Kiepska pogoda? Kryj się kto może!

Kryjówki

Nie da się ukryć: w Walii zdarza się niesympatyczna pogoda. Nawet dość często. W taką niesympatyczną pogodę człowiek nielubiący siedzieć w domu ma dość ograniczone pole manewru. Na szczęście ci pożądający świeżego powietrza i kontaktu z naturą niezależnie od aury za oknem zawsze mogą liczyć na kryjówki do obserwacji ptaków (bird hide).

Bywa, że w nocy kryjówki są oblegane przez koneserów ziółek i nastolatków odrabiających lekcje; za to w dzień zazwyczaj jest w nich cicho, sucho i przytulnie, można pić gorącą herbatę z termosu i medytować transcendentalnie godzinami czekając, aż coś przeleci. Albo nie przeleci. Można nawet zostać pasjonatem birdwatchingu. Pasjonata birdwatchingu poznaje się po lornetce, niesamowicie drogim teleobiektywie dłuższym od kija od miotły oraz tej szczególnej umiejętności wyrażania delirycznej ekscytacji poprzez absolutny bezruch.

Największy szał bezruchu w kryjówkach powoduje zazwyczaj pojawienie się zimorodka (kingfisher). Przylatuje, siada na kiju i hipnotyzuje rybki w stawie; zapchana po dach kryjówka trzeszczy w szwach śledząc na bezdechu każdy mikroruch legendarnej ptaszyny i fotografując bez opamiętania. Wszyscy modlą się, żeby im się nie zachciało do ubikacji.

zimorodek

Kryjówkę można znaleźć i skolonizować najczęściej nad jakimś stawem w rezerwatach przyrody (nature reserve), których Walia ma mnóstwo. Ogólnie polecam odwiedzanie wszelkich rezerwatów, to bardzo relaksujące. Jeśli chodzi o samo fotografowanie ptaków, to życzliwie podpowiadam: w ziarnie jest metoda.

Kilka zdjęć z moich fotosafari w Forest Farm Nature Reserve na obrzeżach Cardiff:

ptaki Walii

1 dzień w Carmarthenshire

Aberglasney-Dryslwyn-Paxton

Idealna propozycja na całodniową wycieczkę objazdową: ogród Aberglasney, piknik przy malowniczym zamku Dryslwyn i podziwianie panoramy Carmarthenshire z wieży Paxton.

Hrabstwo Carmarthenshire promuje się jako “ogród Walii” – i ma ku temu podstawy. I nie chodzi wyłącznie o malownicze, niekończące się zielone łąki otoczone łagodnymi wzgórzami i przetykane wstążkami rzek, ale również o najprawdziwsze ogrody, takie jak np. słynne National Botanic Gardens of Wales. Ale nie tylko ogród botaniczny wart jest uwagi. Bardzo przyjemne letnie przedpołudnie można spędzić np. w Aberglasney Garden. Ten ogród nie jest może szczególnie duży, ale bardzo przyjemny dla oka; posiada nieduży pałacyk, oranżerię z palmami i orchideami, ścieżki spacerowe poukrywane wśród kolorowych rabat kwiatowych, a nawet unikatowe w tym klimacie owocujące drzewka pomarańczowe. Pięknie pachnie ogródek warzywno-ziołowy. Zachęcające zapachy dochodzą też z kafejki, w której można pokusić się o spróbowanie słynnej brytyjskiej cream tea, wbrew pozorom, nie tyle herbaty ze śmietanką, ile herbaty w towarzystwie ciasteczka zwanego scone, spożywanego z dżemem i tzw. clotted cream, rodzajem gęstej śmietanki.

Kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: SA32 8QH. Tutaj można znaleźć dokładne informacje o godzinach otwarcia i cenach biletów.

Z ogrodów Aberglasney już tylko rzut beretem do zamku Dryslwyn. Zamek to określenie trochę na wyrost, bo niewiele z niego już pozostało. W czasie swojej 800-letniej burzliwej historii był wielokrotnie niszczony i odbudowywany; do dzisiejszych czasów przetrwały tylko nieliczne ślady po pierwszej oryginalnej budowli. Szczególnie ciekawe w Dryslwyn jest to, że jest jednym z nielicznych zamków zbudowanych przez Walijczyków do obrony przez Anglikami, a nie na odwrót.

Mimo, że w ruinie, zamek Dryslwyn ma w sobie rodzaj szczególnego czaru; przyczynia się do tego najpewniej jego malownicze położenie. Ze szczytu niewielkiego wzgórza zamkowego roztacza się szeroka panorama Carmarthenshire z romantycznie meandrującą rzeką (rzadkość w Walii) oraz wieżą Paxton w tle.

Zamek jest objęty całkowitą ochroną prawną jako zabytek pierwszej klasy. Wstęp jest bezpłatny, podobnie jak parking znajdujący się tuż pod wzgórzem zamkowym. Kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: SA32 8JQ.

Wzgórze zamkowe i jego najbliższe okolice to idealne miejsce na letni piknik.

“Kropka nad i” naszej dzisiejszej wyprawy to wspomniana już wieża Paxton, zabytek drugiej klasy. Do wieży prowadzą boczne drogi, miejscami dość wąskie, a dojazd jest oznaczony brązowymi drogowskazami. Samochód trzeba zostawić na małym bezpłatnym parkingu, a następnie przejść przez pole, względnie biec, bo czasem pan farmer parkuje tam byki – zwierzątka często łaknące kontaktu z człowiekiem.

Wieża Paxton została wybudowana jakieś 200-250 lat temu i podobno służyła właścicielowi tych ziem głównie do zabawiania szlachetnych gości. Dla zwiedzających dostępna jest tzw. sala bankietowa, z której roztacza się piękny widok na dolinę rzeki Tywi, z zamkiem Dryslwyn oraz ogrodem Aberglasney w tle.

_________________

Wariant alternatywny: zamiast Aberglasney możesz wybrać się do Ogrodu Botanicznego; ale jest on nieporównywalnie większy i zwiedzanie go może zająć większość dnia.

 

Tupot białych mew na południowym wybrzeżu

Klifowe wybrzeże Glamorgan Heritage Coast

…na południu Walii rozciąga się mniej więcej od Porthcawl do Barry. Jego uroda jest niezaprzeczalna. Znakomicie podkreślają ją rozłożyste plaże odsłaniane dwa razy na dobę przez ogromny odpływ. Trasa, którą dziś polecam, jest częścią słynnej Wales Coast Path, czyli ścieżki spacerowej biegnącej wzdłuż całego walijskiego wybrzeża. Samo Glamorgan Heritage Coast można podejrzewam przejść w jeden dzień, jak ktoś ma parcie na rezultat; ja osobiście wolę zdobywać je w krótszych odcinkach, z przerwami na herbatkę z termosu, oganianie się od wszechobecnych białych mew i podziwianie widoków.

