Dobry film dziś widziałam: Pride

Co wspólnego mogą mieć geje z Londynu z małą walijską wioską i strajkami górników z lat 80-tych? Jak się okazuje, całkiem sporo. Zapraszamy na oparty na niesamowitej prawdziwej historii film  z gatunku “feel good”, znakomicie zagrany, zabawny, mądry, a przy okazji bez zadęcia poruszający ważne kwestie społeczne, które kształtowały lata 80-te i poniekąd nasz dzisiejszy świat.

Rok 1984 był w UK rokiem brutalnie tłumionych strajków górniczych, apogeum rządów konserwatystów pod przewodnictwem Żelaznej Damy i początkiem narastających podziałów w lokalnych społecznościach. Sytuacja była szczególnie ciężka na północy Anglii i w Walii, w której górnictwo było podstawowym przemysłem i źródłem utrzymania dla ogromnej części społeczeństwa. Jednym ze sposobów na ‘złamanie’ strajkujących było odbieranie im prawa do jakiejkolwiek pomocy socjalnej. Niejednej rodzinie zajrzała w oczy skrajna bieda.  Cały kraj organizował spontaniczne akcje wsparcia dla górników. Zbierano głównie pieniądze i żywność. Ogromnie liczyło się również wsparcie moralne.

W tym samym czasie, kiedy górnicy walczyli o swoje miejsca pracy, geje i lesbijki walczyli o swoje miejsce w społeczeństwie. Obie te grupy znalazły w sobie nieoczekiwane wsparcie.

Nie będziemy tu zdradzać szczegółów ani wyprowadzać analiz; ani tu miejsce po temu, ani się na tym specjalnie nie znamy. Wyjątkowo zgodnie natomiast polecamy Pride jako apoteozę humanizmu, i afirmację tego, co w ludziach najlepsze: solidarności, przyjaźni i akceptacji, która wynika nie z uczonych książek i uniwersyteckich wykładów, ale z najzwyklejszego kontaktu z drugim człowiekiem. Nie bez znaczenia jest to, że plejada aktorskich znakomitości daje w filmie absolutny popis gry aktorskiej, a nienaganne walijskie akcenty Imeldy Staunton czy Billa Nighy’ego roztopią serce każdego waliofila.

Ten film zostawi was w wyśmienitych humorach, z ciepłem w sercu i odnowioną, przynajmniej chwilowo, wiarą w ludzi.

Pride, 2014, reż. Matthew Warchus. Film ukazał się w Polsce pod absolutnie idiotycznym tytułem Dumni i wściekli. Zobacz zwiastun:

 

Diabeł, wodospad i trzy mosty

Devil’s Bridge to jedna z największych atrakcji tzw. ‘zielonej pustyni’ środkowej Walii. Znajduje się w małej osadzie o tej samej nazwie, położonej o kilkanaście mil na wschód od Aberystwyth w hrabstwie Ceredigion. Zasadniczo chodzi, jak prawdopodobnie już wywnioskowałeś, o most. Ale nie tylko.

Legenda głosi, że dawno, dawno temu, kiedy w Devil’s Bridge nie było jeszcze żadnego mostu, a może nawet i żadnej osady, pewnej babie uciekła krowa. Ku powszechnemu zdumieniu zwierzę odnalazło się na drugim brzegu rwącej rzeki. W żaden sposób nie można było się do niego dostać. Baba wpadła w czarną rozpacz. Na to pojawił się, jak to zwykle bywa w takich podbramkowych sytuacjach, diabeł i zaproponował, że wybuduje most. Oczywiście nie za darmo. Zapłatą miała być – uwaga, niespodzianka – dusza, której posiadacz przejdzie most jako pierwszy. Baba zgodziła się z ciężkim sercem, nie widząc innego wyjścia. Tuż przed wejściem na most wpadła jednak na genialny w swej prostocie pomysł. Wyjęła z kieszeni kawałek chleba i rzuciła go przez całą długość mostu; za chlebem pobiegł.. pies. I tak sprytna baba wykiwała diabła. Diabeł się był cokolwiek zdenerwował i opuścił te strony, podobno na zawsze. Most pozostał. Co stało się z pechowym psem, kroniki nie podają.

Tyle legenda, pięknie służąca miejscu przez ostatnie dwa stulecia w formie magnesu na turystów; w rzeczywistości pierwszy z trzech mostów Devil’s Bridge został prawdopodobnie wybudowany przez mnichów rezydujących w niedalekim opactwie Strata Florida. Stoi w tym miejscu od XI stulecia i nadal ma się całkiem dobrze. W 1708 roku nadbudowano nad nim drugi most, również kamienny, ale większy, a dwieście lat lat później nad oboma mostami powstał trzeci, żelazny. Jako całość, konstrukcja jest prawdziwym unikatem.

Mosty pochylają się nad głębokim wąskim wąwozem, którym pędzi intensywnie zasilana częstymi opadami rzeka Mynach. Tuż za mostami rzeka spada w dół spektakularną 90-metrową pięciopoziomową kaskadą – główną atrakcją Devil’s Bridge. Jedyny sposób, żeby obejrzeć to imponujące dzieło natury, to skorzystać z dłuższego z dwóch dostępnych spacerów. Teren jest ogrodzony i trzeba zapłacić za wstęp – albo osobie w budce, albo wrzucić monetę przy bramce. W tej chwili wstęp na dłuższy spacer z widokiem na wodospad kosztuje przy bramce 2 funty, a na krótszy, z którego można podziwiać mosty i pędzącą wąwozem rzekę – 1 funta. Warto skusić się na oba. W trakcie dłuższego spaceru (około 40 minut) można podziwiać wodospad w całej okazałości z daleka oraz z bliska ze strategicznie ulokowanych platform widokowych. Trasa składa się w dużej części ze  stromych kamiennych schodów, które przy deszczu mogą być śliskie, należy zachować ostrożność. Z uwagi na ukształtowanie i wymagania terenu atrakcja nie jest przystosowana dla osób niepełnosprawnych. Parking jest bezpłatny; kod pocztowy dla satnavu: SY23 3JW. Strona zarządcy. Mapa:

Niedaleko od mostów znajduje się liczący sobie około 300-tu lat hotel z kafeją o specyficznym, lekko podupadłym klimaciku. Warto sobie pozwolić na filiżankę gorącej herbaty i kromkę bara brith, tradycyjnego walijskiego chlebka z owocami spożywanego z masłem. Jako bonus można sobie dyskretnie poobserwować lokalnych seniorów, którzy przychodzą tam na swój tradycyjny niedzielny obiad.

Devil’s Bridge to mocno klimatyczne miejsce, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy jest szaro i mokro, i nie kręci się wokół zbyt wielu turystów. Idealne miejsce na morderstwo… W każdym razie na ekranie. Wiedzą o tym miłośnicy serialu Hinterland (walijski tytuł Y Gwyll). Dla niezorientowanych, Hinterland to kręcony w Walii (i w dużym stopniu po walijsku) i utrzymany w duchu skandynawskiego noir serial kryminalny wykorzystujący dzikie i bezludne plenery środkowej Walii jako ponuro-efektowne miejsca zbrodni. Akcja jednego z odcinków toczy się właśnie w Devil’s Bridge, i nie zaprzeczam, to ten fakt skusił mnie ostatecznie do złożenia tam długo odkładanej wizyty. Na zwiastunie poniżej można zobaczyć i mosty, i wąwóz z rwącą wodą i klimatyczny hotel.

Latem, w otoczeniu zieleni i promieni słońca to piękne miejsce ma zapewne zupełnie inny klimat. Ale mnie osobiście ten lekki jesienno-deszczowo-zbrodniczy dreszczyk bardzo przypadł do gustu.

Tutaj znajdziesz nasz wyczerpujący artykuł na temat walijskiej ‘zielonej pustynii’. Zapraszamy.

Drogi Czytelniku, darując nam kilka minut swojego czasu w postaci komentarza do tematu nie tylko sprawiasz nam ogromną przyjemność, ale również przyczyniasz się do rozwoju tej strony. Diolch Yn Fawr. 

