1940 Swansea Bay – muzeum inne niż wszystkie

sw

Najczęściej, niestety, kojarzy się z gablotami z zakazem zbliżania się, mnóstwem dat i ziewaniem. Tymczasem jak dobrze poszukać, to można znaleźć muzeum, w którym można się po prostu dobrze bawić; większość eksponatów można wziąć do ręki, a nawet założyć na siebie i użyć do trzaśnięcia stylowej fotki. Takie jest właśnie 1940 Swansea Bay, muzeum poświęcone drugiej wojnie światowej, a konkretnie niemieckim nalotom na Swansea w 1940r i ich wpływowi na życie mieszkańców miasta. Można przespacerować się po schronie, zajrzeć do domów z epoki, sprawdzić co tam można było dostać w sklepach; można pobawić się w faszynistę przymierzając sukienki z epoki. Dzieci i młodzi przychodzą po wiedzę przez zabawę, starsi na fali sentymentu. Dla nich to nie muzeum, ale projekcja wspomnień z młodości. Muzeum organizuje liczne imprezy, często w strojach z epoki; zapowiedzi i informacje o wydarzeniach i aktualnościach można znaleźć na dość niestety prymitywnej stronce muzeum.

Muzeum jest otwarte codziennie od 10 do 17, ostatnie wejście o 15. Parking jest darmowy, ale wstęp płatny: dwa lata temu płaciło sięswa 5.70, teraz pewnie trochę więcej, ale warto. Dojazd autostradą M4 w kierunku Swansea, zjazd 42 i dalej po brązowych znakach; można dojechać autobusem z centrum Swansea, autobus nr 158 (Banwen) jedzie tam około 8 minut. Kod pocztowy dla sat navu: SA1 8PT

Szybki spacer po Conwy

Podobnie jak w Caernarfon, Harlech i kilku innych miastach regionu, zamek i miejskie fortyfikacje Conwy wzniesiono z polecenia króla Edwarda I i według projektu mistrza James’a od Świętego Jerzego. I podobnie jak pozostałe, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO twierdze “Żelaznego Pierścienia”, mimo upływu siedmiu wieków – zachwyca.

Conwy CastleTym co wyróżnia Conwy Castle, jest pozornie niezbyt strategiczne położenie. Ale, właśnie, to tylko pozory! Średniowieczną fortecę wybudowano na niewysokiej, ale i niezniszczalnej platformie skalnej, tuż przy ujściu rzeki Conwy. Zrezygnowano nawet z charakterystycznych dla konstrukcji St. George’a podwójnych murów obronnych, uznając najwyraźniej, że dwa barbakany i osiem potężnych baszt wystarczy by zniechęcić kogokolwiek do ataku.

Conwy CastleCo zasługuje na podkreślenie, tę niezwykłą – nawet w skali europejskiej – twierdzę, wzniesiono w rekordowym czasie zaledwie czterech lat. Na placu budowy uwijało się półtora tysiąca rzemieślników i murarzy. Ostateczny rachunek opiewał zaś na piętnaście tysięcy funtów, co czyniło z Conwy najkosztowniejszą inwestycję Edwarda I. W przeliczeniu na dzisiejsze funty, byłyby to jakieś niewyobrażalne miliony! Chyba było warto, skoro zamek stoi do dziś i wciąż budzi respekt swoją przytłaczającą potęgą…

Conwy CastleTuż obok zamku, dosłownie dwa kroki, brzegi rzeki Conwy spina słynny Conwy Suspension Bridge. Ten wiszący most, zbudowany w 1826 roku, jest dziełem Thomas’a Telford’a – jednego z najbardziej utalentowanych inżynierów z czasów angielskiej rewolucji przemysłowej. Kiedyś most stanowił część ważnego szlaku, łączącego Walię z Północną Irlandią. Dziś, wyłączony z ruchu, wraz ze stróżówką, w której pobierano myto (obecnie £1 na rzecz National Trust), stanowi najwyższej klasy zabytek techniki. W dodatku całkiem przyjemny dla oka.

Conwy Suspension BridgeBędąc w Conwy, warto też wybrać się na spacer wzdłuż murów obronnych starego miasta. Wybudowano je w tym samym czasie co zamek, dla ochrony napływających tu z Anglii nowych mieszkańców, przed Walijczykami, którzy co kilka lat upominali się wolność w mniej lub bardziej skutecznych rebeliach i powstaniach. Praktycznie cały, przeszło kilometrowej długości pierścień otaczający miasto i 21 baszt, przetrwały do dziś.

ConwyKilka perełek znajdziemy też w obrębie murów. Chociaż mówienie o perłach jest trochę niesprawiedliwe, bo w zasadzie cała starówka wygląda doskonale!

Wśród najcenniejszych pamiątek po dawnych czasach, wymienia się jednak przede wszystkim Plas Mawr. Ten najlepiej zachowany na Wyspach elżbietański dom-pałac, wzniesiono w latach 1576-85 (a więc budowano go dłużej niż ogromny zamek!), dla bogatego i wpływowego kupca Robert’a Wynn’a. Miłośników antyków czeka tu niezła uczta. Wystrój i wyposażenie pałacu zachowały się w niemal idealnym stanie.

