Category Archives: góry

Na rowerze przez południową Walię – część 2

zasluzony odpoczynek

Zapraszamy na drugą część subiektywnego przeglądu tras rowerowych południowej Walii. Pierwszą część z łatwiejszymi trasami dla każdego znajdziesz tutaj.

 

Maesteg – Afan Argoed – Maesteg

 czyli żarty się skończyły

17

To nie jest jakoś szczególnie długa trasa, ale dość wymagająca, zwłaszcza ostatni etap. Zaczynając z końcowej stacji kolejowej w Maesteg wyjeżdżasz z parkingu, skręcasz w prawo w Castle Street i przejeżdżasz przez światła. Po chwili 1skręcasz w prawo i zaraz znów w prawo za niebiesko-czerwonymi znakami ścieżki rowerowej 885. Podążasz za drogowskazami na Afan Argoed. Ścieżka jest bardzo dobrze oznaczona. Uwaga, w pewnym momencie połączy się z dość ruchliwą drogą, jednocześnie morderczym krętym podjazdem – zachowaj ostrożność. Dobra wiadomość, potem w  nagrodę będzie ‘w dół’ – to lubimy. Niedługo za miejscowością Cymmer po lewej stronie pojawi się twój cel: Visitor Centre w Afan Argoed. Tu 3można odpocząć, nagrodzić się ciachem i kawą w kafei, a nawet obejrzeć małe sympatyczne muzeum górnictwa. Możesz pokręcić się po okolicy próbując któryś z ich licznych szlaków, albo ruszyć w powrotną drogę. Masz dwie opcje: zawrócić tą samą trasą, wiedząc, jaki rodzaj podjazdów cię czeka.. albo jechać dalej tą sama drogą, w błogiej nieświadomości nadchodzącej mordęgi, ciesząc oko malowniczymi wzgórzami. W razie wątpliwości co do kierunku11 drogi wypatruj znaków drogowych na Maesteg. Możesz zatrzymać się w pubie w miejscowości Bryn; nie przeoczysz, to ten ogromny budynek przy samej drodze, od którego rozpoczniesz na szczęście ostatni tego dnia, ale chyba najbardziej morderczy podjazd. A potem już tylko miły sercu zjazd do centrum Maesteg. Właśnie pokonałeś mniej więcej 27 km w dół i w górę, możesz nagrodzić się poczuciem ogromnej satysfakcji. Polecam prześledzić trasę na google maps.

mstg to afan ar

Ffordd y Gyffraith – Langynwyd Ffordd y Gyffraith

podjazdowy hardkor w ładnych okolicznościach przyrody

dscn1098

Kolejna ‘moja’ trasa. Teoretycznie leży w większości na terenie wioski Cefn Cribwr; w praktyce cywilizację spotyka się na samym końcu, w wiosce Llangynwyd położonej niedaleko od Maesteg. Cywilizacja ma postać miłego oku stareńkiego pubuDSCN0876 krytego strzechą, drugiego pubu, kilku domów i przystojnego cmentarza. Wszystko czego człowiekowi w życiu potrzeba. Niestety, żeby tam dotrzeć będziesz musiał stoczyć nierówną walkę z jednym z liderów spośród tak wielu morderczych podjazdów w tym kraju. Dobra wiadomość: droga będzie pusta, więc jeśli tak jak ja zdecydujesz zsiąść z roweru i pchać go pod górę, nikt oprócz kilku owiec nie będzie świadkiem twojej jakże usprawiedliwionej chwili słabości.

10365654_928779777156281_7844361772824494188_oZostawiasz samochód w.. miejscowości..? Trzy domy na krzyż, nazwa dłuższa niż miejscowość: Ffordd Y Gyffraith (kod orientacyjny dla satnavu CF32 0BS). Wjeżdżasz w pnącą się do góry country lane (to jest właśnie ten killer podjazd) i jedziesz cały czas aż dojedziesz do skrzyżowania w formie litery T. Jedziesz w prawo do Llangynwyd. Wracając na tym samym skrzyżowaniu nie skręcaj w drogę, którą przyjechałeś, tylko pojedź kawałek dalej i potem skręć w lewo w leśną drogę (będą bramki i tablica informacyjna). Będzie cały czas w dół przez las, bardzo przyjemny zjazd.  Doprowadzi cię do drogi którą wrócisz do Ffordd Y Gyffraith. Takie kółeczko. ( mil (około 13 km) ale ostrzegam: będzie wysiłek.ww4

Uwaga, bonus dla uważnych: prawie przy samym końcu tego zjazdu przez las można wypatrzeć po prawej stronie w dole między drzewami małe urocze szmaragdowe jeziorko, pozostałość po przemyśle, który kiedy okupywał te ziemie. Warto się tam na chwilę zatrzymać.

Jak zwykle polecam prześledzić tę trasę na google maps.

ffordd

Taff Trail

całość za jednym zamachem – sen czempiona

2-2

Słynny w całym kraju opisany już na Smoku Taff Trail jeden z najbardziej malowniczych szlaków w Walii. Biegnie z Cardiff do Brecon i składa się z odcinków o różnym stopniu trudności. Nie musisz pokonywać całego za jednym zamachem (53 mile!), chyba, że masz świetną kondycję i ambicje na wyczyn. Szczególnie końcowy etap biegnący przez góry Brecon Beacons należy do wymagających. Zwłaszcza, jeśli po dotarciu do Brecon musisz wrócić do miejsca w którym pozostawiłeś samochód. Dokładniejszy opis Taff Trail znajdziesz tutaj. Sprawdziłam, polecam, świetna trasa.

Przewietrzyć głowę / wersja dla wygodnych

Oto propozycja dla wielbicieli ładnych widoczków dostępnych z siedzenia samochodu, jak również dla miłośników dwóch kółek i ryczących silników. Zapraszam na malownicze objazdowe kółeczko trasą Cardiff-Brecon-Doliny-Cardiff. To trasa szczególnie popularna wśród motocyklistów, niestety wypadki śmiertelne z ich udziałem nie są tutaj rzadkością. Zdecydowanie noga z gazu; jakkolwiek nudno to nie brzmi dla prawdziwego easy rider’a, dostosuj prędkość do realiów drogi.

Zaczynasz w Cardiff wskakując na drogę A470 biegnącą w kierunku Brecon. To jedna z najbardziej malowniczych walijskich dróg; im bliżej parku narodowego Brecon Beacons, tym bardziej zyskuje wizualnie. Nie tylko ze względu na góry, ale i sztuczne jeziorka (resevoirs), tu i ówdzie ładnie obramowane drzewami. Przy jeziorkach można napotkać ławki piknikowe; szanse, że będą wolne maleją niestety wraz z przybliżaniem się weekendu. To z tej trasy można najłatwiej wejść na szlak wiodący na najwyższy szczyt południowej Walii, elegancki Pen Y Fan. Tak tylko wspominam, mimochodem, ostatecznie to wycieczka mobilna i nie każdy jest stworzony do wygibasów na szlakach.. Życzliwie ostrzegam: hamburgery i herbaciana lurka sprzedawane w przydrożnych kafejach na kółkach to opcja dla prawdziwych gastronomicznych twardzieli. Zakupujesz na własne ryzyko. Z góry przeproś swoje kubki smakowe.

Masz kilka opcji. Możesz dojechać do Brecon i spędzić dwie godzinki w tym przyjemnym miasteczku, oferującym m.in. rejsy łodzią po kanale i rozliczne przybytki o charakterze gastronomicznym, albo 5-6 mil przed Brecon skręcić do wsi Libanus i odwiedzić Brecon Beacons Visitor Centre, w którym mają bardzo przyzwoitą kafeję i z którego rozchodzi się kilka łagodnych szlaków cieszących oko malowniczą panoramą Brecon Beacons.

W drodze powrotnej za jednym z jeziorek zobaczysz odbijający w prawo drogowskaz na Hirwaun i Neath. Droga A4059 początkowo powiedzie cię szczytami wzgórz, oferując naturalną platformę widokową; otoczą cię otwarte przestrzenie, często przypominające wyjałowione rozległe stepy usiane jedynie białymi kropkami owiec. Przy ładnym wieczorze ten fragment trasy potrafi niesamowicie oczarować zachodem słońca rozlewającym się na całym wielkim niebie. Dalej droga powiedzie cię wzdłuż potężnych skał, zmieniając się momentami w wąską serpentynę pełną zawijasów (zwolnij, przecież nie ma się do czego spieszyć). Pod koniec pokaże ci z bliska słynne walijskie Doliny z ich tarasowymi domami i wąskimi uliczkami, i ostatecznie doprowadzi do autostrady M4, którą możesz wrócić do Cardiff.

Dla wielbicieli dziwów

Cwmystwyth, Cwm Elan

elan valley

Dolina Elan w środkowej Walii to miejsce szczególne, o którym będziemy jeszcze pisać szerzej. To 180 km wzgórz i sztucznych zbiorników wodnych stanowiących imponującą spuściznę po wiktoriańskich inżynierach; sposób w jaki potrafili wpisać całe to ogromne przedsięwzięcie w krajobraz nie tylko nie szkodząc mu, ale nawet wzbogacając wizualnie zasługuje na podziw i szacunek.

Elan Valley to jeden z najrzadziej chyba zaludnionych rejonów Walii; długo można jechać i nie spotkać drugiego samochodu. Momentami ma się wrażenie jakiegoś cudownego uroczyska. Szczególnie w takich miejscach jak Cwmystwyth [czyt. kumystłyf], wieś uważana za położoną w samym centrum Walii.

cwm

W dawnych, dawnych czasach Cwmystwyth była niezwykle ważna; jej pozycja była związana z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec XIX-go/na początku XX-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z Wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani; świadomość tego tylko dodaje okolicy tej szczególnej atmosfery. Relatywnie niewielka część wsi przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego.

Jednak jedyni żywi ludzie, których ja spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim. Z dumą stwierdzam, że duch pielgrzymów-eksploratorów w narodzie żyje i ma się nieźle.

Orientacyjny kod pocztowy dla sat navu: SY23 4AE.

Llandudno, wiktoriański kurort na północy

sno

Tam, gdzie góry Snowdonii schodzą do morza Irlandzkiego, u stóp Great Orme, przeciąga się z wdziękiem najsłynniejszy mapka llandwalijski kurort Llandudno (wym. chlandydno). Jest przystojny i elegancki; latem roześmiany, krzykliwy i kolorowy, po sezonie milknie; po molu zaczyna hulać północny wiatr, a budy z lodami odlatują do ciepłych krajów. Jest coś pociągającego w takim posezonowym kurorcie. W języku angielskim istnieje małe słówko, które nie ma bezpośredniego równie pojemnego odnośnika w języku polskim, a które mi bardzo pasuje na opisanie tego dsc_0224stanu rzeczy: vulnerable. Na polski można to przełożyć jako wrażliwy, bezbronny, odsłonięty, podatny na ataki. Bez tysięcy turystów, hałaśliwej komercji, z pozamykanymi restauracjami i pastelami blaknącymi od mżawki Llandudno kurczy się w sobie, otacza ramionami opuszczonych przez gości hoteli i zapada w sen, mrucząc: byle do wiosny.

Llandudno ma wszystko, co powinien mieć szanujący się kurort: niekończącą się promenadę, kuszącą wielbicieli dsc_01901nadmorskich spacerów, kolejkę kablową, wiktoriańskie fasady nadbrzeża przypominające o czasach największej świetności, plaże i oczywiście wspomniane już molo. Dość stare, bo z 1878 r. Nad miastem góruje Great Orme, szczyt i znakomity punkt widokowy, na który można się dostać wąską drogą, ścieżkami dla pieszych oraz specjalnym tramwajem (głównie w sezonie). Great Orme jest również rezerwatem przyrody, w którym żyje między innymi unikatowy gatunek białych kozic.

little-orme-and-great-orme
Llandudno i Great Orme – llandudnoinpictures.wordpress.com

Ze szczytu Great Orme roztaczają się fantastyczne widoki na okolicę; tzn. jeśli pogoda nie ma akurat przerwy na papierosa. Jedną z atrakcji tych okolic jest kościółek z cmentarzem, smagany wichrem na jednym ze zboczy Great Orme; również kopalnia miedzi, której początki sięgają epoki brązu.

Great Orme Copper Mine – geograph.org.uk – 819” by Alan Simkins. Licensed under CC BY-SA 2.0 via Wikimedia Commons.

DSC_0100Rzeka Conwy oddziela Llandudno od kolejnej perełki tych okolic, miejscowości o tej samej nazwie co rzeka, z jednym z najwspanialszych walijskich zamków i świetnie zachowanymi murami miejskimi objętymi ochroną UNESCO. Conwy może się również pochwalićDSC_0054 posiadaniem najmniejszego domu w Wielkiej Brytanii.

Jeśli masz czas, spędź w tych okolicach cały dzień, może nawet dwa. Bez problemu znajdziesz tu przyzwoity posiłek, a wrażeń nie zabraknie. Zarówno Llandudno, jak i Conwy to pozycje obowiązkowe w trakcie pobytu w północnej Walii.

Szybki spacer po Conwy

Podobnie jak w Caernarfon, Harlech i kilku innych miastach regionu, zamek i miejskie fortyfikacje Conwy wzniesiono z polecenia króla Edwarda I i według projektu mistrza James’a od Świętego Jerzego. I podobnie jak pozostałe, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO twierdze “Żelaznego Pierścienia”, mimo upływu siedmiu wieków – zachwyca.

