Parki, rezerwaty i ogrody w południowej i zachodniej Walii

spacer
Po długiej, szarej i mokrej zimie pogoda wreszcie okazuje nam odrobinę życzliwości; czas najwyższy trochę się rozruszać.  W sezon na wypady w teren delikatnie wprowadzą nas parki, rezerwaty i wszelkiego rodzaju ogrody, których w południowej i zachodniej Walii jest całkiem sporo.

Nasza mapka, którą znajdziecie poniżej, z pewnością nie jest jeszcze kompletna. W miarę wolnego czasu będziemy testować dla was (i dla własnej przyjemności, co tu kryć) kolejne miejsca; tymczasem warto zajrzeć na tę stronkę, która wymienia i krótko opisuje większość ważniejszych rezerwatów w całym kraju. Przydatna rzecz.

Kilka podstawowych informacji praktycznych:

Większość rezerwatów i parków jest dostępna cały rok bez ograniczeń. Niektóre, np. park Margam, domagają się opłat parkingowych; za to wstęp na ich teren jest zazwyczaj bezpłatny. Zdecydowana większość życzliwie patrzy na psy, pod warunkiem, że właściciel podchodzi odpowiedzialnie do kwestii psich kup. Większość rezerwatów, parków czy ogrodów posiada parkingi, kafejki i toalety (aczkolwiek nie wszystkie). Niektóre świetnie spisują się jako miejsca piknikowe, np. Margam i Bryngarw, inne mają walor wybitnie spacerowy, np. Kenfig Hill, jeszcze inne sprzyjają obserwacji przyrody, głównie ptaków, np. Parc Slip, Forrest Farm czy Newport Wetlands. Ogrody są zazwyczaj znakomicie utrzymane, sprzyjają spacerom zwłaszcza w porze kwitnienia i najczęściej posiadają kafejki z czymś smacznym na ząb. Rezerwaty, w odróżnieniu od parków i ogrodów, zazwyczaj wymagają butów, którym nie straszne będzie odrobina błota.

Pamiętajmy o tym, żeby zabrać ze sobą swoje śmieci i nie przeszkadzać innym cieszyć się przyrodą i ciszą.

 

 

 

Poradnik początkującego emigranta

oswoić nieznane

Początki są zawsze trudne. Wyjechałeś ze wszystkiego, co znasz. Wyjechałeś z domu, z przyjaciół, ze wspólnej płaszczyzny kulturowej. Nagle otacza cię nowa rzeczywistość, często przerażająco niedostępna, zwłaszcza, jeśli nie jesteś biegły w języku. Wszyscy tak zaczynamy; niektórzy z nas wchodzą w Nowe szybciej niż inni i świetnie się w nim odnajdują; niektórzy nigdy.

Poniżej zebraliśmy kilka rad wynikających z własnych doświadczeń i  obserwacji, które mogą ci pomóc.

Nie zamykaj się w domu. Zacznij wychodzić, poznawać okolicę. Im częściej będziesz to robił, tym bardziej swobodnie będziesz się czuł.

dsc_0074 (3)

Znajdź sobie jedno czy dwa specjalne miejsca, które będą tylko twoje. Chodź tam często, zawsze kiedy jest ci ciężko, kiedy potrzebujesz uciec, ale też kiedy jesteś szczęśliwy. Z czasem te miejsca staną się dla ciebie ważne, będą stanowić schronienie i jednocześnie punkt zaczepienia w Nowym. Im więcej będzie takich miejsc, tylko szybciej zauważysz, że właściwie nie czujesz się w Nowym już tak bardzo obco.

Wyciągnij rękę do ludzi z którymi przyjechałeś żyć. Oni też są ciebie ciekawi. Nawet jeśli wstydzisz się lub nie umiesz mówić w ich języku, powiedz ‚cześć’ i uśmiechnij się do kogoś na ulicy. Nikt w takiej sytuacji nie będzie wymagał od ciebie dyskusji politycznej; a życzliwość i uśmiech jest najskuteczniejszym orężem przeciwko lękom i uprzedzeniom. Wrzuć sąsiadce kartkę świąteczną przez dziurę na listy. Dzięki takim prostym gestom z czasem poczujesz się coraz bardziej włączony w Nowe.

Cardiff Big Weekend. 169

Poczytaj trochę o Nowym. Spróbuj zrozumieć z jakiego punktu w historii i kulturze przychodzą ludzie, z którymi przyjechałeś żyć. Spróbuj się dowiedzieć, co jest dla nich ważne. Z czego się śmieją. Na kogo głosują. Oglądaj lokalne wiadomości.

Nigdy nie krytykuj głośno w chamski sposób kraju, do którego przyjechałeś żyć. Jesteś tu gościem.

Spróbuj zacząć wychodzić do kawiarni, restauracji. Nawet jeśli za pierwszym razem spocisz się cały jak mysz, bo nie będziesz mógł dogadać się z kelnerem, to za drugim razem będzie już lepiej, a za trzecim będziesz miał ‚swój’ stolik. Kolejna ‚swoja’ rzecz, która pomoże ci się oswoić z Nowym. Spróbuj lokalnego jedzenia, nawet jeśli uważasz połączenie rybki z octem za niedorzeczne.

Jeśli miałeś jakąś pasję w Polsce, spróbuj ją kontynuować. To prostsze niż myślisz.

DSC_0803

Nie wstydź się tego kim jesteś, ale nie manifestuj w hałaśliwy sposób swojej odmienności, nie dawaj ludziom z którymi przyjechałeś żyć do zrozumienia, że wyświadczasz im łaskę zaszczycając ich swoim bezcennym towarzystwem. Nie bądź roszczeniowy.

Obserwuj. Ucz się języka. Miej otwarty umysł. Przyjmij inność z zaciekawieniem, nie z wystawionymi pazurami.

Czerp z Nowego. Kto wie, może przyjeżdżając tu podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu.

Jeśli mimo tego wszystkiego po kilku latach nadal będziesz czuł się w Nowym jak obcy, wróć do domu. Nie ma sensu się męczyć. Nie jesteś porażką. To po prostu nie dla ciebie.

33

Ewenny Priory i stary świat

płyty nagrobne, obecnie podłoga kościoła

Od lat po drodze na ulubione klify mijam brązowy drogowskaz z napisem Ewenny Priory. Zajechaliśmy tam raz, dawno temu, ale wszystko było pozamykane, a ogrody i budynki okazały się własnością prywatną i nie było do nich wstępu. Jedynym dostępnym elementem składowym całości był cmentarz. Po którym dostojnie spacerowały.. pawie. Również własność prywatna.

