 roku ratuszu (chociaż to trochę duże słowo), tuż obok pubu, urządzono niewielki, otwarty punkt informacji turystycznej, gdzie można zapoznać się z trasami okolicznych szlaków i najciekawszymi atrakcjami Pogranicza. A gdy wszystkie ziemskie sprawy zostaną już załatwione, warto zajrzeć na chwilę do kościoła Świętego Mikołaja z Miry.

Saint Nicholas' ChurchSaint Nicholas Church to jeszcze jedna, obok zamku, pamiątka po dawnej świetności Grosmont. Duży, zdecydowanie zbyt duży, jak na wiejską parafię kościół wybudowano za czasów hrabiego de Burgha dla potrzeb zamkowego garnizonu. Ośmioboczna wieża i kilka mniejszych dodatków, to zasługa Edmunda Crouchbacka – hrabiego Lancaster, który w drugiej połowie trzynastego wieku przebudował kościół specjalnie dla swojej matki, pobożnej królowej Eleonory Prowansalskiej.

W środku uwagę zwraca przede wszystkim ogromna nawa ze stropem wspartym na dwóch rzędach arkadowych łuków. Oddzielona od reszty kościoła – wykorzystywanej do ceremonii religijnych – odznaczająca się podobno fantastyczną akustyką, służy dziś mieszkańcom Grosmont jako miejsce spotkań. Tu organizuje się wiejskie festyny dożynkowe (tak, tak, to nie tylko polska domena!), imprezy charytatywne i wszelkie zebrania lokalnej społeczności.

Kościół Świętego Mikołaja z Miry w Grosmont

Grosmont to też doskonałe miejsce dla tych, którzy uprawiają, coraz ostatnio popularniejszy, setjetting, czyli podróże szlakiem planów filmowych. W 2006 roku, ekipa Garetha Lewisa nakręciła tu bardzo przyzwoitą komedię kryminalną The Baker. W roli tytułowego piekarza (uwaga! pozory mylą!) wystąpił brat reżysera – Damian Lewis, znany przede wszystkim z roli majora Wintersa w serialu Kompania Braci. Klimat filmu tworzą jednak głównie aktorzy drugo- i trzecioplanowi, jak choćby Dyfan Dwyfor, Gwenno Dafydd czy Rhodri Meilir. Dziwacznie brzmiące nazwiska gwarantują powiew świeżości, genialny (!!!) południowo-walijski akcent i masę zabawy.

Remember, remember the fifth of November…

Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta,
Gdy spisek wykryto prochowy.
Piątego listopada wydała się zdrada
W pamięci tę datę zachowaj…

Bonfire Night (święto znane również jako: Guy Fawkes Night, Guy Fawkes Day, Firework Night, a po polsku jako Dzień Guya Fawkesa), to jedno z najhuczniej i najbardziej spektakularnie obchodzonych brytyjskich świąt. Upamiętnia wykrycie tzw. spisku prochowego (Gunpowder Plot), zawiązanego przez katolików i mającego na celu zamordowanie króla Jakuba I. Trzeba przyznać, że spiskowcy mieli fantazję! W podziemiach parlamentu zgromadzili 36 beczek prochu, które planowali wysadzić podczas inauguracyjnej sesji Izby Gmin. Oprócz króla, w zamachu zginęłaby praktycznie cała elita kraju – szlachta, biskupi i wszyscy obecni posłowie.

Spisek wykryto w nocy z 4 na 5 listopada 1605 roku. Beczek pilnował akurat Guy Fawkes i to on stał się “twarzą” spisku, choć w rzeczywistości na jego czele stali Thomas Percy i Robert Catesby. W wyniku śledztwa aresztowano ośmiu spiskowców (w sumie było ich trzynastu, ale część zginęła przy próbach aresztowania), których po krótkim procesie skazano na śmierć przez powieszenie, utopienie i poćwiartowanie! Wyrok wykonano 30 stycznia 1606 roku.