Zaczynamy w Southerndown…

…a konkretnie od zatoki Dunraven Bay, do której dojeżdżamy boczną drogą z niedużym drogowskazem ‘to the beach‘. Najlepiej zaparkować na samym dole u podnóża klifu. Życzliwa rada: jeśli chcesz zaoszczędzić £3 na parkingu, wybierz się tam w tygodniu; przy zatoce zwykle kasują tylko w weekendy. Orientacyjny kod pocztowy dla satnavu: CF32 0RT.

Southerndown i zatoka Dunraven słyną z malowniczości. Dla mnie osobiście jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w całym kraju. Nigdy nie rozczarowało nikogo z moich zagranicznych gości. Southerndown ma swoje ogrody, które w przeszłości należały do pałacyku na klifie, po którym dziś pozostały tylko fundamenty; od częstego w tych okolicach wiatru osłania je wysoki mur, stwarzając przytulne miejsce dla spragnionych relaksu. Piknik możliwy, a nawet wskazany (ale nie dzisiaj; dzisiaj chodzimy). Southerndown może się również poszczycić punktem widokowym o faktorze opadniętej szczęki, oraz kilkoma strategicznie umiejscowionymi ławeczkami. Ma również swoją ciekawostkę: fragment plaży po drugiej stronie ogrodów u podnóża klifu jest chętnie odwiedzany przez naturystów. Większość odwiedzających zadowala się plażą w zatoce, przy parkingu i nie kłopocze szukających odosobnienia golasów swoją natrętną obecnością.

Na lewo od punktu widokowego wchodzimy na ścieżkę biegnącą szczytem klifu i idziemy przed siebie dokąd nas oczy poniosą. Od czasu do czasu trafi się naturalny wąwóz do obejścia, lub zejście na plażę, ale ogólnie spacer nie będzie należał do przesadnie wymagających.

Punktem docelowym jest latarnia morska w Nashpoint

Nashpoint to piękne, dzikie miejsce z dramatycznymi formacjami klifowymi, w tym słynnym ‘sfinksem’; nie do pogardzenia jest fakt, że tutejsze klify porasta gęsta miękka trawa, na której można się wygodnie ułożyć i kontemplować piękne okoliczności przyrody i drogę na Ostrołękę.

Możesz oczywiście rozpocząć spacer w Nashpoint i iść w stronę Southerndown, czyli w prawo. Parkując na małym parkingu w Nashpoint (kod pocztowy dla satnavu: CF61 1ZH) prawdopodobnie się troszkę zdenerwujesz, bo parking jest prywatny i prawie na pewno przydrepta do ciebie dziadek parkingowy z żądaniem okupu. Dziadek parkingowy jest częścią mafii obsługującej minisklepik i toaletę; czasem w dni powszednie mafia ma wolne i nie trzeba płacić, ale toalety też mogą być zamknięte.

Wspomniany sklepik w Nashpoint, i drugi w Southerndown, są najczęściej czynne tylko w letnie weekendy, więc najlepiej być niezależnym i mieć ze sobą termos i jakąś przekąskę.

Dystans tam i z powrotem: 14 km.

Słówko przestrogi

Spacer można odbyć również dołem klifu, plażą, ale warto się upewnić, że nie zaskoczy cię przypływ. Przypływy w Walii następują relatywnie szybko i chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, od czasu do czasu zdarza się, że ktoś zostanie odcięty. Tabele pływów można sprawdzić np. tutaj. Natomiast spacerując górą trzeba zachować ostrożność zbliżając się do krawędzi klifów; mają one tendencje do nerwowego obsuwania się. Co roku media donoszą o wypadkach śmiertelnych. Najlepiej w ogóle trzymać się od nich z daleka.

Szanuj klifa!

Elvis is in town – w Porthcawl

Elvis w Porthcawl

Jednym z ciekawszych wydarzeń kulturalnych w południowej Walii jest doroczny.. Festiwal Elvisa w Porthcawl. Podobno jeden z największych w Europie, jeśli nie w świecie. Frekwencja jest oszałamiająca, piwo leje się strumieniami, karuzele w odrapanym wesołym miasteczku nie nadążają z przerobem. Puby zacierają ręce. Podobnie stragany z perukami. Każda wystawa sklepowa ma coś z Elvisa. Granicą jest wyobraźnia ludzi handlu, a ta jak wiadomo potrafi być nieskończona (zawsze mi się przypomina zakład pogrzebowy w Bournemouth, który z okazji olimpiady w Londynie udekorował swoje okna stosownymi emblematami entuzjastycznie wspierającymi team GB). Zewsząd dobiega Jailhouse Rock i A little Less Conversation. Ulice oblegają tłumnie Elvisy w każdym wieku i o każdym gabarycie; najpopularniejszym modelem jest bez wątpienia Elvis Późny, pękaty, pod 50-tkę, odziany w obcisły kombinezonik i z Lokiem. Wśród pań w określonym wieku szczególnym zainteresowaniem cieszą się GI mundury z okresu, kiedy Król przebywał w armii. Co bardziej utalentowane Elvisy komercyjne śpiewają za po teatrach i pubach, pozostałe wystają na rogach i zbierają na piwo fałszując wdzięcznie Love Me Tender i zarzucając bioderkiem ku uciesze dam. Im dama bardziej wstawiona, tym bardziej wyrozumiała względem braków wokalnych i wizualnych Elvisa. 

 Elvis w PorthcawlElvis w Porthcawl

Elvis w Porthcawl

Elvis w Porthcawl Elvis w Porthcawl Elvis w Porthcawl Elvis w Porthcawl

O’matko mówi mój znajomy wytrzeszczając oczy na gimnastykującego się na scenie kompletnie pozbawionego słuchu Elvisa. Nikt nie klaszcze. Wszyscy biegną do baru po więcej piwa. Przepraszam, zwraca się znajomy (który jest wielkim fanem Króla) do stojącego obok policjanta wskazując na zupełnie niezrażonego brakiem entuzjazmu Elvisa, czy mógłbyś aresztować tego człowieka za zbrodnie przeciwko ludzkości i obrazę uczuć religijnych? Niestety, odpowiada policjant z kamienną twarzą, na tej podstawie aresztowaliśmy już siedmiu. Wyczerpaliśmy limit. Mamy cięcia.