Dziś jak zwykle minęłam brązowy znak. I przypomniało mi się, że kilku obieżyświatów ze Swansea wspomniało na fb o zamiarze odwiedzenia opactwa, więc.. skoro już tu jestem i mam jeszcze godzinkę.. Zawróciłam. Ewenny to mała wioska. Kamienne murki, kamienne domy, pola, owce. Do opactwa prowadzi wąska droga z mijankami, przy budynkach opactwa są miejsca parkingowe. Widzę zaparkowane samochody; ciekawe czy to oznacza, że tereny opactwa będą dostępne..

Nie są. Ale za to otwarty jest kościół przylegający do starych kamiennych murów opactwa. Z wnętrza dochodzą jakieś hałasy; idę. Okazuje się, że w środku trwa wielkie wiosenne sprzątanie. Buczą odkurzacze, śmigają ścierki; w środku krząta się jakieś 7-8 osób. Hello! uśmiecha się do mnie drobna krótkowłosa blondynka koło 50-tki. Pytam czy mogę wejść, jak najbardziej, odpowiada. Ktoś oferuje mi miotełkę do kurzu, wszyscy się śmieją.

Kościół jest nieduży, ładny i zadbany. Siedzę chwilkę podziwiając kamienne łuki i drzwi z bladoróżowego drewna. Blondynka podchodzi i mówi, przepraszam, że przeszkadzam, ale przez te drzwi można przejść do krypty, chcesz zobaczyć?

No ba. Blondynka prowadzi mnie do środka i zaczyna opowiadać. O tym, że w zeszłym roku świętowali 900-lecie (!) kościoła. Że kościół był kiedyś silnie związany z rodziną, która mieszka obok, i łaskawie* posiada wszystko dookoła (*sarkazm mój). Rodzina nazywa się Picton-Turbervill i podobno, jak mówi mi blondynka z odcieniem lokalnej dumy, mieszka tu od 1000 (!) lat. Na ścianach kościoła pełno jest tablic upamiętniających jej najróżniejszych bohaterskich członków poległych sobie to tu, to tam. Podziwiam z należytym entuzjazmem. Blondynka zamyśla się przez chwilkę i dodaje z odcieniem żalu: ale już nie przychodzą do kościoła tak często jak kiedyś.

Blondynka jest w widoczny sposób dumna ze swojego kościoła. Wiesz, tu jest taka fantastyczna akustyka, mamy tu koncerty i każdy artysta zarzeka się, że w lepszym miejscu nigdy nie występował. Ja 20 lat mieszkałam we Francji i Francja się po prostu nie umywa do Ewenny (tu uniosłam lekko brwi). A tu patrz, oto reprodukcja obrazu Williama Turnera, który artysta namalował tu właśnie, w tym miejscu gdzie stoisz. Popatrz jakie piękne światło. Wtedy krypta popadała w ruinę, służyła za kurnik i chlew, dzisiaj sama zobacz. Chyba dobrze się nią opiekujemy, uśmiecha się; w kącikach oczu pojawiają się urocze zmarszczki.

turner

A tę szklaną ściankę wykonał (tu z nabożeństwem zapodaje jakieś ukraińsko brzmiące nazwisko i patrzy na mnie oczekując reakcji. Z zapałem kiwam głową przyglądając się ściance jakby była wykonana co najmniej przez Leonarda). Nagle przypomina sobie o jeszcze jednym niezmiernie ważnym fakcie: kilka lat temu odwiedził nas książę Karol!

photo: wales online

A tam zobacz, szklane kafle wykonane przez Caitlin, dziewczynę z Ewenny Pottery. Córkę tego tam, z miotełką. Ich rodzina też tu mieszka od dawna. Od dwustu lat. To najstarsza pottery (pottery oznacza garncarstwo) w Walii.  Znam to miejsce. Kiedyś kupiłam u nich ręcznie robiony dzbanuszek. I drugi, czerwony, dla znajomej Holenderki. To bardzo fajny oryginalny ręcznie robiony prezent.

pot

Blondynka zostawia mnie w krypcie i wraca do sprzątania. Stoję sobie podziwiając fragmenty starych celtyckich krzyży i kamienne łukowe sklepienia; z kościoła dobiega śmiech i przekomarzanie się, słońce wpada do środka przez malutkie okienka rozbijając się na świetlne smugi.

Wiesz, mam wrażenie, że na chwilę dane mi jest zerknąć za kamienny płot starego świata. Którego mieszkańcy żyją jakby równolegle do głównego nurtu, w swoich wielkich ziemiańskich domach, mają psy pasterskie z którymi chodzą na długie spacery w kaloszach i kufajkach, i prawdopodobnie lubią polowania. Blondynka też należy do tego świata. Świadczy o tym nie tylko fakt, że ładnie się wyraża, że wrodzona brytyjska powściągliwość typowa dla wyższych klas społecznych powstrzymuje ją od niegrzecznego ‚skąd jesteś’.. ale przede wszystkim fakt, że dziś czwartek. Normalni ludzie są w biurze 9-17. W fabryce. W ciężarówce. Blondynka lata z miotełką po kościele w czynie społecznym dla swojej parafii.

Niedaleko stąd znajduje się wioseczka Merthyr Mawr ze swoimi cudownymi kolorowymi domami krytymi strzechą, kamiennymi płotkami.. i majątkami pochowanymi tu i ówdzie, z dala od wścibskich spojrzeń pospólstwa. Państwo hrabiostwo, państwo baronostwo, równoległy świat, który nigdy nie przetnie się ze światem 9-17.

To ten sam świat z którego pochodzą oderwani od rzeczywistości zwykłego zjadacza tosta z marmoladą brytyjscy Torysi. Wielka Brytania nigdy nie miała rewolucji społecznej na miarę francuskiej. Stary bogaty świat ma się bardzo dobrze thank you very much, odcięty od ‚tych ludzi’, zabezpieczony układami i powiązaniami płynącymi głęboko, głęboko pod skórą kraju od setek lat. To wciąż społeczeństwo klasowe, mimo, że demokrację, równość i co tam jeszcze ma na sztandarach. Na co komu w demokracji monarchia? Born to privilege, co tłumaczy się dosłownie jako urodzony w przywileju, powinno odejść w końcu do lamusa historii, jeśli chcemy mówić o prawdziwie sprawiedliwym społeczeństwie równych szans.

Rant over.. A do kościoła sobie pojedź, wystarczy pół godzinki. Jest otwarty codziennie. Jako bonus uprzywilejowane pawie na przykościelnym cmentarzu pokrzykujące na siebie i prezentujące majestatyczne ogony.

