Category Archives: dla fotografów

Walia na 1 dzień – Barmouth (Abermaw)

Propozycja na 1 dzień, ale zdecydowanie warto zaszaleć i zostać w tej okolicy dwa albo i trzy dni zahaczając o inne liczne atrakcje. 

Barmouth to nieduże, dość wietrzne miasteczko położone na zachodnim wybrzeżu Walii w obrębie parku narodowego Snowdonia. Znajdziesz w nim mnóstwo automatów do gry i bud z lodami/frytkami, czyli jest to zasadniczo miejscowość kurortowa nastawiona na turystę-wczasowicza z dziećmi.. ale ma też coś, co przyciąga także inny rodzaj odwiedzających: niezwykle atrakcyjną lokalizację.

Barmouth leży bowiem w estuarium rzeki Mawddach, które w czasie odpływu wygląda jak ogromna otoczona górami pustynia na której porozsiadały się przypominające barwne motyle kutry rybackie. Estuarium przecina zabytkowy drewniano-żeliwny most z 1867r, Barmouth Bridge (walijska nazwa Pont Abermaw), osiągnięcie wiktoriańskiej myśli technicznej i najstarszy drewniany most w ciągłym użyciu w Wielkiej Brytanii. Służy nie tylko – chociaż coraz rzadziej – regularnym połączeniom kolejowym, ale także jednej z głównych atrakcji turystycznych w tej okolicy: kolejce z lokomotywą parową. Warto się skusić na przejażdżkę, bo widoki są nie do pogardzenia; podobnie jak sam widok lokomotywy pędzącej przez most i wydmuchującej obłoki białej pary.

Most można również przekroczyć pieszo lub na rowerze. Jest on jedną z głównych atrakcji ścieżki rowerowej i spacerowej o nazwie  Mawddach Trail biegnącej do Barmouth wzdłuż byłej linii kolejowej  z oddalonego o osiem mil Dolgellau. Redakcja jeszcze nie przetestowała osobiście, ale widziała niezwykle zachęcający program podróżniczy prowadzony przez znaną dziennikarkę Julię Bradbury; dzięki niej szlak natychmiast wskoczył na szczyt walijskiej listy pobożnych życzeń na najbliższy rok. Szczegóły dotyczące szlaku można znaleźć tutaj. A tutaj zdjęcia ze szlaku z krótkimi opisami. Wyczytana dobra rada: jeśli zdecydujesz się na szlak, zacznij z Dolgellau i podążaj w stronę Barmouth; wyłaniające się widoki na rozszerzające się ujście rzeki i okoliczne wzgórza Snowdonii podobno zapierają dech w piersiach.

Barmouth posiada jeszcze kilka innych szlaków które łatwo znaleźć; większość biegnie wzgórzami, lasami i podobno zapewnia spektakularne widoki. Jednym z najpopularniejszych jest tzw. Panorama Walk. Słówko ostrzeżenia: jak ostatnim razem sprawdzałam, to doszłam prawie do brzegów Irlandii, a panoramy nie znalazłam. Nie wiem, może ukradli, zarosła, albo poszłam w złym kierunku, czego nigdy nie mogę wykluczyć.. w każdym razie jeśli ktoś znajdzie, to upraszam dać znać.


[edit od Marcina: czego nie znalazła Anna – co znów wcale nie jest takie dziwne, bo kiedyś nie znalazła wiaduktu o osiemnastu przęsłach – ja znalazłem; niestety, przy wyjątkowo nikczemnej pogodzie; widoki z Panoramy przy nikłej widoczności nadal potrafią zachwycić…]

Samo miasteczko Barmouth ma ciekawą architekturę; rzędy domów dosłownie wrastają w skały – podobno jest to efekt kaprysu architektonicznego pewnej bogatej damy, jak mi wyszeptał konspiracyjnie Pan Sprzedawca Lodów zorientowany lokalnie. Uwaga praktyczna: jeśli wybierzesz się na spacer po olbrzymiej plaży, uważaj na sprzęt fotograficzny – często mocno tam zawiewa piaskiem. I jeszcze ciekawostka: w październiku plaża w Barmouth gości entuzjastów sportu motorowego, przekształcając się na kilka dni w tymczasowy tor wyścigowy.

Jeśli zdecydujesz się tylko rozejrzeć dookoła i popędzić dalej, to z Barmouth już tylko rzut beretem do najsłynniejszego chyba walijskiego zamku, Harlech. Tutaj opisaliśmy rzecz w szczególe.

Inne atrakcje w okolicy to między innymi:

  • Portmeirionodjechana kolorowa wioska w stylu włoskim;
  • Polska wioska Penrhos niedaleko Pwllheli, obecnie polski dom spokojnej starości;
  • Malowniczy i w dużej części dziki Półwysep Llyn
  • Naturalnie, Góry Snowdonii
  • Zatoka Cardigan z bogactwem klifowych spacerów, dzikich plaż i delfinów
  • Torowa kolejka z lokomotywą parową biegnąca przez Snowdonię z Blaenau Ffestiniog

Czas dzwonków

13072782_1051398798257628_4170236898238038683_o

Jest kilka rzeczy i zjawisk, które uznaje się powszechnie za charakterystyczne dla Wielkiej Brytanii. Ryba z frytkami. Rudziki. Królowa. Big Ben. Białe klify. Jedną z takich rzeczy są także bluebells – czarujące niebieskie dzwonki, kwitnące w lasach od połowy kwietnia do końca maja i  pozostające pod całkowitą ochroną. Dla lepszego efektu bluebells lubią występować grupowo, płożąc się efektownymi dywanami na tle młodej wiosennej zieleni. Warto się porozglądać w okolicznych lasach, bo taki widok zachwyca i zostaje w pamięci na długo.

13072653_1051399228257585_547148900266121469_o 13041242_1051398754924299_7792661806847119770_o 12970817_1051399281590913_3199794968502069858_o 13055252_1051398501590991_5327727121821611629_o 2

Spacerkiem przez Gower – Langland Bay, Caswell Bay, Pwll Du

Wales Coast Path to nazwa ścieżki biegnącej wzdłuż całego walijskiego wybrzeża. To unikalny w skali światowej projekt; połączył ze sobą mnóstwo istniejących lokalnych ścieżek, a poprzez zastosowanie różnych ułatwień uczynił spacery wybrzeżem przyjazne ludziom w każdym wieku i o różnej sprawności ruchowej.

BeFunky_DSC_0273.jpg BeFunky_Chromatic_1.jpg

Tym razem proponuję spacer fragmentem ścieżki biegnącym przez półwysep Gower. Zaczynamy od Mumbles w Swansea (SA3 4EN), i idziemy przez dwie pomniejsze zatoczki do całkiem sporej zatoki Langland, a następnie Caswell, na końcu docierając do skromnej ale uroczej Pwll Du. Dystans wynosi około 5-6km. Jeśli nie jesteś pewien czy dasz radę przejść całą trasę za jednym zamachem, możesz równie dobrze na początek wybrać sobie jej fragment, np. przejść z Caswell Bay (SA3 3BT) do Langland Bay (SA3 4SQ) lub na odwrót. Parkingi (płatne) są wszędzie z wyjątkiem Pwll Du. Mapka orientacyjna by Google:

Mumbles, dzielnica Swansea, sama w sobie jest warta przynajmniej krótkich odwiedzin: to jak miniaturowy kurorcik nadmorski z molo i wiktoriańskimi w stylu kafejkami. Dojazd do Mumbles jest bardzo prosty, wystarczy podążać wzdłuż wybrzeża w kierunku zachodnim praktycznie do samego końca promenady. W weekendy i ładniejsze dni może być problem z parkowaniem, warto być tam względnie wcześnie. Z Mumbles wyruszasz wzdłuż wybrzeża w kierunku zachodnim. Zatoki Langland i Caswell są rozległe i często piaszczyste; są przyjazne dzieciom, wyznawcom grillowania i wielbicielom popołudniowej herbatki z widokiem na morze, co sprawia, że w weekendy przy ładnej pogodzie cieszą się dużą popularnością.