BeFunky_DSC_0679.jpg

ellv

Można nie lubić. Można prychać na kicz. Machać ręką, że odstąp szatanie. Ale Elvis w Porthcawl z roku na rok obrasta w siłę, jest coraz bardziej pstrokaty, roześmiany i wyluzowany. Stosunek do tego typu imprez myślę ociepla się wprost proporcjonalnie do ilości spożytego alkoholu. W każdym razie – warto zajrzeć. Uwaga, na niektóre imprezy w ramach festiwalu Porthcawltrzeba wykupić bilety. Festiwal odbywa się pod koniec września.

Orientacyjny kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: CF36 3LS.

Oficjalna strona festiwalu.


BeFunky_P1090325

Ironbridge – pod patronatem UNESCO

Ironbridge

Jest takie miasteczko na pograniczu, w angielskim hrabstwie Shropshire (West Midlands), które nazywa się Ironbridge. Znane jest głównie z wynalezienia wielkiej rewolucji przemysłowej. Tak przynajmniej przechwala się lokalna informacja turystyczna; inne źródła wspominają o miasteczku tylko jako jednym z wielu ognisk zapalnych rewolucji. W każdym razie, gdziekolwiek ognia nie rozpalono, woda wrzała również w Ironbridge. Dla niezorientowanych: rewolucja przemysłowa wynalazła tanie sposoby wytwarzania żelaza, zamieniła produkcję ręczną na maszynową, i położyła podwaliny pod zmorę naszych czasów: agresywny kapitalizm oparty na redukcji kosztów i maksymalizacji zysków. Symbolem narodzin nowej ery w Ironbridge był most, od którego pochodzi nazwa miejscowości; pierwszy na świecie most wykonany z żelaza. Oddany do użytku w 1781, do dziś zachwyca łukową konstrukcją elegancko rozciągniętą ponad rzeką Severn. W tamtych czasach otwarcie takiego mostu było wydarzeniem o randze pierwszego lotu w kosmos. Świat na moment osłupiał w zachwycie, po czym rzucił się w wir obłąkanego wyścigu o prymat w postępie technicznym.

dsc_0037Ironbridge miało swój okres wiktoriańskiej prosperity, a potem, w okolicach połowy XX wieku, swój okres upadku. Z postindustrialnego marazmu wyrwało je UNESCO, obejmując most i okolicę swoim patronatem jako część światowego dziedzictwa kulturalnego. Co oczywiście przyciągnęło w te okolice masową turystykę, wydajnie podnosząc poziom życia mieszkańców, thank you very much.

IronbridgeSpacerując po okolicy, w której przyjemna dla oka architektura miesza się z pozostałościami po industrialu, można niemal przenieść się w czasie. Zwłaszcza jesienią, kiedy opadające liście i dym z domowych kominków pięknie odtwarzają wspomagają atmosferę świata, który już dawno przeminął.

Od razu uprzedzam: pół dnia to za mało na Ironbridge. W okolicy jest chyba ze sześć różnych muzeów, a na dokładkę wiktoriańskie miasteczko, w którym panie noszą długie kiece i kapelusze ze wstążkami, a panowie cylindry. Wszystkie muzea są płatne; jeśli zależy ci, żeby jak najwięcej zobaczyć to warto zastanowić się nad zakupem biletu zbiorowego (dość drogi). Natomiast zupełnie za darmo możesz włóczyć się po miasteczku i okolicy oraz przejść się mostem-celebrytą. W trakcie włóczenia się po okolicy można natknąć się np. na nietypowy cmentarzyk quarków, na którym chowają każdego, niezależnie od religii, poglądów czy stosunku do serów pleśniowych; trzeba tylko wyrazić życzenie, i stajemy się małą tabliczką pod płotem. I już.

IronbridgeCiekawostka: chodniki w Ironbridge mają żelazne krawędzie, które dodają miasteczku szyku i pięknie podkreślają jego imponującą przeszłość.

IronbridgeOrientacyjny kod pocztowy dla sat navu: CF8 7JP. Najlepiej zaparkować poza miasteczkiem na parkingu Park&Ride i skorzystać z taniego autobusu. To bardzo wygodna i popularna opcja. Wszelkie przydatne informacje transportowe, ceny biletów wstępu itp. można znaleźć tutaj.

If you tolerate this…

17 lipca przypada, coraz rzadziej przypominana, rocznica wybuchu hiszpańskiej wojny domowej. W Polsce ochotników, którzy pospieszyli na pomoc republikanom, coraz częściej dyskredytuje się jako stalinistów i próbuje wymazać z kart historii.

Nieco inaczej wygląda to w Walii. Tu pamiętają o nich lokalne wspólnoty, stawia się im pomniki i przypomina w prasie. A na odsiecz antyfaszystom – mimo zakazów rządu brytyjskiego – ruszyło co najmniej kilkuset ochotników z górniczych Dolin Południowej Walii. Byli wśród nich również Baskowie, którzy kilka dekad wcześniej znaleźli schronienie przed prześladowaniami w Abercaf/Abercave w Cwm Tawe/Dolinie Swansea. (więcej: Many more Welsh may have battled Franco than was thought, MI5 says)

W tym samym czasie, uciekając przed wojną, w przeciwną stronę płynęły hiszpańskie i baskijskie dzieci, których około cztery tysiące znalazło schronienie w Wielkiej Brytanii. Kilkaset z nich trafiło do obozów w Walii. Część z nich została tu na zawsze, część wróciła do Hiszpanii, a część rozpierzchła się po świecie. (więcej: Spanish Civil War refugees had mixed welcome in Wales)

Walijskim śladem po hiszpańskiej wojnie domowej jest też jeden z najpopularniejszych protest-songów walijskiej grupy Manic Street Preachers If you tolerate this

Wybrzeże Cardigan [cz.2] – New Quay i Aberaeron

Kolejny przystanek na szlaku Ceredigion Coast Path: New Quay (nie mylić z… Newquay w Kornwalii).

Cei Newydd (w wersji walijskiej) – dawna wieś rybacka, później ruchliwy port i stocznia – to dziś największy i najpopularniejszy kurort w tej części Cardigan Coast. Dlatego uczuleni na tłumy, w sezonie nie powinni tu zaglądać.

New QuayMiasteczko rozłożyło się tarasowo na klifach nad dużą i osłoniętą od otwartego morza zatoką. Górne tarasy zajmują przede wszystkim letnie domy do wynajęcia. W wydaniu brytyjskim niestety często kiczowate i tandetne lub zwyczajnie szpetne. Ale im niżej, im bliżej morza, tym ładniej.

New QuayStrome uliczki łączące się w okolicach kapitanatu portu, zabudowane są ciasno kolorowymi, wiktoriańskimi szeregowcami z miniaturowymi ogródkami. Pełno tu kafejek, restauracji na każdą kieszeń, pubów i sklepów z obowiązkowym wyposażeniem każdego plażowicza. Szczególnie tego najmłodszego. Wiaderka i łopatki przydadzą się na plaży ciągnącej się na północ od przystani, aż do New Quay Head i, słynnej wśród ornitologów, adekwatnie nazwanej, Birds Rock.