Blondynka macha do mnie, ściskając w drugiej dłoni ucho od pękatego porcelanowego czajniczka. Przerwa na tea and cake, everyone.. Stary świat ma swoje urocze słabostki. Trochę szkoda, że już muszę iść.

DSCN6058

Prehistoryczne grobowce Tinkinswood i St Lythans

Tinkinswood burial chamber i St Lythans burial chamber, to dwa przykłady doskonale zachowanych grobowców z epoki kamienia, sprzed około 6000 lat. Znajdują się niedaleko wioski St Lythans, niemal na przedmieściach Cardiff.

Do końca nie wiadomo ani kto, ani jak, ani właściwie dlaczego wzniósł te konstrukcje. O najstarszych mieszkańcach Walii, czy raczej ogromnego półwyspu, jakim po ostatnim zlodowaceniu była dzisiejsza Wielka Brytania, wiadomo bardzo niewiele. Prawdopodobnie przywędrowali tu częściowo z Europy Środkowej, a częściowo przypłynęli z Półwyspu Iberyjskiego. Wraz z ocieplaniem się klimatu, przestawili się z gospodarki myśliwsko-zbierackiej, na rolnictwo. I wtedy zaczęli budować ogromne grobowce, które trwając do dziś, dają nam możliwość zajrzenia do ich świata.

Tak jak obecnie, w zamierzchłych czasach neolitu, wybrzeże Glamorgan stanowiło doskonałe miejsce do życia. Nie dziwi więc, że funkcjonowały tu silne i dobrze zorganizowane wspólnoty pierwszych rolników. Na tyle dobrze, że były w stanie podjąć się wznoszenia konstrukcji, które i dziś wymagałyby niemałego wysiłku.

Tinkinswood burial chamber to jeden z największych neolitycznych grobowców w Europie. Komora grobowa, którą tworzą ustawione pionowo kamienie, przykryta jest płytą ważącą prawie czterdzieści ton! Jakim cudem prehistorycznym rolnikom udało się ją przetransportować i ustawić? Nawet wyobraźnia zawodzi… Ponadto pierwotnie grobowiec przysypany był kurhanem o wymiarach 40 na 18 metrów. Jedna z walijskich nazw grobowca – Castell Carreg, czyli “Kamienny Zamek” doskonale go opisuje.

Choć nie wiadomo praktycznie nic na temat religii i struktury społecznej neolitycznych wspólnot, nic nie wskazuje na to, że grobowiec zbudowano dla kogoś szczególnego. Podczas wykopalisk archeologicznych w Tinkinswood znaleziono kości należące do około pięćdziesięciu osób w różnym wieku i różnej płci. Co warto podkreślić, kości były przemieszane, co świadczy o tym, że złożono je tam, już po tym, jak ciała rozłożyły się. Grobowiec stanowił więc specyficzny “magazyn” najbardziej trwałych pozostałości po przodkach. Badania w innych grobowcach sugerują, że miejsca takie były cały czas otwarte, pozwalając na stały kontakt ze zmarłymi członkami wspólnoty.

Ciekawy jest również fakt, że zarówno kości, jak i fragmenty ceramiki znalezione w Tinkinswood datuje się od neolitu, aż po epokę brązu i początki epoki wpływów rzymskich. Świadczy to o tym, że grobowiec był używany przez setki lat i wiele pokoleń jednej, lub następujących po sobie społeczności.

Ludowa tradycja mówi, że kto spędzi w grobowcu noc świętojańską, albo noc zimowego przesilenia, umrze, oszaleje, albo zostanie poetą. Zastanawiające, że podobne legendy krążą wokół wielu miejsc na Wyspach. W Walii taki los czeka, między innymi, śmiałków którzy spędzą noc na szczycie Cadair Idris. Według innej, również mało oryginalnej legendy, sterta kamieni nieopodal grobowca, to kobieta, która za karę za to, że tańczyła w szabat, została zaklęta w kamień.

Drugi z grobowców, St Lythans burial chamber, nie jest może tak monumentalny jak potężny sąsiad, ale zdecydowanie bardziej malowniczy. Komorę grobową, zamkniętą z trzech stron wysokimi na prawie dwa metry kamiennymi płytami, nakrywa czwarta, o wymiarach 3 na 4 metry i wadze kilkudziesięciu ton. Podobnie jak w Tinkinswood, całość przykrywał ziemny kopiec, ale biorąc pod uwagę wysokość konstrukcji, część archeologów uważa, że sama komora nie była całkowicie zasypana.

Niestety, w St Lythans nigdy nie przeprowadzono kompleksowych badań, a zniszczenia wynikające z tysięcy (!!!) lat działalności rolniczej wokół grobowca, raczej podważają ich sens. Z archiwalnych przekazów wiadomo jedynie, że w dziewiętnastym wieku archeolodzy-amatorzy znaleźli tu fragmenty prehistorycznej ceramiki i ludzkich szczątków.

St Lythans ma też swoją, nieco bardziej oryginalną niż w przypadku Tinkinswood legendę. W noc świętojańską (oczywiście!), pokrywa komory ma się trzykrotnie obracać, po czym wszystkie kamienie udają się na kąpiel do niedalekiej rzeczki.

Czekający na to niezwykłe zjawisko mogą się lekko zawieść, ale stąpający twardo po ziemi i szukający prehistorycznych pamiątek powinni być zadowoleni. Oba grobowce stoją w sielskiej okolicy, wśród zielonych pól Glamorgan. Dostęp do obu jest darmowy i wymaga tylko krótkiego spaceru od parkingów/zatok przy drodze. Orientacyjne kody do nawigacji: Tinkinswood burial chamber: CF5 6ST; St Lythans burial chamber: CF5 6BQ.

Dydd Gwŷl Dewi Sant Hapus!

2265756062_b86c1b1f10_o

Irlandia ma swojego Patryka, Anglia Jerzego, a Walia ma Dawida (Dewi). Święty patron pojawił się w obiegu w VI wieku; jednym z wyznaczników świętości było podobno cudowne wyrośnięcie wzgórza w miejscu, w którym Dawid był nauczał.