Na tropie świąt

Victorian Christmas

Jak Brytania długa i szeroka, imprezy przedświąteczne są integralną częścią grudniowego krajobrazu. Wiktoriańskie jarmarki, wspólne śpiewanie kolęd przy współudziale grzanego wina i mince pie, zimowe wonderlandy – każdy może znaleźć coś dla siebie.

Wiele imprez już się odbyło, ale nadal sporo przed nami. Poniżej podajemy kilka propozycji. Ale tak naprawdę wystarczy dobrze rozejrzeć się w swojej najbliższej okolicy, a na pewno jakiś festynik czy chociażby wspólne kolędowanie gdzieś się odbywa.

Caerphilly Christmas Market

P1090896

Jak co roku nieduże sympatyczne miasteczko Caerphilly zaprasza na wielki jarmark świąteczny. Impreza odbędzie się w weekend 12-13 grudnia w godzinach 9-17 (sobota) i 10-16 (niedziela). Mnóstwo ładnych rzeczy ucieszy oko; można będzie zjeść coś z licznie reprezentowanej kuchni międzynarodowej, kupić lokalne produkty prosto od farmerów, wypatrzeć jakąś ciekawą ręcznie wykonaną ozdobę na choinkę, posłuchać kolęd itp. Dodatkową atrakcją jest festyn średniowieczny na zamku (tak, tak, tym słynnym zamku w Caerphilly, wstęp płatny). W swojej kategorii jarmark świąteczny w Caerphilly należy do najlepszych i warto się na niego wybrać. Uwaga, najlepiej skorzystać z park&ride, bo do miasteczka ciągną tłumy i znalezienie miejsca parkingowego może graniczyć z cudem. Strona organizatora.

Dodatkowa ciekawostka z Caerphilly: 23 grudnia odbędzie się River of Light Parade, czyli procesja lampionów wykonanych głównie przez dzieci z miejscowych szkół. Zacznie się o 6.30 spod dworca kolejowego.

Ffestiniog & Welsh Highland Railway

Ffestiniog Welsh Highland Railway16x9

Kto wybiera się w okolicach 12-13 oraz 19-20 grudnia do Snowdonii, zwłaszcza z dziećmi, może zafundować sobie specjalną świąteczną przejażdżkę ciuchcią parową. Podobno obsługa będzie w kostiumach z epoki wiktoriańskiej, Santa ze swoimi pomocnikami będzie wręczał dzieciom prezenty, podczas gdy ich rodzice będą raczyć się kieliszkiem sherry i mince pie. Więcej informacji o trasie kolejki tutaj.

Brecon Mountain Railway

DSCN2781

Podobnie jak w Snowdonii, parowa ciuchcia św. Mikołaja działa również w malowniczym parku narodowym Brecon Beacons. Pociągi jeżdżą z Pant Station niedaleko Merthyr Mawr do Santa’s grotto, gdzie na każdego czeka upominek. To bardzo popularne wydarzenie wśród rodzin z dziećmi, warto zadzwonić i zarezerwować bilety z wyprzedzeniem:  01685 722988.

Przygotowania do Świąt w St Fagans

1

Muzeum Życia Walijskiego St Fagans w Cardiff zaprasza wszystkich w weekend 12-13 grudnia na Family Christmas Craft Activities. Będzie można popatrzeć m.in. jak artyści ręcznie wytwarzają ozdoby i samemu spróbować swoich sił. Skansen St. Fagans to urocze miejsce, w którym – niezależnie od organizowanych imprez – zawsze miło spędzić pół dnia eksplorując chaty z paleniskami, kościołki, piekarnię wypiekającą walijskie ciasteczka, wiktoriańskie sklepy czy starannie pielęgnowane ogrody. Szczegóły tutaj.

Winter Wonderland w Cardiff

3-1444058896

Światła, muzyka, lodowisko, karuzele, zapach niemieckich kiełbasek – taki stały zimowy wonderland usytuowany przed muzeum narodowym oferuje stolica Walii. Więcej informacji na ich stronie.

Przygotowania do Świąt w Llancaiach Fawr

zachc3b3d2

Dworek Llancaiach Fawr położony niedaleko miejscowości Nelson/Treharris, znany jest z prezentowania historii w sympatycznie praktyczny sposób (obsługa w strojach z epoki posługuje się piękną starą angielszczyzną) oraz organizacji wszelkich imprez typu Ghost Watching, czy właśnie imprezy około-świąteczne. W sobotę i niedzielę 12-13 grudnia dworek zaprasza wszystkich do wzięcia udziału w przygotowaniach do świąt; będzie m.in. wyrabianie świec, mydełek lawendowych i innych tradycyjnych ozdób świątecznych, które potem będzie można zabrać do domu. Wszystko będzie okraszane klasyczną muzyką z epoki; bez wątpienia z dworkowej kafei będzie dochodził zapach mince pies. Wstęp 7.95 / osoba dorosła, 6.50 dziecko. Więcej informacji tutaj

Kreatywny transfer dóbr w Port Eynon

Kilka stuleci temu jedną z najpopularniejszych profesji w południowej Walii był kreatywny transfer i dystrybucja dóbr, znane również pod niesympatyczną alternatywną nazwą “przemyt”.

Pomysłowość panów dystrybutorów była nieograniczona; do dziś zachowało się m.in. takie oto sprytnie wbudowane w klif centrum dystrybucyjno-logistyczne, przez niektórych określane jako “dziupla przemytnicza”. Klif skutecznie maskował przybytek przed wścibskim zainteresowaniem służb oraz przypadkowych przechodniów. Dostęp wymaga pewnej akrobatyki, ale warto się potrudzić, bo wrażenie jest dość niesamowite.

Port Eynon, Culver Hole

Dziupla nosi oficjalną nazwę Culver Hole. Słówko culver pochodzi ze staroangielskiego i oznacza gołębia; hole to oczywiście dziura w czymś. Gołębie to w dzisiejszych czasach prawdopodobnie jedyni mieszkańcy Culver Hole. Nie trzeba jednak wierzyć tej informacji na słowo. Jeśli masz odwagę i jesteś dość wysportowany, możesz wspiąć się do Dziupli po linie i sprawdzić, czy aby na pewno nie zapodziało się tam jakieś nierozdystrybuowane dobro.

Jak dostać się do tego miejsca? Znajduje się ono na Półwyspie Gower blisko miejscowości Port Eynon. Przy dojściu do  plaży należy skierować się w prawo i udać się na spacer krawędzią klifu. W pewnym momencie zauważysz niedużą ścieżkę zmierzającą w dół, i przecinającą klif mniej-więcej w połowie. Dalej będzie trochę skał i głazów, więc zachowaj ostrożność. Warto się troszkę pogimnastykować, bo satysfakcja eksploratorska gwarantowana, zwłaszcza, że nawet Walijczycy często o tym miejscu nie słyszeli. Podejrzewam, że w czasie odpływu można dojść do Culver Hole plażą, ale nie sprawdzałam.

Samo Port Eynon nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza szeroką plażą, ale znajduje się w nim także inna lokalna atrakcja, może nie aż tak ciekawa jak Culver Hole, ale można rzucić okiem. To ruiny Salt House z XVIII wieku, przybytku, którego oficjalnym przeznaczeniem była “ekstrakcji soli z wody morskiej”. W rzeczywistości, zgodnie z lokalną tradycją, miejsce służyło za przemytniczą melinę paserską.  Ruiny znajdują po drodze do Culver Hole i można je sobie odwiedzić bezpłatnie.

pe

Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA3 2AP.

Zima w Libanusie

Brecon Beacons z Libanusa

Późna jesień i zima wcale nie oznaczają, że musisz zamknąć się w domu, owinąć kocem i próbować przeczekać.

Redakcja Smoka doskonale rozumie pokusę, zwłaszcza, że sama nie przepada za sympatycznym walijskim zjawiskiem znanym jako pozioma mżawka w twarz; ale już samo zimno nie powinno być dla nikogo wymówką. Nalegamy na to, by nie ustawać w eksploratorskich wysiłkach i walczyć z zimowym przygnębieniem za pomocą zaróżowionych policzków, sympatycznych widoków i gorącej herbaty, która zawsze gdzieś tam czeka na heroicznego zimowego wędrowca.

Zachęcamy wszystkich do zimowych odwiedzin w samym środku górskiego parku narodowego Brecon Beacons.