New QuayNajwiększą atrakcją samej przystani jest właściwie nic-nie-robienie, połączone z wpatrywaniem się w hipnotyczne kołysanie jachtów i łodzi (w czasie przypływu; podczas odpływu wyglądają dość pokracznie), albo w drugą stronę, gdzie przy dobrej pogodzie rozpościera się niekończąca się panorama wybrzeża, aż po majaczące gdzieś daleko szczyty Snowdonii i Półwysep Llyn.

Ale oprócz atrakcji typowych dla nadmorskiego kurortu, New Quay przyciąga śladami krótkiej i burzliwej bytności Dylana Thomasa – “narodowego poety Walii”. Thomas (wraz z żoną Caitlin) mieszkał tu kilka lat w czasie II Wojny Światowej, pisząc, pijąc (z czego słynął nie mniej niż z pisania) i szukając kłopotów.

Prawdziwy, bądź domniemany romans Dylana (i jego żony Caitlin) z żoną komandosa, który właśnie wrócił z frontu, omal nie skończył się tragicznie, gdy zazdrosny żołnierz ostrzelał z karabinu dom Thomasów. Historię tę przeniesiono na ekran, w gwiazdorskiej obsadzie, w filmie “The edge of love“.

Rodzina wkrótce wyjechała z miasteczka, ale wspomnienia najwyraźniej pozostały, Llareggub, w którym rozgrywa się akcja jednej z bardziej znanych sztuk Dylana – “Under Milk Wood – do złudzenia przypomina New Quay. Chociaż o ten wątpliwy zaszczyt konkuruje z południowo-walijskim miasteczkiem Laugharne. Dlaczego wątpliwy? “Llareggub”, wyglądające pozornie na typową walijską, niewymawialną nazwę, czytane od tyłu daje “bugger all”, czyli… “wielkie nic” w wersji średnio wulgarnej.

—/-/—

Wyjeżdżając z New Quay w stronę Aberaeron, warto na chwilę przystanąć w Llanarth. Tu, w przedsionku trzynastowiecznego kościoła świętego Dawida (przebudowanego pod koniec dziewiętnastego wieku) stoi Cross of Gurhirt (znany również jako Cross of Girhurst albo Cross of Girhiret) – wczesnochrześcijański rzeźbiony krzyż z wykutym imieniem, prawdopodobnie, irlandzkiego wodza z dziewiątego wieku i praktycznie nieczytelnymi już dziś inskrypcjami ogamicznymi (ogham to stary alfabet, używany we wczesnym średniowieczu do zapisu języków celtyckich).

The Cross of Gurhirt—/-/—

Leżące kilkanaście kilometrów od New Quay Aberaeron zdecydowanie wyróżnia się się na tle innych nadmorskich miejscowości na trasie Ceredigion Coast Path. Jest płaskie, ma regularną siatkę ulic i skwerów, mnóstwo tu wolnej przestrzeni i jest zdecydowanie najurokliwszym miasteczkiem w tej części kraju. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że jednym z najpiękniejszych w Walii.

AberaeronAberaeron zbudował od zera, na początku dziewiętnastego wieku, miejscowy właściciel ziemski, wielebny Alban Gwynne. Szerokie ujście rzeki Aeron (stąd nazwa: “aber” w języku walijskim oznacza ujście rzeki), po regulacji świetnie nadawało się na port i stocznię, wokół których szybko wyrosło miasto. Dziś po stoczni pozostało głównie wspomnienie, a w porcie cumują przede wszystkim dziesiątki jachtów, ale jako centrum administracyjne hrabstwa Ceredigion, Aberaeron prosperuje całkiem dobrze.

Długie, kamieniste plaże rozciągające się po obu stronach ujścia rzeki, nie przyciągają typowych letników, więc i atmosfera jest tu bardziej zrelaksowana. Praktycznie nie ma tu straganów uginających się od plastikowej tandety, walczących o każdego klienta vanów z lodami, czy budek z tanim fish’n’chipsem zawiniętym w szary papier. Nie brak za to kawiarenek rozkładających stoliki na nabrzeżu przy przystani, jest spora lodziarnia z przyjemnym tarasem i kilka sklepów z rękodziełem z prawdziwego zdarzenia. Doskonałe miejsce na leniwe popołudnie. Szczególnie przed kolejnym przystankiem…

Dla wielbicieli dziwów

Cwmystwyth, Cwm Elan

elan valley

Dolina Elan w środkowej Walii to miejsce szczególne, o którym będziemy jeszcze pisać szerzej. To 180 km wzgórz i sztucznych zbiorników wodnych stanowiących imponującą spuściznę po wiktoriańskich inżynierach; sposób w jaki potrafili wpisać całe to ogromne przedsięwzięcie w krajobraz nie tylko nie szkodząc mu, ale nawet wzbogacając wizualnie zasługuje na podziw i szacunek.

Elan Valley to jeden z najrzadziej chyba zaludnionych rejonów Walii; długo można jechać i nie spotkać drugiego samochodu. Momentami ma się wrażenie jakiegoś cudownego uroczyska. Szczególnie w takich miejscach jak Cwmystwyth [czyt. kumystłyf], wieś uważana za położoną w samym centrum Walii.

cwm

W dawnych, dawnych czasach Cwmystwyth była niezwykle ważna; jej pozycja była związana z wydobyciem ołowiu, srebra, miedzi i cynku. Górnicza działalność miała tu miejsce już w epoce brązu. Z zamknięciem ostatniej kopalni pod koniec XIX-go/na początku XX-go wieku wieś stopniowo pustoszała, powoli umierając; domy zmieniły się w kamienne szkielety, tory kolejowe powykrzywiał artretyzm, kopalniane urządzenia zjadła korozja. Nastąpiła asymilacja: wieś-duch wpisała się swoim lekko upiornym wyglądem w surowy, nieco księżycowy krajobraz okolicy. Interesujący fakt z Wikipedii – głównie z przyczyn zatrucia ołowiem średnia długość życia tutejszych górników wynosiła niewiele ponad 30 lat. Zapewne wszyscy ci szczęściarze są tam pochowani; świadomość tego tylko dodaje okolicy tej szczególnej atmosfery. Relatywnie niewielka część wsi przetrwała do dziś, mieszkają tam ludzie, prawdziwi, żywi, i nawet stworzyli grupę zajmującą się ochroną lokalnego dziedzictwa historycznego.