Conwy CastleTym co wyróżnia Conwy Castle, jest pozornie niezbyt strategiczne położenie. Ale, właśnie, to tylko pozory! Średniowieczną fortecę wybudowano na niewysokiej, ale i niezniszczalnej platformie skalnej, tuż przy ujściu rzeki Conwy. Zrezygnowano nawet z charakterystycznych dla konstrukcji St. George’a podwójnych murów obronnych, uznając najwyraźniej, że dwa barbakany i osiem potężnych baszt wystarczy by zniechęcić kogokolwiek do ataku.

Conwy CastleCo zasługuje na podkreślenie, tę niezwykłą – nawet w skali europejskiej – twierdzę, wzniesiono w rekordowym czasie zaledwie czterech lat. Na placu budowy uwijało się półtora tysiąca rzemieślników i murarzy. Ostateczny rachunek opiewał zaś na piętnaście tysięcy funtów, co czyniło z Conwy najkosztowniejszą inwestycję Edwarda I. W przeliczeniu na dzisiejsze funty, byłyby to jakieś niewyobrażalne miliony! Chyba było warto, skoro zamek stoi do dziś i wciąż budzi respekt swoją przytłaczającą potęgą…

Conwy CastleTuż obok zamku, dosłownie dwa kroki, brzegi rzeki Conwy spina słynny Conwy Suspension Bridge. Ten wiszący most, zbudowany w 1826 roku, jest dziełem Thomas’a Telford’a – jednego z najbardziej utalentowanych inżynierów z czasów angielskiej rewolucji przemysłowej. Kiedyś most stanowił część ważnego szlaku, łączącego Walię z Północną Irlandią. Dziś, wyłączony z ruchu, wraz ze stróżówką, w której pobierano myto (obecnie £1 na rzecz National Trust), stanowi najwyższej klasy zabytek techniki. W dodatku całkiem przyjemny dla oka.

Conwy Suspension BridgeBędąc w Conwy, warto też wybrać się na spacer wzdłuż murów obronnych starego miasta. Wybudowano je w tym samym czasie co zamek, dla ochrony napływających tu z Anglii nowych mieszkańców, przed Walijczykami, którzy co kilka lat upominali się wolność w mniej lub bardziej skutecznych rebeliach i powstaniach. Praktycznie cały, przeszło kilometrowej długości pierścień otaczający miasto i 21 baszt, przetrwały do dziś.

ConwyKilka perełek znajdziemy też w obrębie murów. Chociaż mówienie o perłach jest trochę niesprawiedliwe, bo w zasadzie cała starówka wygląda doskonale!

Wśród najcenniejszych pamiątek po dawnych czasach, wymienia się jednak przede wszystkim Plas Mawr. Ten najlepiej zachowany na Wyspach elżbietański dom-pałac, wzniesiono w latach 1576-85 (a więc budowano go dłużej niż ogromny zamek!), dla bogatego i wpływowego kupca Robert’a Wynn’a. Miłośników antyków czeka tu niezła uczta. Wystrój i wyposażenie pałacu zachowały się w niemal idealnym stanie.

Uliczki Starego Conwy. Z lewej strony widać Plas MawrParę ulic dalej, w samym centrum starego miasta, przy Castle Street, stoi Aberconwy House. Niepozorny, lekko koślawy dom zbudowany z drewna i kamienia datowany jest na XIV wiek, co czyni go prawdopodobnie najstarszym budynkiem mieszkalnym w Conwy.

Najmniejszy dom w Wielkiej BrytaniiInny domek z serii “naj”, stoi przyklejony do murów miejskich od strony przystani. To najmniejszy dom w Wielkiej Brytanii. A przynajmniej tak jest reklamowany. Jeszcze na początku ubiegłego stulecia, w tej kamieniczce wielkości kiosku “Ruchu”, mieszkał samotny rybak. Teraz mieści się tu – podobno nieszczególnie interesujące – muzeum.

Dolwyddelan – siedziba walijskich książąt

Trochę to smutne, a trochę ironiczne, ale kiedy mówi się o walijskich zamkach, chodzi najczęściej o zamki wybudowane w Walii przez Anglików w celu poskromienia Walijczyków i skolonizowania ich krainy. Stąd też, czasem, miejscowi nie do końca podzielają zachwyty turystów nad wspaniałymi twierdzami “Żelaznego Pierścienia”. Dla równowagi warto więc odwiedzić kilka walijskich zamków w Walii. Te, choć rzadko równie imponujące, opowiadają często ciekawsze historie…

Dolwyddelan Castle zbudowano na wysokiej skale, z której, oprócz malowniczej górskiej panoramy, doskonale widać drogę między Betwys-y-Coed a Blaenau Ffestiniog. Dziś zaznaczona na mapach jako A470 i wymieniana wśród najbardziej malowniczych na Wyspach, trasa ta od stuleci była jedną z ważnych przepraw przez góry Snowdonii. Stąd zapewne wybór strategicznego miejsca na budowę zamku.

Do końca nie wiadomo kto i kiedy wzniósł tę kamienną strażnicę. Legendy mówią, że tu właśnie, w 1173 roku, przyszedł na świat Llywelyn ab Iorwerth, zwany Wielkim – jeden z najważniejszych władców w dziejach celtyckiej Walii. Historycy natomiast skłonni są raczej jemu właśnie przypisywać autorstwo pomysłu budowy zamku w tym miejscu. Szczególnie, że wraz z niedalekimi – a wzniesionymi z jego polecenia – zamkami Dolbadran i Prysor, tworzyły system kontroli nad górską częścią wciąż jeszcze niezależnego państwa walijskiego kierowanego przez Llywelyn’a Wielkiego i jego następców.

Pewne jest za to, że przez kilka dziesięcioleci, Dolwyddelan był siedzibą kolejnych książąt i dworu. Do 1283 roku, gdy w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, praktycznie bez walki, znalazł się w rękach Anglików prowadzonych przez Edwarda I.

Nowi gospodarze, niemal z biegu, wzięli się za przebudowę zamku. Obok nietypowej, czworokątnej wieży, stanęła druga – okrągła. Wzmocniono obronę naprawiając mury i sprowadzając najnowocześniejsze machiny wojenne, po czym twierdzę obsadzono doborowym garnizonem. Królewskie inwentarze podają, że wojów z Dolwyddelan wyposażono nawet w specjalne białe tuniki i rajtuzy na wypadek prowadzenia wojny w zimie.

…a wszystko to na próżno, bo zamek nigdy już nie odegrał żadnej istotnej roli. Z czasem został opuszczony i pozostawiony na pastwę nieprzyjaznej snowdońskiej aury. Kilku epizodycznych właścicieli na przestrzeni wieków nie miało większego wpływu na kształt i stan zamku. Dopiero w XIX wieku przeprowadzono poważniejsze prace remontowe, by nie powiedzieć reanimacyjne.

Znamienne – szczególnie dla licznych w tych stronach walijskich nacjonalistów – że w całkiem przyzwoitym stanie przetrwała do dziś tylko wieża wzniesiona przez i dla prawowitych walijskich książąt, podczas gdy z młodszej – angielskiej, został ledwie kawałek poszarpanej ściany.

Dziś, położonym na prawdziwym odludziu, zamkiem Dolwyddelan opiekuje się CADW, który za wstęp pobiera skromne £2.80. Ale… dla skąpców i spragnionych przygód istnieje “tajne” wejście: zaczynający się na zamkowym parkingu Castle Trail. Średnio wymagający spacer zajmuje około godziny, gwarantuje doskonałe widoki i bliższe spotkania z owcami.


Dzielni woje z Harlech

W Harlech, na wysokim klifie, stoi jeden ze wspaniałych zamków wybudowanych na polecenie Edwarda I, które razem tworzyły tzw. “Żelazny Pierścień” wokół północno-zachodniej Walii.

Harlech CastleChoć nie największy i nie najpotężniejszy, Harlech Castle uważa się za jeden z najdoskonalszych przykładów średniowiecznej architektury militarnej. Już samo położenie imponuje: z trzech stron dostępu do twierdzy chronią urwiste zbocza; czwartą – wschodnią – zabezpieczono wykutą w skale (!!!) fosą i potężną bramą.

Harlech CastleKamienną fortecę wzniesiono w imponująco krótkim czasie, zaledwie siedmiu lat (1283-90), za skromne, w porównaniu do innych edwardiańskich zamków, 8190 ówczesnych funtów. W okresach najintensywniejszych robót, na placu budowy uwijał się prawie tysiąc wykwalifikowanych rzemieślników i robotników. Całością prac kierował genialny architekt, “Mistrz Robót Królewskich w Walii” – James of St. George d’Estagne. I jemu właśnie, po zakończeniu budowy, król powierzył dowództwo nad garnizonem, z niezgorszą pensją stu marek, czyli sześćdziesięciu sześciu dawnych funtów rocznie.

Harlech CastleSt. George, który zamieszkał w wygodnych apartamentach w głównej bramie, miał pod sobą trzydziestu ludzi, w tym, między innymi, dziesięciu kuszników, kapelana, kamieniarza i cieślę.

Harlech CastleO ironio, zamek zbudowany by trzymać w ryzach niepokornych Walijczyków, w czasie powstania pod wodzą Owain’a Glyndŵr na początku XV wieku, jako jeden z kilku musiał poddać się insurgentom. Na kilka lat Harlech stało się nieoficjalnym centrum walczącego o niepodległość kraju. Tu zwoływano parlament i rady, i tu właśnie księciem Walii mianowano Owain’a Glyndŵr.

Harlech CastleDopiero pod koniec 1408 lub na początku 1409 roku, po ciężkich bombardowaniach, Anglikom udało się odbić zamek. Dowodził nimi Henry of Monmouth, późniejszy król Henryk V.

Harlech CastleJednak najcięższe i najdłuższe oblężenie w historii całej Wielkiej Brytanii, kamienna forteca przeżyła pod koniec Wojny Dwóch Róż w latach 60. XV wieku. Przez siedem lat (!!!) zamku bronili stronnicy Lancaster’ów. Ich determinację opiewają wersy “Men of Harlech” – ulubionej pieśni fanów rugby, orkiestr wojskowych i “nieoficjalnego hymnu narodowego Walii”, jak bywa czasem nazywana [wersja walijska i wersja angielska].

Harlech Castle z widokiem na Cardigan BayPrzez wieki “tajną bronią” Harlech były sześćdziesięciometrowe schody prowadzące od zamku do podnóża klifu, na którym stoi. Dawniej bowiem, można było się do niego dostać… łodzią lub nawet statkiem! Tą drogą, podczas oblężenia zamku, dostarczano załodze wodę, żywność i resztę zaopatrzenia. Dziś, patrząc na odległe o kilkaset metrów morze, trudno w to uwierzyć…

Widok z zamku na Snowdonię i Półwysep LlŷnPo raz ostatni kroniki wspominają o Harlech przy okazji Wojny Domowej. Po zdobyciu zamku przez zwolenników parlamentu w 1647 roku, padł rozkaz zrównania go z ziemią. Szczęśliwie niewykonany. Dzięki temu, 339 lat później, w listopadzie 1986 roku zamek Harlech, wraz z zamkami Beaumaris, Caernarfon i Conwy trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 5.]

Na koniec odwiedzimy angielski fragment Black Mountains, gdzie w wyludnionych dolinach Olchon i Monnow, stoją kryjące skarby wiekowe kościoły. Wdrapiemy się na Grzbiet Kota, na którym pasą się konie i owce. I w końcu odwiedzimy Longtown – ostatnią z warowni strzegących tego niezwykłego zakątka Pogranicza…

Historia w nazwie zapisana

Żeby obraz Black Mountains był pełny, trzeba jeszcze wybrać się na wschodnią stronę pasma.

Znaną już wąską, krętą, obsadzoną dwumetrowym żywopłotem drogą z Hay-on-Wye docieramy do górskiej krzyżówki. Tym razem, choć wspomnienie Gospel Pass i Doliny Ewyas może utrudniać podjęcie decyzji, trzeba skręcić na wschód, do Anglii.

Te okolice są zdecydowanie mniej znane i rzadziej odwiedzane przez turystów niż środkowa i zachodnia część Czarnych Gór. Ale stwierdzenie, że są nieatrakcyjne byłoby krzywdzące. Na pewno są nieco inne: mniejsze, ciaśniejsze, na swój sposób mroczne, niepokojące i niemal zupełnie bezludne. Wciąż jednak jest tu kilka osad, do których warto zajrzeć.

Okolice CraswallCraswall, pierwsza z nich, zaczyna się znakiem tuż rozstajem dróg i ciągnie przez kilka kilometrów… pustkowia. Oficjalnie w parafii Craswall (parafia to najmniejsza jednostka terytorialna Wielkiej Brytanii) mieszka około sto pięćdziesiąt osób, ale trudno w to uwierzyć. Co ciekawe, jeszcze kilka wieków temu Craswall opisywano jako township, czyli jeszcze nie miasteczko, ale na pewno nie wieś, a już zdecydowanie nie to, czym jest dziś.

Kościół Świętej Marii w CraswallWiązało się to zapewne z sąsiedztwem Craswall Priory – klasztoru założonego w latach trzydziestych trzynastego wieku przez zakon grandmontanów. Był to jeden z zaledwie trzech domów tej reguły na Wyspach i, generalnie, jeden z niewielu poza Francją. W Czarne Góry sprowadził ich i zabezpieczył hojnymi nadaniami ziemskimi Walter de Lacy – wpływowy lord z Ewyas Harold. Skromne dokumenty i jeszcze skromniejsze ruiny wskazują, że fortuna francuskim zakonnikom sprzyjała. Do czasu. Po wojnie stuletniej, w 1462 roku, zakon grandmontanów, jak wszystkie zakony związane z Francją, rozwiązano a majątek skonfiskowano na rzecz korony.