Libanus to mikroskopijna wioseczka, znana głównie z tego, że na jej obrzeżach mieści się główne parkowe Centrum Informacyjne (Visitor Centre).  To nie tylko miejsce, gdzie można dowiedzieć się czegoś o samym parku; to również, co także uważamy za niezmiernie ważne, kafeja z przyzwoitej jakości jedzeniem. A także sklepik z plastikowymi smokami, mapami, wyrobami regionalnymi itp. Stąd też rozchodzi się kilka łagodnych szlaków z panoramicznymi widokami gór idealnych na każdą kondycję. Uwaga, czasem szlaki są błotniste, zadbaj więc o porządne buty, a i kalosz nie hańba. Parking jest płatny, ale nieprzesadnie, a każdy penny idzie na utrzymanie centrum, więc nie ma co kombinować, wszak cel szczytny.

droga z Libanusa

Informacje praktyczne: Visitor Centre jest otwarte cały rok z wyjątkiem pierwszego dnia świat Bożego Narodzenia. Godziny otwarcia w zimie: 9:30 – 16:30. Uwaga, ciepłe posiłki (pies, lazania, itp., w tym opcje vege) serwują do 14, potem już tylko kawa i ciacho.

dsc_0228

Centrum znajduje się w niedużej odległości od głównej, niezwykle malowniczej drogi A470 z Methyr Mawr do Brecon, której uroki już kiedyś zachwalaliśmy; przykryta śniegiem wydaje się być jeszcze ładniejsza niż zwykle.

12240868_961151647282344_2607388886805170108_o

Kod pocztowy dla satnavu: LD3 8ER. Strona parku ze wszystkimi informacjami: www.breconbeacons.org.

Poppy appeal – czyli o co chodzi z tymi makami

Poppies_by_Benoit_Aubry_of_OttawaNiektórzy wiedzą, ale wielu pewnie się zastanawia: o co chodzi z tymi czerwonymi makami, które pojawiają się na początku listopada w klapach marynarek i przy dekoltach sukienek prezenterów telewizyjnych, polityków, osób publicznych i zwykłych zjadaczy tostów z marmoladą. O co chodzi z tymi stoiskami sprzedającymi plastikowe czerwone kwiatki, i czemu często sprzedają je staruszkowie w mundurach wojskowych..?

Zbliża się 11 listopada, a z nim obchodzony w Wielkiej Brytanii i krajach Commonwealthu Remembrance Day, czyli Dzień Pamięci. Przypada zawsze w niedzielę najbliższą tej znamiennej dacie; z tego powodu jest też alternatywnie zwany Remembrance Sunday. Jest obchodzony od czasu zakończenia pierwszej wojny światowej; zainaugurował go ojciec obecnej królowej, król Jerzy V.  Początkowo Dzień Pamięci miał służyć uczczeniu żołnierzy poległych w pierwszej wojnie światowej; z czasem przekształcił się w dzień pamięci o wszystkich żołnierzach i żołnierkach brytyjskich sił zbrojnych, którzy zginęli na frontach rozmaitych wojen i konfliktów, które miały i mają miejsce w dzisiejszym świecie.

DSCN1606Prawie w każdej brytyjskiej miejscowości można znaleźć War Memorial, czyli w dosłownym tłumaczeniu ‘pomnik wojny’. Ma zazwyczaj formę krzyża lub obelisku. W Remebrance Day zostaną pod nimi złożone wieńce z plastikowych maków i inne, często bardziej osobiste dowody pamięci. Królowa, członkowie rządu, przedstawiciele kościołów i innych organizacji tradycyjnie złożą swoje wieńce pod pomnikiem Cenotaph w Londynie.

DSC_0230DSCN1619Wielka Brytania ma szczególny stosunek do swoich sił zbrojnych, które kiedyś budowały Imperium. Remembrance Day to nie czas na analizy politycznych decyzji, zapędów kolonialnych, win i zadośćuczynień; w Dzień Pamięci oddaje się hołd tym, którzy poświecili swoje życie w służbie krajowi. Maczek jest symbolem wiary w określone wartości i symbolem patriotyzmu, szczególnie dla starszego pokolenia. Mnie osobiście kojarzy się oczywiście z czerwonymi makami na Monte Cassino.

DSCN1612

Z Dniem Pamięci łączy się tzw. Poppy Appeal, Jest to akcja prowadzona przez organizację charytatywną Royal British Legion, która zajmuje się szeroko rozumianym wsparciem dla weteranów oraz ich rodzin, a także opiekuje się rodzinami  żołnierzy poległych na misjach. Całkowity dochód ze sprzedaży maczków przeznaczony jest właśnie na te cele.

poppy_3491899b

Na rowerze przez południową Walię – część 2

zasluzony odpoczynek

Zapraszamy na drugą część subiektywnego przeglądu tras rowerowych południowej Walii. Pierwszą część z łatwiejszymi trasami dla każdego znajdziesz tutaj.

 

Maesteg – Afan Argoed – Maesteg

 czyli żarty się skończyły

17

To nie jest jakoś szczególnie długa trasa, ale dość wymagająca, zwłaszcza ostatni etap. Zaczynając z końcowej stacji kolejowej w Maesteg wyjeżdżasz z parkingu, skręcasz w prawo w Castle Street i przejeżdżasz przez światła. Po chwili 1skręcasz w prawo i zaraz znów w prawo za niebiesko-czerwonymi znakami ścieżki rowerowej 885. Podążasz za drogowskazami na Afan Argoed. Ścieżka jest bardzo dobrze oznaczona. Uwaga, w pewnym momencie połączy się z dość ruchliwą drogą, jednocześnie morderczym krętym podjazdem – zachowaj ostrożność. Dobra wiadomość, potem w  nagrodę będzie ‘w dół’ – to lubimy. Niedługo za miejscowością Cymmer po lewej stronie pojawi się twój cel: Visitor Centre w Afan Argoed. Tu 3można odpocząć, nagrodzić się ciachem i kawą w kafei, a nawet obejrzeć małe sympatyczne muzeum górnictwa. Możesz pokręcić się po okolicy próbując któryś z ich licznych szlaków, albo ruszyć w powrotną drogę. Masz dwie opcje: zawrócić tą samą trasą, wiedząc, jaki rodzaj podjazdów cię czeka.. albo jechać dalej tą sama drogą, w błogiej nieświadomości nadchodzącej mordęgi, ciesząc oko malowniczymi wzgórzami. W razie wątpliwości co do kierunku11 drogi wypatruj znaków drogowych na Maesteg. Możesz zatrzymać się w pubie w miejscowości Bryn; nie przeoczysz, to ten ogromny budynek przy samej drodze, od którego rozpoczniesz na szczęście ostatni tego dnia, ale chyba najbardziej morderczy podjazd. A potem już tylko miły sercu zjazd do centrum Maesteg. Właśnie pokonałeś mniej więcej 27 km w dół i w górę, możesz nagrodzić się poczuciem ogromnej satysfakcji. Polecam prześledzić trasę na google maps.

mstg to afan ar

Ffordd y Gyffraith – Langynwyd Ffordd y Gyffraith

podjazdowy hardkor w ładnych okolicznościach przyrody

dscn1098

Kolejna ‘moja’ trasa. Teoretycznie leży w większości na terenie wioski Cefn Cribwr; w praktyce cywilizację spotyka się na samym końcu, w wiosce Llangynwyd położonej niedaleko od Maesteg. Cywilizacja ma postać miłego oku stareńkiego pubuDSCN0876 krytego strzechą, drugiego pubu, kilku domów i przystojnego cmentarza. Wszystko czego człowiekowi w życiu potrzeba. Niestety, żeby tam dotrzeć będziesz musiał stoczyć nierówną walkę z jednym z liderów spośród tak wielu morderczych podjazdów w tym kraju. Dobra wiadomość: droga będzie pusta, więc jeśli tak jak ja zdecydujesz zsiąść z roweru i pchać go pod górę, nikt oprócz kilku owiec nie będzie świadkiem twojej jakże usprawiedliwionej chwili słabości.