Jeśli mam być szczera, to utworzenie kolejnego wzgórza w kraju, w którym najdłuższa płaska prosta ma 5 metrów trudno nazwać jakimś szczególnie imponującym osiągnięciem. Bardziej interesuje mnie osobiście fakt, że wzgórze podobno wyrosło na miejscu dzisiejszego Llanddewi Brefi, miejscowości znanej m.in. z sitcomu Little Britain i jedynego geja we wsi, co może otwierać pole do sympatycznych nadinterpretacji w wesołym towarzystwie. Poważniej zaś, Llanddewi Brefi oznacza kościół Dawida nad rzeką Brefi; czyli niewątpliwie nasz Dawid w tej okolicy przynajmniej bywał, nawet jeśli niekoniecznie inicjując ruchy tektoniczne.

Wales_240-animated-flag-gifsPrzyszły święty urodził się w małym miasteczku w zachodnim Pembrokeshire. Od jego czasów nosi ono nazwę St Davids (walijskie Tyddewi – dom Dawida). Obecnie liczy sobie niecałe 1800 dusz. Zazwyczaj 1800 dusz oznacza wioskę albo małe miasteczko (town), ale St Davids posiada ogromną katedrę, większą od siebie, i w związku z tym ma prawo tytułować się miastem z prawdziwego zdarzenia (city). Katedra jest pod wezwaniem, i tu uwaga, niespodzianka: św. Dawida.

No więc, dzień św. Dawida przypada 1-go marca. W kraju odbywają się różne jarmarki, koncerty, a dziatwa szkolna biega dookoła w strojach regionalnych; tu i ówdzie wdzięcznie przygrywa harfa. Jak grzyby po walijskim deszczu wyrastają wszędzie budy z hamburgerami i stragany oferujące malowanie twarzy w barwy narodowe. Walijski patriotyzm jest czymś, co się eksponuje, czy to w postaci sztucznego żonkila wpiętego w klapę, prawdziwych żonkili porastających pobocza dróg, lasy i ogrody, czy t-shirtów w barwach drużyny narodowej w rugby. Od wielu lat walijscy lobbyści próbują przeforsować w parlamencie brytyjskim prawo do dnia wolnego od pracy, bezskutecznie, niestety. Tak czy inaczej miło widzieć, że tradycje w tym malutkim narodzie mają się całkiem dobrze.

I jeszcze w telegraficznym skrócie dla tych, co lubią krzyżówki: kwiatkiem Walii jest żonkil, warzywem por, instrumentem harfa oraz chór, zwierzątkiem smok, a religią rugby.

Na koniec kilka fotek dzieci w tradycyjnych walijskich strojach,  rodzicom bardzo dziękujemy za podzielenie się z nami.

Dydd Gwŷl Dewi Sant Hapus!

 

Witajcie w Rhosllannerchrugog, czyli o potędze walijskich nazw miejscowości

Kto nie chciałby mieszkać w wioseczkach o malowniczych nazwach Llanvihangel Crucornau, Llandewi Skirrid, Llangatwg Feibion Afel, Swyddffynnon lub Rhosllannerchrugog? Wystarczy pomyśleć o radości podawania adresu rodzinie w Polsce..

Inna sprawa, kiedy kompletnie nieprzygotowany na dwujęzyczne doświadczenie próbujesz pierwszy raz gdzieś dojechać i dostajesz oczopląsu na najbliższym rondzie. Można się przyzwyczaić, gwarantujemy. Łatwo nie będzie, zgoda, ale można.

im-sooo-down1

Nie będziemy się tu w tej chwili zajmować sprawą wymowy nazw miejscowości, bo sami nie jesteśmy tu do końca kompetentni, ale postaramy się pomóc wam zobaczyć światło na końcu tunelu poprzez przybliżenie znaczeń nazw.

Znakomita większość nazw walijskich miejscowości wywodzi się z języka walijskiego. Niby oczywistość.. ale ci, którzy znają ten kraj wiedzą, że przez długi czas język walijski był w zaniku i dziś posługuje się nim na co dzień tylko jakieś 20% ludności tego kraju. Jednocześnie od kilkunastu lat obowiązuje ustawa o dwujęzyczności, która gwarantuje mówiącym po walijsku równe traktowanie; język walijski ma statut urzędowego, i chociaż czasem w praktyce bywa z tym różnie, to każdy urząd i każda instytucja zobowiązane są do dwujęzyczności w oficjalnych dokumentach. Kosztuje to mnóstwo pieniędzy i budzi wiele kontrowersji, zwłaszcza w anglojęzycznych rejonach kraju i zwłaszcza w dobie kryzysu finansowego, ale kogo jak kogo, ale nas Polaków nie trzeba przekonywać jak istotne jest pielęgnowanie języka dla zachowania tożsamości narodowej.

Walijskie nazwy miejscowości, jakkolwiek wyglądają wręcz niemożliwie do wypowiedzenia, a tym bardziej zapamiętania, jak np. Pontrhydfendigaid, czy Llanfihangel Tre’r Beirdd, są zazwyczaj łatwe do rozszyfrowania dla znających kilka podstawowych słów związanych z geografią terenu lub funkcją miejsca. I tak np. słowo llan (czytaj chlan) oznacza kościół, miejscowość Llantrisant oznaczać będzie więc kościół-trzech(tri)-świętych(sant). Słówko mynydd (czytaj mniej więcej: mynyw) oznacza górę; stąd już blisko do rozszyfrowania znaczenia nazwy Llanfihangel-Tor-y-Mynydd czyli mniej-więcej kościół świętego Michała na wzgórzu. Proste, prawda? Taaaa..

Topografia terenu generalnie dostarcza elementów składowych dla ogromnego procentu walijskich nazw miejscowości. Popularnym terminem jest aber – ujście rzeki. I tak np. Aberystwyth oznacza ujście rzeki Ystwyth.

Innymi często spotykanymi w nazewnictwie elementami topograficznymi są: cwm (czytaj: kum) – dolina (Cwmafandolina rzeki Afan), tref – farma (Treforest), pont – most (Pontypridd), merthyr – męczennik (Merthyr Tydfil) itp.

Wielka Brytania była wielokrotnie w trakcie swojej historii podbijana, czy to przez Wikingów, Rzymian, czy Normanów; każdy z tych podbojów zostawił ślady w nazewnictwie miejscowości, które stanowi dziś kopalnię wiedzy historycznej i wymarzony pieszczoszek lingwistów historycznych. Głównie dotyczy to Anglii, ale i Walia może się tym i owym pochwalić.

I tak np. Rzymianie, którym nie udało się do końca podbić Walii, pozostawili po sobie słówko caer, oznaczające mniej więcej ufortyfikowany gród: Caerphilly, lub rzadziej używane walijskie Caerffili, oznacza ufortyfikowany gród założony przez niejakiego świętego Ffili.