Uliczki Starego Conwy. Z lewej strony widać Plas MawrParę ulic dalej, w samym centrum starego miasta, przy Castle Street, stoi Aberconwy House. Niepozorny, lekko koślawy dom zbudowany z drewna i kamienia datowany jest na XIV wiek, co czyni go prawdopodobnie najstarszym budynkiem mieszkalnym w Conwy.

Najmniejszy dom w Wielkiej BrytaniiInny domek z serii “naj”, stoi przyklejony do murów miejskich od strony przystani. To najmniejszy dom w Wielkiej Brytanii. A przynajmniej tak jest reklamowany. Jeszcze na początku ubiegłego stulecia, w tej kamieniczce wielkości kiosku “Ruchu”, mieszkał samotny rybak. Teraz mieści się tu – podobno nieszczególnie interesujące – muzeum.

Dolwyddelan – siedziba walijskich książąt

Trochę to smutne, a trochę ironiczne, ale kiedy mówi się o walijskich zamkach, chodzi najczęściej o zamki wybudowane w Walii przez Anglików w celu poskromienia Walijczyków i skolonizowania ich krainy. Stąd też, czasem, miejscowi nie do końca podzielają zachwyty turystów nad wspaniałymi twierdzami “Żelaznego Pierścienia”. Dla równowagi warto więc odwiedzić kilka walijskich zamków w Walii. Te, choć rzadko równie imponujące, opowiadają często ciekawsze historie…

Dolwyddelan Castle zbudowano na wysokiej skale, z której, oprócz malowniczej górskiej panoramy, doskonale widać drogę między Betwys-y-Coed a Blaenau Ffestiniog. Dziś zaznaczona na mapach jako A470 i wymieniana wśród najbardziej malowniczych na Wyspach, trasa ta od stuleci była jedną z ważnych przepraw przez góry Snowdonii. Stąd zapewne wybór strategicznego miejsca na budowę zamku.

Do końca nie wiadomo kto i kiedy wzniósł tę kamienną strażnicę. Legendy mówią, że tu właśnie, w 1173 roku, przyszedł na świat Llywelyn ab Iorwerth, zwany Wielkim – jeden z najważniejszych władców w dziejach celtyckiej Walii. Historycy natomiast skłonni są raczej jemu właśnie przypisywać autorstwo pomysłu budowy zamku w tym miejscu. Szczególnie, że wraz z niedalekimi – a wzniesionymi z jego polecenia – zamkami Dolbadran i Prysor, tworzyły system kontroli nad górską częścią wciąż jeszcze niezależnego państwa walijskiego kierowanego przez Llywelyn’a Wielkiego i jego następców.

Pewne jest za to, że przez kilka dziesięcioleci, Dolwyddelan był siedzibą kolejnych książąt i dworu. Do 1283 roku, gdy w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, praktycznie bez walki, znalazł się w rękach Anglików prowadzonych przez Edwarda I.

Nowi gospodarze, niemal z biegu, wzięli się za przebudowę zamku. Obok nietypowej, czworokątnej wieży, stanęła druga – okrągła. Wzmocniono obronę naprawiając mury i sprowadzając najnowocześniejsze machiny wojenne, po czym twierdzę obsadzono doborowym garnizonem. Królewskie inwentarze podają, że wojów z Dolwyddelan wyposażono nawet w specjalne białe tuniki i rajtuzy na wypadek prowadzenia wojny w zimie.

…a wszystko to na próżno, bo zamek nigdy już nie odegrał żadnej istotnej roli. Z czasem został opuszczony i pozostawiony na pastwę nieprzyjaznej snowdońskiej aury. Kilku epizodycznych właścicieli na przestrzeni wieków nie miało większego wpływu na kształt i stan zamku. Dopiero w XIX wieku przeprowadzono poważniejsze prace remontowe, by nie powiedzieć reanimacyjne.

Znamienne – szczególnie dla licznych w tych stronach walijskich nacjonalistów – że w całkiem przyzwoitym stanie przetrwała do dziś tylko wieża wzniesiona przez i dla prawowitych walijskich książąt, podczas gdy z młodszej – angielskiej, został ledwie kawałek poszarpanej ściany.

Dziś, położonym na prawdziwym odludziu, zamkiem Dolwyddelan opiekuje się CADW, który za wstęp pobiera skromne £2.80. Ale… dla skąpców i spragnionych przygód istnieje “tajne” wejście: zaczynający się na zamkowym parkingu Castle Trail. Średnio wymagający spacer zajmuje około godziny, gwarantuje doskonałe widoki i bliższe spotkania z owcami.


Dzielni woje z Harlech

W Harlech, na wysokim klifie, stoi jeden ze wspaniałych zamków wybudowanych na polecenie Edwarda I, które razem tworzyły tzw. “Żelazny Pierścień” wokół północno-zachodniej Walii.

Harlech CastleChoć nie największy i nie najpotężniejszy, Harlech Castle uważa się za jeden z najdoskonalszych przykładów średniowiecznej architektury militarnej. Już samo położenie imponuje: z trzech stron dostępu do twierdzy chronią urwiste zbocza; czwartą – wschodnią – zabezpieczono wykutą w skale (!!!) fosą i potężną bramą.