DSC_0342vb

BeFunky_DSC_0301.jpg BeFunky_DSC_0498.jpg

Natomiast Pwll Du (wymawiane: puhl di, o ile mnie mój kiepski walijski nie myli) jest małą perełką do której dociera niewiele osób. Można się tam dostać tylko na nogach, i pomimo, że spacer nie jest szczególnie wymagający, to turyści od kawki przy stoliku z widokiem na morze raczej tam nie docierają. Dystans z Caswell Bay to nieco ponad 2.5 km. Tym, co wyróżnia tę małą zatokę na tle innych, są białe kamienie oraz meandrująca rzeczka. Łatwo tam też znaleźć sobie ‚wygodną’ skałę żeby odpocząć, znaleźć zastosowanie dla herbaty z termosu, nacieszyć ucho szumem fal, poopalać się przy sprzyjającej aurze.

BeFunky_null_3.jpg BeFunky_DSC_0479.jpg BeFunky_DSC_0441.jpg

Tę trasę wytrawny deptacz, który nie zawraca sobie głowy takimi rzeczami jak lody czy herbata, przeleci w kilka godzin – tam i z powrotem. Ale można podejść do niej w sposób bardziej zrelaksowany i spędzić w tej okolicy cały dzień. Większość zatok na trasie, i tych dużych i tych mniejszych posiada przybytki gastronomiczne z jedzeniem o najróżniejszej jakości i cenie, oraz toalety. Serdecznie odradzam skuszenie się na  American Donut, czyli pączki po amerykańsku; tłuszcz używany do ich wypieku jest tak podły, że mógłby być stosowany jako broń biologiczna. Po powrocie do Mumbles również bez problemu znajdziesz przytulną kafeję czy inny lokal, w którym godnie zakończysz ten całkiem, całkiem satysfakcjonujący dzień.

 

Nabrać lepidopterologa

Wye Valley Butterfly Zoo

Wiktoriańska Anglia była, bez dwóch zdań, krainą wyjątkową. Dziwactwa i ekscentryczność nie tylko uchodziły na sucho, ale były wręcz w dobrym tonie. Stąd nie powinno dziwić, że jednym z popularniejszych hobby wśród wiktoriańskich mieszczuchów drugiej połowy dziewiętnastego wieku, była amatorska lepidopterologia. Za tą poważną nazwą kryje się zupełnie niepoważne łapanie i kolekcjonowanie motyli. Niepoważne, bo wyobraźcie sobie dżentelmenów w surdutach i cylindrach skaczących po łąkach jak pasikoniki. Ewentualnie panny z dobrych domów w wielowarstwowych sukniach bohatersko dzierżące w jednej ręce parasol, a w drugiej siatkę na owady.

Śmieszki na bok, z trendami się nie dyskutuje. Za to zawsze można na nich zarobić. Z tego założenia wyszli mieszkańcy głębokiego wąwozu rzeki Wye, w okolicach Symonds Yat i na potęgę zaczęli hodować i wypuszczać motyle z najróżniejszych zakątków świata. Kto i jak wpadł na pomysł, na zawsze pozostanie już tajemnicą, ale faktem jest, że przez sześćdziesiąt lat, gdzieś od 1850 roku, w te strony ciągnęły tłumy niedzielnych entomologów, zwabionych genialnym niemal przekrętem. Biznes tak dobrze się kręcił, że kluby miłośników motyli wynajmowały całe pociągi! A miejscowi ich gościli, prowadzili w najlepsze miejsca i liczyli zyski. Wieści o kolejnych sensacyjnych “odkryciach” szły w świat, przyciągając kolejne fale turystów. Niestety, przy okazji całkowicie wyłapano kilka rdzennych gatunków.

Kres tej “gorączce motyli” położył emerytowany prezes Towarzystwa Entomologicznego – Albert Brydges Farn. A.B.F., jak znany jest wtajemniczonym, osiadł na stare lata w Doward Cottage w zakolu rzeki Wye, z nadzieją na odnalezienie kolonii ginącego modraszka błękitnego (Polyommatus semiargus). Przy okazji jednak, ten kulejący staruszek wykonywał sekretną misję – wyłapania wszystkich obcych gatunków motyli. I choć trudno w to uwierzyć, udało mu się! Przynajmniej tak twierdzą jego wielbiciele. Reszta środowiska uważa, że obce gatunki nie miały szans na przetrwanie, a A.B.F. najwyżej trochę im pomógł.

Motyla noga… ups! pardon! Motyla moda na kilka dekad przygasła, ale tliła się gdzieś w półświatku. Po latach, Albert Brydges Farn znalazł godnych naśladowców, którzy w Dolinie Wye założyli motyle zoo – Wye Valley Butterfly Zoo.

Tu, w ogromnej szklarni, można z bardzo bliska zapoznać się z kilkudziesięcioma gatunkami tropikalnych motyli i ciem. Niektóre z nich, bajecznie kolorowe, mają wielkość dwóch dłoni! I lubią przysiadać na gościach. Zoo to świetna atrakcja zarówno dla dzieci (chociaż niektóre “bestie” potrafią wystraszyć maluchy), jak i dorosłych. Szczególnie tych lubiących fotograficzne safari. Można tu wpaść przy okazji wizyty w Symonds Yat albo w zamku Goodrich.

Mach Loop (czy leci z nami pilot?)

Czy leci z nami pilot? Nie? Nie szkodzi. W takim razie może jacyś entuzjaści awiacji? Na pewno!

Co jakiś czas, na “widokowych” i “krajobrazowych” forach poświęconych Walii, pojawiają się mniej lub bardziej niesamowite fotografie wojskowych odrzutowców, albo ogromnych transportowców, niemal pozujących do zdjęć. Czasami wydają się mijać fotografa dosłownie na wyciągnięcie ręki. Obiektywy albo photoshop, ktoś powie. Nie koniecznie. Prawidłowa odpowiedź to Tactical Training Area 7T, znana lepiej jako Mach Loop.

Mach Loop to wyjątkowe miejsce, w którym piloci RAF (a czasem, gościnnie, piloci z innych krajów) trenują manewry na niskim pułapie. Oznacza to, że czasem lecą zaledwie 76 metrów (250 stóp) nad najbliższym terenem. I gdzieś tam, 76 metrów od ryczących odrzutowców, zbierają się grupki zapaleńców, którym nie straszne uszkodzenia bębenków, czekających na wymarzone ujęcie.

Cała pętla (loop) biegnie nad dolinami, których dnem prowadzą drogi A470 i A487. Jej skrajne punkty, w przybliżeniu, wyznaczają Dolgellau, Corris, Machynlleth i Dinas-Mawddwy. Ale najbardziej spektakularne punkty widokowe znajdują się na zboczach przełęczy Bwlch Llyn Bach, nad drogą A487, która tuż za przełęczą opada stromo do doliny wypełnionej wodami Jeziora Tal-y-llyn (Llyn Mwyngil).

Dla zainteresowanych, Ministerstwo Obrony publikuje harmonogram ćwiczeń. Przed wyjazdem warto też sprawdzić pogodę. Punkt widokowy znajdziecie tu:

(zdjęcie tytułowe i ikona – autor: Peter Lewis; źródło: https://www.flickr.com/photos/welshi23/11250933385/)

Symonds Yat – perełka Pogranicza

Walijska rzeka Wye stanowi miejscami naturalną granicę pomiędzy Walią a Anglią. Płynie przez dolinę o tej samej nazwie. Wye Valley powszechnie uważana jest za jedną z najbardziej malowniczych w kraju. Znacząca jej część objęta jest ochroną jako Area of Outstanding Natural Beauty, czyli Obszar o wybitnym pięknie naturalnym.

Symonds Yat to nieduża wioska położona właśnie nad rzeką Wye, po angielskiej stronie “granicy”, w połowie drogi z Ross on Wye do Monmouth. Rzeka przepoławia wieś, dzieląc ją na część wschodnią i zachodnią. Komunikacja między obiema częściami (nie licząc objazdowej  samochodowej) odbywa się za pomocą ręcznie przeciąganego promu; bilecik kosztuje coś koło funta, i przeliczając długość przeprawy – kilka minut – przez ilość turystów chętnych na tę atrakcję: złoty interes!