Kościół Świętej Marii w CraswallPrawdopodobnie jedyną pamiątką po mnichach z Grandmont jest kościół datowany na czternasty-piętnasty wiek, poświęcony Świętej Marii. Dedykacja ta jest właściwie jedyną poszlaką, bo wszystkie kościoły grandmontanów oddawano pod opiekę Marii. Ale ani ciężka, prosta bryła, ani surowe wnętrza Saint Mary’s Church nie dostarczają szczególnych emocji. Chociaż całość – dzikie pustkowie, zapuszczony cmentarz i stare, drążone próchnicą wieków mury świątyni – wydziela delikatną i przyjemną woń nostalgii.

"Godziny szczytu" na górskich drogachKilka kilometrów na południe, na grzbiecie rozdzielającym doliny Olchon i Monnow, leży kolejna wieś-widmo – Llanveynoe. Już sama nazwa dostarcza właściwie wszystkich potrzebnych informacji na jej temat. Przede wszystkim, choć dziś leży w Anglii, jej korzenie tkwią w Walii. Dość głęboko, bo sięgają mroków wczesnego średniowiecza.

Olchon Valley i Black HillWalijskie słowo “llan” – pierwszy człon nazwy – często tłumaczone w uproszczeniu jako “kościół”, oznacza tak naprawdę wspólnotę lub osadę zbudowaną wokół kościoła. Przy czym znów, kościół nie musiał oznaczać konkretnej budowli w dzisiejszym rozumieniu. Nierzadko była to po prostu chata mnicha-misjonarza. Wspólnoty takie powstawały w Walii masowo w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia, okresie znanym jako “Era Świętych”. Stąd na mapie Walii blisko połowa wszystkich miejscowości ma w nazwie “llan”. Co zdecydowanie nie ułatwia podróżowania po tym kraju.

Drugi człon tradycyjnych walijskich nazw z “llan”, odnosi się natomiast do założyciela lub patrona danego “kościoła”. I tu zaczynają się problemy. Część imion stosunkowo łatwo zidentyfikować. Choćby (Llan)bedr czy (Llan)ddewi – odpowiednio święci Piotr i Dawid. Ale nad innymi, jak Cadoc z (Llan)gattock, Ellyw z (Llan)elieu, czy Beuno z (Llan)veynoe trzeba się pogłowić.

Kościół Świętego Beuno w LlanveynoeTen ostatni założył swój “llan” w Czarnych Górach na początku siódmego wieku. Być może już wtedy zbudowano tu jakąś świątynię, bo trzynastowieczne kroniki wspominają o przebudowie tutejszego kościoła. Kolejna miała miejsce dopiero w dziewiętnastym wieku i… zupełnie pozbawiła go charakteru. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W czasie prac remontowych, na kościelnym dziedzińcu odkopano niezwykły kamienny krzyż. Ma niewiele ponad półtora metra wysokości, bardzo krótkie ramiona i najprawdopodobniej pochodzi z czasów sprzed normańskiego podboju, czyli ma co najmniej tysiąc lat.

Wczesnośredniowieczne krzyże w LlanveynoeDwa inne celtyckie krzyże, a dokładniej kamienne bloki z wyrzeźbionymi krzyżami, datowane na szósty-siódmy wiek (!!!), znaleźć można wewnątrz skromnego kościoła, wmurowane w południową ścianę. Jeden z nich ozdabia prymitywna i zabawnie naiwna postać ukrzyżowanego Jezusa. Na drugim, wokół prostego krzyża wyryto nierozszyfrowane inskrypcje. Aż trzy takie skarby w jednym miejscu to prawdziwa rzadkość! Warta zboczenia z utartych szlaków, których i w tych stronach kilka się znajdzie.

Świat z grzbietu kota

Najlepiej wydeptana ścieżka we wschodniej części Black Mountains prowadzi na szczyt Black Hill – najwyższego wzgórza hrabstwa Herefordshire.

Black HillNazywane lokalnie “Kocim Grzbietem” (Cat’s Back), Black Hill stało się sławne za sprawą Brucea Chatwina i jego wydanej w 1983 roku i zekranizowanej pięć lat później powieści “On the Black Hill” – sagi rodzinnej opowiadającej o trudach życia na odizolowanych od świata farmach górskiego pogranicza.

Olchon ValleyNamiastkę tej izolacji można poczuć spoglądając w dół, do Doliny Olchon. Na jej zboczach, nieustannie skubanych przez setki górskich owiec, tu i ówdzie stoją ruiny kamiennych domów. Znikające pamiątki po tych, którzy się poddali, albo nie znaleźli następców.

Widok na Golden Valley i Herefordshire z grzbietu Black DarrenZe szczytu Black Hill można też ruszyć w górę i gdzieś w okolicach Hay Bluff dotrzeć do szlaku Offy rozdzielającego Anglię i Walię. Stąd, kierując się na południowy wschód, praktycznie bez wysiłku można przejść cała grań Hatterrall Ridge, mijając w dole Gospel Pass, Capel-y-Ffin, Llanveynoe i Llanthony, aż do urwiska Black Darren. Skąd, przy dobrej pogodzie, widać ruiny zamku Longtown – ostatniej twierdzy pilnującej dostępu do Czarnych Gór.

Ostatni bastion

Longtown, jak zresztą sugeruje nazwa, jest długie i ciągnie się dobrych kilka kilometrów wzdłuż wąskiej drogi biegnącej dnem doliny, w której spotykają się rzeki Olchon, Monnow i Escley. Zgodnie też z nazwą, Longtown, w przeciwieństwie do widmowych sąsiednich osad, przypomina bardziej miasteczko niż wieś. Jest tu pub, szkoła i dwie kaplice. Do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku działała tu nawet stacja ratowników górskich, przeniesiona z czasem do Abergavenny.

No i jest zamek. Właściwie zamki były dwa, ale po jednym z nich, starszym, pozostał tylko niewielki kopiec. Mało tego, niedaleko ruin zamku, odkryto ziemne umocnienia jeszcze sprzed normańskiego podboju. A wszystko to w okolicy, która i dziś kwalifikuje się jako półdzikie odludzie. Celtowie z tych stron musieli naprawdę zachodzić za skórę swoim wschodnim sąsiadom!

Longtown CastleZostawiając kopce i wały archeologom, warto zatrzymać się przy ruinach kamiennego Longtown Castle. Masywny keep (czyli mieszkalno-obronna baszta), fragmenty murów i jedna z bram nie są może szczególnie spektakularne, ale dają wyobrażenie o tym jak zamek wyglądał w okresie świetności. Wyjątkowo krótkim, trzeba dodać, okresie.

Kamienny zamek to dzieło Waltera de Lacy, wznoszone przez kilkadziesiąt lat na przełomie dwunastego i trzynastego wieku. Ale już cztery wcześniejsze pokolenia familii de Lacy z Ewyas Harold, ogniem, mieczem i szemranymi układami umacniały swoją pozycję na Pograniczu. Częścią rodzinnej polityki było też fundowanie klasztorów. Tak uczynił ojciec Waltera – Hugh – hojnie obdarowując Llanthony Priory, jak i on sam sprowadzając do Craswall grandmontanów. Niewykluczone, że to za sprawą zakonnych skrybów historia wciąż o nich pamięta.

Longtown CastleNiestety, kiedy w Ewyas zabrakło lordów, a włości w Longtown, dziedziczone po kądzieli, zaczęły przechodzić z rąk do rąk, szybko podupadły. Właściwie po 1316 roku, gdy klan de Lacy ostatecznie utracił kontrolę nad zamkiem, kolejni właściciele bywali tu rzadko albo wcale. Co prawda jeszcze w 1403 roku, w związku z powstaniem Owaina Glyndwr, król Henryk IV zarządził wzmocnienie zamku, ale najprawdopodobniej nie było już za bardzo czego wzmacniać.

Clodock, ostatnia osada na trasie wokół Black Mountains, stanowi jakby przedmieście Longtown. Rozdziela je tylko wąski pas nadrzecznych łąk. Stojący tu niezbyt stary i raczej pozbawiony szczególnego uroku, otoczony rozległym cmentarzem kościół Świętego Clydoga to kolejne w tych stronach miejsce związane z królewskim rodem Brychan.

Kościół Świętego ClydogaPochodzący z rodziny rządzącej królestwem Brycheiniog Clydog, był w szóstym wieku władcą Ewyas. Zgodnie z legendą rywalizował z przyjacielem o względy pewnej szlachetnie urodzonej panny. Ale konkurent okazał się bardziej zdeterminowany i zamordował Clydoga gdzieś w okolicy. Wóz, na który zapakowano jego ciało popsuł się nad brzegiem rzeki Monnow, a ciągnący go wół odmówił jakiejkolwiek współpracy. Wodza pochowano więc w tym miejscu, a nad jego grobem wybudowano kościół. Podobno zdarzyło się tu kilka cudów, dzięki którym Clydoga obwołano świętym.

Wracamy?Prawdziwe cuda dzieją się tu jednak cały czas. Dzień za dniem. Cuda znane jako Black Mountains.

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 4.]

W czwartej części wycieczki po Czarnych Górach, na chwilę odpoczniemy od wspinaczki i wąskich dróg, nad brzegami Jeziora Llangorse. Ale tylko na chwilę! Z Talgarth – pradawnej stolicy regionu – ruszymy do Llanelieu i Llowes w poszukiwaniu przeszło tysiącletnich celtyckich krzyży. Zajrzymy też do ruin zamku w Bronllys. A w Pwll-y-Wrach, poszukamy duchów utopionych czarownic…

Wróćmy nad jeziora

Czy jest coś niestosownego w podziwianiu gór z dołu, bez konieczności, było nie było, wyczerpującego wdrapywania się na nie? Znajdą się na pewno tacy, którzy z całą stanowczością powiedzą, że owszem jest! Ale większość raczej nie będzie protestować. Szczególnie leżąc na miękkiej zielonej trawie, nad brzegiem Llangorse Lake. W wodach tego największego w Południowej Walii naturalnego jeziora przeglądają się i Czarne Góry, i Brecon Beacons ze swoją ponad osiemsetmetrową koroną Pen y Fan i Corn Du.

Llangorse Lake. W tle Pen y FanLlyn Syfaddan, jak nazywa się po walijsku, to pamiątka po ostatniej epoce lodowcowej. W przeciwieństwie jednak do typowych walijskich jezior polodowcowych (jak choćby Glaslyn u stóp Snowdona, Llyn Cau, w którym odbija się Cadair Idris, czy bliźniacze Llyn y Fan Fawr i Llyn y Fan Fach w Black Mountain, kilkadziesiąt kilometrów na zachód), Llangorse Lake nie leży wysoko w górach, otoczone złowieszczymi urwiskami i skalnymi rumowiskami. Głęboka i płaska niecka, w której się znajduje, wygląda prawie jak zielona wyspa otoczona morzem wrzosowisk, szorstkich traw i paproci.

Llangorse LakeJezioro, jak na największe w okolicy, jest… dość małe. Przy zaledwie stu trzydziestu dwóch hektarach, można je spokojnie obejść w dwie godziny. Można i warto! Praktycznie cały obszar wokół jeziora objęty jest ochroną (Llangasty Nature Reserve) i przyciąga rzesze miłośników podpatrywania ptaków.

Llangorse LakeWody Llangorse Lake słyną natomiast wśród wędkarzy. Prawdopodobnie w jeziorze złapano największego na świecie szczupaka. Ponad trzydziestokilogramową bestię wyciągnął rzekomo w 1846 roku mister O. Owen. Naukowcy podchodzą jednak do tej informacji z dystansem, z reguły niezbędnym w przypadku wędkarskich opowieści.

Jezioro ma też swojego mitycznego potwora, znanego jako Gorsey. Już w piętnastym wieku pisano o nim wiersze, a niestworzone historie opowiada się właściwie do dziś. W tej kwestii poważni badacze również zabrali głos, proponując hipotezę, że być może “potwór z Llyn Syfaddan” to… ogromny szczupak. Czyżby trzydziestokilogramowy?

Nad Llangorse LakeNiemal równie często jak wędkarzy, podglądaczy ptaków i łowców potworów, nad brzegiem Llangorse Lake można spotkać archeologów. Przyciąga ich tu jedyny w Walii crannog, czyli sztuczna wysepka usypana około czterdziestu metrów od brzegu, w okresie rozkwitu celtyckich królestw na Wyspach Brytyjskich. Znaleziono na niej, między innymi, tkaniny i biżuterię w stylu charakterystycznym dla Irlandii, datowane na ósmy-dziewiąty wiek. Na tej podstawie uważa się, że crannog mógł być siedzibą dworu Brycheiniog – jednego z potężniejszych wczesnośredniowiecznych królestw, którego wpływy rozciągały się na spory obszar dzisiejszej Południowo-Wschodniej i Środkowej Walii. Jego spadkobiercą – z nazwy i w dużym stopniu terytorium – było późniejsze hrabstwo Brecknockshire (Breconshire).

Crannog na Llangorse LakeDla odwiedzających Llyn Syfaddan przygotowano też niewielkie visitor centre. Drewnianą konstrukcję przypominającą tradycyjne domy z epoki żelaza (okrągła chata z nieco bajkowym, “grzybkowatym” dachem krytym strzechą) zbudowano na pomoście wychodzącym daleko w jezioro, skąd dodatkowo można cieszyć się niezwykle piękną panoramą.