Jednak jedyni żywi ludzie, których ja spotkałam na tym księżycowym pustkowiu nie mieszkali wcale we wsi, nie mieli nic wspólnego z lokalnym dziedzictwem i posługiwali się językiem polskim. Z dumą stwierdzam, że duch pielgrzymów-eksploratorów w narodzie żyje i ma się nieźle.

Orientacyjny kod pocztowy dla sat navu: SY23 4AE.

Tintern Abbey – perła Pogranicza

Tintern Abbey – Abaty Tyndyrn

DSC_0002

Eleganckie, strzeliste ruiny Tintern to pozostałość po opactwie, którego początki toną w mrokach dziejów. Według historyków zostało ono wybudowane w XII w i pozostaje najlepszym zachowanym średniowiecznym opactwem w Walii. Jeżeli już sam ten fakt nie zachęca mapekcię żeby się tam zapuścić i dotknąć żywej historii, to dodam, że opactwo położone jest w wyjątkowo malowniczej dolinie rzeki Wye, dokładnie na pograniczu Walii i Anglii; okolica o statusie strefy o szczególnym pięknie naturalnym (area of outstanding natural beauty) oferuje wiele przyjemnych szlaków spacerowych z punktami widokowymi, a na koniec, chociaż przecież wcale nie najmniej ważne, kilka przyzwoitych kafej. Dodatkowym bonusem jest bliskość okazałego zamku Chepstow.

DSC_0079Przez pierwsze kilkaset lat swojego istnienia Tintern było siedzibą zakonu Cystersów, zgromadzenia słynącego z dyscypliny i pracowitości. Dzięki tym cnotom opactwu dobrze się powodziło, ziemie wokół niego były uprawiane a miejscowa ludność zarabiała na usługach wykonywanych na rzecz opactwa. W szesnastym wieku król Henry VIII (słynny mąż ośmiu żon) rozwiązał wszystkie katolickie zakony i przejął ich majątek. Mnisi opuścili Tintern na zawsze. Przez następne dwa stulecia nikt się jakos szczególnie nie interesował podupadającą budowlą; dopiero wiek XIX przyniósł wzrost zainteresowania naukowców, a wiek XX prawną ochronę, restaurację i troskliwą opiekę CADW (czyt. kadu) – organizacji powołanej do ochrony walijskiego dziedzictwa narodowego. Nieopodal samego opactwa, na początku jednego ze szlaków wiodących na okoliczne wzgórze wypatrzeć można dodatkowy bonus – malowniczo oplecione bluszczem ruiny kościółka St Mary’s ze starym cmentarzykiem, który na wiosnę porastają wdzięczne niebieskie dzwonki. Dzisiejszy swój stan kościółek ‘zawdzięcza’ pożarowi z lat 70-tych ubiegłego wieku. Do kościółka można wejść, ale należy zachować ostrożność, bo jego ściany nie są w żaden sposób zabezpieczone.

DSC_0048

DSC_0032

Sama wioska Tintern jest również przyjemna; jak dawniej, głównym źródłem jej utrzymania jest opactwo – kiedyś zatrudniało do pracy, teraz przyciąga spore ilości turystów. Łatwo jednak można uciec od tłumów wybierając któryś ze wspomnianych wcześniej spacerów.

house

Za wstęp na teren opactwa trzeba płacić. Tutaj można sprawdzić aktualne ceny i godziny otwarcia.

Opactwo znajduje się około pół godziny jazdy samochodem od Newport w południowo-wschodniej Walii. Kod do nawigacji satelitarnej NP16 6SE.

Wybrzeże Cardigan [cz.1] – od Mwnt do Cwmtudu

Walia ma ponad tysiąc kilometrów wspaniałego wybrzeża. Całkiem sporo jak na tak niewielki kraj. Jest w czym wybierać. I to właśnie stanowi nie lada problem. Bo gdzie zacząć? Gdzie jest najpiękniej? Co zobaczyć? Wszystko i wszędzie, chciałoby się powiedzieć. Ale że na to trzeba by tygodni, miesięcy, a może nawet i lat, nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się walijskim wybrzeżem w małych dawkach. Jak choćby stukilometrowy kawałek Ceredigion Coast nad Zatoką Cardigan, między ujściami rzek Teifi i Dyfi.

Ten fragment wybrzeża, w swej urodzie, nie różni się szczególnie od pozostałych dziewięciuset kilometrów. Są tu budzące respekt klify – nota bene najwyższe w Walii – zaciszne zatoki, białe plaże, malownicze wydmy, cukierkowe miasteczka i cały ten wiaderkowo-łopatkowy bałagan, którego można się spodziewać nad morzem. Plus delfiny, foki i masa wszelkiego ptactwa. Jedyne czego tu brakuje, to tłumy letników, tak powszechne i irytujące choćby na wybrzeżu sąsiedniego Pembrokeshire, na plażach Glamorgan i Gower, czy na dokładnie zabudowanym domkami letniskowymi Półwyspie Llyn.

Teoretycznie powinniśmy zacząć w tętniącym życiem, kolorowym miasteczku Cardigan. Tu swój początek ma Ceredigion Coast Path – dokładnie dziewięćdziesięciosześciokilometrowy szlak wzdłuż wybrzeża Cardigan Bay. Ale lepiej wystartować od razu znad morza – w Traeth-y-Mwnt.

Miniaturowa osada, do której prowadzi karkołomna, a w dodatku (jak na złość?!) obsadzona wysokim żywopłotem droga, składa się głównie z nazwy, zatoki, która z powodzeniem mogłaby zagrać w którejś części “Piratów z Karaibów”, niewielkiej plaży i klifów, z których szczęśliwcy wypatrzeć mogą czasami delfiny. Oprócz tego, na zielonym zboczu niewielkiego półwyspu wrzynającego się w morze, stoi tu śnieżnobiały, siedemsetletni kościół Świętego Krzyża. Zbudowano go zapewne w miejscu jeszcze starszego kościoła, na trasie pielgrzymek z Saint David’s do opactwa Strata Florida – w samym sercu środkowowalijskiego pustkowia – i na Bardsey – “wyspę dwudziestu tysięcy świętych” na czubku Półwyspu Llyn.

Ludzkie kości, czasem nawet całe szkielety i zardzewiałe kawałki broni, które do dziś sporadycznie wyciągają z ziemi pługi miejscowych farmerów, przypominają o “krwawej niedzieli w Mwnt” – bitwie stoczonej w 1155 roku przez Walijczyków z Flamandami. Ci najwyraźniej już wtedy upatrzyli sobie tutejszą piękną plażę.