Harlech CastleKamienną fortecę wzniesiono w imponująco krótkim czasie, zaledwie siedmiu lat (1283-90), za skromne, w porównaniu do innych edwardiańskich zamków, 8190 ówczesnych funtów. W okresach najintensywniejszych robót, na placu budowy uwijał się prawie tysiąc wykwalifikowanych rzemieślników i robotników. Całością prac kierował genialny architekt, “Mistrz Robót Królewskich w Walii” – James of St. George d’Estagne. I jemu właśnie, po zakończeniu budowy, król powierzył dowództwo nad garnizonem, z niezgorszą pensją stu marek, czyli sześćdziesięciu sześciu dawnych funtów rocznie.

Harlech CastleSt. George, który zamieszkał w wygodnych apartamentach w głównej bramie, miał pod sobą trzydziestu ludzi, w tym, między innymi, dziesięciu kuszników, kapelana, kamieniarza i cieślę.

Harlech CastleO ironio, zamek zbudowany by trzymać w ryzach niepokornych Walijczyków, w czasie powstania pod wodzą Owain’a Glyndŵr na początku XV wieku, jako jeden z kilku musiał poddać się insurgentom. Na kilka lat Harlech stało się nieoficjalnym centrum walczącego o niepodległość kraju. Tu zwoływano parlament i rady, i tu właśnie księciem Walii mianowano Owain’a Glyndŵr.

Harlech CastleDopiero pod koniec 1408 lub na początku 1409 roku, po ciężkich bombardowaniach, Anglikom udało się odbić zamek. Dowodził nimi Henry of Monmouth, późniejszy król Henryk V.

Harlech CastleJednak najcięższe i najdłuższe oblężenie w historii całej Wielkiej Brytanii, kamienna forteca przeżyła pod koniec Wojny Dwóch Róż w latach 60. XV wieku. Przez siedem lat (!!!) zamku bronili stronnicy Lancaster’ów. Ich determinację opiewają wersy “Men of Harlech” – ulubionej pieśni fanów rugby, orkiestr wojskowych i “nieoficjalnego hymnu narodowego Walii”, jak bywa czasem nazywana [wersja walijska i wersja angielska].

Harlech Castle z widokiem na Cardigan BayPrzez wieki “tajną bronią” Harlech były sześćdziesięciometrowe schody prowadzące od zamku do podnóża klifu, na którym stoi. Dawniej bowiem, można było się do niego dostać… łodzią lub nawet statkiem! Tą drogą, podczas oblężenia zamku, dostarczano załodze wodę, żywność i resztę zaopatrzenia. Dziś, patrząc na odległe o kilkaset metrów morze, trudno w to uwierzyć…

Widok z zamku na Snowdonię i Półwysep LlŷnPo raz ostatni kroniki wspominają o Harlech przy okazji Wojny Domowej. Po zdobyciu zamku przez zwolenników parlamentu w 1647 roku, padł rozkaz zrównania go z ziemią. Szczęśliwie niewykonany. Dzięki temu, 339 lat później, w listopadzie 1986 roku zamek Harlech, wraz z zamkami Beaumaris, Caernarfon i Conwy trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Caernarfon – “najwspanialszy zamek jaki widziało ludzkie oko”

Gdy na początku lat 80. XIII wieku, Edward I spacyfikował północno-zachodnią Walię i otoczył kraj pierścieniem kamiennych fortec od Aberystwyth na środkowym wybrzeżu, aż po Flint w pobliżu historycznej granicy walijsko-angielskiej, jako główny ośrodek administracyjny nowych ziem wyznaczył Caernarfon. Siedzibą władz miał być “najwspanialszy zamek jaki widziało ludzkie oko”. Wykonania tak ambitnego zadania mógł się podjąć jedynie genialny James of St. George d’Estagne – nadworny architekt normańskiego władcy.

Caernarfon CastleW zamyśle twierdza wraz z przylegającym do niej miastem miała nawiązywać do imperialnej potęgi Rzymu, inspiracją dla fortyfikacji miały być mury Konstantynopola, a całość przywoływać miała mity i legendy celtyckie. Trudno powiedzieć na ile udało się plany te zrealizować. Nie ulega jednak wątpliwości, że po siedmiuset latach Caernarfon Castle wciąż zadziwia i imponuje.

Caernarfon CastleMasywne i wysokie mury wyrastające tuż przy brzegu rzeki Seiont i Menai Strait, nawet dziś wydają się nie do sforsowania. Podobnie jak główna brama – King’s Gate – którą po zniszczeniach dokonanych podczas rebelii Walijczyków w 1284 roku, odbudowano jako fortecę samą w sobie (zdaniem historyków, była to czysta przesada nastawiona na efekt zastraszenia). Potężne, wyjątkowe bo ośmiokątne, baszty podwyższono dodatkowo dziewięcioma wieżyczkami. Kilka z nich wieńczyły niegdyś kamienne orły, co miało nawiązywać do rzymskiej tradycji. Do tego fosa, druga potężna brama, mosty zwodzone i mnóstwo nowoczesnych rozwiązań, mających przede wszystkim odstraszać i studzić buntownicze zapędy Celtów.