Llangorse LakeSpacerując wokół Llangorse Lake, koniecznie trzeba zajrzeć do Llangasty Talyllyn, czyli “Kościoła-Świętego-Gastyna-nad-Brzegiem-Jeziora”. Ten, który stoi tu obecnie, pochodzi z dziewiętnastego wieku. Zaprojektował go John Parson – jeden z najbardziej znanych architektów epoki wiktoriańskiej – przez co różni się nieco od typowych, raczej surowych, wiejskich kościołów. Co jednak ciekawsze, Church of Saint Gastyn stoi w miejscu, gdzie modlono się już w połowie piątego wieku!

Llangasty TalyllynInteresujące jest też to, że Święty Gastyn, założyciel i przewodnik chrześcijańskiej wspólnoty znad jeziora… świętym nigdy nie był. Przynajmniej w sensie formalnym. Zapewne, jak inni celtyccy święci tego okresu, był po prostu dobrym człowiekiem, natchnionym mówcą i niezłym organizatorem. Ale wiadomo o nim niewiele, a właściwie nic. Może poza tym, że był nauczycielem innego świętego – Cynoga. To informacja o tyle przydatna, że Saint Cynog – jeden z licznej gromadki synów i córek Brychana, króla Brycheiniog – był w piątym wieku głową rosnącego w siłę celtyckiego Kościoła w Walii. Całkiem możliwe, że to on właśnie obwołał Gastyna świętym, i że to za jego sprawą zbudowano jedyny na świecie kościół Gastynowi dedykowany.

Cień królewskiej stolicy

Znad wód Llangorse Lake, ślady rodu Brychana prowadzą do Talgarth – dosłownie do “Podnóża-Wzgórz”. Piętnaście wieków temu znajdowała się tu stolica celtyckiego królestwa, skąd dwadzieścia cztery córki i dwudziestu dwóch synów Brychana ewangelizowało Walię. Dzisiaj, mikroskopijne miasteczko łatwo przegapić.

TalgarthTalgarthO dawnych, lepszych czasach Talgarth, przypomina jedynie kilka wiekowych budynków: strażnica przeprawy na niewielkiej rzeczce Ennig, dawny ratusz z wieżyczką zegarową i The Tower Hotel zbudowany w dziewiętnastym wieku dla farmerów-dżentelmenów ściągających do miasteczka na aukcje bydła.

TalgarthKościół Świętej Gwendoline w TalgarthJest też oczywiście – dużo za duży – kościół z czternastego stulecia. Zbudowano go w miejscu, gdzie prawdopodobnie pochowano Świętą Gwendoline (znaną też pod zlatynizowanym imieniem Wenna), jedną z córek Brychana, zamordowaną przez króla Gwynllywa, którego zaloty odrzuciła.

Święci i czarownice

Nawet jeśli podupadłe Talgarth samo w sobie nie zachwyca, nie zaszkodzi zatrzymać się tu na parę chwil i rozejrzeć trochę po okolicy.

Kilka minut autem i może pół godziny spacerem z miasteczka, przy drodze do Llangorse, stoi Trefeca College. W drugiej połowie osiemnastego wieku działała tu wspólnota religijna Howella Harrisa – jednej z najważniejszych postaci odrodzenia metodystycznego. Ten ruch religijno-społeczn-polityczny przeorał walijską świadomość i miał potężny wpływ na odrodzenie poczucia odrębności coraz bardziej zanglizowanych Walijczyków.

W niedzielę palmową 1735 roku, w kościele Świętej Gwendoline w Talgarth, Harris “nagle poczuł jak jego serce topi się niczym wosk przy ogniu od miłości Zbawcy”. Po tym głębokim przeżyciu, ruszył pieszo głosić kazania w całym kraju, pociągając za sobą tłumy wyznawców. Materialną pamiątką po tym natchnionym ruchu są setki prostych i surowych kaplic rozsianych po nawet najbardziej odludnych zakątkach Walii. W Trefeca, gdzie kaznodzieja powrócił po latach tułaczki, próbował stworzyć idealną wspólnotę religijną. Efekt był dość kontrowersyjny i bliższy fanatycznej sekcie niż ziemskiemu Edenowi.

Kościół Świętego Ellywa w LlanelieuDwie mile na wschód od Talgarth, w Llanelieu, już na zboczach Black Mountains, stoi wart odwiedzin kościółek Świętego Ellywa. Zbudowano go w trzynastym wieku, a w piętnastym dodano kilka zmian. Od tego czasu prawie nic się tu nie zmieniło. Zachowały się oryginalne freski, ozdobne lektorium datowane na czternaste stulecie i sporo wyposażenia z późniejszych epok. Ocalenie przed nadgorliwymi reformatorami, kościół w Llanelieu zawdzięcza chyba tylko Opatrzności. Tudzież niedostępnej lokalizacji. Szkoda tylko, że o tych skarbach można głównie poczytać, bo kościół stoi zamknięty, a klucza próżno szukać po domach rozsianych na zboczach gór.

Celtyckie krzyże z LlanelieuPechowcom, którym nie uda się zajrzeć do środka, na osłodę wystarczyć muszą dwa niewielkie kamienne bloki, na pierwszy rzut oka wyglądające jak stare nagrobki, oparte o ścianę kruchty. To wyjątkowo rzadkie, tak zwane pilar stones ozdobione celtyckimi krzyżami, wyrzeźbione w ósmym lub dziewiątym wieku. Prawdziwa gratka dla miłośników celtyckich staroci!

Z Llanelieu, labirynt górskich lanes prowadzi do rezerwatu Pwll-y-Wrach – “Sadzawki-Wiedźm”. To nieco ponad osiem hektarów starego lasu porastającego strome ściany wąwozu rzeki Ennig, plus kilka mniejszych i większych kaskad z najbardziej widowiskowym Pwll-y-Wrach, od którego nazwano cały chroniony obszar. Doskonałe miejsce na długi spacer wśród niemal dziewiczej przyrody, o co na Wyspach wcale niełatwo. A przy okazji… Nazwa Pwll-y-Wrach, zdaniem niektórych, sugeruje, że w niewielkiej sadzawce wypłukanej przez wodospad topiono kiedyś czarownice. Więc może i spacer z dreszczykiem?

Wodospad Pwll-y-WrachZ bardzo krótką wizytą można też wpaść do zamku Bronllys na rogatkach Talgarth, przy drodze do Hay-on-Wye. Bronllys Castle nigdy szczególną twierdzą nie był i na kartach historii występuje raczej sporadycznie. Chociaż kilku średniowiecznych spiskowców i zdrajców tu pomieszkiwało.

Według królewskich rejestrów, już pięć wieków temu zamek był bezbronną i opuszczoną ruiną. I tak pozostało do dziś. Wbrew pozorom, zupełnie dobrze świadczy to o jego budowniczych. Keep, czyli stołp, czyli po prostu kamienna baszta mieszkalno-obronna budzi respekt. Wysoka na przeszło dwadzieścia pięć metrów, ścianach grubości kilku i trzech piętrach, skrywała niegdyś lordowskie apartamenty z kominkami, oknami z szerokimi parapetami, latrynami i wszelkimi wygodami narzucanymi przez epokę. Poza tym, całkiem przyjemnie ogląda się z niej okolicę.

Bronllys CastleZbliżając się do Hay, tuż przed “Miastem Książek”, warto jeszcze na chwilę zatrzymać się w Llowes i zajrzeć do miejscowego kościoła. Kryje on niezwykły kamienny krzyż – Saint Meilig’s Cross. Trzytonowy głaz to prawdopodobnie prehistoryczny menhir, który przez całe tysiąclecia stał na jednym z okolicznych wzgórz. Gdzieś około jedenastego wieku tajemniczy artysta wyrzeźbił w nim dwa krzyże. Jeden, zwyczajny i prosty niczym się nie wyróżnia. Za to drugi – wspaniały, ozdobny krzyż celtycki – naprawdę zachwyca!

Imponujący krzyż Świętego Meiliga w LlowesW całej Walii podobnych dzieł sztuki jest może kilkanaście. Większość na południowym i zachodnim wybrzeżu. Spory kawałek od Czarnych Gór. Nietaktem byłoby nie skorzystać z okazji.

Idealna średniowieczna rezydencja

Leżące w zielonej Dolinie Rhiangoll, Tretower Court and Castle to najlepiej w całej Walii zachowany przykład zespołu budownictwa średniowiecznego. Pomnik ponad dziewięciu wieków historii i zwykłego, codziennego życia na walijsko-angielskim Pograniczu wzniesiony przez dwa rody szlacheckie.

Na początku oczywiście był zamek (castle). Pierwszy – typową dla okresu normańskiego podboju Walii ziemno-drewnianą warownię – wzniósł rycerz z rodu Picard. Jego potomkowie zadomowili się tu na kolejne trzy stulecia. Około 1150 roku drugi albo trzeci z kolei Picard otoczył, niewielki raczej fort, kamiennym murem. Kolejny wiek później wszystko co znajdowało się wewnątrz murów, zrównano z ziemią i na tym fundamencie wzniesiono potężną, czterokondygnacyjną, kamienną basztę (keep) stojącą do dziś. Jej dwa środkowe piętra zajmowały wyposażone w duże okna i kominki apartamenty mieszkalne. Nad nimi urzędowali łucznicy, chroniący się prawdopodobnie w drewnianej galerii. W lochu zaś, jak to w lochu, trzymano zapewne rzezimieszków.

W efekcie, powstała twierdza, może nieszczególnie imponująca, ale spełniająca wszystkie wymogi militarne swoich czasów. Dowiodła tego skutecznie stawiając opór walijskim powstańcom podczas ich dwóch wielkich narodowych zrywów: Llywelyna Ostatniego pod koniec trzynastego wieku i Owaina Glyndwr w pierwszych latach piętnastego wieku. To drugie było jednocześnie ostatnim wielkim wydarzeniem, w którym Tretower Castle brał czynny udział. Stopniowo, jak większość średniowiecznych walijskich zamków, popadał w ruinę. Jego mieszkańcy przenieśli się tymczasem trzy kroki dalej, do dworu (court) w Tretower.

Tretower Court powstawał po cichu już od początku czternastego wieku. Były to jednak ciągle burzliwe czasy, więc nad wygodę dworskich, znacznie przestronniejszych wnętrz, przedkładano grube mury i ciasne, ale bezpieczne zamkowe komnaty. Dopiero kiedy na Pograniczu zapanował względny spokój, Picardowie spakowali dobytek w kosze i kufry i przenieśli się na salony. A właściwie salon. Jeden. Początkowo bowiem, Tretower Court składał się głównie z jednej wielkiej sali.

Umiarkowany komfort mógł zadowalać Picardów zmęczonych niewygodami życia w wilgotnych i ciemnych murach zamku, ale zdecydowanie nie wystarczał kolejnym właścicielom majątku w Tretower – rodzinie Vaughan.

Sir Roger Vaughan – pierwszy z rodu, który zamieszkał u stóp Black Mountains – dostał posiadłość w prezencie od swojego brata Sir Williama Herberta. Ten wpływowy szlachcic, mieszkający w potężnym zamku w Raglan, mógł sobie pozwolić na taki gest.

Nowi właściciele od razu wzięli się za remonty i przebudowy. Z jednej strony dostosowywali dwór do potrzeb sporej rodziny, z drugiej, starali się nadążać za modą. Trwało to przeszło sto pięćdziesiąt lat. Do, mniej więcej, lat trzydziestych siedemnastego wieku. Wtedy dwór uzyskał swój dzisiejszy kształt: cztery skrzydła zamykające wewnętrzny dziedziniec.

Dość wyraźnie daje się zauważyć brak jednej koncepcji i spójności architektonicznej dworu. Najstarsze, północne skrzydło, z niewielkimi oknami, galerią biegnącą wzdłuż piętra i nagromadzeniem przykładów doskonałej roboty ciesielskiej i snycerskiej, pamięta jeszcze późne średniowiecze. Pierwszy z Vaughanów rozbudował dwór dodając całą zachodnią kondygnację z wielką, reprezentacyjną salą i zapleczem kuchennym. Jego syn – Sir Thomas – zamknął dziedziniec murem od strony południowej i mieszkalną bramą od wschodu. Jego zasługą są też duże jakobickie okna w zachodnim skrzydle. W końcu, w czasie któregoś z kolejnych remontów, do południowego muru dobudowano kuchnie, spiżarnie i jeszcze większe zaplecze gospodarcze. Całość otaczały kwitnące ogrody i zielone, podmokłe łąki ze średniowiecznym zamczyskiem służącym jako altanka.

Najwyraźniej Vaughanom było w Tretower za ciasno, bo w osiemnastym wieku sprzedali posiadłość. Z czasem dwór przemienił się w farmę i, jak zgrabnie ujęto w niewielkim informatorze dostępnym na miejscu, “where ladies and gentlemen lived, lambs and gees moved in”, czyli, mówiąc bardziej dosadnie, szlachtę zastąpiła trzoda. Dopiero w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, towarzystwo historyczne z Brecon odkupiło posiadłość – i dwór, i zrujnowany zamek – ratując ją od całkowitego upadku. Dziś, w znacznym stopniu odrestaurowane, zarządzane przez CADW, Tretower stanowi obowiązkowy przystanek dla odwiedzających Black Mountains.

Przy okazji, można się stąd wybrać na kilka mniejszych, najbardziej na zachód wysuniętych wzgórz zaliczanych do Czarnych Gór: Cefn Moel, Mynydd Llangorse i Mynydd Troed. Te sięgające najwyżej pięciuset-sześciuset metrów malownicze samotne wzniesienia od głównego pasma Black Mountains oddziela głęboki wąwóz rzeki Rhiangoll i biegnąca jego dnem droga A479. Kiedyś malownicza trasa stanowiła ważną górską przeprawę. To między innymi do jej kontroli zbudowano zamek w Tretower. Północnego wejścia do wąwozu strzegł natomiast Castell Dinas.