Żeby uczcić ocalenie króla, wokół Londynu zapłonęły dziesiątki ognisk. Ten wybuch spontanicznej radości w styczniu 1606 roku przekuto w prawo nakazujące taki właśnie sposób dziękczynienia za wykrycie spisku. Przez lata Bonfire Night była okazją do manifestowania antykatolickich sentymentów. Protestanccy kaznodzieje wygłaszali odpowiednie kazania, lud palił kukły papieża, a tu i ówdzie dochodziło do zamieszek. Dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku święto ostatecznie odarto z religijnej otoczki. Dziś to przede wszystkim okazja do towarzyskich zabaw (na wsiach mieszkańcy spotykają się przy wielkich ogniskach) i spektakularnych pokazów sztucznych ogni.

W Walii przynajmniej kilka corocznych pokazów zasługuje na uwagę. Duże (czasem płatne, a czasem darmowe) odbywają się oczywiście w Cardiff, Swansea i innych większych miastach. Ale warto odwiedzić też zamki w Caerphilly i Denbigh, molo w Llandudno czy nabrzeże w Porthcawl, albo klify nad Zatoką Cardigan w Llangrannog.

Oczywiście postaramy się informować o tych najciekawiej zapowiadających się pokazach. Tymczasem kilka zdjęć z (szczęśliwie) nieudanej próby wysadzenia Caerphilly Castle

Remember, remember the fifth of November
The Gunpowder Treason and Plot
I see of no reason,
Why Gunpowder Treason
Should ever be forgot…

Walijski Top 10 [według Anny]

Top 10

Zestawienie mojego walijskiego Top 10 to właściwie miszyn imposybl. Odkrywam ten kraj od lat i wciąż nie poznałam go do końca. Czasem wracam szósty raz w to samo miejsce i znów widzę w nim coś nowego, szczególnego. Inny powinien być Top 10 na niepogodę, inny na zgryzotę w sercu, a jeszcze inny na upajanie się wiatrem we włosach na rowerze. Ale spróbuję. Zastrzegam, że to zestawienie jest jak najbardziej subiektywne, niepełne i z pewnością nie ostateczne. Kolejność jest przypadkowa; lubię wszystkie te miejsca prawie w takim samym stopniu.

1. Wodospady Doliny Neath, South Wales

Jedno z tych miejsc, do których wracam nałogowo od lat. Zawsze daje mi to, co jest mi w danej chwili potrzebne: ukojenie skołatanych nerwów, odrobinę adrenaliny, miłe oku widoki. Do wyboru jest kilka szlaków, z których większość biegnie lasami wzdłuż rzeki. Szlaki potrafią być dość wymagające, często pną się do góry, by za chwilę dość gwałtownie opaść w dół; ale uważam, że osoba o przeciętnej kondycji nie powinna specjalnie odczuć trudów wędrówki. Wodospady Doliny Neath wchodzą w skład Parku Narodowego Brecon Beacons; to świetna propozycja na spędzenie dnia na świeżym powietrzu.

Więcej o wodospadach: Wodospady Doliny Neath

2. Widok z kolumny Markiza, Llanfair PG, Anglesey

Nie będę ukrywać: widok z kolumny markiza przy wjeździe na wyspę Anglesey jest nie do pobicia. To jedno z tych miejsc na które trafiłam przypadkiem i które wyryło się w mojej pamięci na zawsze. Kolumna jest dość wysoka i wdrapywanie się na nią wymaga trochę wysiłku, ale widok na Anglesey, cieśninę Manai, dwa mosty łączące Anglesey ze stałym lądem oraz Snowdonię w tle w piękny letni dzień posiada faktor opadniętej szczęki.

Update 05.2018 – kolumna jest niestety zamknięta dla zwiedzających.