Symonds Yat leży na terenie Forest of Dean, ogromnego lasu z mnóstwem ścieżek idealnych tak dla spacerowiczów, jak i dla rowerzystów. Jedna ze ścieżek wiedzie z przystani wprost na punkt widokowy, z którego rozpościera się ikoniczny widok na dolinę rzeki Wye. Po drodze na szczyt można zobaczyć również słynną Symonds Yat Rock, charakterystyczną odrębną formację skalną. Malownicze zakola rzeki Wye znakomicie służą również amatorom sportów wodnych ze szczególnym uwzględnieniem kajaków, które można wypożyczyć na miejscu.

Ciekawostka: na szczycie wzgórza często można spotkać ochotników z RSPB (organizacja służąca ochronie dzikich ptaków) z teleskopami, przez które za darmo można sobie obejrzeć drapieżne ptaszki siedzące na jajach i takie tam.

Drobny, acz istotny szczegół: Symonds Yat dysponuje parkingiem, ale w weekendy i przy ładnej pogodzie można nie znaleźć wolnego miejsca, albo utknąć w korku na mikroskopijnej dróżce dojazdowej. Widziałam pana od kierowania ruchem, na którego wszyscy trąbili i który nie mogąc stawić czoła żądaniom zdenerwowanego społeczeństwa czmychnął do toalety, gdzie był pozostał, co wydatnie posłużyło sprawnemu rozładowaniu problemu komunikacyjnego. Tak czy inaczej, warto się wybrać do SY o relatywnie wczesnej porze i najlepiej w tygodniu poza sezonem. Parking jest płatny. Wioska dysponuje kilkoma przybytkami o charakterze noclegowo-obiadowym, z powszechnym dostępem do cream tea, jak również polem namiotowym.

Orientacyjny kod pocztowy, który powinien doprowadzić wasz satnav do parkingu:  GL16 7NZ. Mapa:

 

* Dodatkowa atrakcja – przepraw się przez rzekę przeciąganym promem, skręć w lewo i pójdź na leśny spacer wzdłuż rzeki. Po około 2 milach dojdziesz do kempingu, a potem do podwieszanego mostu (The Biblins Suspension Bridge), którym możesz wrócić na “swoją” stronę. Właśnie zrobiłeś ładne spacerowe kółeczko. Uwaga, przy wyjątkowo silnym wietrze most może być niebezpieczny. Warto upewnić się o której jest ostatnia przeprawa promowa żeby nie zostać odciętym po niewłaściwej stronie rzeki.

sy4

Drogi Czytelniku, darując nam kilka minut swojego czasu w postaci komentarza do tematu nie tylko sprawiasz nam ogromną przyjemność, ale również przyczyniasz się do rozwoju tej strony. Diolch Yn Fawr. 

Ratujmy budkę telefoniczną z Nantymaen

Ilu przemoczonych włóczykijów zmieści się w czerwonej budce telefonicznej? Raczej niewielu… Chociaż pewnie zależy to od poziomu desperacji i siły wiatru.

Od lat, powoli ale nieubłaganie, czerwone budki telefoniczne – jeden z niekwestionowanych symboli Wysp – znikają z krajobrazu. Tam gdzie ludzie korzystają jeszcze z automatów, zastępują je pozbawione charakteru, nijakie szklane skrzynki. Na prowincji najczęściej znikają bezpowrotnie.

Właśnie ważą się losy jednej z takich budek, uważanej za “najbardziej odludną” w Walii. Stoi w Nantymaen, przy drodze łączącej Tregaron z Abergwesyn i Llanwrtyd Wells, wiodącej przez pustkowie Gór Kambryjskich. To ta biała plama na mapie Walii, przecięta cienką kreską jednej drogi, gdzie, poza kilkoma farmami, nie ma żadnych ludzkich osad, i gdzie nie dociera sygnał telefonów komórkowych.

BT uznało, że skoro od przeszło osiemnastu miesięcy budka i tak nie działa, to zamiast naprawiać, łatwiej będzie ją zlikwidować. Sprzeciwia się temu grupa lokalnych aktywistów łącząca przedstawicieli kilku małych, niezależnych biznesów turystycznych i zapuszczających się na te pustkowia włóczykijów. Uważają że budka z Nantymaen stanowi “ważną część krajobrazu” i, w ekstremalnych sytuacjach, może ratować życie.

Photo © Nigel Brown and licensed for reuse under Creative Commons Licence
Autor: Nigel Brown. Źródło: http://cambrian-mountains.co.uk/wp-content/uploads/2015/11/nantymaen.jpg

Marilyn Barrack z Elenydd Wilderness Hostels Trust, prowadzącego w okolicy dwa pozbawione prądu schroniska wylicza: “Zasięg komórek jest tu bardzo słaby, w promieniu siedmiu mil nie ma innego telefonu, a domów w okolicy jest niewiele”. Wtóruje jej Dafydd Morgan z Tregaron Walking Club: “(…) to jedyny charakterystyczny punkt w krajobrazie, pomagający podróżującym w tych stronach”.

Jeśli ktoś chciałby wyrazić swoją opinię na temat likwidacji czerwonej ikony, może to zrobić do 2. stycznia, wysyłając maila do Ceredigion County Council, na adres: planning@ceredigion.gov.uk, dodając numer referencyjny sprawy: SY256NW.

Akcję wspierają, między innymi, Cambrian Mountains Society, Elenydd Wilderness Hostels Trust, Llafur Ceredigion/Ceredigion Labour i Cambrian Safaris.

A jeśli ktoś ma wątpliwości czy warto…

Tregaron SY25 6NW to najbliższy postcode w pobliżu budki; prowadzi do farmy odległej o kilkaset metrów; żeby do niej dojechać, tak czy inaczej, trzeba ją minąć. Mapa doskonale pokazuje na jakim odludziu się znajduje:

Diabeł, wodospad i trzy mosty

Devil’s Bridge to jedna z największych atrakcji tzw. ‘zielonej pustyni’ środkowej Walii. Znajduje się w małej osadzie o tej samej nazwie, położonej o kilkanaście mil na wschód od Aberystwyth w hrabstwie Ceredigion. Zasadniczo chodzi, jak prawdopodobnie już wywnioskowałeś, o most. Ale nie tylko.

Legenda głosi, że dawno, dawno temu, kiedy w Devil’s Bridge nie było jeszcze żadnego mostu, a może nawet i żadnej osady, pewnej babie uciekła krowa. Ku powszechnemu zdumieniu zwierzę odnalazło się na drugim brzegu rwącej rzeki. W żaden sposób nie można było się do niego dostać. Baba wpadła w czarną rozpacz. Na to pojawił się, jak to zwykle bywa w takich podbramkowych sytuacjach, diabeł i zaproponował, że wybuduje most. Oczywiście nie za darmo. Zapłatą miała być – uwaga, niespodzianka – dusza, której posiadacz przejdzie most jako pierwszy. Baba zgodziła się z ciężkim sercem, nie widząc innego wyjścia. Tuż przed wejściem na most wpadła jednak na genialny w swej prostocie pomysł. Wyjęła z kieszeni kawałek chleba i rzuciła go przez całą długość mostu; za chlebem pobiegł.. pies. I tak sprytna baba wykiwała diabła. Diabeł się był cokolwiek zdenerwował i opuścił te strony, podobno na zawsze. Most pozostał. Co stało się z pechowym psem, kroniki nie podają.

Tyle legenda, pięknie służąca miejscu przez ostatnie dwa stulecia w formie magnesu na turystów; w rzeczywistości pierwszy z trzech mostów Devil’s Bridge został prawdopodobnie wybudowany przez mnichów rezydujących w niedalekim opactwie Strata Florida. Stoi w tym miejscu od XI stulecia i nadal ma się całkiem dobrze. W 1708 roku nadbudowano nad nim drugi most, również kamienny, ale większy, a dwieście lat lat później nad oboma mostami powstał trzeci, żelazny. Jako całość, konstrukcja jest prawdziwym unikatem.