Podobnie jak Hywel Dobry w dziesiątym wieku wykorzystał prehistoryczny fort na Table Mountain koło niedalekiego Crickhowell, tak dwa stulecia później, podbijający okolicę Normanowie skorzystali z przygotowanych półtora tysiąca lat przed ich przybyciem umocnień na zboczach Y Grib. Dzięki temu mogli od razu postawić murowany zamek zamiast drewnianej warowni. Castell Dinas (“castell” to po prostu walijski “castle”, czyli “zamek”) miał jednak wyjątkowego pecha. Mimo kamiennych murów, wież, baszt, mimo doskonałego położenia czterysta pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza (co czyni go najwyżej położonym zamkiem w Walii) i co najmniej sto pięćdziesiąt nad okolicą, zdobywano go i niszczono przy okazji wszystkich walijskich powstań i zrywów. Dzisiaj to mniej niż sterta kamieni i trzeba naprawdę sporej fantazji, by wyobrazić sobie jak zamek mógł wyglądać.

Zresztą, zaglądają tu głównie ci, którzy wspinają się, kolejnym szlakiem, na “dach Czarnych Gór” – Waun Fach. Dla nich Castell Dinas to przede wszystkim świetny punkt widokowy i dobre miejsce na piknik.

————————
Wstęp do Tretower Court and Castle jest płatny. Informacje praktyczne znajdziecie na stronie CADW.

————————

Ten tekst to część długiej wyprawy w Black Mountains, poprzednie i kolejne znajdziecie tu:

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 3.]

Najbardziej udeptane ścieżki Black Mountains za nami. Teraz zajrzymy do doliny rzeki Usk i leżącego nad nią Crickhowell, odwiedzimy kilka zagubionych w górach wiosek, oprzemy się o prehistoryczne kamienie i wdrapiemy do starożytnego fortu…

Samotny pasterz

Południową granicę Czarnych Gór wyznacza rzeka Usk, której głęboka dolina zaczyna się tuż za Abergavenny. Jej dnem, wzdłuż lewego brzegu rzeki, biegnie stara droga do Brecon. Równolegle do prawego brzegu natomiast, wije się cienka wstążka Monmouthshire and Brecon Canal – jednego z dłuższych kanałów na Wyspach. Ten wodny szlak, zbudowany pod koniec osiemnastego wieku, łączy górskie Brecon z położonym nad brzegiem Kanału Bristolskiego Newport.

Monmouthshire and Brecon Canal

W tej okolicy warto rozglądać się za… kamieniami. Szczególnie dwoma. Pierwszy z nich, wspaniały, wysoki na ponad cztery metry The Growing Stone (czyli po prostu “Rosnący Kamień”), to prehistoryczny menhir. Stoi tuż przy drodze, ale, niestety, można tylko na niego popatrzeć z daleka. Bliższy kontakt, albo fotografowanie może być ryzykowne, bo kamień “wyrósł” na terenie bazy wojskowej. Chociaż, spróbować nie zaszkodzi…

The Growing Stone

Żeby znaleźć drugi z nich, trzeba najpierw pobłądzić trochę wąskimi drogami wspinającymi się na zbocza Mynydd Llangatwg, a później wdrapać się jeszcze kilkaset metrów stromą ścieżką wśród gęstych paproci, do nieczynnych od dawna kamieniołomów. Tu, na krawędzi urwiska o wdzięcznej walijskiej nazwie Disgwylfa, stoi “Samotny Pasterz”.

The Lonely Shepherd

The Lonely Shepherd nie jest typowym megalitem na jaki wygląda. W zasadzie w ogóle nim nie jest. Gdyby jednak nim był, świetnie potwierdzałby powtarzaną tu i ówdzie teorię, jakoby standing stones powstawały przez odłupanie zbędnych skał dookoła. Bo tak właśnie powstał. Tyle że nie pięć tysięcy lat temu, a zaledwie sto z kawałkiem, może dwieście. Trzymetrowy wapienny blok zostawili po prostu robotnicy, by właściciel kamieniołomów mógł z dołu oceniać wydobycie.

The Lonely Shepherd

Niezbyt może romantycznie, ale dzięki temu, dziś, wschodnie zbocze Mynydd Llangatwg łatwo znaleźć na pocztówkach. Poza tym, dobrze się o coś oprzeć spoglądając czterysta metrów w dół, w Dolinę Usk, czy na kształtny stożek Sugar Loaf niemal dokładnie na przeciwko. Kto wie, może “Samotny Pasterz” poczuje się trochę mniej samotny? Ale uwaga! W noc świętojańską Loneley Shepheard ma wychodne.

Dolina Usk z majaczącym w chmurach Sugar Loaf

Zgodnie z miejscową legendą, pasterz był kiedyś człowiekiem. Okrutnym farmerem, który tak długo znęcał się nad swoją połowicą, aż nieboraczka rzuciła się w nurt rzeki Usk i utonęła. Rozzłoszczony Stwórca zaklął okrutnika w kamień. Dopiero wtedy obudziły się w nim wyrzuty sumienia. I teraz, raz do roku, w najkrótszą z nocy, farmer schodzi nad brzeg rzeki w poszukiwaniu żony-topielicy. Na próżno. Nad ranem wąską ścieżką wśród gęstych paproci, wraca na miejsce swojej samotnej pokuty. Może za rok?

Dyskretny urok prowincji

Jeśli któreś z miasteczek przyklejonych do zboczy Black Mountains zasługuje na miano klejnotu samego w sobie, zdecydowanie jest to Crickhowell. Hay ma swój festiwal literacki – wydarzenie wielkie i o międzynarodowej sławie – plus dziesiątki księgarni, ale to oferta w założeniu dla przyjezdnych. Podobnie w przypadku Abergavenny, jego cotygodniowego targu i dorocznej uczty smakoszy. Crick – jak nazywają swoje miasto miejscowi – ma co prawda Green Man Festival, jeden z najprężniej rozwijających się przeglądów folkowych w Wielkiej Brytanii, ale to impreza, mimo wszystko, dość niszowa.

(Gruff Rhys to przykład walijskiego artysty, jakiego można spotkać na festiwalu)

Tym co wyróżnia Crickhowell jest ledwie uchwytny czar typowego walijskiego market town. Być może prowincjonalnego, ale wolnego od kompleksów. Gdzie czas płynie leniwie jak szeroka i płytka Usk River, a czasami, gdzieś w zakamarkach bocznych uliczek, zupełnie się zatrzymał.

Crickhowell Bridge

Od strony Mynydd Llangatwg i okrutnego “Samotnego Pasterza”, do Crick wjeżdża się przez ponad trzystuletni kamienny most przerzucony nad rzeką Usk – jeden z najdłuższych kamiennych mostów w Walii. “Czary” zaczynają się już tu. Oglądany od strony miasta, most ma trzynaście przęseł, ale jeśli spogląda się na niego z drugiego brzegu rzeki, już tylko dwanaście. Zjawisko to można wygodnie obserwować z ogródka pubu Bridge End. Wiekowy zajazd, w którym kiedyś pobierano opłaty za korzystanie z mostu, słynie w okolicy z, nieziemskich rzecz jasna, dań wegetariańskich.

Crickhowell Bridge

Spod Bridge End, zabudowana ciasno kolorowymi domami Bridge Street, pnie się stromo w górę do centrum miasteczka, gdzie rozgałęzia się na High Street – główną ulicę Crick – i wąski zaułek prowadzący na wzgórze zamkowe.

Crickhowell Castle

Ruiny Crickhowell Castle – to sprawka wspominanego już Owaina Glyndwr i jego kompanii, co w tych stronach nie dziwi – raczej nie imponują, ale warto pamiętać, że kiedyś była to zupełnie przyzwoita twierdza. Pod koniec trzynastego wieku, w miejsce starego, ziemno-drewnianego fortu, wybudowało ją małżeństwo królewskich stronników Sybil Tuberville i Sir Grimbold Pauncefote. Para najwyraźniej dobrana i kochająca się, bo kiedy Sir Grimbold cały i zdrów wrócił z jednej z krucjat, Lady Sybil z radości i w podzięce, ufundowała miasteczku kościół. Siedemset lat później, szpiczasta wieża Saint Edmund’s Church stojącego kilka ulic od zamku, stanowi punkt orientacyjny miasta, w którym nie można się zgubić.

Uliczki Crickhowell

Warto za to na chwilę zapomnieć się w sklepach przy High Street i sąsiednich uliczkach. Starych rodzinnych biznesach: cukierniach, warzywniakach i sklepach-rupieciarniach pachnących strychem dziadków, które powoli znikają z krajobrazu większych miast. Nie tylko zresztą w Wielkiej Brytanii. Mniej nostalgicznych gości, ofertą skusić powinny sklepy ze sprzętem outdoorowym. W końcu Crickhowell wciśnięte jest pomiędzy Black Mountains a Brecon Beacons – porządne buty i wodoodporna kurtka mogą się przydać.

Uliczki Crickhowell

Można też wpaść gdzieś na filiżankę kawy albo kufel real ale – produkowanego na miejscu tradycyjnego piwa. Bo Crick trzeba cieszyć się powoli. Trudno mówić o zwiedzaniu. Po prostu się tu jest i… chciałoby się zostać jeszcze chwilę.

A trochę marginesie, skoro jesteśmy w górach… Niewielu zapewne wie, że najsłynniejszym synem Crickhowell jest Sir George Everest. Kartograf i geodeta, który użyczył nazwiska górze-wszystkich-gór, przyszedł na świat w 1798 roku w niewielkiej, stojącej do dziś posiadłości Gwern-vale, na przedmieściach Crick. Może to właśnie oglądane codziennie z okna wzgórza Black Mountains zainspirowały młodego Georga do wyboru takiej a nie innej ścieżki kariery?

Fort zdobyty!

W panoramie Czarnych Gór oglądanej z Crickhowell, pierwszy plan zajmuje wyrastająca na 451 metrów – czyli mniej więcej czterysta ponad miasteczko – Tabel Mountain. Na jej płaskim szczycie znaleźć można pozostałości Crug Hywel – Fortu Hywela, od którego nazwę zapożyczyło.

Crug Hywel

Hywel, rządzący w dziesiątym wieku, był jednym z pierwszych walijskich wodzów, którego autorytet uznawano w prawie całym kraju. Jego niespełnioną życiową misją było stworzenie jednolitego i silnego państwa. Udało mu się za to skodyfikować szereg zasad regulujących najróżniejsze aspekty ówczesnej rzeczywistości. Od stosunków feudalnych, przez prawa kobiet, aż po status kotów domowych. Kodeksy, znane jako “Prawo Walii”, obowiązywały jeszcze wiele stuleci po śmierci ich autora. A on sam przeszedł do historii jako Hywel Dda – Hywel Dobry.

Crug Hywel

Ale fort, choć nosi imię celtyckiego wodza, powstał prawdopodobnie co najmniej tysiąc lat wcześniej. Jest to jedna z najlepiej zachowanych osad z epoki żelaza, z wyraźnie widocznymi wysokimi wałami i kamiennymi umocnieniami.

Crug Hywel

Zdecydowanie większe wrażenie, szczególnie na tych mniej zainteresowanych (pre)historią, robią jednak widoki jakie rozciągają się z Crug Hywel. Jak na dłoni widać stąd Crick i kilka mniejszych osad Doliny Usk, a dalej kolejne pasma Brecon Beacons National Park.

Crug Hywel i Sugar Loaf

Z drugiej strony, na wschodzie, majestatycznie wznosi się do złudzenia przypominający wulkan Sugar Loaf. Ledwie dostrzegalne kilka dachów u jego stóp to Llangenny – prastara, sympatyczna wioska przyklejona do brzegów Grwyne Fawr. Choć dziś mieszka tu niespełna sto osób, w jej centrum stoi całkiem spory średniowieczny kościół poświęcony celtyckiemu świętemu imieniem Ceneu. Dwa kroki dalej, przy starym moście, spragnionych i głodnych wędrowców czeka cieszący się dobrą opinią zajazd The Dragon’s Head Inn. Błotnistą ścieżką wzdłuż rzeki można stąd dojść do “Ołtarza Druidów” – Druid’s Altar – półtorametrowego megalitu, kolejnej pamiątki po prehistorycznych mieszkańcach tych stron.

Llanbedr w cieniu Sugar Loaf

Trochę bliżej, wśród pól i żywopłotów wyznaczających górskie drogi i miedze, widać kamienną wieżę kościoła Świętego Piotra w Llanbedr. Tu zaczyna się najkrótszy, ale forsowny szlak na Table Mountain i dalej, na siedemsetmetrowy Pen Cerrig-Calch, Mynydd Llysiau, aż po Waun Fach – sam czubek Black Mountains. Z Llanbedr warto też wybrać się w górę rzeki Grwyne Fechan. Do jej bezludnej i nie mniej malowniczej niż siostrzana Grwyne Fawr doliny.

Dzikie konie na zboczach Pen Cerrig-Calch

Z samego fortu też odchodzi kilka szlaków. Jeden z nich, wąska owcza ścieżka wśród wrzosów i skalnych rumowisk na zboczu Pen Cerrig-Calch, prowadzi dwa-trzy kilometry na zachód do Cwm Mawr. Stąd, z niewielkiego urwiska, doskonale widać kolejną perłę zagubioną w Czarnych Górach – Tretower.

Abergavenny – Nowe Jeruzalem

Dzieje największego miasta regionu i kolejnych “wrót” Black Mountains sięgają zamierzchłych czasów gdy funkcjonował tu rzymski fort Gobannium. Ale to tylko epizod. Właściwa historia Abergavenny zaczyna się tysiąc lat później.