Po Normanach pozostała np. malownicza nazwa Beaumaris, czyli piękne mokradła, albo Grosmont, czyli wielkie wzgórze.

Wikingowie pozostawili po sobie największą spuściznę w Anglii, ale i w Walii można się doszukać ich wpływów w nazwach miejscowości, z których najbardziej prominentną jest Swansea, która nie pochodzi od morza z łabędziami, jak mogłoby sugerować nowoczesne tłumaczenie, ale od wikinga Sveinna, który przybył w te okolice z misją łupieżczą, spodobało mu się i został.

Niektóre nazwy miejscowości zostały nadane przez liczne w pewnym okresie czasu wspólnoty religijne i są często odniesieniami do Biblii, np. Betlehem w Carmarthenshire, obecnie słynne głównie z tego, że turyści wysyłają z niego kartki świąteczne.

Nazwy takie jak Port Talbot albo Tredegar pochodzą z czasów rewolucji przemysłowej i są najczęściej nazwiskami rodowymi bogatych przemysłowców, którzy w tym okresie władali wszystkimi duszami w okolicy. Istnieje również, zwłaszcza w Walii południowej, spora ilość nazw czysto angielskich.

Walijskie nazewnictwo miejscowości (nie wspominając już nawet o angielskim) to fascynujący temat, o którym można pisać i pisać. Tym artykułem chcemy jedynie zasygnalizować pewne fakty, pokazać, że nie takie diabeł straszny, i zachęcić czytelników do samodzielnej eksploracji tak w książkach jak i w terenie. Pomóc w tym może np. taka oto sympatyczna książeczka:

slownik nazw miejscowosci

Ciekawostka: najbardziej znaną walijską nazwą jest oczywiście niemożliwa Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysilioggogogoch, należąca do niedużej miejscowości na wyspie Anglesey. Zabójcza nazwa, najdłuższa w Europie, bardzo się miejscowości przysłużyła: ambicją każdego turysty jest zrobić sobie pod  nią zdjęcie.

PS. Komuś jeszcze kojarzy się z czymś Llanddewi Brefi ze zdjęcia u góry strony..?

Nabrać lepidopterologa

Wye Valley Butterfly Zoo

Wiktoriańska Anglia była, bez dwóch zdań, krainą wyjątkową. Dziwactwa i ekscentryczność nie tylko uchodziły na sucho, ale były wręcz w dobrym tonie. Stąd nie powinno dziwić, że jednym z popularniejszych hobby wśród wiktoriańskich mieszczuchów drugiej połowy dziewiętnastego wieku, była amatorska lepidopterologia. Za tą poważną nazwą kryje się zupełnie niepoważne łapanie i kolekcjonowanie motyli. Niepoważne, bo wyobraźcie sobie dżentelmenów w surdutach i cylindrach skaczących po łąkach jak pasikoniki. Ewentualnie panny z dobrych domów w wielowarstwowych sukniach bohatersko dzierżące w jednej ręce parasol, a w drugiej siatkę na owady.

Śmieszki na bok, z trendami się nie dyskutuje. Za to zawsze można na nich zarobić. Z tego założenia wyszli mieszkańcy głębokiego wąwozu rzeki Wye, w okolicach Symonds Yat i na potęgę zaczęli hodować i wypuszczać motyle z najróżniejszych zakątków świata. Kto i jak wpadł na pomysł, na zawsze pozostanie już tajemnicą, ale faktem jest, że przez sześćdziesiąt lat, gdzieś od 1850 roku, w te strony ciągnęły tłumy niedzielnych entomologów, zwabionych genialnym niemal przekrętem. Biznes tak dobrze się kręcił, że kluby miłośników motyli wynajmowały całe pociągi! A miejscowi ich gościli, prowadzili w najlepsze miejsca i liczyli zyski. Wieści o kolejnych sensacyjnych “odkryciach” szły w świat, przyciągając kolejne fale turystów. Niestety, przy okazji całkowicie wyłapano kilka rdzennych gatunków.

Kres tej “gorączce motyli” położył emerytowany prezes Towarzystwa Entomologicznego – Albert Brydges Farn. A.B.F., jak znany jest wtajemniczonym, osiadł na stare lata w Doward Cottage w zakolu rzeki Wye, z nadzieją na odnalezienie kolonii ginącego modraszka błękitnego (Polyommatus semiargus). Przy okazji jednak, ten kulejący staruszek wykonywał sekretną misję – wyłapania wszystkich obcych gatunków motyli. I choć trudno w to uwierzyć, udało mu się! Przynajmniej tak twierdzą jego wielbiciele. Reszta środowiska uważa, że obce gatunki nie miały szans na przetrwanie, a A.B.F. najwyżej trochę im pomógł.

Motyla noga… ups! pardon! Motyla moda na kilka dekad przygasła, ale tliła się gdzieś w półświatku. Po latach, Albert Brydges Farn znalazł godnych naśladowców, którzy w Dolinie Wye założyli motyle zoo – Wye Valley Butterfly Zoo.

Tu, w ogromnej szklarni, można z bardzo bliska zapoznać się z kilkudziesięcioma gatunkami tropikalnych motyli i ciem. Niektóre z nich, bajecznie kolorowe, mają wielkość dwóch dłoni! I lubią przysiadać na gościach. Zoo to świetna atrakcja zarówno dla dzieci (chociaż niektóre “bestie” potrafią wystraszyć maluchy), jak i dorosłych. Szczególnie tych lubiących fotograficzne safari. Można tu wpaść przy okazji wizyty w Symonds Yat albo w zamku Goodrich.

Ogień na Półwyspie Llŷn

Spośród brytyjskich nacjonalizmów i ruchów niepodległościowych, ten walijski najmniej kojarzy się z walką zbrojną, przemocą, czy terroryzmem. Szkoci mają cały kalendarz klęsk z rąk i zwycięstw nad Anglikami i pokaźny panteon narodowych bohaterów. Irlandczycy z południa Zielonej Wyspy wywalczyli sobie wolność, a ci z północy mają niesławną IRA. Tymczasem Walijczycy wspominają książąt sprzed kilkuset lat, na ich cześć nazywają lokalne puby, gdzie się da wywieszają flagi z czerwonym smokiem i czczą gwiazdy rugby. Jak przychylnie by nie patrzyć na ten mały naród, trudno dostrzec zapał.