Caernarfon CastleAle militarne panowanie najwyraźniej Edwardowi I nie wystarczało. Chciał złamać ducha Walijczyków i raz na zawsze ustanowić zwierzchność Londynu nad całą krainą. Legenda głosi, że król obiecał ciągle niespokojnym tubylcom księcia urodzonego na walijskiej ziemi i niemówiącego słowa po angielsku. Obietnicy dotrzymał: 25 kwietnia 1284 roku, królowa Eleonora, w tymczasowych drewnianych apartamentach, powiła Edwarda z Caernarfon.

Caernarfon CastleCzy ów podstęp jest jedynie zmyśloną historią mającą ośmieszyć naiwność podbitego narodu, czy rzeczywiście tak było, faktem pozostaje, że niemówiącego żadnym językiem niemowlaka urodzonego w Caernarfon, wyznaczono na pierwszego księcia Walii wywodzącego się z angielskiej rodziny panującej. Odtąd, każdy pierworodny syn królewski, zanim objął tron w Londynie, otrzymywał tytuł księcia Walii.

Caernarfon CastleOficjalna uroczystość mianowania Edwarda z Caernarfon walijskim suwerenem, odbyła się, rzecz jasna, w zamku Caernarfon, siedem lat po jego narodzinach. Kolejni książęta nie odczuwali już jednak specjalnej presji i przywiązania do rytuałów i zadowalali się uroczystościami w stolicy. Aż do początków XX wieku. W 1911 roku, najsłynniejszy walijski polityk, wówczas parlamentarzysta – David Lloyd George, zaproponował przeniesienie ceremonii mianowania kolejnego z Edwardów na księcia Walii z powrotem do zamku Caernarfon.

Nadbrzeżne mury obronneNowa świecka tradycja przyjęła się i w 1969 roku, znany wszystkim doskonale z niepospolitej urody książę Karol Mountbatten-Windsor, również tu otrzymał swój tytuł.

Trzeba jednak powiedzieć, że formalna zwierzchność nad krajem, w żaden sposób nie przekłada się na władzę nad sercami jego mieszkańców. Dla nacjonalistów walijskich, Windsor jest nikim więcej, jak tylko kolejnym uzurpatorem. A spotykane tu i ówdzie na północy Walii graffiti “Precz z kolonistami”, nie odnoszą się bynajmniej do letników i dobitnie świadczą o stosunku Celtów do narzuconej im przed wiekami okupacji.

The Three Castles – White Castle

Największy i najlepiej zachowany z całej “trójki”, w przeciwieństwie do Grosmont i Skenfrith, stoi samotnie na wzgórzu, z którego rozciągają się widoki na dolinę rzeki Usk, świętą górę Skirrid, a w ładny dzień nawet na odległe szczyty Parku Narodowego Brecon Beacons.

Z powrotem po walijskiej stronie granicy, stara wiejska droga łącząca Monmouth z Abergavenny, mija Skenfrith i wijąc się setką zakrętów wśród niewielkich pagórków osiąga przełęcz strzeżoną przez ostatni z Trzech Zamków – White Castle.

Największy i najlepiej zachowany z całej “trójki”, w przeciwieństwie do Grosmont i Skenfrith, stoi samotnie na wzgórzu, z którego rozciągają się widoki na dolinę rzeki Usk, świętą górę Skirrid, a w ładny dzień nawet na odległe szczyty Parku Narodowego Brecon Beacons. Wokół zamku nie rozrosło się miasteczko ani nawet wieś. Przyzamkowe gospodarstwo i dwa, może trzy domki ukryte w zarośniętych ogrodach, to jedyne ślady życia w promieniu co najmniej mili.

White CastleAle od samego początku, od pierwszego drewnianego fortu jaki zbudowali w tym miejscu w latach siedemdziesiątych jedenastego wieku Normanowie, było jasne, że Llantilio Castle – jak go wówczas nazywano – ma być wojskowym posterunkiem, stanicą graniczną, zaciszną i bezpieczną przystanią dla wojska, na niespokojnym Pograniczu. Dlatego historyczne rachunki nie wspominają o kominkach w prywatnych apartamentach, zdobnych oknach i innych “fanaberiach”. W Llantilio budowano mury, baszty, jeszcze więcej murów i kopano fosy.

Zaczął prawdopodobnie William FitzOsbern (fitz Osbern). Ten sam, który wybudował pierwsze zamki w Grosmont, Abergavenny, Monmouth, Chepstow i pewnie z tuzin innych. To przez niego i jego akcję kolonizacyjną (wtedy zamki nie służyły do zwiedzania!) dzisiejsze Monmouthshire – prawie tysiąc lat później – wciąż miota się pomiędzy Anglią i Walią, nie wiedząc gdzie ma bliżej.

White CastlePóźniej, zamek kilkakrotnie zmieniał właścicieli na różnych “fitz” i “de”, o których wiadomo w zasadzie tylko tyle, że byli. Aż w 1137 roku, w obliczu jednego z niezliczonych buntów Walijczyków, król Stefan połączył Grosmont, Skenfrith i, wciąż jeszcze, Llantilio w jedno hrabstwo, chcąc w ten sposób usprawnić kontrolę Pogranicza. Pomysł być może słuszny, w praktyce nie do końca się sprawdził.