Mosty pochylają się nad głębokim wąskim wąwozem, którym pędzi intensywnie zasilana częstymi opadami rzeka Mynach. Tuż za mostami rzeka spada w dół spektakularną 90-metrową pięciopoziomową kaskadą – główną atrakcją Devil’s Bridge. Jedyny sposób, żeby obejrzeć to imponujące dzieło natury, to skorzystać z dłuższego z dwóch dostępnych spacerów. Teren jest ogrodzony i trzeba zapłacić za wstęp – albo osobie w budce, albo wrzucić monetę przy bramce. W tej chwili wstęp na dłuższy spacer z widokiem na wodospad kosztuje przy bramce 2 funty, a na krótszy, z którego można podziwiać mosty i pędzącą wąwozem rzekę – 1 funta. Warto skusić się na oba. W trakcie dłuższego spaceru (około 40 minut) można podziwiać wodospad w całej okazałości z daleka oraz z bliska ze strategicznie ulokowanych platform widokowych. Trasa składa się w dużej części ze  stromych kamiennych schodów, które przy deszczu mogą być śliskie, należy zachować ostrożność. Z uwagi na ukształtowanie i wymagania terenu atrakcja nie jest przystosowana dla osób niepełnosprawnych. Parking jest bezpłatny; kod pocztowy dla satnavu: SY23 3JW. Strona zarządcy. Mapa:

Niedaleko od mostów znajduje się liczący sobie około 300-tu lat hotel z kafeją o specyficznym, lekko podupadłym klimaciku. Warto sobie pozwolić na filiżankę gorącej herbaty i kromkę bara brith, tradycyjnego walijskiego chlebka z owocami spożywanego z masłem. Jako bonus można sobie dyskretnie poobserwować lokalnych seniorów, którzy przychodzą tam na swój tradycyjny niedzielny obiad.

Devil’s Bridge to mocno klimatyczne miejsce, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy jest szaro i mokro, i nie kręci się wokół zbyt wielu turystów. Idealne miejsce na morderstwo… W każdym razie na ekranie. Wiedzą o tym miłośnicy serialu Hinterland (walijski tytuł Y Gwyll). Dla niezorientowanych, Hinterland to kręcony w Walii (i w dużym stopniu po walijsku) i utrzymany w duchu skandynawskiego noir serial kryminalny wykorzystujący dzikie i bezludne plenery środkowej Walii jako ponuro-efektowne miejsca zbrodni. Akcja jednego z odcinków toczy się właśnie w Devil’s Bridge, i nie zaprzeczam, to ten fakt skusił mnie ostatecznie do złożenia tam długo odkładanej wizyty. Na zwiastunie poniżej można zobaczyć i mosty, i wąwóz z rwącą wodą i klimatyczny hotel.

Latem, w otoczeniu zieleni i promieni słońca to piękne miejsce ma zapewne zupełnie inny klimat. Ale mnie osobiście ten lekki jesienno-deszczowo-zbrodniczy dreszczyk bardzo przypadł do gustu.

Tutaj znajdziesz nasz wyczerpujący artykuł na temat walijskiej ‘zielonej pustynii’. Zapraszamy.

Drogi Czytelniku, darując nam kilka minut swojego czasu w postaci komentarza do tematu nie tylko sprawiasz nam ogromną przyjemność, ale również przyczyniasz się do rozwoju tej strony. Diolch Yn Fawr. 

Walijska Kraina Jezior

Zapory i jeziora dolin Elan i Claerwen to jeden z najpiękniejszych zakątków na Wyspach Brytyjskich. Powstały z konieczności, ogromnym wysiłkiem i kosztem. Stały się symbolem technicznej potęgi wiktoriańskiej Anglii, a jednocześnie jej lekceważenia dla małej i zacofanej Walii. Dziś, po przeszło stu latach od ich wybudowania, gniew budzą w nielicznych, ale zachwyt u niemal każdego, kto tu trafi.

Spragniona metropolia

Dziewiętnasty wiek w Wielkiej Brytanii, to okres niepohamowanego rozwoju przemysłowego. Jednym z jego centrów stało się Birmingham. Miasto, które w 1785 roku liczyło nieco ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, sto lat później dobijało już do pół miliona! Nagły i niemal niekontrolowany rozrost pociągał za sobą masę problemów. Jednym z najpoważniejszych wyzwań przed jakimi stanęły władze miejskie, stało się zaopatrzenie metropolii w czystą wodę. Jej brak doprowadził do wybuchu kilku poważnych epidemii tyfusu i cholery.

Presja kierowanej przez Josepha Chamberlaina rady miejskiej na rząd londyński, zaowocowała wydaniem w 1892 roku Birmingham Corporation Water Act. Na mocy nowego prawa Korporacja Birmingham – jak wówczas nazywał się zarząd miasta – dostała nadzwyczajne prawo przymusowego wykupu dorzeczy dwóch niewielkich walijskich rzek Elan i Claerwen. W sumie ponad 180 kilometrów kwadratowych gruntów!

O wyborze zadecydowały trzy główne czynniki. Po pierwsze wysoka nawet jak na Walię, sięgająca prawie dwóch metrów roczna suma opadów. Po drugie topografia i geologia – wąskie i głębokie doliny o skalistym podłożu doskonale nadawały się do budowy zapór i magazynowania wody. I po trzecie wysokość nad poziomem morza – generalnie większa niż Birmingham – umożliwiająca grawitacyjny spływ wody bez konieczności jej przepompowywania.

Prace nad tym, jednym z największych w wiktoriańskiej Brytanii, projektem rozpoczęły się w 1893 roku i trwały, z dłuższymi przerwami aż do 1952 roku. W efekcie powstał spektakularny krajobraz, w którym dzieło rąk ludzkich doskonale wtopiło się w surową scenerię Środkowej Walii.

Megaprojekt – wersja wiktoriańska

Potężne przedsięwzięcie jakim była budowa systemu zapór na rzecze Elan wymagało ogromnego zaplecza. Dlatego w jego pierwszym etapie wzniesiono osiedle dla tysięcy robotników, którzy wkrótce mieli uwijać się na tym wielkim placu budowy i linię kolejową dostarczającą im materiały.

Elan Village, jak ochrzczono osadę, zaprojektował architekt Herbert Tudor Buckland w stylu Arts and Crafts, zakładającym tworzenie sztuki użytecznej i funkcjonalnej, ale nie pozbawionej wartości estetycznych. I tak, osiedle wyposażono w szkołę, sklep, pub, bibliotekę, stołówkę, publiczną łaźnię i dwa szpitale – jeden dla zakaźnie chorych, drugi dla ofiar wypadków.

Warto wspomnieć, że szkoła przewidziana była tylko dla dzieci do jedenastego roku życia. Starsze wysyłano do pracy. Specyficzne przepisy obowiązywały też w łaźni: mężczyźni mieli prawo korzystać z niej trzy razy w tygodniu, ale kobiety tylko raz. Wstęp do pubu natomiast, zarezerwowany był jedynie dla mężczyzn.

Codzienne życie w Elan Village przypominało trochę koszary. Dostępu do niej pilnowali strażnicy, których głównym zadaniem była konfiskata nielegalnego alkoholu i ograniczenie do minimum “nieproszonych gości”. Zanim nowy robotnik został wpuszczony do osady, musiał spędzić noc w rodzaju poczekalni, gdzie był odwszawiany i badany pod kątem chorób zakaźnych. Po kwarantannie trafiał do domu, który małżeństwo dzieliło z ośmioma kawalerami. Ciekawe, że w założeniu miało to gwarantować spokój(?).

Budowa pięćdziesięciu trzech kilometrów linii kolejowej – The Elan Valley Railway (EVR) – w trudnym terenie, zajęła trzy lata. Cztery nitki szyn, połączyły poszczególne place budowy z Rhayader, dokąd Cambrian Railways Mid Wales dostarczały zaopatrzenie i materiały budowlane z odległych zakątków kraju. W innych okolicznościach, EVR sama w sobie stanowiłaby nie lada osiągnięcie inżynieryjne, ale w Elan Valley była zaledwie tymczasowym narzędziem do dalszych prac.

Gdy zaplecze było gotowe, do akcji wkroczyła armia robotników. Pięćdziesięciotysięczna (!) armia, która w dziesięć lat, za sześć milionów funtów zbudowała cztery zapory, 118. kilometrowy akwedukt łączący Elan Valley z Birmingham, i dziesiątki, jeśli nie setki, dodatkowych konstrukcji.