Tym bardziej na pamięć zasługuje niezwykły akt “terroryzmu” sprzed osiemdziesięciu lat, dokonany przez trzech dżentelmenów w średnim wieku: Saundersa Lewisa, Lewisa Valentine i DJ Williamsa. Trójka ta należała do założycieli Plaid Genedlaethol Cymru – Walijskiej Partii Narodowej, która z czasem zmieniła nazwę na Plaid Cymru. Saunders Lewis – dramatopisarz i wykładowca – szefował partii, w czym zastąpił Lewisa Valentine – poetę i kaznodzieję, a powieściopisarz DJ Williams był ich najbliższym współpracownikiem.

Saunders Lewis, Lewis Valentine i DJ Williams
“Trójka z Penyberth” (żródło: http://www.ylolfa.com/llun.php?src=ytri.jpg)

Po zmroku, 8. września 1936 roku, trzech literatów wdarło się na teren nowo-budowanej szkoły pilotów samolotów bombowych RAF Penrhos w Penyberth, podpaliło część zabudowań, po czym grzecznie udali się na posterunek policji w Pwllheli, gdzie zgłosili swoje przestępstwo. Legenda mówi, że resztę nocy spędzili na dyskusjach o poezji z mającym służbę sierżantem. Choć w “zamachu” nikt nie ucierpiał, sprawa była poważna. W końcu był to akt wymierzony w Królewskie Lotnictwo, a więc pośrednio w brytyjski rząd.

Motywacja zamachowców była tyleż jasna, co poetycka. Nie zgadzali się, by “dom kilku pokoleń patronów poetów, niezwykle ważny dla walijskiej kultury, języka i literatury” zmienił się w “miejsce nauczania barbarzyńskiej metody prowadzenia wojny”. Trudno jednak powiedzieć o jakich patronów chodzi, bo dzieje posiadłości w Penyberth giną gdzieś w odmętach walijskiej historii. Przyglądając się motywacjom bardziej na chłodno, łatwo zauważyć inspiracje pacyfistyczne i, rzecz jasna, nacjonalistyczne.

Wybór Penyberth na miejsce budowy szkoły lotniczej nie był przypadkowy. Wcześniejsze plany zakładały, że powstanie ona albo w Northumberland albo w Dorset. Tam jednak sprzeciw lokalnych społeczności powstrzymał wojskowych. Walijczycy oczywiście też protestowali, ale ich petycja, reprezentująca pół miliona mieszkańców, została przez rząd Stanleya Baldwina odrzucona. Londyn po raz kolejny pokazał, że nie ma zamiaru liczyć się z opinią “podbitych”. W tej sytuacji, walijskim patriotom pozostało tylko chwycić za zapałki. Warto podkreślić, że był to pierwszy raz od ponad pięciuset lat, kiedy Walijczycy postanowili przemocą upomnieć się o swoje prawa.

"Trójka z Penyberth"
“Trójka z Penyberth” (żródło: http://centenary.llgc.org.uk/en/XCM1927/2/2.html)

Proces “terrorystów” stanowił kolejny rozdział walki o uznanie podmiotowości Walijczyków. Ogromne wzburzenie wywołało przeniesienie sprawy do Londynu, po tym jak walijskojęzyczny sąd w Caernarfon nie był w stanie wydać wyroku. Z ławy oskarżonych, zamiast wyrazów skruchy, wygłaszane były płomienne manifesty. W końcu “trójkę z Penyberth” skazano na dziewięć miesięcy więzienia. Gdy po odsiedzeniu wyroku wrócili do Caernarfon, przywitał ich piętnastotysięczny wiwatujący tłum.

Początkowo wydarzenia, które przeszły do historii jako Tân yn Llŷn/Fire in Llŷn (Ogień na Półwyspie Llŷn), rozbudziły entuzjazm Walijczyków i nadzieje nacjonalistów na jakiś poważniejszy niepodległościowy zryw. Wybuch drugiej wojny światowej ostudził jednak nastroje, a Plaid Cymru musiała bronić się przed oskarżeniami o sympatie faszystowskie (których nigdy nie miała).

Szkoła RAF, mimo dalszych protestów, powstała. W czasie wojny stacjonowali tu piloci czechosłowackiego Dywizjonu 312. W latach powojennych przejął ją Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia (Polish Resettlement Corps), zajmujący się polskimi żołnierzami, którzy nie chcieli wracać do komunistycznej Polski. Dziś znajduje się tu dom starców dla polskich weteranów, a latem odbywają się obozy dla polonijnych harcerzy.

(zdjęcie tytułowe – autor: Alan Fryer; żródło: http://www.geograph.org.uk/photo/356846; źródło ikony: http://www.bbc.co.uk/cymru/bywyd/safle/pobl/tudalen/lewis_valentine.shtml)

 

Mach Loop (czy leci z nami pilot?)

Czy leci z nami pilot? Nie? Nie szkodzi. W takim razie może jacyś entuzjaści awiacji? Na pewno!

Co jakiś czas, na “widokowych” i “krajobrazowych” forach poświęconych Walii, pojawiają się mniej lub bardziej niesamowite fotografie wojskowych odrzutowców, albo ogromnych transportowców, niemal pozujących do zdjęć. Czasami wydają się mijać fotografa dosłownie na wyciągnięcie ręki. Obiektywy albo photoshop, ktoś powie. Nie koniecznie. Prawidłowa odpowiedź to Tactical Training Area 7T, znana lepiej jako Mach Loop.

Mach Loop to wyjątkowe miejsce, w którym piloci RAF (a czasem, gościnnie, piloci z innych krajów) trenują manewry na niskim pułapie. Oznacza to, że czasem lecą zaledwie 76 metrów (250 stóp) nad najbliższym terenem. I gdzieś tam, 76 metrów od ryczących odrzutowców, zbierają się grupki zapaleńców, którym nie straszne uszkodzenia bębenków, czekających na wymarzone ujęcie.

Cała pętla (loop) biegnie nad dolinami, których dnem prowadzą drogi A470 i A487. Jej skrajne punkty, w przybliżeniu, wyznaczają Dolgellau, Corris, Machynlleth i Dinas-Mawddwy. Ale najbardziej spektakularne punkty widokowe znajdują się na zboczach przełęczy Bwlch Llyn Bach, nad drogą A487, która tuż za przełęczą opada stromo do doliny wypełnionej wodami Jeziora Tal-y-llyn (Llyn Mwyngil).

Dla zainteresowanych, Ministerstwo Obrony publikuje harmonogram ćwiczeń. Przed wyjazdem warto też sprawdzić pogodę. Punkt widokowy znajdziecie tu:

(zdjęcie tytułowe i ikona – autor: Peter Lewis; źródło: https://www.flickr.com/photos/welshi23/11250933385/)

Symonds Yat – perełka Pogranicza

Walijska rzeka Wye stanowi miejscami naturalną granicę pomiędzy Walią a Anglią. Płynie przez dolinę o tej samej nazwie. Wye Valley powszechnie uważana jest za jedną z najbardziej malowniczych w kraju. Znacząca jej część objęta jest ochroną jako Area of Outstanding Natural Beauty, czyli Obszar o wybitnym pięknie naturalnym.