10365654_928779777156281_7844361772824494188_oZostawiasz samochód w.. miejscowości..? Trzy domy na krzyż, nazwa dłuższa niż miejscowość: Ffordd Y Gyffraith (kod orientacyjny dla satnavu CF32 0BS). Wjeżdżasz w pnącą się do góry country lane (to jest właśnie ten killer podjazd) i jedziesz cały czas aż dojedziesz do skrzyżowania w formie litery T. Jedziesz w prawo do Llangynwyd. Wracając na tym samym skrzyżowaniu nie skręcaj w drogę, którą przyjechałeś, tylko pojedź kawałek dalej i potem skręć w lewo w leśną drogę (będą bramki i tablica informacyjna). Będzie cały czas w dół przez las, bardzo przyjemny zjazd.  Doprowadzi cię do drogi którą wrócisz do Ffordd Y Gyffraith. Takie kółeczko. ( mil (około 13 km) ale ostrzegam: będzie wysiłek.ww4

Uwaga, bonus dla uważnych: prawie przy samym końcu tego zjazdu przez las można wypatrzeć po prawej stronie w dole między drzewami małe urocze szmaragdowe jeziorko, pozostałość po przemyśle, który kiedy okupywał te ziemie. Warto się tam na chwilę zatrzymać.

Jak zwykle polecam prześledzić tę trasę na google maps.

ffordd

Taff Trail

całość za jednym zamachem – sen czempiona

2-2

Słynny w całym kraju opisany już na Smoku Taff Trail jeden z najbardziej malowniczych szlaków w Walii. Biegnie z Cardiff do Brecon i składa się z odcinków o różnym stopniu trudności. Nie musisz pokonywać całego za jednym zamachem (53 mile!), chyba, że masz świetną kondycję i ambicje na wyczyn. Szczególnie końcowy etap biegnący przez góry Brecon Beacons należy do wymagających. Zwłaszcza, jeśli po dotarciu do Brecon musisz wrócić do miejsca w którym pozostawiłeś samochód. Dokładniejszy opis Taff Trail znajdziesz tutaj. Sprawdziłam, polecam, świetna trasa.

Rajd Wielkiej Brytanii (Wales Rally GB)

Informacja dla dużych chłopców i miłośników podziwiania walijskich krajobrazów zza szyb samochodu:

Już w następny weekend (12-15.11.2015) kolejna edycja Rajdu Wielkiej Brytanii (Wales Rally GB) – ostatniej rundy rajdowych mistrzostw świata. Jak co roku, organizatorzy zapewniają fatalną pogodę, masę błota, dużo hałasu i prawdziwe emocje.

Rajd rozpocznie się uroczystą prezentacją zawodników i aut na Mostyn Street w Llandudno, w czwartek (12.11) od 18:30. Wcześniej (od 17:00 do 17:30), łowcy autografów mogą zapolować na swoich ulubieńców w Venue Cymru. Tego dnia odbędzie się tylko jeden wyścig – Shakedown, pomiędzy Ruthin i Corwen.

W piątek rajdowcy przenoszą się do Środkowej Walii, w okolice Llanidloes i Llangurig. Wszystkie trzy tutejsze “oesy” – Hafren, Sweet Lamb i Myherin – to klasyki. Sweet Lamb uwielbiają widzowie, a na Myherin, z długimi i szerokimi prostymi, kierowcy.

Trzeciego dnia, mistrzowie kierownicy ścigać się będą na dwóch odcinkach specjalnych w cieniu Cadair Idris, niedaleko Corris i dwóch w paśmie wzgórz Berwyn, w okolicach Jeziora Vyrnwy i Bala. Na dwóch pierwszych można się spodziewać błota strzelającego spod kół! Dwa ostatnie odbędą się po zmroku, więc widzowie może nie będą zachwyceni, ale kierowcy będą musieli się wykazać. Na sobotę zaplanowany jest też rodzinny Rally Fest w Chirk Castle, gdzie spotkać będzie można rajdowe ekipy techniczne, kierowców i zajrzeć pod maski aut.

Ostatni dzień rajdu to trzy “oesy” na północy Walii: dwa w okolicach Jeziora Brenig i ulubiony wśród fotografów, asfaltowy Great Orme w Llandudno. Zakończenie rajdu i wręczenie nagród odbędzie się po południu, w parku serwisowym w Deeside.

Szczegółowy plan rajdu znajdziecie tu.

Bilety, niestety, jak zwykle w niezbyt zachęcających cenach:
– czterodniowy karnet (World Rally Pass), upoważniający do wstępu na wszystkie odcinki specjalne i imprezy około-rajdowe kosztuje (w przedsprzedaży) £99;
– bilet jednodniowy (Forest Pass), upoważniający do wstępu na wszystkie odcinki specjalne w danym dniu kosztuje (w przedsprzedaży) £25;
– bilety na poszczególne odcinki można też kupić tuż przed ich rozpoczęciem, za zdecydowanie wygórowaną cenę £30.

Więcej o biletach tu.

A na zachętę parę zdjęć sprzed kilku lat…

Na rowerze przez Południową Walię – część 1

na rower!

Przy okazji całkiem ładnej w tym roku wiosny nie zapominamy o amatorach dwóch kółek.

Zapraszamy na subiektywny i oczywiście niepełny przegląd tras rowerowych dostępnych głównie mieszkańcom południowej Walii, konkretnie hrabstw Bridgend i Neath Port Talbot, ale oczywiście nie tylko, jeśli transport roweru nie jest dla ciebie problemem. W pierwszej części skupimy się na trasach łatwiejszych, niemal rodzinnych, w drugiej opiszemy kilka przykładów tras bardziej wymagających, nie tylko kondycyjnie, ale również pod względem bezpieczeństwa jazdy. Większość tras można traktować również jako ścieżki spacerowe, ale należy pamiętać, że to rowerzyści są ich głównymi użytkownikami.

Jeśli dopiero zaczynasz lub planujesz zacząć swoją przygodę z rowerem, zapraszamy do zakładki Walia Rowerem, w której znajdziesz spoko przydatnych informacji praktycznych.

Afan Forest Park (Afan Argoed)

Afan Argoed

Miejsce idealne na spacery i przejażdżki. AFP to park krajobrazowy położony w hrabstwie Neath Port Talbot, kilka mil na północ od Maesteg. Jest znany w całym kraju ze znakomitych tras rowerowych dla ‘górali’, ale oferuje coś dla każdego, włączając rodziny z małymi dziećmi. Został już wcześniej opisany na Smoku, więc zainteresowanych zapraszam pod link.

Bryngarw Park i ścieżka rowerowa Garw Valley Cycle Path

GVCP

Bardzo przyjemna i nietrudna leśna ścieżka rowerowo-spacerowa wiodąca z Bryngarw Park (kod pocztowy dla satnavu: CF32 8UU) przez Garw Valley do Blaengarw. Numer ścieżki: 884. Mniej więcej 8 km w jedną stronę, głównie po płaskim. Zaraz za parkingiem, kafeją i toaletami skręcasz w prawo na ścieżkę i pozostajesz na niej do samego końca. Nagrodą za wysiłek jest powyższy widoczek. Na trasie tu i ówdzie można wypatrzeć skrywane przez drzewa pozostałości po przemysłowej historii tych okolic: kamienne mostki czy rozmontowane torowiska, pod koniec trasy również widoki stają się coraz bardziej efektowne. Po powrocie do Bryngarw koniecznie należy się nagrodzić herbatą w porcelanie i może, może, porządnym kawałkiem ciasta marchewkowego w przyparkingowej kafei.

Park Slip do Bedford Park

ps

Przyjemna i niewymagająca trasa stanowiąca część krajowej ścieżki rowerowej nr. 4 (NCN 4). Z bezpłatnego parkingu przy Visitor Centre w Park Slip (kod pocztowy dla satnavu: CF32 0EH) podążasz za niebiesko-czerwonymi znakami ścieżki. Poprowadzi cię przez pola, wzdłuż linii lasu, koło stawu; potem przekroczysz drogę i pojedziesz dalej w kierunku na Bedford Park. Na końcu ścieżki w Bedford Park zawróć. Ciekawostka: w Bedford Park są do obejrzenia dość malownicze pozostałości po  hucie żelaza; ładne miejsce na odpoczynek i mały pikniczek. Visitor Centre w Park Slip oferuje przysłowiową kawę i ciacho; nie bądź nieśmiały, pozwól sobie.