Drugi przystanek na nadmorskim szlaku – Aberporth, to skaza na jego obliczu. Przerośnięta wieś z niezbyt urodziwą zabudową i przyklejoną bazą rakietową, to najwyżej dobre miejsce na rybę z frytkami…

Prawdopodobnie w ramach rekompensaty za nadzwyczajną nijakość Aberporth, kolejny punkt na trasie Ceredigion Coast Path, wygląda jak z obrazka. Tresaith, osada wciąż jeszcze zbyt mała by nazywać się choćby wioską, wcisnęła się w niewielką zatokę otoczoną klifami, z piaszczystą plażą i… opadającym wprost na nią kilkunastometrowym wodospadem.

Z Tresaith, mniej więcej dwukilometrowy szlak na szczycie klifu, prowadzi do kolejnej mikroskopijnej osady ukrytej w przytulnej zatoce – Penbryn. Ale zdecydowanie przyjemniej przespacerować się dołem! O ile oczywiście trafi się na odpływ odsłaniający przeszło milę piasku, rozmaitych tworów skalnych i przedziwnych stworzeń żyjących na tym pograniczu dwóch światów.

—|-|—

Kilkaset metrów wgłąb lądu, między Tresaith a Penbryn, na polu sąsiadującym z jednym z wielu w okolicy caravan park‘ów, stoi jeden z ciekawszych walijskich standing stonesCorbalengi Stone. Pod tym, prawdopodobnie wczesnośredniowiecznym, kamieniem, wykopano urnę z prochami i rzymskimi monetami (obecnie znajduje się w Muzeum Narodowym w Cardiff). Na kamieniu zaś, wyryta jest łacińska inskrypcja “CORBALENGI IACIT ORDOVS”. “Ordovs” odnosi się zapewne do lokalnego plemienia Ordowików, ale znaczenia reszty inskrypcji można się jedynie domyślać. Najczęściej przyjmuje się wersje “Corbalengi z ludu Ordowików”, albo “Grób/Tu spoczywa Corbalengi z ludu Ordowików”.

—|-|—

W samym Penbryn warto przysiąść na cream tea albo coś bardziej treściwego, żeby nabrać sił na kolejny odcinek szlaku. Mniej więcej cztery kilometry z Penbryn do Llangrannog to, miejscami, dość wymagający spacer z kilkoma karkołomnymi zejściami i krótkimi, ale męczącymi podejściami. Nagrodą za te (umiarkowane) trudy są widoki na dzikie klify, zatoczki w których przez lata kryli się przemytnicy i niedostępne plaże, gdzie szczęśliwcy mogą czasem spotkać foki.

Llangrannog doskonale wpisuje się w znany już i przyjemny schemat kolorowej osady wciśniętej w niewielką, otoczona klifami zatokę z kawałkiem piaszczystej plaży. Przy czym tu wszystko jest jakby na większą skalę, co niestety, w sezonie i rzadkie słoneczne weekendy, przyciąga tłumy. Łatwo od nich uciec chowając się na jednej z kilku niewielkich plaż, do których prowadzą tajemne ścieżki z grzbietu majestatycznego półwyspu Ynys Lochtyn.

W Llangrannog można w końcu dać odpocząć nogom i, choć nadmorski szlak prowadzi dalej, przesiąść się do samochodu.

Do Cwmtudu prowadzi jedna z tych karkołomnych walijskich dróg, które sprawiają, że człowiek poważnie zastanawia się czy naprawdę warto się męczyć? Warto, bo na końcu tych mocnych wrażeń znajduje się odludna, kamienista plaża, otoczona podziurawionymi jaskiniami klifami, z których podobno prawie zawsze można dostrzec delfiny. Z naciskiem na “prawie”…

Mapa nie pokazuje niestety Ceredigion Coast Path:

Pogranicze w ogniu

muzeum w Presteigne

Pogranicze walijsko-angielskie zawsze było areną zbrojnych przepychanek, mniej lub bardziej udanych powstań i pielęgnowania wzajemnej nieufności. Miasta i wsie regularnie przechodziły z rąk do rąk; ich dzisiejszy wygląd i ogólna atmosfera jest tego odzwierciedleniem. Wzdłuż granicy przebiega słynny Offa’s Dyke, wał ziemny usypany, jak słusznie się domyślasz, przez kolesia o ksywce Offa w VIIIknighton wieku w celu odgrodzenia się Anglosasów od krnąbrnych Walijczyków z Powys. Wałem można sobie pospacerować (jakieś 170 mil); tylko nie w upale, bo można paść przy drodze na odcinku leśnym i nikt cię nie znajdzie przez miesiące. Ja miałam szczęście, bo się znalazłam i szybko dostarczyłam do pubu w pobliskim miasteczku Knighton, gdzie zaprawiona w pierwszej pomocy barmanka szybko postawiła DSC_0059przede mną zimną shandy z wyjątkowo smacznym piwem z niedużego browaru Wye Valley. Jak nie jestem przesadną fanką piwa, tak do tego konkretnego mam bardzo ciepły stosunek; cechuje je wyjątkowa aksamitność. Od razu zastrzegam, że niestety, tego artykułu nie sponsoruje browar Wye Valley i niestety, DSC_0061nikt nie zaoferował mi dwóch skrzynek próbek reklamowych. Ech. Uwaga: z brytyjskimi pubami/gospodami nie ma żartów, jeśli jesteś zapchlonym trampem, wędrownym reprezentantem handlowym lub wielbicielem walk kogutów – nie wejdziesz. No pasaran. A posiadane sztylety i miecze będziesz musiał zdeponować na recepcji na przechowanie.

Ciekawostka: walijskie miasteczko Knighton jest dumnym posiadaczem malutkiej stacji kolejowej znajdującej się… w Anglii. Konkretnie w malowniczym hrabstwie Shropshire; warto udać się tam na spacerek.

DSC_0188 shr

Generalnie dziś jedynym ogniem na pograniczu jest niespodziewane gorące lato. Tak, zdarza się. Czasami. I w takie lato szczególnie warto tu przyjechać.

kamping w prestineNiedaleko od Knighton leży Presteigne [czyt. prestin] w którym mają fantastyczny kamping. Kamping charakteryzuje się idealnym sielankowym położeniem, znakomitymi łazienkami, sympatyczną atmosferą oraz krukami, które zaczynają się wydzierać o czwartej rano, rewidując moje poglądy na powszechny dostęp do broni palnej. Do centrum Presteigne2 [walijskie Llanandras] idzie się przez pola i pagórki, i tak samo wraca w środku nocy, co ja już zapomniałam, jakie to może być fajne, zwłaszcza przy pełni księżyca i dużej ilości pokrzyw. Presteigne jest sympatycznym miasteczkiem o ładnej architekturze i wyluzowanej atmosferze, powstałej głównie na skutek napływu podstarzałych hippisów wypłukanych z wyścigu szczurów i szukających alternatywnych styli (stylów?) życia (żyć?).