Symonds Yat to nieduża wioska położona właśnie nad rzeką Wye, po angielskiej stronie “granicy”, w połowie drogi z Ross on Wye do Monmouth. Rzeka przepoławia wieś, dzieląc ją na część wschodnią i zachodnią. Komunikacja między obiema częściami (nie licząc objazdowej  samochodowej) odbywa się za pomocą ręcznie przeciąganego promu; bilecik kosztuje coś koło funta, i przeliczając długość przeprawy – kilka minut – przez ilość turystów chętnych na tę atrakcję: złoty interes!

Symonds Yat leży na terenie Forest of Dean, ogromnego lasu z mnóstwem ścieżek idealnych tak dla spacerowiczów, jak i dla rowerzystów. Jedna ze ścieżek wiedzie z przystani wprost na punkt widokowy, z którego rozpościera się ikoniczny widok na dolinę rzeki Wye. Po drodze na szczyt można zobaczyć również słynną Symonds Yat Rock, charakterystyczną odrębną formację skalną. Malownicze zakola rzeki Wye znakomicie służą również amatorom sportów wodnych ze szczególnym uwzględnieniem kajaków, które można wypożyczyć na miejscu.

Ciekawostka: na szczycie wzgórza często można spotkać ochotników z RSPB (organizacja służąca ochronie dzikich ptaków) z teleskopami, przez które za darmo można sobie obejrzeć drapieżne ptaszki siedzące na jajach i takie tam.

Drobny, acz istotny szczegół: Symonds Yat dysponuje parkingiem, ale w weekendy i przy ładnej pogodzie można nie znaleźć wolnego miejsca, albo utknąć w korku na mikroskopijnej dróżce dojazdowej. Widziałam pana od kierowania ruchem, na którego wszyscy trąbili i który nie mogąc stawić czoła żądaniom zdenerwowanego społeczeństwa czmychnął do toalety, gdzie był pozostał, co wydatnie posłużyło sprawnemu rozładowaniu problemu komunikacyjnego. Tak czy inaczej, warto się wybrać do SY o relatywnie wczesnej porze i najlepiej w tygodniu poza sezonem. Parking jest płatny. Wioska dysponuje kilkoma przybytkami o charakterze noclegowo-obiadowym, z powszechnym dostępem do cream tea, jak również polem namiotowym.

Orientacyjny kod pocztowy, który powinien doprowadzić wasz satnav do parkingu:  GL16 7NZ. Mapa:

 

* Dodatkowa atrakcja – przepraw się przez rzekę przeciąganym promem, skręć w lewo i pójdź na leśny spacer wzdłuż rzeki. Po około 2 milach dojdziesz do kempingu, a potem do podwieszanego mostu (The Biblins Suspension Bridge), którym możesz wrócić na “swoją” stronę. Właśnie zrobiłeś ładne spacerowe kółeczko. Uwaga, przy wyjątkowo silnym wietrze most może być niebezpieczny. Warto upewnić się o której jest ostatnia przeprawa promowa żeby nie zostać odciętym po niewłaściwej stronie rzeki.

sy4

Drogi Czytelniku, darując nam kilka minut swojego czasu w postaci komentarza do tematu nie tylko sprawiasz nam ogromną przyjemność, ale również przyczyniasz się do rozwoju tej strony. Diolch Yn Fawr. 

Walia w top 10 według Rough Guide

fot. Rough Guide
Potwierdza się to, o czym my na Smoku wiemy już od dawna: Walia jest niezwykła.

Producent znakomitych przewodników turystycznych, Rough Guide (nawiasem mówiąc, ich The Rough Guide to Wales nie ma sobie równych) wytypował swoją dziesiątkę krajów, które trzeba odwiedzić w tym roku. Na ósmym miejscu, po takich tuzach jak Nepal czy Jordania, znalazła się Walia.  M.in. za dziką naturę, pamiątki historyczne wpisane w krajobraz; za wszystko, co ten kraj oferuje włóczęgom, poszukiwaczom piękna, amatorom aktywnego wypoczynku i wszelkiej maści eksploratorom. Od siebie dorzucilibyśmy jeszcze: za życzliwość i otwartość mieszkańców.

wales

Walia od dawna zasługuje na uwagę świata i uznanie jej walorów; zawsze w cieniu Szkocji czy nawet Anglii, wreszcie powoli zyskuje należne jej miejsce na mapie turystycznych destynacji. Cieszymy się z tego, jednocześnie mając nadzieję, że zachowana zostanie delikatna równowaga pomiędzy promocją, a ochroną cennej wyjątkowości tego kraju.

My ze swojej strony będziemy nadal dokładać swoją cegiełkę do popularyzacji tego kraju i wyciągania ludzi z domów; cieszymy się z każdego sygnału, że jesteście z nami.

gh

 

 

Hen Wlad fy Nhdau – Kraj Naszych Ojców

First things first, jak mawiają tubylcy:

nowy

A teraz do konkretów…

HEN WLAD FY NHDAU, walijski hymn narodowy, znany również pod angielską nazwą Land of Our Fathers (Kraj naszych ojców), jest w mojej opinii jednym z najładniejszych utworów w swojej kategorii. Szczególnej siły nabiera wykonywany przez męskie chóry, tudzież stadiony pełne kibiców.

Ta elegancka pieśń o pięknej melodii została napisana w 1856r; początkowo nosiła tytuł Glan Rhondda. Z czasem, kiedy jej popularność zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, tytuł zmieniono. Jej słowa są proste, mówią o miłości do rodzinnego kraju – kolebki poetów, pieśniarzy, wojowników i patriotów; kraju gór, dolin i klifów. Kraju, którego język i duch nigdy nie załamie się pod naciskiem najeźdźców; żaden wróg nigdy nie uciszy bliskich sercu dźwięków walijskich harf.

7faad72a56a91ccff7f35da3054f78d2924d4137

Dla tych, którzy znają nieco historię tego małego narodu znaczenie słów hymnu jest oczywiste. Walia została wiele setek lat temu podbita przez swojego o wiele większego sąsiada i do tej pory pozostaje tworem zależnym, principality, w dużej części rządzonym z Londynu. Dziś już nikt z mieczem w Walii nie wojuje, ale historia wciąż jest żywa w narodowej świadomości, a tendencje niepodległościowe płyną gdzieś w społecznym krwiobiegu. Nie na tyle poważnie, żeby zmienić stan rzeczy, ale wystarczająco, żeby nieżyczliwie spojrzeć na każdego, kto nazywa Walijczyków Anglikami.