Nie minęło nawet pół wieku, gdy, w 1182 roku, zamek zdobyli Walijczycy. Ich flaga powiewała nad Llantilio przez dwa lata. I tylko dzięki mediacjom wpływowego na normańskim dworze walijskiego księcia Rhysa ap Gruffydd, celtyccy powstańcy wycofali się. Kiedy ostatni z nich zniknął w głębokich dolinach Black Mountains, do pracy przystąpił królewski inżynier Ralph of Grosmont. W ciągu dwóch lat wydał sporą sumę na remont stojącej już wcześniej kamiennej baszty i otoczenie głównego zamku kamiennym murem, który niemal nietknięty przetrwał do dziś.

White CastlePo Ralphie pojawia się dobrze znany hrabia de Burgh. Najwyraźniej jednak to co zastał w Llantilio w zupełności go zadowalało, bo wyjątkowo, poza drobnymi przeróbkami i remontami, niewiele tu zmienił.

Chociaż, co do tego nie ma wśród historyków pełnej zgody. Część przypisuje de Burghowi praktycznie całkowitą przebudowę zamku, do kształtu w jakim oglądać można go obecnie. Inni z kolei upierają się, że to robota księcia Edwarda – późniejszego króla Edwarda I – albo Lancasterów, którzy zadomowili się tu po 1267 roku. Stronnicy hrabiego Huberta odwołują się do podobieństw między odnowionym Llantilio, a jego innymi zamkami, między innymi w Montgomery, Dover i Hadleigh. Natomiast ci, którzy sprzyjają Lancasterom, przypominają, że lata sześćdziesiąte trzynastego wieku, to czas największej w dziejach Wysp rebelii Walijczyków, zjednoczonych i dowodzonych przez potężnego księcia Llywellyna ap Gruffudd.

White CastleO jakie zmiany chodzi? Przede wszystkim “obrócono” zamek o sto osiemdziesiąt stopni. Dotychczasową południową bramę, sąsiadującą z kamienną basztą pamiętającą początki zamku, zamieniono w tylne wyjście, a samą basztę zburzono. Główne wejście do twierdzy przeniesiono na północną stronę i zabezpieczono dwiema potężnymi, okrągłymi wieżami. Dodatkowe cztery kamienne baszty wzmocniły narożniki murów. Każda z nich miała cztery kondygnacje (w zasadzie można by powiedzieć, że nadal mają, ale biorąc pod uwagę, że dziś to tylko puste skorupy, byłaby to pewna nadinterpretacja) i od ośmiu do dziesięciu metrów średnicy. Oczywiście kiedyś okalały je blanki albo drewniane, zadaszone galerie dla łuczników, jakie ciągnęły się też wzdłuż murów obronnych.

Oprócz głównego zamku, przebudowano, a właściwie zbudowano zewnętrzny dziedziniec od strony głównej bramy. Już wcześniej istniały tu jakieś ziemne umocnienia. Być może nawet palisada chroniąca obóz wojskowy. Teraz jednak cały spory plac, otoczono kamiennym murem z czterema wieżami i osobną bramą ze zwodzonym mostem. W ten sposób, główne wejście zyskiwało dodatkową, silną ochronę. Podobnie od południa, istniejący tam niewielki dziedziniec zabezpieczono murami. Jeśli dodać do tego głębokie fosy i świetne położenie, otrzymamy pierwszoliniową, graniczną fortecę, której w tamtych czasach nie było szans zdobyć.

White CastleI jeszcze jedna, niebagatelna sprawa, która zaważyła na dalszych losach zamku. Przy okazji tych, bardziej niż kosmetycznych zmian, ktoś wpadł na pomysł, by pomalować go na biało. Tak narodził się White Castle.

Szczęśliwie, wielkie sprawy przestały dziać się na Pograniczu. Wojsko coraz rzadziej korzystało ze schronienia w zamkowych murach. Pozostawiono tu tylko niewielki garnizon. Na wszelki wypadek. I żeby dotrzymywał towarzystwa zarządcom Lancasterów, którzy stąd kierowali majątkiem Llantilio. Gdy czas zamków bezpowrotnie minął, White Castle zaczął popadać w ruinę. Chociaż na tle siostrzanych zamków w Grosmont i Skenfrith, bez wątpienia prezentuje się wspaniale.

Na tyle, że spokoju i natchnienia szukał tu Rudolf Hess, drugi po Hitlerze dygnitarz Trzeciej Rzeszy, którego po ucieczce do Wielkiej Brytanii, przez kilka lat trzymano w wojskowym szpitalu psychiatrycznym w Abergavenny. Ten faszystowski zbrodniarz, podobno przychodził do zamku karmić łabędzie pływające w fosie i… malować.

White Castle. W oddali majaczy święta góra Skirrid. Na pierwszym planie mur obronny zewnętrznego dziedzińca.A jak to się stało, że wokół White Castle nie wyrosła żadna większa osada, mimo że sam zamek jest przecież najpotężniejszy z całej trójki? Proste. Wieś Llantilio Crosenny, której zamek zawdzięcza pierwotną nazwę, leży trochę ponad dwa kilometry na południe, u podnóża zamkowego wzgórza. I była tam na wiele lat przed przybyciem nie tylko Normanów, ale prawdopodobnie nawet jeszcze przed Sasami. Jej historię wyczytać można z samej już nazwy.