4Presteigne szczyci się posiadaniem świetnego muzeum, Judge’s Lodging, czyli wiktoriańskiego budynku sądu z czasów, kiedy do miasteczka raz w miesiącu zjeżdżał sędzia by roztrząsać spory i godzić waśnie; muzeum zachowałoDSC_0113 autentyczny charakter z mnóstwem starych gadżetów do pomacania czy założenia na siebie, i lampami na świeczki w ciemnych korytarzach produkującymi atmosferę. Zdecydowanie warto odwiedzić. Stronka muzeum z przydatnym info.

Presteigne ma też swoją straszną zbrodnię. Niejaka Mary Morgan, lat 17, służąca, poczęła przy współudziale bliżej nieznanego dżentelmena dziecko, które następnie urodziła cichcem i udusiła w obawie przed osądem społecznym. Podobno, jak głosi legenda, nakłonił ją do tego jej własny ojciec, który nie mógł znieść myśli o hańbie w 6rodzinie (chrześcijanie? Nie może być). Podobno sympatyczny tatuś również zasiadał w sądzie, który skazał Mary na śmierć za jej czyn. Nagrobek pełen chrześcijańskiej miłości ufundowany przez Sprawiedliwych Tego Świata oraz tablica dodana kilkaset lat później znajdują się na cmentarzu w Presteigne i są wymownym świadectwem moralności w tamtych czasach (warto powiększyć i się wczytać). Sprawa całego nieszczęścia, ojciec nieszczęsnego dziecka Mary oczywiście nie został pociągnięty do jakiejkolwiek odpowiedzialności. Feminizm wrze w człowieku jak woda w czajniku; ale takie to były (?) czasy.

Presteigne posiada również festiwal muzyki niesprecyzowanej, kilka pubów, kafej i greckie bistro (pysznemapek gołąbki w liściach winnych). To wszystko razem to przepis na bardzo przyjemny weekend za miastem.

Namiary na kamping gdyby ktoś miał ochotę.

5

Walijskie plażowanie

Z trzech stron oblana morzami Walia to raj dla miłośników plaż, chociaż niekoniecznie plażowania. Plażuje się na spieczonej słońcem Gran Canarii; w Walii plaże podlegają ogromnym pływom, więc są mokre przez sporą część doby. Tudzież zakryte wodą. Na dodatek wiele z nich jest skalistych lub kamienistych. W związku z tym po plażach w Walii się głównie chodzi tu i tam, wpatruje tęsknie w horyzont, przysiada na skale wystawiając twarz do słońca, przygląda formom życia w skalnych oczkach wodnych, uklepuje babkę z mokrego piachu, walczy z wiatrem i wyprowadza pieski na spacer. Czasem, powiedzmy w co ładniejszy letni dzień można ostatecznie przycupnąć gdzieś na ręczniczku. Plaż są setki, od rozległych gigantów po malutkie zatoczki z kilkoma ziarenkami piasku. Oto kilka propozycji w temacie; wpis będzie w miarę systematycznie rozbudowywany.

RHOSILLI – półwysep Gower, Walia Południowa

Rhossilli

Uznana w 2010 r za najpiękniejszą plażę UK, szczyci się niewątpliwie jedną z najatrakcyjniejszych linii brzegowych w kraju. Plaża-ikona. Do wytropienia na półwyspie Gower w Walii Południowej, niedaleko od Swansea. Przyciąga tłumy turystów, a jak wieje, to już wieje. Płatny parking, kilka kafej; można spokojnie spędzić cały dzień spacerując po klifach i plażach a potem herbatka, fryty, te sprawy.  czytaj więcej.

SOUTHERNDOWN – Walia Południowa

Southerndown

Jedno z moich ulubionych miejsc w Walii. Nie tylko malownicze klify i plaża, po której przy odpływie można chodzić godzinami, ale też post-wiktoriańskie ogrody, w których można znaleźć prawdziwy azyl; zwłaszcza, jak na klifach wieje zupełnie od rzeczy. Plus fantastyczny punkt widokowy, który przy odpływie posiada faktor opadniętej szczeny. Więcej o okolicy tu.

Southerndown

FRESHWATER WEST – zachodnie Pembrokeshire

Freshwater West

Przepiękna rozłożysta plaża, pełna kamieni, naturalnych oczek wodnych, piaskowych wydm i całkiem sporych skał. Stanowi część parku narodowego Pembrokeshire. Jest też ulubienicą filmowców: tylko ostatnio filmowano tu scenę śmierci Dobby’ego z Harry Pottera, a chwilę przedtem np. kiepskiego Robin Hooda z Russelem Crowe.  Więcej o tej okolicy tu.

BARAFUNDLE BAY – Pembrokeshire

Barafundle Bay, Pembrokeshire

Ukryty klejnot Walii, w ładny dzień zapiera dech w piersiach. Ukryty głównie dlatego, że nie można do niego dojechać, trzeba sobie dojść, co eliminuje tłumy, zwłaszcza wyznawców św. Grilla. Plaża w stylu nieomal greckim wyłania się znienacka zza murku biegnącego wzdłuż ścieżki krajoznawczej; trochę obłupanego na skutek wciąż opadających na niego szczęk. Plus plaża ma delikatny piaseczek, można zalec z kocykiem jeśli pogoda pozwoli, ucieszyć się życiem troszeczkę. więcej o okolicy tu.

PLAŻE CARDIGAN BAY – Walia zachodnia

Cardigan Bay

Również na zdjęciu u góry strony. Poukrywane w niedużych zatoczkach plażunie znajdują się praktycznie na końcu każdej drogi, każdej ścieżki w Cardigan Bay. Małe mieścinki jak ta powyżej są najczęściej nastawione na turystów, można wynająć pokój, cottage z widokiem, coś zjeść; klubów, głośnej muzy i dragów raczej nie ma. Można za to tu i ówdzie usłyszeć walijski, chociaż sporo biznesów prowadzą nie-Walijczycy. Więcej o tej okolicy tu.

Cardigan Bay

THREE CLIFFS BAY – półwysep Gower, Walia Południowa

3 Cliffs Bay, półwysep Gower

Piękna zatoka z olbrzymią plażą, nazwana na cześć charakterystycznej formacji skalnej widocznej na zdjęciu. Do zatoki trzeba sobie dojść, np. z miejscowości Southgate (bezpłatny parking, kafeja). Bardzo przyzwoity spacer, częściowo po piaszczystych wydmach, warto zadbać o wygodne buty.

Plaże TENBY– Walia Zachodnia

TenbyPiaszczyste plaże chyba najpopularniejszego walijskiego kurortu, Tenby, od lat szczycą się posiadaniem tzw. ‘blue flag’, czyli najwyższego standardu czystości. Spędzić dzień w Tenby to jak pojechać na jednodniowe wakacje; plaże są kuszące, a samo miasteczko urocze i gościnne. Więcej o Tenby znajdziesz tutaj.