21. lipca 1904 roku, król Edward VII i królowa Alexandra uroczyście odkręcili zawory i woda popłynęła do spragnionego Birmingham. Nie oznaczało to jednak końca projektu. Tylko w Elan Valley prace trwały jeszcze dobrych kilka lat. Ich symbolicznym przypieczętowaniem było rozebranie linii kolejowej w 1912 roku. Ale na realizację wciąż czekał drugi etap przedsięwzięcia – budowa zapór na rzece Claerwen.

W pierwotnych założeniach, budowa drugiej części kompleksu – składającego się z trzech kolejnych zapór – miała zacząć się w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Zmiany projektu i wybuch wojny skutecznie pokrzyżował jednak te plany.

Zatopiona wspólnota

Zapewnienie zaopatrzenia w wodę dla ogromnego Birmingham, oznaczało śmierć dla niewielkiej społeczności zamieszkującej obie doliny. Prawo zatwierdzone przez londyński parlament, nie zakładało opcji sprzeciwu i negocjacji. Mieszkańcy Elan i Claerwen Valley zostali wysiedleni. Ci zamożni – właściciele ziemscy – choć stracili posiadłości, dostali odszkodowanie. Drobni farmerzy, tylko dzierżawiący od nich skrawki ziemi, którzy nierzadko mieszkali tu od pokoleń, zostali z niczym.

Pod wodami sztucznych jezior znalazły się dwa dworki: Cwm Elan i Nantgwyllt. Pierwszy, sto lat przed zalaniem dolin, kupił Thomas Grove i, jak opisywał to ówczesny przewodnik, z “dziesięciu tysięcy bezwartościowych akrów, stworzył raj”. Nantgwyllt House natomiast, od pokoleń związany był ze starym rodem Lewis Lloyd i to wokół niego i jego gospodarzy toczyło się życie w dolinach.

Obie posiadłości łączy postać Percyego Bysshe Shelley – dziewiętnastowiecznego poety romantycznego, który marzył, by osiąść w tych stronach ze swoją… nastoletnią żoną. Cwm Elan należało do jego dalekich krewnych i to najprawdopodobniej podczas wizyt u nich zauroczyły go środkowo walijskie pustkowia. Jako idealne rodzinne gniazdo widział Nantgwyllt. Niestety, trwające kilka miesięcy negocjacje z właścicielami zakończyły się fiaskiem. Podobnie zresztą jak małżeństwo poety.

Oprócz wspaniałych domów w dolinach stało też osiemnaście farm, które choć oczywiście nie tak urodziwe, dla ich mieszkańców były całym światem.

Hetty Price, córka farmera, która w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku mieszkała w dolinie Claerwen, u schyłku życia wspominała “przyjemną szkołę”, stojący niedaleko kościół Nantgwyllt, do którego “brodaty pastor przyjeżdżał konno z Rhayader” i młyn napędzany wodami potoku, który służył jednocześnie jako tartak. W osadzie był też “sklep Setha Thomasa, gdzie było prawie wszystko: mąka, artykuły spożywcze i słoje pełne słodyczy”.

Cały ten świat zniknął pod wodą. W ramach rekompensaty Korporacja Birmingham zbudowała tylko zupełnie nowy Nantgwyllt Church. Choć nie bardzo wiadomo dla kogo. Dziś służy on głównie zabłąkanym wędrowcom, szukającym schronienia przed deszczem, który w tych stronach, niezmiennie, pada zbyt często.

Pięć zapór

Kompleks Elan Valley składa się z pięciu jezior i pięciu zapór. Cztery z nich – Craig Goch, Pen-y-garreg, Garreg Ddu i Caban Coch – przecinają Dolinę Elan, tworząc jeziora o tych samych nazwach.

Pierwsza zapora – stojąca najdalej w górę rzeki – Craig Goch, nazywana czasem “górną tamą”, nie bezpodstawnie uważana jest przez wielu za najatrakcyjniejszą. Jej szczytem prowadzi wąska droga, pod którą przelewają się ogromne masy wody. Dodatkowo zdobi ją niewielka wieżyczka z zielonym, miedzianym dachem. Jej budowę rozpoczęto najpóźniej – dopiero w połowie 1897 roku – bo aż trzy lata zajęło doprowadzenie tu kolei.

Pen-y-garreg, drugą z zapór, zbudowano w miejscu, gdzie bardzo strome zbocza doliny dzieli nie więcej niż dwieście metrów. Podobnie jak pierwszą tamę, zdobi ją niewielka wieżyczka. Prowadzi do niej tunel w jej wnętrzu (!), oświetlony jedynie naturalnym światłem wpadającym przez maleńkie świetliki wbudowane w ścianę zapory. Ścieżka biegnąca praktycznie przy samej podstawie tamy, pozwala poczuć jej potęgę. Szczególnie kiedy przelewająca się woda tworzy ogromny wodospad.

Garreg Ddu – kolejna zapora – jest niezwykła. Wielu zapuszczających się do Elan Valley turystów nie wie nawet, że to zapora i omyłkowo biorą ją za most przecinający jezioro Caban Coch. Tymczasem most opiera się właśnie na podwodnej tamie. Niecodzienna konstrukcja nie jest jednak szalonym wymysłem wiktoriańskich inżynierów, ale ma jak najbardziej praktyczne zastosowanie.

Tuż przed zaporą-mostem Garreg Ddu stoi kolejna malownicza wieża – Foel Tower. To tutaj woda z Elan Valley zaczyna swoją długa drogę do Birmingham. Żeby cały system mógł funkcjonować bez zakłóceń, poziom wody przy Foel Tower musi sięgać przynajmniej jej ujęć w podstawie wieży. I temu służy “zatopiona tama”. W przeszło stuletniej historii kompleksu Elan Valley zaledwie kilka razy zdarzyły się susze tak poważne, że odsłoniły Garreg Ddu, ale właśnie tych kilka razy potwierdziło pomysłowość jej budowniczych.

Ostatnia z zapór – Caban Coch – jest najprostsza spośród całej czwórki. Nie ma żadnych, mniej lub bardziej zbędnych, ozdobników. Ale kiedy przelewa się przez nią woda, tworząc szeroki na ponad sto osiemdziesiąt i wysoki na prawie czterdzieści metrów wodospad, niepotrzebne są żadne dodatki! Caban Coch spełnia podwójną rolę. Pierwsza, oczywista, to zatrzymanie wody w jeziorze Caban Coch. Druga to zapewnienie stałego poziomu wody w rzecze Elan, będącej jednym z głównych dopływów rzeki Wye, z którą łączy się mniej więcej dwa kilometry od tamy.

Choć każda z zapór na rzece Elan jest na swój sposób wyjątkowa, łączy je niezwykła, jak na typowo przecież użytkowe konstrukcje, estetyka, tak zwanego “birminghamskiego baroku”. Wieżyczki, kamienne progi efektownie rozcinające spływającą po nich wodę, wszystkie dodatkowe budynki techniczne, kościół Nantgwyllt zbudowany w zamian za zatopioną świątynię, masa detali, a nawet żeliwne ogrodzenia… Zadbano o najdrobniejsze szczegóły! Dziś prawdopodobnie nikt by sobie nie pozwolił na takie fanaberie, ale wiktoriańskie Imperium, w którym słońce nigdy nie zachodziło, mogło. Warto też wspomnieć, że kamień, którym olicowano tamy i wszystkie budynki w dolinie, sprowadzano aż z Glamorgan na południu Walii, co tylko potwierdza rozmach budowniczych. Lokalnego, zbyt miękkiego kamienia, używano jedynie do wypełnienia wnętrza konstrukcji.

Oryginalny projekt kompleksu Elan Valley, jak już wyżej wspomniano, zakładał budowę kolejnych trzech zapór na dopływie Elan – rzece Claerwen. Rozpoczęcie tego etapu planowano na lata trzydzieste ubiegłego stulecia. Z różnych powodów budowę jednak odwlekano. Aż do dramatycznej suszy z 1937 roku, kiedy zapasy wody spadły do alarmowo niskiego poziomu. Wtedy też pojawił się pomysł, żeby zamiast trzech mniejszych, zbudować jedną, potężną tamę. Ale gdy dopracowywano ostatnie szczegóły, wybuchła wojna i projekt na kolejnych kilka lat trafił do szuflady.