3. Mwnt, Ceredigion, Cardigan Bay

Maleńki klifowy Mwnt [czyt. munt] zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Podczas ostatniej wizyty podarował mi zachód słońca, wyjątkowo spokojną taflę wód zatoki Cardigan, ciszę absolutną… i delfiny. Jego dodatkowym atutem, oprócz przystojnych klifów i malowniczej zatoczki, jest stareńki biały kościółek u podnóża klifu.

Więcej o Mwnt i Cardigan Coast: Wybrzeże Cardigan – od Mwnt do Cwmtudu

4. Southerndown, South Wales

Ten widok przywitał mnie w Walii ponad dziesięć lat temu i od tamtej pory jest mi szczególnie bliski. Wciąż uważam to miejsce za jedno z najatrakcyjniejszych wizualnie w całej Walii. Dramatyczne klify, ogromne plaże odsłaniane dwa razy na dobę przez odpływ, połyskujące w słońcu wody kanału bristolskiego – to wszystko składa się na idealne miejsce do spacerów lub najzwyklejszego posiedzenia sobie na ławeczce. 

5. Dryslwyn Castle, Llandeilo, Carmarthenshire

Właściwie trudno nazwać go zamkiem. Dryslwyn to nieduża ruinka na wzgórzu; jej największym atutem jest położenie. Z ruin zamku Dryslwyn roztacza się bowiem przepiękny widok na malownicze zielone równiny Carmarthenshire, z meandrującą rzeką połyskującą w popołudniowym słońcu. To idealne miejsce na letni piknik. Dodatkowy atut: niedaleko znajduje się ogród botaniczny; razem zastosowane te dwie atrakcje zapewnią idealny dzień na świeżym powietrzu.

6. Barafundle Bay, Stackpole, Pembrokeshire

Ukryta przed tłumami cudownie piaszczysta plaża zatoki Barafundle to jeden z największych skarbów Pembrokeshire. Trzeba tam dojść na nogach, więc jest szansa, że nie spotkasz tam zbyt wielu wyznawców św. Grilla i będziesz ją miał w sporej części dla siebie, w każdym razie w tygodniu. Barafundle przypomina mi plaże śródziemnomorskie, zapewne głównie przez swój jasny drobny piasek, nietypowy dla walijskich plaż, i szmaragdowy kolor wody. To miejsce bez wątpienia warte pewnego wysiłku włożonego w dotarcie do niego.

7. Green Bridge, Castlemartin, Pembrokeshire

Pembrokeshire słynie między innymi z dramatycznych klifów, które pieszczą oko gościa swoimi niezwykle efektownymi formami. Jedną z najbardziej znanych jest tzw. Green Bridge, czyli Zielony Most (dlaczego akurat zielony nie udało mi się ustalić).

Więcej o Green Bridge of Wales: W poszukiwaniu “Zielonego Mostu”

8. Mynydd Preseli, Pembrokeshire

Nieskażony komercyjną turystyką łagodny łańcuch górski w północnej części Pembrokeshire oferuje piękne widoki, nietrudne a satysfakcjonujące szlaki na każdą kondycję i dziką przyrodę. A także rozsiane tu i ówdzie bonusy w postaci neolitycznych kamiennych grobowców, czy wolno stojących głazów o zagadkowym przeznaczeniu. Jedno z pierwszych miejsc w Walii z którym poczułam realną więź; mam do niego ogromny sentyment i nieustannie mnie tam ciągnie.

Więcej o Wzgórzach Preseli: Idealny weekend w Mynydd Preseli

9. Holywell, Flintshire

Cudowna studnia świętej Winefride w Holywell w hrabstwie Flintshire (północna Walia) zrobiła na mnie ogromne wrażenie, chociaż zupełnie mi nie po drodze z religią. To miejsce szczególne; trudno nie poczuć w powietrzu tej atmosfery oczekiwania i nadziei, którą przesiąkły jego mury przez stulecia przyjmowania utrudzonych pielgrzymów z całego kraju. Budynek skrywający w sobie cudowne źródełko zdolne podobno do wszelkich uzdrowień posiada niesamowity klimat; jest stary, elegancki i pokryty autografami wdzięcznych pielgrzymów (niektóre mają nawet pięćset lat). Zdecydowanie warto odwiedzić.