Bridgend – Ogmore by Sea – Bridgend

happy

Trasa, którą sama sobie wymyśliłam. Zaczynasz z Newbridge Hills w Bridgend (tereny zielone niedaleko Recreation Centre, kod pocztowy dla satnavu: CF31 4AH).  Jedziesz przez cały teren zielony wzdłuż rzeki. Przechodzisz tunelem pod dwupasmówką (uwaga na głowy, nisko) i podążasz za wąską ścieżką. Przechodzisz przez bramkę i jedziesz dalej przez całe pole, aż do następnej bramki która znajduje się niedaleko od sympatycznego kamiennego mostku (warto rzucić okiem). Potem skręcasz w lewo i jedziesz cały czas aż do skrzyżowania z  Ewenny Road. Włączasz się do głównej drogi do Ogmore By Sea i zostajesz na niej do samej plaży. To nie jest długa trasa, ale ostatni podjazd tuż przed samą plażą może być trochę wymagający. Uważaj na spory momentami ruch. Wracając tą samą trasą możesz sobie podarować mały bonus i skoczyć do Merthyr Mawr i zamku w Ogmore.

Bridgend – Ogmore Vale – Bridgend

og

Dość długa ale nieprzesadnie wymagająca trasa. Możesz zaparkować na płatnym parkingu przy stadionie Bridgend Ford Brewery Field (kod dla satnavu: CF31 4JE) albo gdzieś przy prywatnych domach lub budynkach komercyjnych bliżej Wildmill. Rozejrzyj się za niebiesko-czerwonymi znakami krajowej ścieżki rowerowej nr 883 (początkowo może to być ścieżka nr 885 i krajowa 4), która poprowadzi cię przez okoliczne tereny zielone, wzdłuż rzeki, przez kilka niedużych miejscowości, aż do samego Ogmore Vale, jednego z miasteczek Doliny Ogmore Valley.

Część druga w przygotowaniu…

___________________

Przy planowaniu wycieczki przydatna może okazać się stronka Sustrans, organizacji która sprawuje opiekę nad całym systemem ścieżek rowerowych w UK. Mapki google są również przydatne.

Wasze komentarze i sugestie będą mile widziane.

Aberystwyth – oaza na środkowo-walijskim pustkowiu

Aberystwyth to prawdziwa oaza na środkowo-walijskim pustkowiu i jedyne miasto w pełnym tego słowa znaczeniu nad Cardigan Bay, a przy okazji jeden z najprzyjemniejszych kurortów na Wyspach. To też twierdza walijskości w trochę bardziej wysublimowanym niż tradycyjno-wiejskim stylu.

Swoją siedzibę ma tu od 1872 roku najstarszy uniwersytet w Walii, będący jednocześnie jednym z bardziej prestiżowych na Wyspach. Na University of Aberystwyth studiował, między innymi, książę Walii – Karol.

Niedaleko uczelni, w ogromnym gmachu z żółtego piaskowca, mieści się chyba największy powód do dumy mieszkańców Aber (jak w skrócie nazywają swój dom) – Llyfrgell Genedlaethol Cymru, Narodowa Biblioteka Walijska. Otwarta w 1937 roku, jest jedną z pięciu (obok Londynu, Edynburga, Oxfordu i Cambridge) tak zwanych copyright libraries, co znaczy, że trafiają tu absolutnie wszystkie wydawnictwa drukowane w Zjednoczonym Królestwie. W sumie, w zbiorach biblioteki znajduje się sześć milionów książek, w tym najstarsze woluminy wydane po walijsku i w Walii. Ta imponująca liczba stawia podobno Aberystwyth na pierwszym miejscu w świecie pod względem ilości książek na jednego mieszkańca. (Choć z tą opinią mogliby nie zgodzić się w Hay-on-Wye)

Kolejną na wskroś walijską instytucją, która zadomowiła się w Aberystwyth jest Cymdeithas yr Iaith Gymraeg – Towarzystwo Języka Walijskiego. Powstała w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku organizacja, nie tylko przyczyniła się do odrodzenia najstarszego i wciąż powszechnie używanego języka w Europie, ale też jego popularyzacji i prawnego uznania jako języka urzędowego. To ostatnie odbyło się kosztem wielu demonstracji, kar pieniężnych, a nawet wyroków więzienia; angielscy sąsiedzi długo uważali walijski za relikt przeszłości, którego trzeba się raz na zawsze pozbyć.

Kontynuując wyliczanki, Aber może pochwalić się również renomowaną szkoła plastyczną i doskonałym, największym w Walii centrum sztuk – Canolfan y Celfyddydau/Aberystwyth Arts Centre.

Wszystkie te instytucje są otwarte dla gości i wszystkie (a szczególnie biblioteka i centrum sztuk) organizują masę stałych i czasowych wystaw, warsztatów, szkoleń, spotkań i mnóstwo innych wydarzeń kulturalnych, dla każdego odbiorcy.

…a wszystko to w dwudziestotysięcznym mieście, którego połowę stanowią studenci.

Ale Aber to też, a może przede wszystkim, nadmorski kurort. I to kurort z prawdziwego zdarzenia, z jednym z najbardziej fotogenicznych bulwarów na Wyspach Brytyjskich.

Żeby w pełni docenić jego malowniczość, warto na początek wdrapać się na stu trzydziestometrowe Constitution Hill, z którego rozciąga się wspaniała panorama miasta i otaczających je wzgórz z jednej strony, z drugiej wydm u ujścia rzeki Dyfi i szczytów południowej Snowdonii. Leniwych na szczyt zawiezie trzeszcząca i skrzypiąca, przeszło stuletnia kolejka klifowa.

Zaczynająca się u stóp Constitution Hill Promenada, to niemal nieprzerwany ciąg kolorowych hoteli i pensjonatów oferujących widok na zatokę i kamienistą plażę.

Jak każdy szanujący się brytyjski kurort, Aberystwyth ma też swoje molo. Sięgającą prawie trzysta metrów w morze konstrukcję, z pawilonem mieszczącym dwa tysiące osób, wybudowano w połowie dziewiętnastego wieku, ale sto pięćdziesiąt lat i bezlitosne zimowe sztormy skróciły je o jedną czwartą.

Dwa kroki od mola, wyznaczając południowy kraniec Promenady, stoi najbardziej charakterystyczny budynek w mieście, trochę baśniowy Old College. Potężny gmach w stylu wiktoriańskiego gotyku, ze strzelistymi wieżyczkami, wysokimi oknami i masą ozdobników, wzniesiono (a właściwie rozbudowano stojącą tu wcześniej willę) podobnie jak molo, pod koniec lat sześćdziesiątych, dziewiętnastego wieku. Miał służyć jako hotel dla tłumów spragnionych świeżego morskiego powietrza, których spodziewano się wraz z wybudowaniem linii kolejowej łączącej Aber z resztą świata. Przedsięwzięcie okazało się całkowitą klapą i po zaledwie roku właściciele ogłosili spektakularną plajtę.

W 1872 roku, za okrągłe dziesięć tysięcy funtów, budynek kupił komitet założycielski Uniwersytetu Walijskiego. I tu, do wybudowania nowego kampusu na wzgórzach nad miastem, była jego główna siedziba.

Tuż obok Starego College’u, na niewielkim wzniesieniu, stoją ruiny trzynastowiecznego zamku. Choć dość skromne, przypominają burzliwe lata podboju Walii przez Anglików – zamek był częścią “żelaznego pierścienia” twierdz wzniesionych pod koniec trzynastego stulecia na polecenie króla Edwarda I, do kontroli nad buntowniczymi Celtami.

Ci jednak, nieco ponad sto lat później, w 1404 roku, w czasie ostatniego wielkiego zrywu niepodległościowego, zdobyli zamek. Przez pewien czas twierdza Aberystwyth była nawet główną kwaterą powstańców dowodzonych przez Owaina Glyndŵr.