Przed państwem Kraj Naszych Ojców, prosto ze stadionu. To podczas turniejów rugby miłość do hymnu narodowego objawia się najjaskrawiej. Nie znaczy to, że każdy zna jego wszystkie słowa; na szczęście w refrenie wszyscy dają radę.. Rzeczywistość, szczególnie ta językowa, jak zwykle bywa w takich sytuacjach średnio przystaje do romantycznych wizji poetów, ale komu to ostatecznie przeszkadza..?

 

Ratujmy budkę telefoniczną z Nantymaen

Ilu przemoczonych włóczykijów zmieści się w czerwonej budce telefonicznej? Raczej niewielu… Chociaż pewnie zależy to od poziomu desperacji i siły wiatru.

Od lat, powoli ale nieubłaganie, czerwone budki telefoniczne – jeden z niekwestionowanych symboli Wysp – znikają z krajobrazu. Tam gdzie ludzie korzystają jeszcze z automatów, zastępują je pozbawione charakteru, nijakie szklane skrzynki. Na prowincji najczęściej znikają bezpowrotnie.

Właśnie ważą się losy jednej z takich budek, uważanej za “najbardziej odludną” w Walii. Stoi w Nantymaen, przy drodze łączącej Tregaron z Abergwesyn i Llanwrtyd Wells, wiodącej przez pustkowie Gór Kambryjskich. To ta biała plama na mapie Walii, przecięta cienką kreską jednej drogi, gdzie, poza kilkoma farmami, nie ma żadnych ludzkich osad, i gdzie nie dociera sygnał telefonów komórkowych.

BT uznało, że skoro od przeszło osiemnastu miesięcy budka i tak nie działa, to zamiast naprawiać, łatwiej będzie ją zlikwidować. Sprzeciwia się temu grupa lokalnych aktywistów łącząca przedstawicieli kilku małych, niezależnych biznesów turystycznych i zapuszczających się na te pustkowia włóczykijów. Uważają że budka z Nantymaen stanowi “ważną część krajobrazu” i, w ekstremalnych sytuacjach, może ratować życie.

Photo © Nigel Brown and licensed for reuse under Creative Commons Licence
Autor: Nigel Brown. Źródło: http://cambrian-mountains.co.uk/wp-content/uploads/2015/11/nantymaen.jpg

Marilyn Barrack z Elenydd Wilderness Hostels Trust, prowadzącego w okolicy dwa pozbawione prądu schroniska wylicza: “Zasięg komórek jest tu bardzo słaby, w promieniu siedmiu mil nie ma innego telefonu, a domów w okolicy jest niewiele”. Wtóruje jej Dafydd Morgan z Tregaron Walking Club: “(…) to jedyny charakterystyczny punkt w krajobrazie, pomagający podróżującym w tych stronach”.

Jeśli ktoś chciałby wyrazić swoją opinię na temat likwidacji czerwonej ikony, może to zrobić do 2. stycznia, wysyłając maila do Ceredigion County Council, na adres: planning@ceredigion.gov.uk, dodając numer referencyjny sprawy: SY256NW.

Akcję wspierają, między innymi, Cambrian Mountains Society, Elenydd Wilderness Hostels Trust, Llafur Ceredigion/Ceredigion Labour i Cambrian Safaris.

A jeśli ktoś ma wątpliwości czy warto…

Tregaron SY25 6NW to najbliższy postcode w pobliżu budki; prowadzi do farmy odległej o kilkaset metrów; żeby do niej dojechać, tak czy inaczej, trzeba ją minąć. Mapa doskonale pokazuje na jakim odludziu się znajduje:

Dobry film dziś widziałam: Pride

Co wspólnego mogą mieć geje z Londynu z małą walijską wioską i strajkami górników z lat 80-tych? Jak się okazuje, całkiem sporo. Zapraszamy na oparty na niesamowitej prawdziwej historii film  z gatunku “feel good”, znakomicie zagrany, zabawny, mądry, a przy okazji bez zadęcia poruszający ważne kwestie społeczne, które kształtowały lata 80-te i poniekąd nasz dzisiejszy świat.

Rok 1984 był w UK rokiem brutalnie tłumionych strajków górniczych, apogeum rządów konserwatystów pod przewodnictwem Żelaznej Damy i początkiem narastających podziałów w lokalnych społecznościach. Sytuacja była szczególnie ciężka na północy Anglii i w Walii, w której górnictwo było podstawowym przemysłem i źródłem utrzymania dla ogromnej części społeczeństwa. Jednym ze sposobów na ‘złamanie’ strajkujących było odbieranie im prawa do jakiejkolwiek pomocy socjalnej. Niejednej rodzinie zajrzała w oczy skrajna bieda.  Cały kraj organizował spontaniczne akcje wsparcia dla górników. Zbierano głównie pieniądze i żywność. Ogromnie liczyło się również wsparcie moralne.

W tym samym czasie, kiedy górnicy walczyli o swoje miejsca pracy, geje i lesbijki walczyli o swoje miejsce w społeczeństwie. Obie te grupy znalazły w sobie nieoczekiwane wsparcie.

Nie będziemy tu zdradzać szczegółów ani wyprowadzać analiz; ani tu miejsce po temu, ani się na tym specjalnie nie znamy. Wyjątkowo zgodnie natomiast polecamy Pride jako apoteozę humanizmu, i afirmację tego, co w ludziach najlepsze: solidarności, przyjaźni i akceptacji, która wynika nie z uczonych książek i uniwersyteckich wykładów, ale z najzwyklejszego kontaktu z drugim człowiekiem. Nie bez znaczenia jest to, że plejada aktorskich znakomitości daje w filmie absolutny popis gry aktorskiej, a nienaganne walijskie akcenty Imeldy Staunton czy Billa Nighy’ego roztopią serce każdego waliofila.

Ten film zostawi was w wyśmienitych humorach, z ciepłem w sercu i odnowioną, przynajmniej chwilowo, wiarą w ludzi.

Pride, 2014, reż. Matthew Warchus. Film ukazał się w Polsce pod absolutnie idiotycznym tytułem Dumni i wściekli. Zobacz zwiastun:

 

Twój przewodnik po Walii i angielsko-walijskim Pograniczu