Więcej o Holywell: Cudowna studnia św. Winefride/Holywell

10.  Pentre Ifan Burial Chamber, Mynydd Preseli

Liczący sobie kilka tysięcy lat neolityczny grobowiec Pentre Ifan to miejsce o szczególnej atmosferze. Znajduje się nieco na uboczu, w otoczeniu falujących zielonych wzgórz i pól; dociera tam w sumie niewiele osób, co dodatkowo sprzyja atmosferze wyciszenia i refleksji. Pentre Ifan robi na mnie osobiście o wiele większe wrażenie niż skomercjalizowany Stonehenge. Najlepiej zostawić go sobie jako wisienkę na torcie po eksploracji wybrzeża zatoki Cardigan lub gór Preseli. Szczególnie polecam to miejsce przy zachodzie słońca.

Walijski Top 10 [według Marcina]

Wybór dziesięciu najciekawszych miejsc w Walii graniczy z niemożliwością. Z setką byłoby zapewne łatwiej. Ale na początek, na zachętę, musi wystarczyć ta dziesiątka. To oczywiście mój [Marcin] całkowicie subiektywny wybór i “naj” na teraz. Bardzo prawdopodobne, że jutro, czy za tydzień, ten “top 10” wyglądałby inaczej. Znajdziecie tu wszystko to, czego w Walii warto szukać: fantastyczne wybrzeże, surowe góry i malownicze doliny, tajemnicze megality, kamienne zamczyska, gwarne miasteczka i w końcu ślady bezlitosnej eksploatacji tej krainy, które coraz bardziej zrastają się z naturą.

1. Aberystwyth, Ceredigion

Kiedy po kilkudziesięciu kilometrach morderczych zakrętów, wijących się przez pustkowia środkowej Walii, wjeżdża się do Aberystwyth, można zrozumieć, czym dla wędrujących po pustyniach karawan były zielone oazy. Jedyne miasto z prawdziwego zdarzenia w tej części kraju, oferuje wszystko, czego spragniony wędrowiec może oczekiwać.

Obecność uniwersytetu gwarantuje bogate życie nocne, ale i całkiem przyzwoita ofertę kulturalną. Biblioteka Narodowa, choć to raczej atrakcja dla niewielu, oferuje największy na świecie wybór książek w języku walijskim.

Nieco mniej wymagający znajdą tu ruiny średniowiecznego zamku, zabudowaną kolorowymi domami nadmorską Promenadę i trzeszczącą dziewiętnastowieczną kolejkę klifową, która wspina się na Constitution Hill – świetny punkt widokowy na miasto i okolicę. Inna kolejka – Vale of Rheidol Railway – ciągnięta przez zabytkowy parowóz, wyrusza z Aberystwyth w dwudziestokilometrową podróż do Doliny Rheidol, od natłoku kopalni mniej lub bardziej szlachetnych metali, nazywaną kiedyś “walijską Kalifornią”.

Główna miejska plaża nie jest może najbardziej malowniczą plażą w kraju, który ma półtora tysiąca kilometrów wybrzeża, ale kilka kroków w dół czy w górę od Aberystwyth, można znaleźć prawdziwe cuda.

Cuda można też znaleźć w Aberystwyth Arts Centre, Ceredigion Museum i wielu sklepikach-galeriach ukrytych w ciasnych uliczkach odbijających od Promenady.

Więcej o Aber: Aberystwyth – Oaza na środkowo-walijskim pustkowiu

2. Bryn Cader Faner, Harlech, Snowdonia NP

Nazywany czasem, może trochę na wyrost, “walijskim Stonehenge” krąg kamienny Bryn Cader Faner, choć bezdyskusyjnie imponujący, jest atrakcją dla fascynatów prehistorii. Wzniesiony w epoce brązu – co najmniej cztery tysiące lat temu – z kamieniami układającymi się w kształt korony, robi oszałamiające wrażenie. Znów… Prawdopodobnie tylko na fascynatach prehistorii.