Llantilio Crosenny, czy raczej Llandeilo Gresynni, oznacza “kościół Świętego Teilo w miejscu krzyża Iddona”. Jasne? Nie do końca? Więc po kolei… Gdzieś w połowie piątego stulecia, okolicę zaczęli plądrować Sasi. Miejscowy król – Iddon – nie mógł sobie z nimi poradzić i zwrócił się o pomoc do świętego męża imieniem Teilo. Ten ustawił krzyż w miejscu gdzie wcześniej oddawano cześć Starym Bogom i zaczął się żarliwie modlić. Ze wsparciem Niebios, Celtom udało się rozpędzić najeźdźców. Wdzięczny król oddał wybawcy wzgórze z krzyżem na wieczne posiadanie, by ten mógł wznieść na nim kościół.

Saint Teilo's Church w Llantilio CrosennyKościół powstał. Po nim kilka kolejnych, aż, prawdopodobnie w trzynastym wieku, zbudowano ten, który stoi tu do dziś. Jest tak duży, że nazywany bywa czasem “baby cathedral”. Co ciekawe, darowiznę króla Iddona, uczynioną w 550 roku (!!!), wspominają jeszcze dokumenty datowane na 1291 rok!

Hen Gwrt. Fosa dawnego dworu biskupiego.Z czasem dodano do niej kilka załączników i aneksów, tak, że w średniowieczu biskupstwo z Llandaff władało już sporym kawałkiem okolicy. Centrum kościelnych włości – nazywanych Llanteylo Episcopi, w odróżnieniu od królewskiego Llanteylo Regis – był dwór zbudowany na sztucznej wysepce otoczonej fosą. Niestety, po Hen Gwrt – Starym Dworze – nie pozostał nawet ślad. Ale i wyspa, i fosa przetrwały. Stanowią świetne miejsce piknikowe. W sam raz na zakończenie wizyty w Trzech Zamkach.

Dworek Llancaiach Fawr

Llancaiach Fawr

Jak podają uczeni w pismach, mózg kobiety jest znacznie lżejszy od mózgu mężczyzny, jest ona zatem od niego o wiele mniej mądra i myślenie przychodzi jej z trudnością. Kobietom nie można powierzyć gotowania ani innych czynności kuchennych, gdyż, jak wiadomo, nie mają one poczucia smaku ani nie umieją ładnie nakryć stołu. I lubią się objadać cukrem, od czego czarnieją im zęby. Wszystko to przez robaka, który żyje w dziąsłach i pasie się na onym cukrze, a jak się już napasie to czarnieje i zaczyna czynić ból i wtenczas trzeba iść do kowala, który bierze kawałek żelaza i przy pomocy młota wbija je w dziąsło chorego, aż dojdzie robaka i zabije. Oczywiście potem też może trochę boleć, ale wtenczas wystarczy żelazo wbić w pień drzewa i ból odejdzie. Kowal mówi, że wbijanie żelaza w dziąsło na pewno pomaga, bo nikt jeszcze nie wrócił, żeby się uskarżać na więcej robaków. O, a tutaj widzi szanowny gość piec z rożnem do pieczenia świniaka. Świniaka należy piec na rożnie co najmniej 12 godzin i ciągle obracać, wtenczas zarumieni się równo i nabędzie dymnego posmaku. Obracanie wykonuje nasz chłopak kuchenny; ostatnio zaczął się oskarżać, że na połowie twarzy wyskoczyły mu bąble od gorąca; było to tak okropne, że zdecydowaliśmy, że od tej pory co trzy pacierze będzie przestawiał krzesełko na drugą stronę, wtenczas opali się również z drugiej strony i nie będzie już straszył swoim wyglądem dzieci i niewiast.

Z tymi i innymi pożytecznymi informacjami można zapoznać się podczas wycieczki do Llancaiach Fawr (wym. chlankajachllancaiach fawr by google waur), byłego dworku szlacheckiego, obecnie muzeum, ale muzeum innego niż wszystkie. Otoczony ogrodami dworek utrzymany jest w XVI-wiecznym wystroju, pracownicy ubrani są w ubrania z epoki i mówią piękną szesnastowieczną angielszczyzną; odgrywają role dworskiej służby bardzo przekonywająco, z dużą dawką humoru i imponującą zdolnością do improwizacji, np. kiedy złośliwy gość z Polski zapyta o żarówki energooszczędne na suficie. Wszystko to ma sprawić, że poczujesz ducha epoki, a słowo ‚muzeum’ nabierze zupełnie innego wymiaru. W dworku organizowane są najróżniejsze ciekawe imprezy, np. wiktoriańskie Boże Narodzenie albo Ghost Watching.

Polecam, bo to naprawdę fajna rzecz; oczywiście trzeba co nieco znać angielski. Wstęp kosztuje £7.95. Na miejscu jest kafeja i, oczywiście, sklep z pamiątkami. Parking bezpłatny.

Więcej informacji na ich stronie.

zachc3b3d2

The Three Castles – Skenfrith

Zamek w Skenfrith – drugi z “trójki” – być może nie imponuje potęgą ani rozmachem, ale jest świetnym przykładem przedostatniego szczebla w drabinie zamkowej ewolucji, na szczycie której znajdują się majestatyczne twierdze Północnej Walii.