Estuarium Ynyslas

Estuarium YnyslasDwa razy na dobę olbrzymi przypływ zmienia dość wąskie ujście rzeki w ogromne estuarium, zatapiając niekończące się plaże i wdzierając się zaborczo w głąb lądu. To niezwykłe miejsce; dodatkową zaletą jego dziwnie pustynnego przy odpływie krajobrazu jest to, że spotkać tu można wydmy podobne do tych z Wolińskiego Parku Narodowego. Estuarium Ynyslas znajduje się na północ od Aberystwyth.

Strona w rozbudowie.

Skansen St Fagans – dotknąć historii


Skansen St Fagans niedaleko Cardiff jest atrakcją w skali całego kraju. Jego pełna nazwa brzmi St Fagans National History Museum, tudzież Museum of Welsh Life, czyli muzeum życia walijskiego, co idealnie podsumowuje jego charakter i cel. Na swojej stronie skansen chwali się, że jest domem dla ‘żywej historii’ – i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady.

St Fagans cieszy się moim szczególnym sentymentem, chętnie tam wracam przynajmniej raz w roku. Skanseny są chyba najsensowniejszym typem muzeów; bezboleśnie i bez ziewania zabierają nas w podróż przez historię, pozwalając jej dotknąć, na moment stać się jej częścią.

Na sporej powierzchni St Fagans znajduje się kolekcja autentycznych budynków z różnych epok, poprzenoszonych często pieczołowicie kamień po kamieniu z różnych stron Walii, co nierzadko ratuje je przed popadnięciem w ruinę; są sklepy jak żywcem wyjęte ze starych kronik telewizyjnych, urząd pocztowy z czasów wojny, kościółek, kaplica, Workman’s Hall, kuźnia w której można podpatrzeć kowala przy pracy. Nawet piekarnia, która tradycyjnym sposobem wypieka na sprzedaż chleb i walijskie ciasteczka (welsh cakes). Przy domach uprawia się ogródki, hoduje zwierzęta; wszystko utrzymane jest w duchu epoki którą dany budynek reprezentuje. Są nawet prehistoryczne chaty z paleniskami w środku. Jednym z najciekawszych ‘eksponatów’ jest szereg malutkich domków reprezentujących zmiany w wystroju wnętrz mieszkań na przestrzeni XX wieku. Nie może oczywiście zabraknąć zamku. Wszystko to razem otacza morze zieleni.

To świetne miejsce na spędzenie całego dnia.  Niezwykle kompetentna obsługa (od której wymaga się m.in. znajomości języka walijskiego) nie tylko wie o czym mówi, ale przede wszystkim bardzo lubi ucinać sobie pogaduszki.  Warto zagadnąć; konwersując przy buzującym ogniu w chatce z XVIII w można dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy o tym jak to drzewiej w Walii bywało. Skansen organizuje wiele ciekawych imprez, które nie tylko uczą, ale najczęściej również bawią; przykładowo co roku w okolicach Świąt Bożego Narodzenia można wybrać się na kolektywne śpiewanie brytyjskich i walijskich kolęd – wychodzi różnie, zwłaszcza po walijsku, ale doświadczenie jest przednie. Na terenie skansenu można sobie zrobić piknik, no i oczywiście skorzystać z dobrodziejstw kafejki.

Wstęp do muzeum jest bezpłatny ale trzeba zapłacić za parking. Muzeum jest czynne codziennie 10.00-17.00. Kod pocztowy dla satnavu: CF5 6XB.

Więcej informacji na temat samego muzeum i organizowanych imprez tutaj.

Skansen St Fagans

Królowa brytyjskich plaż

Majestatyczna Rhossili nieustannie bryluje w rankingach turystycznych – w 2010 roku została nawet uznana za najpiękniejszą plażę w całej Wielkiej Brytanii. Znajduje się w zachodniej części półwyspu Gower, niedaleko od Swansea.

Półwysep Gower jest jednym z pięciu “Obszarów o wybitnym pięknie naturalnym” (Area of Outstanding Natural Beauty; AONB) w Walii. Według powszechnej opinii to właśnie Rhossili jest klejnotem w jego koronie. Nie tylko długa na 5 km plaża, ale cała zatoka o tej samej nazwie jest niezwykle atrakcyjna wizualnie. To tutaj znajduje się jedna z walijskich ikon krajobrazu, charakterystyczna formacja skalna o nazwie Worm’s Head. W trakcie przypływu staje się wyspą. W określonych godzinach można się na nią dostać korzystając ze skalnego traktu odsłanianego przez olbrzymi odpływ. Ciekawostka: podczas odpływu na plaży Rhossili można podziwiać szczątki statku, który rozbił się tutaj w roku 1887.

Otoczona morzami Walia może się pochwalić drugimi co do wielkości pływami na świecie. Nieustannie zadziwia i zachwyca mnie rozpiętość tego zjawiska. Odpływ w ciągu kilku godzin odsłania plażę czasem nawet o kilkukilometrowej szerokości, po czym morze zawraca by znów wziąć ją całą w posiadanie – ten spektakl natury powtarza się dwa razy na dobę, czyniąc wiele miejsc w Walii, w tym także Rhossili, przepięknie zmiennymi. Minusem tego zjawiska jest ograniczona możliwość wylegiwania się na często mokrym piasku. Ale mokry piasek w niczym nie przeszkadza spacerowiczom i niespokojnym duszom szukającym ukojenia w pięknie dzikiej natury z dala od zgiełku cywilizacji. Następstwo pływów wymaga jednak zachowania pewnej ostrożność przy planowaniu wielogodzinnych spacerów wzdłuż wybrzeża. Godziny przypływów i odpływów są zmienne, ale w internecie bez problemu można znaleźć bieżące informacje (tide times).

Jak turystyczny hotspot, Rhossili posiada oczywiście infrastrukturę taką jak miejsca do spania o różnym standardzie, kafeje i puby, visitor center prowadzony przez National Trust, oraz ogromny parking (płatny). O tym, jak bardzo dochodowy jest parking w tej lokalizacji świadczy fakt, że National Trust odkupił go niedawno od prywatnych właścicieli za – bagatelka – 3 miliony funtów.

Królową brytyjskich plaż znajdziecie tu:

Zatoka i plaża wystąpiły w kilku programach telewizyjnych i serialach, włączając niedawno emitowany Torchwood. Pięknie prezentują się w przejmującym teledysku do piosenki Lover of the light grupy Mumford&Sons.

Twój przewodnik po Walii i angielsko-walijskim Pograniczu