Miasteczko rozłożyło się w dolinie pomiędzy szczytami Ysgyryd Fawr (z pawej) i Sugar Loaf (z lewej)

Pod koniec jedenastego wieku, namiestnik nowych normańskich władców Brytanii, niejaki Hamelin de Ballon, zbudował tu pierwszy zamek, stanowiący strategiczny przyczółek do dalszej ekspansji wgłąb Południowej Walii. Dość szybko wokół zamku wyrosło spore i ważne miasto. Lordowie Abergavenny stali się natomiast znaczącymi graczami na niespokojnym Pograniczu.

Jednym z najsłynniejszych, choć należałoby raczej napisać jednym z najbardziej niesławnych, był William de Braose – ojciec Williama II z Hay-on-Wye, który odziedziczoną opinię jeszcze wzmocnił. Jego nikczemność, gierki i wyrachowanie znane były po obu stronach granicy. Niechęć, a często otwarta wrogość, też miały w tym przypadku zasięg ponadnarodowy. Spore musiało więc być zdziwienie wodzów walijskich klanów z Gwent (południowo-wschodni region Walii) gdy otrzymali od de Braosea zaproszenie na bożonarodzeniową ucztę. Czyżby uprzejmość przytłumiła ich ostrożność? Można jedynie zgadywać. Wiadomo tylko, że żaden uczty nie przeżył. Wszystkich brutalnie zamordowano. Była to 1175 rocznica narodzin Miłosiernego Chrystusa.

Abergavenny Castle

Kilka wieków później, w 1404 roku, podczas ostatniego wielkiego zrywu Walijczyków, zemsty na Anglikach szukał tu sam wódz powstania Owain Glyndwr. Specjalnie na jego przybycie, Abergavenny Castle wyposażono w zupełnie nową, potężną bramę. Nie przeszkodziło to jednak walijskim patriotom spalić miasta. To zaś, co z niego ocalało, nieślubny syn Owaina – Ieuan – ogłosił niezależnym księstwem. Na dwa tygodnie…

Później o zamek bili się już tylko Anglicy. Aż w końcu, w czasie wojny domowej w 1645 roku, urzędujący w nim rojaliści wysadzili go w powietrze, by nie wpadł w ręce siepaczy Cromwella. Ale nawet to co z niego pozostało, nadal uważa się za jeden z najlepszych przykładów normańskiej twierdzy typu motte-and-bailey.

Abergavenny Castle

Lekki zgrzyt w romantycznych ruinach stanowi odrobinę zbyt cukierkowa baszta wzniesiona w dziewiętnastym wieku przez ówczesnego markiza Abergavenny, jako domek myśliwski. Dzisiaj mieści się w niej muzeum-rupieciarnia dokumentujące dzieje miasteczka. Najciekawszą i najpopularniejszą od lat wystawą jest rekonstrukcja, a właściwie żywcem przeniesiony z centrum miasta sklep spożywczy Basila Jonesa, w którym znaleźć można produkty – lekko już przeterminowane – nawet z końca dziewiętnastego wieku. Chociaż większość to najróżniejsze konserwy z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia. Dla miłośników królewskich memorabiliów ciekawostką mogą być dekoracje przygotowane na koronację Edwarda VIII, która… nigdy się nie odbyła.

Muzeum przypomina też lata świetności Abergavenny, kiedy miasto kwitło jako ośrodek tkactwa. Tu znów strategiczne położenie się przydało. (Post)Industrialne Doliny (The Valleys) zaczynają się dosłownie za rogatkami miasteczka. Gdy w osiemnastym wieku Południową Walię ogarnęła gorączka rewolucji przemysłowej, rynek zbytu na produkty dziesiątków miejskich warsztatów był niemal nieograniczony.

Market Hall

W tym mniej więcej czasie, Abergavenny ugruntowało też swoją pozycję ważnego miasta targowego, którą cieszy się do dziś. W każdy wtorek ściągają tu setki zakupowiczów z całego Monmouthshire i sąsiednich hrabstw, by szperać i myszkować pomiędzy stu siedemdziesięcioma kramami hali targowej przy Market Street, nad którą góruje piękna wiktoriańska wieża, z charakterystycznym niebieskim dachem.

St. Mary’s Priory

Nad sąsiednią Monk Street góruje natomiast wieża kościoła Świętej Marii. Pierwotnie, gdzieś w dwunastym wieku, stała tu kaplica obsługująca niewielki klasztor benedyktynów założony przez Hamelina de Ballon. W czternastym wieku zastąpił ją stojący obecnie kościół, w którym, wędrując od sarkofagu do sarkofagu można zapoznać się z nieco bardziej nobliwą niż w muzeum historią miasta.

Ale – i trzeba to powiedzieć głośno – dziś to nie historia przyciąga do miasteczka gości. Na co dzień jest to oczywiście doskonałe sąsiedztwo: Black Mountains z jednej i reszta Parku Narodowego Brecon Beacons z drugiej strony. Od święta zaś, które wypada w przedostatni wrześniowy weekend – Abergavenny Food Festival.

Abergavenny

“Jeśli jedzenie jest nową religią – głosi jedno z haseł festiwalu – Abergavenny jest nowym Jeruzalem”. Przewodniki też nie stronią od religijnego tonu i piszą o miasteczku, jako o walijskiej Mekce kulinarnej. Na dwa dni festiwalu zjeżdżają tu z całej Wielkiej Brytanii najlepsi szefowie kuchni i tysiące amatorów spragnionych nowych smaków. Oczywiście większość dań, w miarę możliwości, przyrządza się z lokalnych, ekologicznych produktów. Bo “local” i “organic”, to w Walii słowa, które od lat robią zawrotną karierę. Może warto skusić się na walijską potrawę narodową: baraninę w sosie z pora? I ruszać dalej…

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 2.]

Ciąg dalszy wycieczki po Czarnych Górach. Tym razem zaglądamy do dolin Grwyne Fawr i Grwyne Fechan, wdrapujemy się na Ffawyddog Ridge, Waun Fach i Ysgyryd Fawr/Skirrid i odwiedzamy Patrishow i Llanvihangel Crucorney)

Duża-Rzeka-na-Mokradłach

Równolegle do Vale of Ewyas, kilka kilometrów na zachód, Black Mountains przecina dolina rzeki Grwyne Fawr. Słowo “pustkowie” odzyskuje tu swoje pierwotne znaczenie. Właściwie nie ma tu żadnej osady. Jedynie kilka luźno rozrzuconych farm i domów. Zbocza doliny porasta gęsty las, a tam gdzie cienka warstwa ziemi jest zbyt jałowa, wysokie, szorstkie trawy i paprocie. Wśród nich pasą się twarde walijskie owce górskie, którym niestraszne żadne niewygody.

Dolina Grwyne Fawr

Płaskie granie – Ffawyddog Ridge od wschodu i Waun Fach od zachodu – to surowe, podmokłe wrzosowiska, z których spływają setki niewielkich strumieni. Część z nich znika gdzieś pod ziemią na zboczach, a część zmienia się w bystre potoki poprzerywane malowniczymi kaskadami. Wszystkie kończą w wartkim nurcie Grwyne Fawr – “Dużej-Rzece-na-Mokradłach”.

Zapora Grwyne Fawr

Pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku, w jej górnym biegu ustawiono prawie pięćdziesięciometrową, kamienną tamę. Mokradła stały się sztucznym jeziorem zaopatrującym w wodę kilka miast przemysłowych Dolin Południowej Walii, a tama, wybudowana w czasach kiedy estetyka liczyła się nie mniej niż użyteczność, na dobre wrosła w krajobraz Vale of Grwyne Fawr.

Owce z Grwyne Fawr

Wschodnim brzegiem jeziora i dalej wzdłuż rzeki, biegnie łatwy szlak na najwyższe szczyty Czarnych Gór. Ścieżka najpierw wspina się łagodnie do czoła doliny, gdzie zawraca i po mniej więcej dwóch kilometrach osiąga błotnisty i zniszczony erozją wierzchołek Waun Fach (811 m n.p.m.). Można, a nawet trzeba, powędrować kolejne półtora kilometra, by dojść do Pen y Gadir Fawr. Niższy o zaledwie jedenaście metrów szczyt, ma zdecydowanie więcej wdzięku i oferuje wspaniałe widoki na Dolinę Grwyne Fawr i sąsiadującą z nią Grwyne Fechan.

Oszukać przeznaczenie

Choć raczej trudno spodziewać się na tym odludziu spektakularnych atrakcji, warto pobłądzić trochę w plątaninie wąskich dróg i dotrzeć do Patricio/Partrishow/Patrishow. Oprócz nazwy, Patricio ma właściwie tylko kościół. Parę rozrzuconych na zboczach Gader Ridge gospodarstw nawet nie sprawia wrażenia osady.

Najlepiej przyjechać tu wiosną gdy otaczający kościół cmentarz żółci się tysiącem żonkili. Łatwo wtedy o refleksję, że miejsce wiecznego spoczynku jednak ma znaczenie. Przynajmniej dla tych, którzy będą je odwiedzać i rozmyślać nad przemijaniem.

Kościół Świętego Issui w Partricio

Pierwszym, który odnalazł tu spokój był tajemniczy Święty Issui – kompan albo uczeń Świętego Davida pędzącego żywot pustelnika w Llanthony. Issui zbudował swoją celę w pobliżu bijącego do dziś źródełka, słynącego z uzdrowicielskich właściwości. Modlił się, nawracał i doradzał. Znany był ze swojej dobroci i charyzmy. Zginał zamordowany przez niewdzięcznego wędrowca, któremu udzielił schronienia. Pustelnika uznano świętym, a miejsce jego męczeńskiej śmierci wkrótce stało się celem pielgrzymek. Zgodnie z miejscową legendą, pod koniec jedenastego wieku, cudownie uzdrowiony z trądu pielgrzym z kontynentu, w ramach wdzięczności, ufundował kościół. Jego patronem został oczywiście Święty Issui.

Kościół Świętego Issui w Partricio

Pozostałością po tym najstarszym, prawie tysiącletnim kościele, jest niewielka kaplica i ciężka kamienna chrzcielnica. Właściwy kościół zbudowano w trzynastym wieku. Trzysta lat starszy jest największy skarb Patrisio – drewniane lektorium oddzielające nawę od prezbiterium. To arcydzieło snycerki ściąga miłośników sztuki sakralnej z całych Wysp. Wyrzeźbione w jednym kawałku irlandzkiego dębu, przedstawia walkę dobra (winorośl) ze złem (pożerający ją smok). Niegdyś, prawdopodobnie bogatsze o inne rzeźby i figury świętych, stanowiło rodzaj historyjki obrazkowej dla niepiśmiennych w większości wiernych. Zagadką pozostaje jakim cudem przetrwało wyspiarską Reformację, bezpardonowo niszczącą wiele bezcennych dzieł sztuki.

Największy skarb kościoła Świętego Issui - szesnastowieczne drewniane lektorium

Protestanckiej gorliwości umknął też fresk przedstawiający przemijanie – kościotrup z kosą, szpadlem i klepsydrą – zdobiący zachodnią ścianę nawy. Na dziedzińcu natomiast stoi okazały, choć tylko częściowo oryginalny, krzyż zwieńczony wykutą w kamieniu kapliczką, który, teoretycznie, również nie miał prawa przetrwać.

Cudowne źródło niedaleko kościoła Świętego Issui

Ciekawostką, niemal niespotykaną w Wielkiej Brytanii, są też kamienne ławy biegnące wzdłuż południowej ściany kościoła. Nie trzeba być historykiem sztuki, żeby domyślić się co zainspirowało parafian do ich ustawienia. Po trudach dotarcia do Patricio, chwila wytchnienia z widokiem na Czarne Góry jest bardziej niż wskazana.

Święta Góra

Po chwili zadumy i uczcie dla ducha, przydałoby się nakarmić też ciało. I chociaż Black Mountains nie mają może zbyt bogatej oferty, trafiają się tu miejsca, w których krwisty stek z pieczonymi ziemniakami i pure z zielonego groszku, popity domowym piwem, zadowoli każdego.

The Skirrid Inn - najstarszy pub w Walii

Zdecydowanie najciekawszą opcją jest The Skirrid Inn w Llanvihangel Crucorney. Wspominany już w dokumentach z 1110 roku, jest prawdopodobnie najstarszym pubem w Walii. W dodatku regularnie nawiedzanym przez ducha! Ale to akurat nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że do osiemnastego wieku, na stryczku zawisło tu kilkuset opryszków i parę tuzinów czarownic. Część z nich spoczęła zapewne pod murem ponurego cmentarza przy piętnastowiecznym, kamiennym kościele Świętego Michała i Wszystkich Aniołów.

Co dla jednych oznaczało ostatnią drogę, dla innych, dziś, oznacza początek szlaku na Ysgyryd Fawr – jedno z najbardziej malowniczych wzniesień Parku Narodowego Brecon Beacons.

Ysgyryd Fawr

Ysgyryd Fawr, Skirrid, Holy Mountain albo Sacred Hill, jak bywa nazywany, zamyka od wschodu Black Mountains. Od reszty pasma oddziela go rozległa Fenni Valley, przez co niewysokie w gruncie rzeczy wzgórze (486 m n.p.m.), wyrastające stromymi zboczami przeszło trzysta metrów ponad dno doliny, prezentuje się niezwykle okazale.