Swoje pięć minut miał też Aberystwyth Castle w czasie angielskiej wojny domowej. W 1637 roku ustanowiono w nim mennicę, w której, ze srebra wydobywanego w okolicznych kopalniach, bito monety na żołd dla królewskich wojaków. W rewanżu, siły Cromwella, w 1649 roku zrównały większość zamku z ziemią. Dlatego dziś przychodzi się tu podziwiać raczej panoramę nadmorskiego bulwaru z jednej strony, a mariny i ujścia rzek Rheidol i Ystwyth z drugiej, niż kunszt średniowiecznych budowniczych.

Za kolorową fasadą Promenady kryje się raczej spokojne miasteczko, ożywiające się w okolicach weekendów. Jak przystało na ośrodek akademicki, trochę więcej tu pubów, klubów i knajp, gdzie studenci odreagowują “trudy” nauki. Można tu też zajrzeć do skromnego muzeum regionalnego mieszczącego się w budynku starego teatru (co jest jedna z jego największych atrakcji). Kilka kroków dalej, tuż obok głównej stacji kolejowej, znajduje się terminal Vale of Rheidol Railway – jednej z kilku ocalonych przez fascynatów linii wąskotorowych w środkowej Walii.

Dwunastomilowa trasa kolejki wiedzie przez dziś dziką i zalesiona Dolinę Rheidol, a którą na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku nazywano “walijską Kalifornią”, od nękających ją cyklicznie fal gorączki srebra i nieco mniej szlachetnego ołowiu. Malownicza trasa kończy się przy słynnym “Diabelskim Moście” – Devil’s Bridge – i spektakularnych wodospadach Mynach Falls.

Na przedmieściach Aberystwyth, bardziej jako jego dzielnica niż osobny byt, leży Llanbadarn Fawr. Jakieś tysiąc lat temu kolejność była odwrotna i to Llanbadarn było miastem, do którego przykleiło się Aber. Zresztą “fawr” znaczy po walijsku “duży”. Jego korzenie sięgają szóstego wieku, kiedy święty Padarn założył tu klasztor, który z czasem stał się centrum pierwszego walijskiego biskupstwa i na kilka stuleci jednym z najważniejszych ośrodków wczesnośredniowiecznej nauki.

Pamiątką po tym okresie świetności, są dwa kamienne krzyże celtyckie, stojące w ogromnym trzynastowiecznym kościele. Mniejszy z nich, nieco prymitywny i uważany za starszy, to prawdopodobnie “schrystianizowany” ołtarz druidyczny. Podejrzewa się również, że to jedynie górna część pierwotnie znacznie większego monumentu. Drugi, prawie trzymetrowy krzyż, datuje się na połowę ósmego wieku. Choć zdecydowanie bardziej ozdobny, uważany jest za przykład raczej wczesnej i dość prymitywnej szkoły rzeźbiarskiej. Panele wypełniają głównie geometryczne wzory i charakterystyczne, celtyckie węzły, ale uważne oko dopatrzy się również postaci – Jezusa lub świętego Padarna.

____________
Informacje praktyczne:

Jak na miasto na końcu świata, Aberystwyth może się pochwalić całkiem dobrymi połączeniami z jego cywilizowaną resztą. Oczywiście przy zachowaniu walijskich realiów!

Koleją można tu dojechać z praktycznie każdego zakątka Wielkiej Brytanii. Bezpośrednio z Birmingham (International i New Street), Wolverhampton, Smethwick Galton Bridge, Telford Central, Wellington i Shrewsbury. W przypadku innych połączeń, trzeba się przesiadać w Shrewsbury. Dotyczy to również połączeń z innych części Walii. Połączeń można szukać na stronie www.nationalrail.co.uk.

Dalekobieżne połączenia autobusowe oferuje National Express (nr 409; z Londynu przez Birmingham, Telford, Shrewsbury i Llangurig; codziennie; wskazana wcześniejsza rezerwacja) i Megabus (nr M7; z Londynu przez Cardiff, Swansea, Carmarthen i Lampeter).

Z dalszych zakątków Walii do Aberystwyth dojechać można autobusami TrawsCymru T1 (z Carmarthen przez Lampeter i Aberaeron), 701 Lewis’s Coaches (z Cardiff przez Bridgend, Swansea, Carmarthen i Lampeter), TrawsCymru T2 (z Bangor przez Caernarfon, Porthmadog, Dolgellau i Machynlleth), TrawsCymru T5 (z Haverfordwest przez Fishguard, Cardigan i Aberaeron) i X47 Celtic Travel (z Llandrindod Wells przez Llangurig). Połączenia można sprawdzić na stronie www.traveline.cymru. Tam też najlepiej szukać połączeń z okolicznymi miejscowościami.

Warto też rzucić okiem na plan miasta.

Zatoka Trzech Klifów, półwysep Gower

Zatoka Trzech Klifów – Three Cliffs Bay – to jedno z najbardziej charakterystycznych i znanych miejsc w Walii, z racji swojej malowniczości bardzo popularne tak wśród spacerowiczów, jak i fotografów.

Znajduje się w południowej części półwyspu Gower, jednego z pięciu “Obszarów o wybitnym pięknie naturalnym” (Area of Outstanding Natural Beauty; AONB) w Walii. Dojazd: jadąc przez Swansea wzdłuż zatoki podążasz za znakami na Gower, potem na miejscowość Southgate. Przejeżdżasz przez Southgate i parkujesz praktycznie przy morzu – do niedawna parking był bezpłatny, ale to się lubi zmieniać, więc nie ma gwarancji. Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA3 2HD.

Stojąc twarzą do morza kierujesz się w prawo. Większa część ścieżki jest płaska i nie stwarza żadnych problemów. Przy dojściu do Trzech Klifów podłoże staje się bardziej piaszczyste, nierówne, pojawiają się kamienie i skały. W trakcie odpływu część plaży pokrywa meandrująca malowniczo rzeczka. Cała plaża może być nieco błotnista, zwłaszcza w trakcie lub zaraz po odpływie. Warto o tym wszystkim pamiętać wybierając rodzaj obuwia. Nad rzeczką znajdują się ruiny zamku Pennard. Nie są to jakieś szczególnie okazałe ruiny, ale warto rzucić okiem. Wstęp wolny.

Tytułowe Trzy Klify to charakterystyczna formacja skalna, często wykorzystywana jako ścianka wspinaczkowa. Nie polecam wspinania się na nią bez asekuracji od strony plaży, ale od drugiej strony można sobie, prawda, pozwolić na małe wyzwanko. Fantastyczne widoki gwarantowane.

Po powrocie do Southgate można napić się kawy i wrzucić coś na ząb w przyparkingowej kafei, ewentualnie skorzystać ze sklepiku. Pamiętam niejasno, że gdzieś tam były toalety, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć gdzie. Jeśli ktoś był/będzie, poproszę o update w tej sprawie, jak również w sprawie opłat za parking.

1 dzień w południowym Pembrokeshire

Pembrokeshire

Jeśli jesteś miłośnikiem otwartych przestrzeni, bezkresnej tafli oceanu, dramatycznej linii brzegowej i dzikiej przyrody, to koniecznie musisz wybrać się na południowe wybrzeże Pembrokeshire. To miejsce wprost stworzone do łagodzenia wszelkich stresów i łapania dystansu do problemów dnia codziennego; to także raj dla fotografów krajobrazu.

Dobra wiadomość: spacer wybrzeżem Pembrokeshire nie należy do specjalnie wymagających. Szczytami klifów biegnie wygodna ścieżka spacerowa, rzetelnie oznakowana oraz zabezpieczona – trzeba bowiem pamiętać, że klifowa linia brzegowa Walii jest narażona na działanie ogromnych pływów i w związku z erozją miewa skłonności do nerwowych osuwów. Natura nieustannie pracuje nad zmianą kształtu tego kraju.

Południowe Pembrokeshire

Poniżej znajdziesz dwie propozycje spacerów ‘z bonusem’. Od ciebie zależy, czy wypuścisz się na dłuższą wędrówkę, czy rozłożysz sobie przyjemność obcowania z wybrzeżem Pembrokeshire na raty.