Budowa Claerwen Dam rozpoczęła się w 1946 roku, przeszło pół wieku po tym, jak pierwsi robotnicy pojawili się w Elan Valley. Ogromny skok technologiczny jaki dokonał się w tym czasie, zupełnie nowe materiały i maszyny, wojenne doświadczenia inżynierów… Wszystkie te czynniki sprawiły, że wznoszenie ostatniej tamy wyglądało zupełnie inaczej, niż jej mniejszych sąsiadek. Zaledwie czterystu siedemdziesięciu robotników (“zaledwie” w porównaniu do pięćdziesięciu tysięcy, którzy uwijali się w sąsiedniej dolinie), potrzebowało sześciu lat, na wzniesienie największej w swoim czasie zapory w Europie. The big “C”, jak bywa nazywana, wznosi się na pięćdziesiąt sześć metrów i ma ponad trzysta pięćdziesiąt metrów długości. Kolos!

Co ciekawe, mimo że Claerwen Dam zbudowano z betonu, jej projektanci chcieli by “pasowała” do reszty zapór i za dodatkowym, niemałym kosztem, obłożono ją ręcznie obrabianym kamieniem. Zadanie to trzeba było zlecić setce włoskich kamieniarzy, bo większość brytyjskich pracowała w tym czasie przy odbudowie Londynu z wojennych zniszczeń.

Oficjalne otwarcie tamy, 23. października 1952 roku, było jednym z pierwszych monarszych zadań, koronowanej ledwie kilka miesięcy wcześniej, królowej Elżbiety II.

Dla ścisłości, wspomnieć można o jeszcze dwóch zaporach, które uważne oko wypatrzy w Elan Valley. Pierwszą – Nant-y-Gro – zbudowano przy okazji wznoszenia Elan Village i jej głównym zadaniem było zaopatrzenie osady w wodę. A zapotrzebowanie musiało być całkiem spore w czasie gdy mieszkały tam tysiące robotników. W czasie II Wojny Światowej, na nieużywanej już wówczas tamie, wojskowi saperzy testowali tak zwane bomby skaczące, których później skutecznie używano do niszczenia zapór w niemieckim Zagłębiu Ruhry. Druga – Dol-y-mynach – to właściwie nie tama, a jedynie jej całkiem pokaźny fundament. Powstał na rzece Claerwen w tym samym czasie co zapory w Dolinie Elan. Dol-y-mynach miała być jedną z trzech zapór na tej rzece, ale po zalaniu sąsiedniej doliny, miejsce w którym planowano ją postawić, również znalazłoby się pod wodą. Jak wiadomo, plany się zmieniły, ale solidny fundament został.

Jak to działa?

Biorąc pod uwagę ogromny nakład pracy i środków jakie zainwestowano w Elan Valley, zaskakująca jest w gruncie rzeczy prostota z jaką działa cały system. Padający w tych stronach dość często i obficie deszcz, rzekami i strumieniami wypełnia pięć sztucznych jezior. Te są w stanie pomieścić około miliarda litrów wody. Jej nadmiar, tyleż zwyczajnie co widowiskowo przelewa się przez zapory i zasila rzekę Wye.

Do Birmingham, dla którego zbudowano cały kompleks, woda z dolin Elan i Claerwen płynie liczącym 118 kilometrów długości akweduktem. Geniusz projektu polegał na tym, by płynęła swobodnie, bez konieczności jej pompowania. Udało się to osiągnąć ustawiając ujęcie wody tuż przy podwodnej zaporze Garreg Ddu, w podstawie niepozornej Foel Tower. Wieża stoi dokładnie pięćdziesiąt dwa metry wyżej niż Frankley Reservoir w Birmingham, do którego spływa woda z Elan Valley. Pokonanie całej trasy zajmuje jej dwa dni. W tym czasie walijska deszczówka jest wielokrotnie oczyszczana i filtrowana, co jednak nie wpływa na jej, wyjątkową podobno, miękkość.

Sam akwedukt nie jest szczególnie widowiskowy. Właściwie tylko na kilku odcinkach – głównie kiedy przecina kolejne doliny – jest w ogóle widoczny. Poza tym wije się w zależności od ukształtowania terenu, często znikając w wielokilometrowych tunelach.

Jako sposób na dodatkowe wykorzystanie zapór Elan Valley, kilkanaście lat temu wszystkie wyposażono w turbiny prądotwórcze. Ich całkowita produkcja to nieco ponad cztery megawaty. Wystarczająco by zainteresować europejską filię rosyjskiego koncernu energetycznego Gazprom.

Natura i dzieło człowieka

Jest niemałym paradoksem, że Elan Valley, dzieło rąk ludzkich, ogromne przedsięwzięcie inżynieryjne, które bezpowrotnie zniszczyło lokalną wspólnotę i całkowicie zmieniło istniejący od tysięcy lat krajobraz, kilka dekad później stało się symbolem dzikiej natury, do której ciągną mieszczuchy z odległych zakątków Wysp. Kiedy sto lat temu zbocza dolin Elan i Claerwen odbijały echem eksplozje poruszające góry i sapanie parowozów mozolnie ciągnących wagony wyładowane cementem i kamieniami, raczej niewielu przyszło do głowy, że właśnie powstaje jeden z najbardziej malowniczych zakątków Walii, “walijska kraina jezior”.

Dzisiaj większość ze stu osiemdziesięciu kilometrów kwadratowych Elan Estate (jak formalnie nazywa się cały ten obszar) należy do jednego z dwunastu obszarów chronionych (ang.: Site of Special Scientific Interest). Wydzielono je w zależności od specyfiki ekosystemu. Znaleźć tu można wrzosowiska (moorland), mokradła (bog), rzadkie lasy (woodland) i, oczywiście, rzeczne doliny, wąwozy i jeziora. Całość jest praktycznie bez ograniczeń dostępna dla miłośników włóczęgi, bo – to ciekawostka – Birmingham Corporation Water Act z 1892 roku, zabrania stawiania płotów na otwartych wzgórzach. Niżej co prawda kilka się znajdzie, ale wyznaczonych i dobrze utrzymanych ścieżek też nie brakuje.

Trzynastokilometrowy Elan Valley Trail, na trasie którego uwzględniono wszystkie jeziora Doliny Elan (ale nie Claerwen), choć dość długi, jest łatwy i prawie dla każdego. Można go też, z niewielkimi detourami, przejechać rowerem lub konno.

Bardziej ambitni powinni wybrać się do Doliny Claerwen, a właściwie na górujące nad nią wzgórza. Oprócz uczucia bycia na absolutnym pustkowiu i doskonałych widoków, można tu też znaleźć kilka prehistorycznych kamieni (standing stones), ustawionych w tajemniczych celach, przez zamieszkujących te strony tysiące lat temu ludzi. Szczególnie śnieżnobiały, kwarcowy Pen Maen Wern na wzgórzu o tej samej nazwie, dosłownie, olśniewa. Stojący kilkaset metrów od niego Waun Lydan jest nieco mniej spektakularny, ale panorama jaka się wokół niego rozpościera zadowoli każdego.

Odważni, czyli niebojący się owiec, mogą też spędzić noc na wzgórzach. Od kilku lat Elan Valley cieszy cię statusem International Dark Sky Park, co oznacza, że nocne niebo, o ile nie zachmurzone, oferuje niepowtarzalny gwiezdny spektakl.

W niebo powinni też spoglądać miłośnicy ptaków, bo Elan Estate jest największym w Walii siedliskiem ptactwa lądowego. To tu, w latach trzydziestych ubiegłego wieku, schroniły się ostatnie sztuki kani rudej (red kite), i tu zapoczątkowano program jej reintrodukcji. Gdyby nie to, ten majestatyczny drapieżnik prawdopodobnie nie byłby dziś jednym z symboli Walii.