Walijską nazwę wzgórza przetłumaczyć można jako “Wielkie Pęknięcie”. Owo “pęknięcie” – głęboki uskok pomiędzy dwoma wierzchołkami Ysgyryd Fawr – stało się pożywką dla ludowych podań. Według jednego z nich, powstało od uderzenia potężnego pioruna, który miał cisnąć w gniewie sam Bóg w chwili ukrzyżowania Jezusa. Inna legenda, jako winnego wskazuje Noego. Ponoć to jego Arka zahaczyła dnem o górę gdy błądziła po zalanym wodami Potopu świecie.

Niezwykłe pochodzenie i cudowne właściwości przypisuje się też glebie wokół “Świętej Góry”. Nie jest to zwykła czerwona i tłusta ziemia charakterystyczna dla okolicy – choć tak samo czerwona i tłusta. Ta pochodzi z Ziemi Świętej! No, ostatecznie – bo legendy nie do końca się w tej kwestii zgadzają – z Irlandii, a przywieźć ją miał patron “Zielonej Wyspy” Święty Patryk. Podobno jeszcze zupełnie niedawno podróżni, którzy zawitali w te strony, zabierali ze sobą kilka garści cudownej ziemi, by posypać nią groby bliskich albo, symbolicznie, świeżo obsiane pola.

Szczątki kaplicy Świętego Michała na szczycie Ysgyryd Fawr

To nagromadzenie religijnych odwołań może trochę zaskakiwać. Nawet w tych stronach, gdzie na górskich ścieżkach depcze się ślady celtyckich świętych. Wystarczy jednak, z odrobiną wysiłku, wdrapać się na Skirrid, przejść “wrota” – czyli dwa niewielkie głazy – kaplicy Świętego Michała wieńczącej niegdyś wierzchołek góry, by poczuć mistyczną moc tego miejsca.

Na widok wspaniałej panoramy jaka rozciąga się ze szczytu Ysgyryd Fawr można tylko głęboko westchnąć. Na wschód i południe ciągnie się pofałdowana nizina – brama “ogrodów Gwent”, strzeżona przez Trzy Zamki. Północ to malownicza Golden Valley i dolina wijącej się jak wąż granicznej rzeki Monnow. I w końcu, od zachodu, widok dla którego wspina się tu większość: Czarne Góry. Od początku do końca. A przy dobrej widoczności, dodatkowo, z odległymi szczytami Brecon Beacons i Fforest Fawr w tle. Słowa na niewiele się tu przydają.

Panorama Black Mountains

Na pierwszym planie tej panoramy, na prawie sześćset metrów (minus cztery) wyrasta niemal idealny stożek Sugar Loaf. To kolejny obok Ysgyryd Fawr, Hay Bluff, czy Twmpa wyraźny i charakterystyczny szczyt Black Mountains. Przy okazji, dzięki parkingowi położonemu zaledwie dwieście metrów od wierzchołka, jeden z najczęściej “zdobywanych”.

U stóp walijskiej “Głowy Cukru”, gdzie leniwa rzeczka Gafenni łączy się z największą w tych stronach rzeką Usk, rozłożyło się spokojne targowe miasteczko Abergavenny.

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 1.]

Z Hay-on-Wye, karkołomnymi dróżkami, ruszamy w Black Mountains – Czarne Góry. Na naszej trasie szczyty Hay Bluff i Twmpa, malownicza przełęcz Gospel Pass, miniaturowe Capel-y-Ffin, ruiny Llanthony Priory i pokręcone Cwmyoy.

Szlakiem słowa bożego

Wąska, kręta, obsadzona dwumetrowym żywopłotem droga z Hay-on-Wye, biegnie wśród zielonych pagórków upstrzonych białymi kropkami setek pasących się owiec i krów w najdziwniejszych kolorach. Trzy mile za miasteczkiem rozgałęzia się na dwie jeszcze węższe i jeszcze bardziej kręte wstążki asfaltu. To zjawisko, choć wymyka się prawom logiki i zasadom zdrowego rozsądku, jest w Walii dość powszechne. Nie da się go zrozumieć ani tym bardziej opisać. W zasadzie, dopóki człowiek nie przejedzie się takimi lanes pojęcie “wąskiej drogi” pozostaje czystą abstrakcją.

Ale wracając na skrzyżowanie… Jedna wstążka odbija na wschód, do Craswall, bezludnej Doliny Olchon i Longtown po angielskiej stronie gór. Druga skręca na południe i wije się przez sam środek najpiękniejszej części Black Mountains. W zgodnej opinii wielu autorów przewodników po Wyspach, to jedna z najbardziej spektakularnych tras w całej Wielkiej Brytanii.

Niezwykłe widoki zaczynają się tuż za krzyżówką, gdy po kilkusetmetrowej wspinaczce droga osiąga niewielki płaskowyż u podnóża Hay Bluff – najdalej na północ wysuniętego szczytu Czarnych Gór.

To magiczne miejsce leży jakby na granicy dwóch światów. Daleko w dole zielenią się żyzne i gościnne doliny rzek Wye i Usk. Z drugiej strony, na płaskich szczytach gór, ciągną się posępne, często skryte we mgle albo chmurach wrzosowiska.

Ten kontrast działa na wyobraźnię. I najwyraźniej działał też tysiące lat temu kiedy prehistoryczni Walijczycy ustawili tu niewielki kamienny krąg, z którego, niestety, przetrwał tylko jeden głaz. Czy przychodzili tu oddawać cześć bogom? A może naradzali się przed podjęciem istotnych dla wspólnoty decyzji? Może tańczyli nago odurzeni wywarem z tajemniczych ziół? A może zwyczajnie, po ludzku, kontemplowali widoki? W każdym razie głównie po to przyjeżdża się tu dziś. Albo żeby w towarzystwie dzikich walijskich kuców wdrapać się na Hay Bluff i poczuć się niemal jak na dachu świata.

Dalej droga wije się wzdłuż zbocza Hay Bluff i na przeszło pięciuset metrach osiąga Gospel Pass – Przełęcz Słowa Bożego – wąski przesmyk między szczytami wzgórz i wyrzeźbione przez naturę prawdziwe wrota Black Mountains. A przy okazji początek łatwego szlaku na Twmpa, kolejnego, prawie siedemset metrowego naturalnego punktu widokowego.

Ewangeliczna nazwa przełęczy wywodzi się prawdopodobnie z dwunastego wieku i upamiętnia uczestników trzeciej krucjaty, którzy wędrując tędy, nawoływali do walki z niewiernymi i zbierali pieniądze na wyprawę do Ziemi Świętej.

Ale słowo boże, głoszone przez pierwszych celtyckich misjonarzy – ze świętym Dawidem, patronem Walii, na czele – wędrowało tędy już całe wieki wcześniej. A i później targali je braciszkowie z klasztoru w Llanthony. Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że te niewielkie pasmo gór, a szczególnie Dolina Ewyas, do której po przekroczeniu Gospel Pass ostro opada starożytna droga, przenika jakaś niewyraźna ale wszechobecna metafizyczna aura.

Kaplica-na-Granicy

Weźmy choćby takie Capel-y-Ffin. Obok luźno rozrzuconych farm – które policzyć można dosłownie na palcach jednej ręki – i czerwonej budki telefonicznej, stoi tu jeden z najmniejszych kościołów w Walii, nieco tylko większa kaplica i zupełnie duży (były) klasztor. Całkiem spore zaplecze duszpasterskie dla garstki farmerów.

Drewniany kościół Świętej Marii był tu prawdopodobnie zawsze. Świadczą o tym choćby ogromne stare cisy otaczające niewielki cmentarz ze zmurszałymi nagrobkami i kościelny dziedziniec. W 1762 roku zastąpiła go śnieżnobiała murowana świątynia, którą Francis Kilvert – słynny wiktoriański pamiętnikarz – porównał do zadumanej sowy. Jej maleńkie wnętrze mieści zaledwie pięć ławek. W tym jedną na balkonie.

Kilka kroków dalej, na drugim brzegu bystrej rzeki Honddu rzeźbiącej dno Doliny Ewyas, otoczona przez świeższe groby i młodsze drzewa, stoi surowa i, podobnie jak sąsiedni kościółek, biała kaplica baptystów. Właściwie nie wiadomo o niej nic ponadto, że jest. Najpewniej to owoc dziewiętnastowiecznego przebudzenia religijnego Walijczyków.

Gdzieś, mniej więcej, w tym czasie do Doliny Ewyas przybył wielebny Joseph Leycester Lyne z zamiarem zakupu i odbudowy klasztoru w niedalekim Llanthony. Gdy plan się nie powiódł, Lyne – przez swoich wiernych nazywany ojcem Ignatiusem – kupił kawałek ziemi w Capel-y-Ffin i tu, od zera, zaczął budować benedyktyński zakon. Ignatius zmarł jednak w 1908 roku nie dokończywszy budowy. Śmierć charyzmatycznego przewodnika oznaczała też koniec dla religijnej wspólnoty.

Kilkanaście lat później, podupadły klasztor odkupił inny ekscentryk – rzeźbiarz i designer Eric Gill. Wraz z rodziną i współpracującymi z nim rzemieślnikami próbował stworzyć w Capel-y-Ffin samowystarczalną kolonię artystów. Eksperyment nie do końca się chyba powiódł, bo po czterech latach mieszkania na odludziu, w 1928 roku, Gill opuścił monastyr zostawiając go córce. Zawsze jednak czas spędzony w Dolinie Ewyas wspominał jako najlepszy i najbardziej twórczy okres życia. To właśnie tu Eric Gill zaprojektował jedno ze swoich największych dzieł (choć zapewne rzadko z nim kojarzone) – czcionkę Gill Sans, używaną między innymi przez londyńskie metro i BBC.

Przez wieki w Capel-y-Ffin niewiele się zmieniło. Nawet jeśli dziś jest tu prąd, woda i coś na kształt drogi, “Kaplica-na-Granicy” (jak tłumaczy się walijską nazwę; osada leży na granicy hrabstw Monmouthshire i Breconshire/Powys) pozostaje wymarzonym miejscem ucieczki od całego świata. Odważni mogą nawet uciekać w siodle. Niewielką stadninę, szkółkę jeździecką i czynny latem pensjonat znaleźć można w dawnych budynkach gospodarczych klasztoru.

Największy skarb

Sześć kilometrów za Capel-y-Ffin, wijąca się dziesiątkami zakrętów górska droga opada na płaskie dno Doliny Ewyas. “Szeroka na nie więcej niż trzy strzały z łuku” niewielka równina, otoczona sięgającymi ponad sześciuset metrów graniami – Hatterrall wyznaczającą granicę z Anglią od wschodu i Ffawyddog od zachodu – wygląda niemal baśniowo. Nie ważne czy zasypana śniegiem, dręczona tygodniową mżawką, czy przykryta pierzyną niskich chmur. Ale trudno wyobrazić sobie spektakl piękniejszy niż letni zachód słońca, gdy płynne złoto zalewa łąki, wrzosowiska i lasy na stromych zboczach. A na tym tle romantyczne ruiny Llanthony Priory

Równie olśniewający obrazek musiał ujrzeć William de Lacy, krewny i rycerz na służbie Hugh de Lacy – lorda Ewyas, gdy około 1100 roku przysiadł w ruinach kapliczki zbudowanej – zgodnie z legendą – przez samego Świętego Dawida, patrona Walii.

Oczarowany dzikością i izolacją doliny, postanowił zbudować tu samotnię. Przy czym warto pamiętać, że dziewięćset lat temu Vale of Ewyas była bagnistym i porośniętym gęstym lasem przedsionkiem końca świata, a niewysokie szczyty Czarnych Gór czasem nawet latem przykrywał śnieg. Nie zrażało to jednak młodego rycerza, który zrezygnował z zaszczytów i dworskich uciech, by oddać się modlitwie i kontemplacji. Porzucił też żołnierski fach, ale jak podają kroniki, do końca życia nie zdjął zbroi. Czy był to rodzaj pokuty, czy uboczny skutek wilgoci panującej w dolinie? O tym żaden skryba nie wspomina.

William szybko znalazł naśladowców i, po niespełna dwudziestu latach, zgromadzenie liczyło już czterdziestu kanoników. Wszystko wskazuje na to, że żyło się im naprawdę dobrze. Nich świadczy o tym fakt, że jeden z pierwszych przeorów Llanthony, wezwany do objęcia biskupstwa Hereford, tak długo się opierał, aż interweniować musiał sam papież!

Najwyraźniej jednak braciszkowie zaniedbywali modlitwy, bo w 1135 roku Stwórca zesłał na nich rozwścieczonych walijskich powstańców. Na kilka lat Llanthony opustoszało, a jego mieszkańcy przenieśli się do Gloucester.

Dopiero w latach siedemdziesiątych dwunastego wieku klasztor podniósł się ze zgliszczy. Dzięki hojnym darczyńcom i nadaniom ziemskim, Llanthony Priory szybko odzyskało świetność i stało się ważnym i bogatym zgromadzeniem. Z tego okresu pochodzą, między innymi, doskonale zachowane, wczesnogotyckie łuki, które kiedyś były częścią klasztornego kościoła, a dziś… Dziś wspaniale wyglądają oglądane przez nie Czarne Góry. Zresztą, już liczni w okresie prosperity goście odwiedzający klasztor zachwycali się tym kontrastem między surową i dziką przyrodą Black Mountains, a pięknie utrzymanymi ogrodami i sadami augustianów.

Sielanka mogłaby trwać bez końca, gdyby nie rozwody Henryka VIII, szczególnie ten najważniejszy – z Watykanem. Po 1538 roku, jak wszystkie zakony na Wyspach, Llanthony rozwiązano. Mnichów wypędzono, a wszystko co dało się wywieźć, przetopić, albo w jakikolwiek sposób spieniężyć, skonfiskowano. Ogołocone zabudowania klasztorne przeszły w prywatne ręce i z biegiem stuleci niszczały.