Ale już długi szlak jaki do niego wiedzie, powinien zadowolić każdego. W najdłuższej i najbardziej polecanej wersji, biegnie starożytnym traktem u podnóża pasma Rhinogs, mijając kolejne prehistoryczne zabytki: kilka standing stones, grodzisko z epoki brązu i dwa mniejsze kamienne kręgi. Przede wszystkim jednak, szlak oferuje jedne z najlepszych (o ile nie najlepsze!) widoków w Snowdonii. Surowe i groźne Rhinogsy z jednej strony, Zatoka Treamdog i ujście rzeki Dwyryd, ozdobione bajkową wioską Portmeirion z drugiej, a kierunek marszu wskazują szczyty głównego masywu Snowdonii.

Więcej o Bryn Cader Faner: Wędrówka z megalitami

3. Cadair Idris, Dolgellau, Snowdonia NP

Najbardziej południowe z pasm Snowdonii nie przyciąga takich tłumów, jak Snowdon, ale na szlaku zawsze można kogoś spotkać. Na pierwszy rzut oka Cadair Idris przypomina krater wygasłego wulkanu i przez wiele lat za taki był uważany.

Miejscowa tradycja mówi, że kto spędzi noc na szczycie góry, obudzi się albo szaleńcem, albo poetą. Doświadczenie mówi natomiast, że kto zejdzie z góry, na drugi dzień obudzi się z zakwasami.

Więcej zdjęć z Idrisa: Cadair Idris [galeria]

4. Dolwyddelan Castle, Dolwyddelan, Snowdonia NP

Dolwyddelan Castle być może nie ma szans w konkurencji z twierdzami edwardiańskiego “Żelaznego Pierścienia”, ale na głowę bije je położeniem i panującym tu spokojem. No i to prawdziwy walijski zamek, ostatnich prawdziwych książąt Walii.

Więcej o zamku: Dolwyddelan – siedziba walijskich książąt

5. Elan Valley, Rhayader, Powys

Elan Valley to system zapór i sztucznych jezior, zbudowany pod koniec dziewiętnastego wieku, żeby zaspokoić pragnienie rozrastającego się Birmingham. Brzmi mało atrakcyjnie? Owszem. Dla Walijczyków. Dla turysty, sto lat później, to jeden z najpiękniejszych zakątków Walii. Gdzie dzieła ludzkich rąk – potężne kamienne tamy, wieże i wiadukty – wrosły się w całkowicie w krajobraz. Gdzie porośnięte wrzosem i paprociami wzgórza odbijają się w ciemnych wodach rezerwuarów.

Więcej o Elan Valley: Walijska Kraina Jezior

6. Hay-on-Wye, Powys

Niewielkie Hay-on-Wye rozłożyło się na brzegu rzeki Wye, na samej granicy walijsko-angielskiej, granicy Parku Narodowego Brecon Beacons i u podnóża Black Mountains. I samo tylko położenie powinno zachęcać do jego odwiedzin. Inny powód, to kilkadziesiąt księgarni, które zainstalowały się w tym niespełna dwutysięcznym miasteczku, znanym powszechnie jako “Town of Books”. Kolejny, nie mniej istotny powód, to Hay Festival – jeden z najważniejszych festiwali literackich całego anglojęzycznego świata, przyciągający co roku największych mistrzów pióra z najdalszych zakątków globu.

Więcej o Hay: Woodstock for the mind

7. Llangollen, Denbighshire

Samo Llangollen to “tylko” kolejne malownicze miasteczko, w uroczej dolinie rzeki Dee, ze starym kamiennym mostem, jeszcze starszym kościołem i kilkoma tuzinami mniej lub bardziej koślawych, czarno-białych domów. Walijski standard. Ale jeśli dodać do tego malownicze ruiny zamku Dinas Brân i opactwa Valle Crucis, osiemnastowieczny dwór Plas Newydd i wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO fragment Llangollen Canal z imponującym Pontcysyllte Aqueduct, w zasięgu całodniowego spaceru, albo kilkugodzinnej objazdówki. Dostajemy “Walię w pigułce” na tacy.