I kto wie, jak dziś wyglądałyby te strony, gdyby przeszło sto lat temu, brutalnym dekretem z Londynu, nie zarządzono budowy kompleksu Elan Valley? Zapewne malowniczo, ale czy aż tak?

____________
Informacje praktyczne:

Elan Valley leży w samym środku walijskiego pustkowia i, jak łatwo się domyślić, niełatwo tu dotrzeć. W każdym razie nie transportem publicznym. Jedyną rozsądną opcją jest dojazd autobusem do Rhayader, a dalej taksówką, rowerem (w miasteczku działała swego czasu wypożyczalnia przy sklepie rowerowym), lub pieszo (znamy takich, którzy próbowali!).

Dojazd autem jest dość prosty. Trasą A44 (od strony Aberystwyth lub z Anglii), albo A470 (od południa lub z północy) do Rhayader, a następnie kilka kilometrów drogą B4518. Kod do nawigacji (doprowadzający prawie (!!!) do Visitor Centre): LD6 5HP. Grid reference dla korzystających z map Ordnance Survey: SN 928 646.

Przy zaporze Caban Coch (pierwszej od strony Rhayader) znajduje się Visitor Centre. Można tu znaleźć informacje na temat kompleksu i niewielką wystawę na temat jego budowy, jak również zjeść lub wypić coś ciepłego i wynająć rowery.

Przy każdej z zapór są parkingi, przy Claerwen i Pen-y-garreg dodatkowo wyposażone w toalety.

Tuż za mostem Pen-y-bont znaleźć można niewielki tea room oferujący też zakwaterowanie.

Rajd Wielkiej Brytanii (Wales Rally GB)

Informacja dla dużych chłopców i miłośników podziwiania walijskich krajobrazów zza szyb samochodu:

Już w następny weekend (12-15.11.2015) kolejna edycja Rajdu Wielkiej Brytanii (Wales Rally GB) – ostatniej rundy rajdowych mistrzostw świata. Jak co roku, organizatorzy zapewniają fatalną pogodę, masę błota, dużo hałasu i prawdziwe emocje.

Rajd rozpocznie się uroczystą prezentacją zawodników i aut na Mostyn Street w Llandudno, w czwartek (12.11) od 18:30. Wcześniej (od 17:00 do 17:30), łowcy autografów mogą zapolować na swoich ulubieńców w Venue Cymru. Tego dnia odbędzie się tylko jeden wyścig – Shakedown, pomiędzy Ruthin i Corwen.

W piątek rajdowcy przenoszą się do Środkowej Walii, w okolice Llanidloes i Llangurig. Wszystkie trzy tutejsze “oesy” – Hafren, Sweet Lamb i Myherin – to klasyki. Sweet Lamb uwielbiają widzowie, a na Myherin, z długimi i szerokimi prostymi, kierowcy.

Trzeciego dnia, mistrzowie kierownicy ścigać się będą na dwóch odcinkach specjalnych w cieniu Cadair Idris, niedaleko Corris i dwóch w paśmie wzgórz Berwyn, w okolicach Jeziora Vyrnwy i Bala. Na dwóch pierwszych można się spodziewać błota strzelającego spod kół! Dwa ostatnie odbędą się po zmroku, więc widzowie może nie będą zachwyceni, ale kierowcy będą musieli się wykazać. Na sobotę zaplanowany jest też rodzinny Rally Fest w Chirk Castle, gdzie spotkać będzie można rajdowe ekipy techniczne, kierowców i zajrzeć pod maski aut.

Ostatni dzień rajdu to trzy “oesy” na północy Walii: dwa w okolicach Jeziora Brenig i ulubiony wśród fotografów, asfaltowy Great Orme w Llandudno. Zakończenie rajdu i wręczenie nagród odbędzie się po południu, w parku serwisowym w Deeside.

Szczegółowy plan rajdu znajdziecie tu.

Bilety, niestety, jak zwykle w niezbyt zachęcających cenach:
– czterodniowy karnet (World Rally Pass), upoważniający do wstępu na wszystkie odcinki specjalne i imprezy około-rajdowe kosztuje (w przedsprzedaży) £99;
– bilet jednodniowy (Forest Pass), upoważniający do wstępu na wszystkie odcinki specjalne w danym dniu kosztuje (w przedsprzedaży) £25;
– bilety na poszczególne odcinki można też kupić tuż przed ich rozpoczęciem, za zdecydowanie wygórowaną cenę £30.

Więcej o biletach tu.

A na zachętę parę zdjęć sprzed kilku lat…

Zatoka Trzech Klifów, półwysep Gower

Zatoka Trzech Klifów – Three Cliffs Bay – to jedno z najbardziej charakterystycznych i znanych miejsc w Walii, z racji swojej malowniczości bardzo popularne tak wśród spacerowiczów, jak i fotografów.

Znajduje się w południowej części półwyspu Gower, jednego z pięciu “Obszarów o wybitnym pięknie naturalnym” (Area of Outstanding Natural Beauty; AONB) w Walii. Dojazd: jadąc przez Swansea wzdłuż zatoki podążasz za znakami na Gower, potem na miejscowość Southgate. Przejeżdżasz przez Southgate i parkujesz praktycznie przy morzu – do niedawna parking był bezpłatny, ale to się lubi zmieniać, więc nie ma gwarancji. Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA3 2HD.

Stojąc twarzą do morza kierujesz się w prawo. Większa część ścieżki jest płaska i nie stwarza żadnych problemów. Przy dojściu do Trzech Klifów podłoże staje się bardziej piaszczyste, nierówne, pojawiają się kamienie i skały. W trakcie odpływu część plaży pokrywa meandrująca malowniczo rzeczka. Cała plaża może być nieco błotnista, zwłaszcza w trakcie lub zaraz po odpływie. Warto o tym wszystkim pamiętać wybierając rodzaj obuwia. Nad rzeczką znajdują się ruiny zamku Pennard. Nie są to jakieś szczególnie okazałe ruiny, ale warto rzucić okiem. Wstęp wolny.

Tytułowe Trzy Klify to charakterystyczna formacja skalna, często wykorzystywana jako ścianka wspinaczkowa. Nie polecam wspinania się na nią bez asekuracji od strony plaży, ale od drugiej strony można sobie, prawda, pozwolić na małe wyzwanko. Fantastyczne widoki gwarantowane.

Po powrocie do Southgate można napić się kawy i wrzucić coś na ząb w przyparkingowej kafei, ewentualnie skorzystać ze sklepiku. Pamiętam niejasno, że gdzieś tam były toalety, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć gdzie. Jeśli ktoś był/będzie, poproszę o update w tej sprawie, jak również w sprawie opłat za parking.

1 dzień w południowym Pembrokeshire

Pembrokeshire

Jeśli jesteś miłośnikiem otwartych przestrzeni, bezkresnej tafli oceanu, dramatycznej linii brzegowej i dzikiej przyrody, to koniecznie musisz wybrać się na południowe wybrzeże Pembrokeshire. To miejsce wprost stworzone do łagodzenia wszelkich stresów i łapania dystansu do problemów dnia codziennego; to także raj dla fotografów krajobrazu.

Dobra wiadomość: spacer wybrzeżem Pembrokeshire nie należy do specjalnie wymagających. Szczytami klifów biegnie wygodna ścieżka spacerowa, rzetelnie oznakowana oraz zabezpieczona – trzeba bowiem pamiętać, że klifowa linia brzegowa Walii jest narażona na działanie ogromnych pływów i w związku z erozją miewa skłonności do nerwowych osuwów. Natura nieustannie pracuje nad zmianą kształtu tego kraju.

Południowe Pembrokeshire

Poniżej znajdziesz dwie propozycje spacerów ‘z bonusem’. Od ciebie zależy, czy wypuścisz się na dłuższą wędrówkę, czy rozłożysz sobie przyjemność obcowania z wybrzeżem Pembrokeshire na raty.