Romantyczne ruiny urzekły Waltera Savage Landora – poetę drugiego sortu, żyjącego na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Marzyło mu się stworzenie idealnej posiadłości dla idealnego wiejskiego dżentelmena. Niestety, Po marzeniu zostały tylko długi i gościniec obsadzony drzewami. Idealny zaś dżentelmen, obrażony na niesprawiedliwy los, wyjechał na wyspę Jersey, Llanthony zostawiając wierzycielom.

Pod ciężarem zaniedbań, znaczna część klasztoru runęła. Ocalałe budynki przerobiono najpierw na zajazd, a później na zaciszny hotel funkcjonujący do dziś. Zatrzymują się tu amatorzy jazdy konnej, korzystający z sąsiadującej z Llanthony Priory szkółki jeździeckiej i miłośnicy górskich wędrówek. Hotel słynie z domowych przysmaków i warzonego na miejscu piwa.

Trochę w cieniu ruin klasztoru stoi skromny kościół Świętego Dawida. Wybudowano go prawdopodobnie w trzynastym wieku, w okresie rozkwitu Llanthony Priory, by służył chorym. Kronikarskie tropy wskazują, że zastąpił wcześniejszą świątynię, wzniesioną przez Williama de Lacy i jego pierwszych towarzyszy. A skoro ta stała w miejscu gdzie pobożny rycerz znalazł zrujnowaną samotnię Świętego Dawida “ozdobioną jedynie przez bluszcz i mech”, oznacza to, że w Llanthony słowo boże głosi się nieprzerwanie, od półtora tysiąca lat, w tym samym miejscu.

Dziś w Llanthony nie ma ani świętych, ani mnichów. Nadal jednak ciągną tu miłośnicy dzikiej przyrody, ciszy i spokoju. Leżąc w samym środku Czarnych Gór, w naturalnie odizolowanej od reszty świata Dolinie Ewyas, Llanthony stanowi bowiem idealny punkt wypadowy na dziesiątki kilometrów jednych z najbardziej malowniczych szlaków w Wielkiej Brytanii.

Najpopularniejszy z nich zaczyna się przy ruinach klasztoru i prowadzi prosto na szczyt Hatterrall Ridge. Grzbietem tego długiego na kilkanaście kilometrów i sięgającego lekko ponad siedmiuset metrów wzgórza biegnie granica między Walią i Anglią. W tym miejscu granica pokrywa się z Offa’s Dyke Path, czyli Szlakiem Wału Offy – przeszło dwustukilometrowym szlakiem zaczynającym się w Chepstow na południu Walii i biegnącym do plaż w okolicach Prestatyn na północy.

Osią otwartej na początku lat siedemdziesiątych trasy jest oryginalny wał ziemny zbudowany w ósmym wieku przez króla Offę. Była to pierwsza oficjalna granica pomiędzy celtycką Walią a nowo powstającymi państwami anglosaskimi na wschodzie Brytanii. Co ciekawe, dzisiejsza granica administracyjna między dwoma krajami tylko trochę od niej odbiega.

Oczywiście w górach próżno szukać jakichkolwiek umocnień. Naturalne bariery w zupełności wystarczały do powstrzymania wzajemnej niechęci sąsiadów. Wystarczy rzut oka ze szczytu Hatterrall Ridge by się o tym przekonać. Z jednej, angielskiej strony, zbocze ostro opada do praktycznie bezludnej Doliny Olchon. Tę od wschodu zamyka grzbiet Black Hill – jedynego wyraźnego wzgórza zaliczanego do Black Mountains leżącego po angielskiej stronie granicy. Dalej rozciąga się Golden Valley – Złota Dolina – i dopiero za nią, gdzieś w okolicach Hereford, zaczyna się sielski Albion.

Podobnie z drugiej strony. Najpierw rajska Dolina Ewyas, a za nią wąskie i głębokie Vale of Grwyne Fawr i Grwyne Fechan Valley, do których słońce zagląda tylko latem.

Gdyby komuś zechciało się przejść wszystkie szczyty, doliny i rzeki, żaden wał nie powstrzymałby go przed dalszym marszem. Ale zamiast podbijać Anglię (lub Walię), będąc już a Szlaku Offy, lepiej powędrować na południe, do Cwmyoy – kolejnej perły ukrytej w Czarnych Górach.

Kaprysy geologii

Cwmyoy ze swoim półtuzinem kamiennych domów i normańskim kościołem, przykleiło się do zbocza Hatterrall Ridge. Można się tu dostać albo górską ścieżką, albo karkołomną – nawet jak na Black Mountains – drogą od dołu. W obu przypadkach nie jest to zadanie proste, ale warto! Warto ze względu na “cud” architektoniczny, jakim jest tutejszy trzynastowieczny kościół Świętego Marcina. Nie ma chyba na świecie drugiej tak koślawej i powykręcanej budowli, która w założeniu taką być nie miała. W Saint Martin’s Church nic ze sobą nie współgra i nie ma jednego prostego kąta. Stojąc wewnątrz, patrząc przez nawę w kierunku ołtarza odnosi się wrażenie, że podłoga tańczy a ściany, choć próbują dotrzymać jej kroku, pogubiły rytm.

Z zewnątrz widok jest jeszcze bardziej intrygujący, bo kamienna wieża odchyla się od pionu o dokładnie 5,2 stopnia (zdecydowanie wyższa krzywa wieża w Pizie, dla porównania, ma odchył “tylko” 4.7 stopnia). Do lat sześćdziesiątych, kiedy dobudowano specjalne podpory, przed zawaleniem chroniła ją chyba tylko jakaś nadprzyrodzona siła. Ale że w Cwmyoy nic nie jest zbyt proste, w połowie długości nawy, budynek nagle wykręca się w przeciwną stronę.

Niewiele lepiej wygląda przykościelny cmentarz pełen powykrzywianych starych nagrobków. Śmierć musiała być czymś strasznie wkurzona, skoro tak niecnie sobie tu poczynała.

W rzeczywistości całkowity brak pionów i poziomów w Cwmyoy nie wynika ani z walki sił nieczystych z niebiosami, ani z jakiejś specjalnej niechęci mieszkańców do geometrii. Cała wina spada na geologię. Kościół stoi po prostu na kilku płytach skalnych, które bez przerwy na siebie napierają, powodując wybrzuszenia i zapadnięcia gruntu na powierzchni. A że proces jest łagodny i długotrwały, kościelne mury zamiast pękać, próbują dostosować się do sytuacji.

Poszukiwacze skarbów znajdą w Cwmyoy jeszcze jeden klejnot – średniowieczny kamienny krzyż. W 1861 roku wykopano go przypadkiem na jednym z okolicznych pól. Datowany na trzynasty-czternasty wiek krzyż, był prawdopodobnie drogowskazem dla pielgrzymów zdążających do St. Davids w Pembrokshire. Niezwykłe jest przedstawienie na nim postaci Chrystusa. Jego ciała nie tylko nie wykręca ból agonii, ale spod wielkiej biskupiej mitry zdaje się uśmiechać.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, w niewyjaśnionych okolicznościach krzyż zniknął z Cwmyoy, po czym zupełnie przypadkiem odnalazł się w sklepie z antykami w Londynie. Po udanej akcji odzyskania zabytku, na wszelki wypadek, przymurowano go do kościelnej podłogi.

————

Ten tekst to druga część długiej wyprawy w Black Mountains, poprzednią i kolejne znajdziecie tu:

Woodstock for the mind

Spośród “wrót” Czarnych Gór – to obowiązkowy przydomek wszystkich okolicznych miasteczek – na bardzo dobry początek zdecydowanie najlepiej wybrać Hay-on-Wye. To maleńkie graniczne miasteczko przyklejone do łagodnych zboczy doliny rzeki Wye jest doskonałym przykładem tego, jak na dobrym pomyśle i niezwykłym uporze zbudować kapitał i prawdziwą lokalną wspólnotę.

Hay-on-WyeZanim jednak w Hay zapanowała ogólna sielanka, jak to na Pograniczu, bywało tu burzliwie. Miasteczko regularnie palono i plądrowano. Nie oszczędzali go ani walijscy patrioci, ani chciwi pograniczni lordowie, ani angielscy władcy. Gdy w końcu nastał pokój, w Hay na dobre zadomowił się marazm, przerywany jedynie cotygodniowym targiem i wizytami dżentelmenów w cylindrach i dam z parasolami, którzy na szerokim brzegu River Wye urządzali sobie pikniki podczas, modnych swego czasu, rzecznych wycieczek.Y Gelli, jak z walijska nazywa się Hay-on-Wye (i co brzmi zdecydowanie bardziej zagadkowo niż wygląda w druku!), ze swoimi wąskimi i krętymi uliczkami zabudowanymi domami wyciętymi z kolorowych bajek, przyrosło o niewielkiego wzgórza zamkowego. Podobnie jak miasteczko, Hay Castle nie miał szczęścia. Wybudowany około 1200. roku przez Williama de Breos II, już w 1216 roku został zniszczony przez króla Jana, a gospodarz ratował się ucieczką do Francji.

William uchodził za jeden z najbardziej parszywych charakterów swojej epoki, co tłumaczy królewską zawziętość. Ta jednak blednie przy uporze lordowskiej małżonki Maud de St. Valery – znanej też jako Moll Wallbee – która, zgodnie z legendą, odbudowała zamek w ciągu jednej nocy, dźwigając kamienie w fartuchu. Być może to tak bardzo rozsierdziło króla Jana, że – wspominając inną, nieco mniej romantyczną legendę – zagłodził Maud i jej najstarszego syna, zamurowując ich żywcem w murach Windsoru. Jak było naprawdę, nie wie nikt. Wiadomo za to, że niedługo później, zamek podpalił książę Llywelyn ap Gruffydd.

Hay Castle

Dwieście lat później, zubożałe miasteczko i podupadły zamek, strawił pożar ostatniego wielkiego powstania Walijczyków prowadzonych przez Owaina Glyndwr.

Kolejne dwa wieki później, wykorzystując ruiny normańskiej warowni, wzniesiono szlachecki dwór. Ale i ten miał pecha. I do pożarów, i do właścicieli. Aż do początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zrujnowany zamek kupił Richard Booth. Odtąd nic już nie było takie jak dawniej…

Zielono mi!

Booth przyjechał na prowincję z niezwykłą i, mówiąc delikatnie, ekscentryczną wizją stworzenia miasteczka antykwariatów. Albo raczej książkowych secondhandów, żeby pozbyć się ekskluzywnych skojarzeń. Jego pierwsza księgarnia – otwarta w 1961 roku – szybko wyrosła na największy tego typu sklep w Europie.

Zachęceni sukcesem Richarda, do miasteczka zaczęli ściągać kolejni antykwariusze i bukiniści, co zaowocowało przemianą Hay w osobliwe “Miasto Książek” – Town of Books. Dziś, po pół wieku, w niespełna dwutysięcznym miasteczku działa około trzydziestu księgarni. I, bynajmniej!, nie mówimy o małych przytulnych sklepikach, choć i takie oczywiście się tu znajdą. W Hay dla książek przeznaczono całe domy – w kilku z nich handluje się od piwnic po strych – kino i częściowo wyremontowany zamek. Według tylko pobieżnych szacunków, każdego dnia na poszukiwaczy skarbów czeka przeszło milion (!!!) książek. Na każdy niemal temat: od dadaizmu po fizykę jądrową, i na każdą kieszeń: od trzydziestu pensów wrzucanych do tak zwanych honesty boxes, do tysięcy funtów za rzadkie starodruki.

hay003

Sukces jakim okazało się “Miasto Książek” najwyraźniej nie w pełni usatysfakcjonował Richarda Bootha. Marzył o czymś jeszcze większym. I sobie wymarzył. Pierwszego kwietnia 1977 roku ogłosił powstanie niezależnego Królestwa Hay. Siebie oczywiście osadzając na tronie. Choć był to tylko primaaprilisowy żart, król Richard wciąż cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród “poddanych”, służy radą, rozdaje tytuły szlacheckie, wymyśla coraz to nowe sposoby rozwoju i promocji swojego małego królestwa, a w wolnych od monarszych obowiązków chwilach pisuje pamflety ośmieszające państwową biurokrację.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć władcę książkowego królestwa z bliska, niech zajrzy do zamkowego antykwariatu. Starszy dżentelmen w pogniecionej marynarce, przysypany stertą papierów, to właśnie on.

Haj w Hay

W naturalny sposób, przesiąknięta zapachem farby drukarskiej i kurzu atmosfera Hay-on-Wye przyciąga intelektualną śmietankę Wielkiej Brytanii (i nie tylko). By stworzyć dla nich platformę wymiany myśli, w 1988 roku powołano do życia Hay Festival. Literacka w założeniu impreza, z czasem ewoluowała w niezwykłą, dziesięciodniową kulturalną ucztę pisarzy, polityków, dziennikarzy, wydawców, artystów sztuk wszelkich i, rzecz jasna, niecodziennej publiczności.

Według New York Timesa, to “najbardziej prestiżowy festiwal anglojęzycznego świata”. Bill Clinton natomiast, który był gościem jednej z edycji Hay Festival, określił go jako “Woodstock dla umysłu”. Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Może jedną rzecz.

Od lat w programie festiwalu, obok prelekcji, dyskusji, wystaw i koncertów, figurują piesze rajdy po okolicy. Choć trudno w to uwierzyć, bilety na nie znikają w pierwszej kolejności! Już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem imprezy. Skąd to niezwykłe zainteresowanie? Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko. W zasadzie, wystarczy ruszyć się dwa kroki za miasto.