Nowinki, nowinki…

Sześć, może siedem kilometrów od Grosmont, na płaskim dnie doliny, tuż przy walijskim brzegu granicznej rzeki Monnow, leży niewielka, malownicza wieś Skenfrith. Albo, jeśli ktoś woli oryginał, Ynysgynwraidd.

Inaczej niż w Grosmont, gdzie zamek stoi trochę z boku, trochę ponad dawnym miasteczkiem, Skenfrith Castle wyrasta w samym środku wsi. Dwa kroki stąd do kościoła i na plebanię. Jeszcze bliżej do dawnego warsztatu kowala, zamienionego w bibliotekę i niewielką galerię. Z drugiej strony, do zamkowych murów przyrósł młyn napędzany niegdyś wodami Monnow. Kawałek dalej, przy kamiennym moście przerzuconym nad bystrymi wodami rzeki, lśni bielą The Bell at Skenfrith. Ten siedemnastowieczny zajazd dla woźniców, który najprawdopodobniej zastąpił jeszcze starszą karczmę, cztery lata temu, w słynnym rankingu Michelin, zdobył zaszczytny tytuł najlepszego pubu w całej Wielkiej Brytanii.

Skenfrith CastlePierwsze wzmianki o zamku w Skenfrith pochodzą z lat osiemdziesiątych dwunastego wieku, gdy jeden z rycerzy i inżynierów królewskich – Ralph of Grosmont – za przeszło sześćdziesiąt funtów wzmacniał i remontował drewnianą palisadę. Pokaźny jak na owe czasy wydatek na nietrwałe umocnienia, podyktowany był presją ze strony Walijczyków, którzy w 1182 roku po raz kolejny zbrojnie wystąpili przeciwko nowym, normańskim panom.

Skenfrith CastleW 1201 roku, wraz z Grosmont i White, zamek Skenfrith trafił w ręce hrabiego Huberta de Burgh. Przez niemal trzy dekady nie działo się tu jednak praktycznie nic. Dopiero około 1230 roku, gdy po perypetiach wojennych i kolejnych wzlotach i upadkach w kręgach władzy, hrabia Hubert potwierdził swoje prawa do Trzech Zamków, zaczęło się.

Cokolwiek nazywano wcześniej zamkiem Skenfrith, zrównano z ziemią, a właściwie usypano z tego dwumetrową platformę, którą otoczono grubym, kamiennym murem, z czterema narożnymi wieżami. Gdy jednak plac budowy nawiedziła zimowa powódź, okazało się, że zamek bardziej narażony jest na atak natury, niż niepokornych sąsiadów. Dla świętego spokoju, dziedziniec podwyższono o kolejne dwa metry. Tym sposobem, chyba nie do końca zgodnie z planem, apartamenty mieszkalne zbudowane wzdłuż zachodniego muru, zdegradowano do roli piwnic. Być może dlatego okrągłą kamienną basztę stojącą mniej więcej w centrum dziedzińca, wyposażono w takie wygody jak ogromny kominek, prywatna latryna czy duże okna i tam przeniesiono lordowską siedzibę.

Skenfrith CastleJego hrabiowska wysokość nie zdążył jednak dokończyć budowy by cieszyć się wygodami. W ginących w mrokach historii zawiłościach średniowiecznej polityki, w 1239 roku, de Burgh ostatecznie stracił wpływy i ogromną fortunę. Dokończeniem budowy zamku w Skenfrith, który wraz z dwoma siostrzanymi twierdzami przeszedł pod bezpośrednią władzę korony, zajął się zaufany człowiek króla, Niemiec Walerund Teutonicus. To on nakrył wieżę ołowianym dachem i otoczył drewnianą galerią służącą łucznikom. Wysokość wieży pozwalała im strzelać ponad murami otaczającymi zamek, przy jednoczesnym zachowaniu bardziej niż bezpiecznego dystansu. Na konto Teutonicusa zapisuje się też budowę niewielkiej zamkowej kaplicy, po której przetrwały jedynie fundamenty i kilka drobnych poprawek.

Skenfrith CastleGdy kilkanaście lat później Niemiec oddawał klucze do zamkowej bramy, Skenfrith Castle wyglądał właściwie dokładnie tak samo jak dziś. No, może był w trochę lepszym stanie, otaczała go głęboka na trzy metry fosa, ale kształt pozostał dokładnie ten sam. Lancasterowie, którzy odziedziczyli Trzy Zamki, wygodne gniazdko uwili sobie w Grosmont, wojsko i urzędników zamknęli w White Castle, a o Skenfrith jakby zapomnieli.

Skenfrith z Coedanghred HillDziwi to o tyle, że, jak na swoje czasy, był bardzo nowoczesny. Jego konstrukcja stanowi jakby pomost między tradycyjnymi ziemno-drewnianymi fortami i nieco późniejszymi warowniami, których najsilniejszym i najważniejszym elementem była kamienna baszta (z angielskiego: keep), a zupełnie nową koncepcją twierdzy zamkniętej w obrębie potężnych murów. Skenfrith być może nie imponuje, ale jest świetnym przykładem przedostatniego szczebla w drabinie ewolucji, na szczycie której znajdują się majestatyczne zamczyska Północnej Walii.