Pierwsza propozycja to odcinek z plaży Freshwater East do klifowej kapliczki St Govan’s. Przy obu miejscach znajdują się parkingi. Freshwater East imponuje rozmiarami oraz bogactwem form skalnych i oczek wodnych zamieszkałych przez kraby i inne tajemnicze istoty; jako ciekawostkę dodam, że to tutaj nakręcono chwytającą za serce scenę śmierci Dobby’ego z Harry Pottera. To o tej plaży umierający elf mówi: to takie piękne miejsce żeby być z przyjaciółmi. Także tutaj nakręcono kilka scen z niezbyt niestety udanego Robin Hooda z Russellem Crowe. Raczej mocno orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: SA71 5LN.

freshwater east

Klifowa kapliczka St Govan’s to obowiązkowy punkt wizyty w tej części kraju. Jej początki toną w mętnych odmętach legend. Podobno dawno, dawno temu niejaki Govan, mnich z Irlandii, przybył w te strony w sobie tylko wiadomym celu i urzeczony pięknem krajobrazu postanowił zostać na zawsze (co jest w pełni zrozumiałe). Ale żeby nie było tak całkiem słodko, to któregoś dnia wybrzeże Pembrokeshire najechali piraci, i postanowili zabić wszystkich mieszkańców, w tej liczbie mnicha Govana. Na szczęście tu nastąpił cud opatrznościowy w postaci rozstąpienia się klifu i utworzenia szczeliny, w którą się Govan był wcisnął i ocalał. Wdzięczny za łaskę pańską wybudował w miejscu ocalenia kapliczkę – pustelnię ze srebrnym dzwonem, który mu piraci przy najbliższej okazji skonfiskowali za karę za brak szacunku.

Odległość pomiędzy Freshwater East i kapliczką wynosi około 11 km. Jeśli nie czujesz się na siłach na taki długi spacer, możesz sobie skrócić trasę mniej więcej o połowę wybierając np. trasę z kapliczki St Govan’s do pięknej dzikiej plaży Barafundle Bay, nagminnie pojawiającej się we wszelkiego rodzaju plażowych topach UK.

Barafundle Bay

Druga propozycja to krótszy spacer z St Govan’s do Green Bridge. Dystans wynosi około 5 km w jedną stronę; w czasie wędrówki twoje oczy ucieszą m.in. niesamowite formacje skalne zwane Stack Rocks i Green Bridge. Dokładniejszy opis znajdziesz tutaj.

Green Bridge of Wales

Uwaga: w tej okolicy znajduje się czynny poligon wojskowy i w związku z tym ścieżki i drogi dojazdowe do parkingów mogą być w określone dni zamknięte. W weekendy nie powinno być z tym problemu, tym niemniej, jeśli gdzieś po drodze zobaczysz powiewające czerwone flagi (nie wspominając o huku wystrzałów..), najlepiej zadekuj się w najbliższym pubie, kup sobie shandy i orzeszki, i poczekaj aż skończą. Ewentualnie możesz wykonać szybki telefon z zapytaniem o dostęp do wybrzeża zanim wybierzesz się w podróż. Numer telefonu: 01646 662367.

Z uwagi na brak konkretniejszych informacji odnośnie kodów pocztowych dla nawigacji satelitarnej polecam prześledzić opcje dojazdowe na mapie terenowej google oraz zaufać swoim instynktom traperskim. Jak również starym poczciwym znakom drogowym.

Ostatni zamek na Wyspach

Kompleks okrągłych wież obronnych z Nantyglo, to jeden z najciekawszych, a jednocześnie wyjątkowo mało znany pomnik burzliwych początków rewolucji przemysłowej w Walii. Dowód brutalnego ścierania się interesów bajecznie bogatych przemysłowców i żyjących w nędzy, budujących ich fortuny robotników.

W 1801 roku parafia Aberystruth, w której leży Nantyglo, liczyła zaledwie 805. mieszkańców. Trzydzieści lat później, było ich już prawie sześć tysięcy! Takiego przyrostu nie zanotował żaden inny region na Wyspach. Migrantów przyciągał przede wszystkim potężny zespół hut i odlewni żelaza Nantyglo Ironworks. W okresie największego rozwoju był to jeden z największych i najważniejszych kompleksów metalurgicznych na całym świecie, specjalizujący się w produkcji szyn dla szybko rozwijających się kolei brytyjskich i amerykańskich.

Ale sukces i potęga Nantyglo Ironworks zbudowana była na niewyobrażalnym dziś wyzysku pracowników, fatalnych warunkach ich pracy i niemal niewolniczych stosunkach panujących między właścicielami a robotnikami. Płace, i tak na możliwie minimalnym poziomie, były obniżane przy każdym wahnięciu koniunktury. Wszelka działalność związkowa mająca na celu walkę o poprawę warunków pracy była zabroniona, pod groźbą kary więzienia. Strajki i demonstracje niezadowolenia były brutalnie pacyfikowane. W nieczęstych przypadkach, gdy robotnikom udało się skutecznie wstrzymać produkcję, do pracy sprowadzano łamistrajków z Irlandii, napuszczając jednocześnie obie rozpaczliwie ubogie grupy na siebie.

Właściciele Nantyglo Ironworks, byli też właścicielami domów, w których mieszkali robotnicy. Jakikolwiek bunt prowadzący do utraty pracy, oznaczał więc również utratę, i tak często dziurawego, dachu nad głową.

Innym sposobem ekonomicznego wyzysku pracowników, były sklepy zakładowe, w których istniała możliwość kupowania na kredyt, lub za żetony zastępujące pieniądze, w okresach słabszej koniunktury. Ceny w tych sklepach były jednak znacznie wyższe niż w normalnych sklepach, ale pozbawieni gotówki robotnicy byli na nie skazani. Długi sklepowe potrącane były z pensji jeszcze przed ich wypłaceniem, tak, że czasem pracownicy nie tylko nie otrzymywali żadnej zapłaty, ale kończyli tydzień “na minusie”.

W takich warunkach, mimo gróźb i represji, do wybuchów niezadowolenia dochodziło i dochodzić musiało. Rodziło to całkiem uzasadnione lęki właścicieli o bezpieczeństwo własne i swojego majątku.

Kiedy w 1816 roku dwaj bracia-przemysłowcy Joseph i Crawshay Bailey – właściciele Nantyglo Ironworks – zapowiedzieli kolejne cięcia płac, całe zagłębie ogarnęły zamieszki. Pod presją wydarzeń Bailey’sowie wycofali się z pomysłu, ale wyraźnie przestraszyli się robotniczego gniewu. By się przed nim zabezpieczyć, zbudowali ostatnie na Wyspach prywatne fortyfikacje – the Nantyglo Round Towers/Okrągłe Wieże z Nantyglo.

Obie wieże przetrwały do dziś. Północna, jeszcze kilka dekad temu była zamieszkała. Dzięki temu zachowało się wiele z jej oryginalnego wyposażenia. Dwupiętrową, podpiwniczoną i dobrze wentylowaną budowlę o średnicy przeszło dziewięciu metrów, wzniesiono z kamienia. Ściany przy podstawie miały 130 centymetrów grubości. Większość skromnych zdobień i elementów konstrukcyjnych wykonano z żeliwa. Żeliwne były również okienne ramy, okiennice i potężne drzwi z otworami strzelniczymi.

Południowa wieża, nieco większa, w swoim czasie prawdopodobnie wygodniejsza i o lepszym standardzie, przetrwała w znacznie gorszym stanie. W latach czterdziestych ubiegłego wieku została częściowo rozebrana i pozbawiona praktycznie wszystkich elementów metalowych.

Częścią tego obronnego kompleksu były również zabudowania gospodarcze, w tym stodoła, której cała konstrukcja, łącznie z więźbą dachową wykonana jest z żeliwa. To jedyny znany przykład takiej konstrukcji na świecie! Całość zaś, otoczona była potężnym murem z żeliwnymi bramami.

Nie zachowały się żadne relacje potwierdzające wykorzystanie wież w celu, w jakim zostały wzniesione. Wiadomo, że podczas licznych w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku niepokojów, skoszarowano w nich siły porządkowe. W południowej wieży mieszkał też prawdopodobnie zarządca posiadłości Bailey’sów w Nantyglo.

Nantyglo Round Towers pozostają jednak potężnym świadectwem z jednej strony lęku bogatych przemysłowców, z drugiej – frustracji, jakie gotowały się w robotnikach. To wyjątkowo namacalny dowód bolesnych narodzin nowoczesności.