8. Ludlow, Shropshire

Ludlow oczywiście nie leży w Walii. Ale po pierwsze, stąd przez stulecia Walią zarządzano. Po drugie Pogranicze na tej stronie występuje na równych prawach. Po trzecie miasteczko składa się głównie z zabytkowych, kilkusetletnich chatek i potężnego zamku. Po czwarte w końcu, uważane jest za “the loveliest market town in England”. Po co więc jechać gdzieś dalej?

Więcej o Ludlow: Zwolnij w Ludlow

9. Nant Gwynant, Beddgelert, Snowdonia NP

Wybrać najpiękniejszą z dolin Snowdonii nie jest łatwo. Pytanie, czy to w ogóle możliwe i sensowne? Nant Gwynant na pewno łapie się do ścisłej czołówki. Widok na Snowdon i początek jednego ze szlaków na jego szczyt. Llyn Dinas i Llyn Gwynant dwa jeziora, z których wyrastają strome, zielone zbocza. Dziesiątki strumieni i małych wodospadów. Pastwiska poprzecinane kamiennymi murkami… Wszystko razem tworzy obrazek bardziej niż sielankowy.

10. Parys Mountain, Amlwch, Anglesey

Parys Mountain w zasadzie górą była kiedyś, ale cztery tysiące lat temu (!!!), zaczęto wydobywać tu miedź i dziś góra zmieniła się w dziurę. Dziurę niezwykle kolorową, mieniącą się wszystkimi odcieniami rudości i czerwieni. Szczególnie, kiedy chwilę po deszczu wychodzi słońce…

Witajcie w naszej bajce

Strona, na którą właśnie patrzysz, powstaje z miłości do kraju, o którym świat tak naprawdę niewiele wie. Może właśnie dzięki temu zachowało się w nim tyle nieskażonego naturalnego piękna.

Naszą ambicją jest stworzenie pierwszego kompleksowego przewodnika po Walii w języku polskim, z którego będą mogli korzystać nie tylko rodacy mieszkający w UK ale także ci, którzy postanowią spędzić tu urlop czy chociażby jedynie długi weekend. Praca nad stroną trwa; to ogromny projekt, któremu niestety możemy poświęcić jedynie skromną część naszego czasu. Smok Walijski jest przedsięwzięciem niekomercyjnym, powstaje z pasji i zawiera wyłącznie przetestowane przez nas rekomendacje. Garść informacji o nas znajdziesz tutaj.

Rozejrzyj się, skorzystaj, skomentuj, polub, zarekomenduj. Niech wieść idzie w świat. Że jest taki zielony kraj z dziwnym językiem i ze smokiem na fladze; grają tam w rugby, nie interesują się polityką, a nieznajomi uśmiechają się do siebie na ulicy. Dość często tu pada, ale pogoda jest podobno stanem umysłu, więc myśl pozytywnie, kup nieprzemakalną kurtkę i dobre buty i będzie dobrze.

Witaj w Walii.

Croeso i Gymru - Witaj w Walii

Witryna Smok Walijski jest naszą własnością i efektem wytężonej pracy, często zarwanych nocy i bezinteresownego oddania sprawie. Dlatego prosimy nie kopiować zawartych w niej tekstów ani zdjęć bez uprzedniego zapytania lub podania źródła. Dziękujemy za zrozumienie.

Od czasu do czasu możesz zobaczyć na tej stronie reklamy. Są umieszczane tam przez wordpress, który jest hostem i właścicielem szablonu strony; nie mają z nami nic wspólnego i niestety nic nie możemy z nimi w tej chwili zrobić. To cena którą płacimy za darmowy serwis.