Pierwsza propozycja to odcinek z plaży Freshwater East do klifowej kapliczki St Govan’s. Przy obu miejscach znajdują się parkingi. Freshwater East imponuje rozmiarami oraz bogactwem form skalnych i oczek wodnych zamieszkałych przez kraby i inne tajemnicze istoty; jako ciekawostkę dodam, że to tutaj nakręcono chwytającą za serce scenę śmierci Dobby’ego z Harry Pottera. To o tej plaży umierający elf mówi: to takie piękne miejsce żeby być z przyjaciółmi. Także tutaj nakręcono kilka scen z niezbyt niestety udanego Robin Hooda z Russellem Crowe. Raczej mocno orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA71 5LN.

freshwater east

Klifowa kapliczka St Govan’s to obowiązkowy punkt wizyty w tej części kraju. Jej początki toną w mętnych odmętach legend. Podobno dawno, dawno temu niejaki Govan, mnich z Irlandii, przybył w te strony w sobie tylko wiadomym celu i urzeczony pięknem krajobrazu postanowił zostać na zawsze (co jest w pełni zrozumiałe). Ale żeby nie było tak całkiem słodko, to któregoś dnia wybrzeże Pembrokeshire najechali piraci, i postanowili zabić wszystkich mieszkańców, w tej liczbie mnicha Govana. Na szczęście tu nastąpił cud opatrznościowy w postaci rozstąpienia się klifu i utworzenia szczeliny, w którą się Govan był wcisnął i ocalał. Wdzięczny za łaskę pańską wybudował w miejscu ocalenia kapliczkę – pustelnię ze srebrnym dzwonem, który mu piraci przy najbliższej okazji skonfiskowali za karę za brak szacunku.

Odległość pomiędzy Freshwater East i kapliczką wynosi około 11 km. Jeśli nie czujesz się na siłach na taki długi spacer, możesz sobie skrócić trasę mniej więcej o połowę wybierając np. trasę z kapliczki St Govan’s do pięknej dzikiej plaży Barafundle Bay, nagminnie pojawiającej się we wszelkiego rodzaju plażowych topach UK.

Barafundle Bay

Druga propozycja to krótszy spacer z St Govan’s do Green Bridge. Dystans wynosi około 5 km w jedną stronę; w czasie wędrówki twoje oczy ucieszą m.in. niesamowite formacje skalne zwane Stack Rocks i Green Bridge. Dokładniejszy opis znajdziesz tutaj.

Green Bridge of Wales

Uwaga: w tej okolicy znajduje się czynny poligon wojskowy i w związku z tym ścieżki i drogi dojazdowe do parkingów mogą być w określone dni zamknięte. W weekendy nie powinno być z tym problemu, tym niemniej, jeśli gdzieś po drodze zobaczysz powiewające czerwone flagi (nie wspominając o huku wystrzałów..), najlepiej zadekuj się w najbliższym pubie, kup sobie shandy i orzeszki, i poczekaj aż skończą. Ewentualnie możesz wykonać szybki telefon z zapytaniem o dostęp do wybrzeża zanim wybierzesz się w podróż. Numer telefonu: 01646 662367.

Z uwagi na brak konkretniejszych informacji odnośnie kodów pocztowych dla nawigacji satelitarnej polecam prześledzić opcje dojazdowe na mapie terenowej google oraz zaufać swoim instynktom traperskim. Jak również starym poczciwym znakom drogowym.

Przewietrzyć głowę / wersja dla wygodnych

Oto propozycja dla wielbicieli ładnych widoczków dostępnych z siedzenia samochodu, jak również dla miłośników dwóch kółek i ryczących silników. Zapraszam na malownicze objazdowe kółeczko trasą Cardiff-Brecon-Doliny-Cardiff. To trasa szczególnie popularna wśród motocyklistów, niestety wypadki śmiertelne z ich udziałem nie są tutaj rzadkością. Zdecydowanie noga z gazu; jakkolwiek nudno to nie brzmi dla prawdziwego easy rider’a, dostosuj prędkość do realiów drogi.

Zaczynasz w Cardiff wskakując na drogę A470 biegnącą w kierunku Brecon. To jedna z najbardziej malowniczych walijskich dróg; im bliżej parku narodowego Brecon Beacons, tym bardziej zyskuje wizualnie. Nie tylko ze względu na góry, ale i sztuczne jeziorka (resevoirs), tu i ówdzie ładnie obramowane drzewami. Przy jeziorkach można napotkać ławki piknikowe; szanse, że będą wolne maleją niestety wraz z przybliżaniem się weekendu. To z tej trasy można najłatwiej wejść na szlak wiodący na najwyższy szczyt południowej Walii, elegancki Pen Y Fan. Tak tylko wspominam, mimochodem, ostatecznie to wycieczka mobilna i nie każdy jest stworzony do wygibasów na szlakach.. Życzliwie ostrzegam: hamburgery i herbaciana lurka sprzedawane w przydrożnych kafejach na kółkach to opcja dla prawdziwych gastronomicznych twardzieli. Zakupujesz na własne ryzyko. Z góry przeproś swoje kubki smakowe.

Masz kilka opcji. Możesz dojechać do Brecon i spędzić dwie godzinki w tym przyjemnym miasteczku, oferującym m.in. rejsy łodzią po kanale i rozliczne przybytki o charakterze gastronomicznym, albo 5-6 mil przed Brecon skręcić do wsi Libanus i odwiedzić Brecon Beacons Visitor Centre, w którym mają bardzo przyzwoitą kafeję i z którego rozchodzi się kilka łagodnych szlaków cieszących oko malowniczą panoramą Brecon Beacons.

W drodze powrotnej za jednym z jeziorek zobaczysz odbijający w prawo drogowskaz na Hirwaun i Neath. Droga A4059 początkowo powiedzie cię szczytami wzgórz, oferując naturalną platformę widokową; otoczą cię otwarte przestrzenie, często przypominające wyjałowione rozległe stepy usiane jedynie białymi kropkami owiec. Przy ładnym wieczorze ten fragment trasy potrafi niesamowicie oczarować zachodem słońca rozlewającym się na całym wielkim niebie. Dalej droga powiedzie cię wzdłuż potężnych skał, zmieniając się momentami w wąską serpentynę pełną zawijasów (zwolnij, przecież nie ma się do czego spieszyć). Pod koniec pokaże ci z bliska słynne walijskie Doliny z ich tarasowymi domami i wąskimi uliczkami, i ostatecznie doprowadzi do autostrady M4, którą możesz wrócić do Cardiff.

Kiepska pogoda? Kryj się kto może!

Kryjówki

Nie da się ukryć: w Walii zdarza się niesympatyczna pogoda. Nawet dość często. W taką niesympatyczną pogodę człowiek nielubiący siedzieć w domu ma dość ograniczone pole manewru. Na szczęście ci pożądający świeżego powietrza i kontaktu z naturą niezależnie od aury za oknem zawsze mogą liczyć na kryjówki do obserwacji ptaków (bird hide).

Bywa, że w nocy kryjówki są oblegane przez koneserów ziółek i nastolatków odrabiających lekcje; za to w dzień zazwyczaj jest w nich cicho, sucho i przytulnie, można pić gorącą herbatę z termosu i medytować transcendentalnie godzinami czekając, aż coś przeleci. Albo nie przeleci. Można nawet zostać pasjonatem birdwatchingu. Pasjonata birdwatchingu poznaje się po lornetce, niesamowicie drogim teleobiektywie dłuższym od kija od miotły oraz tej szczególnej umiejętności wyrażania delirycznej ekscytacji poprzez absolutny bezruch.

Największy szał bezruchu w kryjówkach powoduje zazwyczaj pojawienie się zimorodka (kingfisher). Przylatuje, siada na kiju i hipnotyzuje rybki w stawie; zapchana po dach kryjówka trzeszczy w szwach śledząc na bezdechu każdy mikroruch legendarnej ptaszyny i fotografując bez opamiętania. Wszyscy modlą się, żeby im się nie zachciało do ubikacji.

zimorodek

Kryjówkę można znaleźć i skolonizować najczęściej nad jakimś stawem w rezerwatach przyrody (nature reserve), których Walia ma mnóstwo. Ogólnie polecam odwiedzanie wszelkich rezerwatów, to bardzo relaksujące. Jeśli chodzi o samo fotografowanie ptaków, to życzliwie podpowiadam: w ziarnie jest metoda.

Kilka zdjęć z moich fotosafari w Forest Farm Nature Reserve na obrzeżach Cardiff:

ptaki Walii