____________
Informacje praktyczne:

Cały zespół Nantyglo Round Towers znajduje się w prywatnych rękach i jest generalnie zamknięty dla zwiedzających (choć zdarzają się wyjątki i “dni otwarte”), ale doskonale widać je z drogi.

Kod pocztowy do nawigacji: NP23 4QS (Nantyglo, Ebbw Vale, Blaenau Gwent)
Grid ref.: SO1810 (dla korzystających z map Ordnance Survey)

Przewietrzyć głowę / wersja dla wygodnych

Oto propozycja dla wielbicieli ładnych widoczków dostępnych z siedzenia samochodu, jak również dla miłośników dwóch kółek i ryczących silników. Zapraszam na malownicze objazdowe kółeczko trasą Cardiff-Brecon-Doliny-Cardiff. To trasa szczególnie popularna wśród motocyklistów, niestety wypadki śmiertelne z ich udziałem nie są tutaj rzadkością. Zdecydowanie noga z gazu; jakkolwiek nudno to nie brzmi dla prawdziwego easy rider’a, dostosuj prędkość do realiów drogi.

Zaczynasz w Cardiff wskakując na drogę A470 biegnącą w kierunku Brecon. To jedna z najbardziej malowniczych walijskich dróg; im bliżej parku narodowego Brecon Beacons, tym bardziej zyskuje wizualnie. Nie tylko ze względu na góry, ale i sztuczne jeziorka (resevoirs), tu i ówdzie ładnie obramowane drzewami. Przy jeziorkach można napotkać ławki piknikowe; szanse, że będą wolne maleją niestety wraz z przybliżaniem się weekendu. To z tej trasy można najłatwiej wejść na szlak wiodący na najwyższy szczyt południowej Walii, elegancki Pen Y Fan. Tak tylko wspominam, mimochodem, ostatecznie to wycieczka mobilna i nie każdy jest stworzony do wygibasów na szlakach.. Życzliwie ostrzegam: hamburgery i herbaciana lurka sprzedawane w przydrożnych kafejach na kółkach to opcja dla prawdziwych gastronomicznych twardzieli. Zakupujesz na własne ryzyko. Z góry przeproś swoje kubki smakowe.

Masz kilka opcji. Możesz dojechać do Brecon i spędzić dwie godzinki w tym przyjemnym miasteczku, oferującym m.in. rejsy łodzią po kanale i rozliczne przybytki o charakterze gastronomicznym, albo 5-6 mil przed Brecon skręcić do wsi Libanus i odwiedzić Brecon Beacons Visitor Centre, w którym mają bardzo przyzwoitą kafeję i z którego rozchodzi się kilka łagodnych szlaków cieszących oko malowniczą panoramą Brecon Beacons.

W drodze powrotnej za jednym z jeziorek zobaczysz odbijający w prawo drogowskaz na Hirwaun i Neath. Droga A4059 początkowo powiedzie cię szczytami wzgórz, oferując naturalną platformę widokową; otoczą cię otwarte przestrzenie, często przypominające wyjałowione rozległe stepy usiane jedynie białymi kropkami owiec. Przy ładnym wieczorze ten fragment trasy potrafi niesamowicie oczarować zachodem słońca rozlewającym się na całym wielkim niebie. Dalej droga powiedzie cię wzdłuż potężnych skał, zmieniając się momentami w wąską serpentynę pełną zawijasów (zwolnij, przecież nie ma się do czego spieszyć). Pod koniec pokaże ci z bliska słynne walijskie Doliny z ich tarasowymi domami i wąskimi uliczkami, i ostatecznie doprowadzi do autostrady M4, którą możesz wrócić do Cardiff.

Postindustrialna Walia

Najnowsza historia Walii to rewolucja industrialna, narodziny silnej walijskiej gałęzi Partii Pracy, strajki i likwidacja przemysłu. No i ostatnie trzydziestolecie, w którym kraj na nowo próbuje odnaleźć swoją tożsamość i uporać się z balastem negatywnego dziedzictwa po bezwzględnych rządach pani Thatcher.

Mniej więcej do XVIII wieku Walia była głównie krajem rolniczym. Ale miejsce tak bogate w surowce naturalne, szczególnie węgiel, nie mogło pozostać niezauważone przez szukających tanich sposobów wydobycia i przetwórstwa wiktoriańskich przemysłowców. Rewolucja przemysłowa nie rozpoczęła się w Walii, ale szybko ogarnęła zwłaszcza jej południową część. Pierwszym typowo przemysłowym miastem było Merthyr Tydfil. “Pożar” industrii szybko ogarnął m.in. Swansea, Llanelli i Neath oraz Doliny (Valleys). Na potrzeby głównie transportu i przemysłu stoczniowego powstało nowe portowe miasto, które z czasem otrzymało rangę stolicy – Cardiff.

Przemysł potrzebował rąk do pracy, więc chętnie witano imigrantów z różnych stron świata. Wielokulturowość Cardiff jest po części rezultatem tamtych czasów. Praca w przemyśle, a zwłaszcza w kopalniach nie należała do łatwych ani oszałamiająco dobrze płatnych, ale często pozwalała żyć na wyższym poziomie niż jakakolwiek inna. Ciężkie warunki pracy i życia sprzyjały rozwojowi silnego poczucia wspólnoty w lokalnych społecznościach. Sprzyjały również rozwojowi ruchów robotniczych, związków zawodowych oraz uformowaniu się silnego lewicowego zaplecza kraju (Labour). Skupiająca majętnych ludzi partia konserwatywna (Tories) nigdy nie miała w Walii szczególnego wzięcia.

Druga połowa dwudziestego wieku przyniosła głównie przerażające słowo: nierentowność. Nagle okazało się, że węgiel można taniej importować (np. z Polski lub z Chin). Że pojawiają się alternatywne źródła energii. Kopalnie poddane zostały drakońskim redukcjom, a następnie pozamykane. W latach 80-tych przez kraj przetoczyła się ogromna długotrwała fala strajków; lokalne społeczności zostały w okrutny sposób rozdarte między strajkujących i łamistrajków. Tysiące pracujących nierzadko od kilku dekad ludzi stanęło oko w oko z biedą. Ogromny przemysł praktycznie zniknął z powierzchni ziemi.

Wkrótce, zwłaszcza do Dolin, którym nagle odebrano sens istnienia i perspektywy na przyszłość, zawitały wszelkie patologie społeczne. Całe pokolenia ugrzęzły w życiu na koszt państwa (tzw. benefit culture), początkowo z konieczności, a potem z przyzwyczajenia. Pojawiły się narkotyki, zaroiło się od samotnych nieletnich matek. Oczywiście nie wszystkie Doliny borykają się z tymi samymi problemami i na taką samą skalę; ale Walia jest wciąż w fazie wychodzenia z kryzysu i poszukiwania nowych pomysłów na siebie; jednym z nich jest rozwój turystyki.

Z perspektywy turysty, czy może bardziej eksploratora, pieszego czy rowerowego, industrialna przeszłość Walii to źródło wielu interesujących odkryć. Pamiątki po industrialnej przeszłości to nie tylko kilka muzeów, z których najsłynniejsze to Big Pit, ale przede wszystkim odkrywane przypadkiem w lasach “schody donikąd”,  opuszczone wagoniki kolejowe, częściowo zdemontowane tory kolejowe, kamienne lub ceglane mosty, które do niczego już dziś nie służą, jeziorka o niezwykłym szmaragdowym kolorze, rezultacie działalności najróżniejszych minerałów i surowców naturalnych. Niejedno miejsce po kopalni odkrywkowej zostało zagospodarowane i zregenerowane jako park krajobrazowy lub rezerwat. Powoli odrastają lasy spalone w wielkich piecach industrii. Oblicze kraju wraca powoli do stanu sprzed rewolucji przemysłowej.

Spacerując po rezerwatach południowej Walii warto rozglądać się dookoła, a nawet zejść na chwilę z utartego leśnego szlaku. Nigdy nie wiadomo jaki skarb z przeszłości wpadnie nam w oko.

Twój przewodnik po Walii i angielsko-walijskim Pograniczu