Co zabawne, szczególnie na niespokojnym Pograniczu, nigdy nie sprawdzono w praktyce skuteczności obronnej zamku. Jakoś nikt nie chciał go napadać i zdobywać. Powoli rozsypywał się więc i porastał bluszczem, a po 1557 roku, gdy zmarł ostatni zarządca Trzech Zamków z nadania Lancasterów – John Morgan – popadł w ruinę. Mniej więcej taką, jaką można oglądać dziś.

Saint Bridget's ChurchJohna Morgana pochowano w kościele Świętej Brygidy, do którego z zamku nie dalej niż sto metrów. Koniecznie trzeba tam zajrzeć! Poszukiwacze skarbów znajdą tu masę pamiątek gromadzonych przez z górą osiemset lat. Za najcenniejszą uważa się Skenfrith Cope – piętnastowieczny, wyszywany ornat przedstawiający Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny (The Assumption of the Virgin), który jakimś absolutnym cudem przetrwał wyspiarską reformację. Miłośników mniej ulotnych wzruszeń, zainteresować powinna potężna dzwonnica, o grubych na ponad dwa metry ścianach. Tak jak zamek, przypomina ona o burzliwych dziejach okolicy. Dzwonnica w niedziele i święta, gdy zaszła taka potrzeba, służyła bowiem za schronienie dla mieszkańców Skenfrith. A ze hostia przechowywana w kościele, to raczej pokarm dla duszy i ciężko byłoby przetrwać na niej dłuższe oblężenie, pod dachem wieży urządzono duży gołębnik.

Saint Bridget's ChurchDla pełniejszego obrazu i dla sielskich widoków, wizytę w Skenfrith warto zakończyć kilkukilometrowym, niezbyt forsownym spacerem szlakiem zaczynającym się tuż za pubem The Bell at Skenfrith. Ścieżka najpierw pnie się ostro w górę miedzą w cieniu wiekowych dębów, na szczyt Coedanghred Hill, gdzie skręca na pastwiska, na których więcej paproci niż trawy. Ale walijskim owcom najwyraźniej taka dieta odpowiada.

Monnow Bridge i The Bell at SkenfrithTrzeba przyznać, że Skenfrith Castle chyba właśnie z tej odległej perspektywy, na tle niewysokich pagórków, prezentuje się najlepiej.

Stary cmentarz na Coedanghred HillDalej szlak przecina kilka leniwych strumieni, mija maleńki, uroczo zapuszczony, od stu lat nieużywany katolicki cmentarz i dochodzi do wąskiej polnej drogi obsadzonej dwumetrowym żywopłotem, po czym stromo opada z powrotem do wsi.

U sąsiadów też niespokojnie

A może by tak, korzystając z okazji, wyskoczyć na chwilę za granicę?

Z angielskiego brzegu Monnow River, na ponad trzysta metrów sześćdziesiąt metrów, wyrasta Garway Hill. Wieki temu, z jego szczytu okolicą zarządzali Templariusze. Pozostał tam po nich kościół pod wezwaniem Świętego Michała. Jeden z zaledwie sześciu kościołów wybudowanych przez Ubogich Rycerzy Chrystusa w Anglii.

Kościół Świętego Michała w GarwayPodobnie jak w Skenfrith, masywna dzwonnica kościoła w Garway służyła jako schronienie na wypadek ataku. Tyle że tutaj postawiono ją kawałek od kościoła i dopiero z czasem dobudowano łączący je korytarz.

Kilka kilometrów na południe, przy drodze łączącej Broad Oak i Welsh Newton, stoi jedyny chyba kompletny i zamieszkany średniowieczny zamek w hrabstwie Herefordshire – Pembridge Castle.

Nazwa może lekko mylić, bo wieś Pembridge, od której z kolei pochodzi nazwisko szlacheckiego rodu Pembridge – przez co najmniej dwieście lat urzędującego na zamku – znajduje się… niemal sześćdziesiąt kilometrów stąd.

Pembridge CastleZbudowany na przełomie dwunastego i trzynastego wieku zamek przetrwał w zadziwiająco dobrym stanie. I to mimo że był uczestnikiem kilku potyczek a raz nawet dwutygodniowego oblężenia. Jakby tego było mało, przez jakiś czas służył za mieszkanie… chłopom pracującym na okolicznych polach, co dla angielskiej szlacheckiej siedziby musiało być przeżyciem traumatycznym. Ale przetrwał. Szczęśliwie, na początku ubiegłego stulecia kupił go doktor Hadley Bartlet – antykwariusz i biskup dość egzotycznego, Angielskiego Kościoła Prawosławnego. Dzięki jego staraniom Pembridge Castle wyremontowano i doprowadzono do dzisiejszego, nieco baśniowego stanu.

Podobno czasem, w letnie czwartkowe popołudnia, właściciele zamku opuszczają zwodzony most i otwierają bramy dla ciekawskich. Warto to kiedyś sprawdzić.

Chodź, pomaluj mój świat – Portmeirion

Portmeirion w północno-zachodniej części Walii to miejsce z zupełnie innej bajki. Jest efektem kaprysu architektonicznego pewnego ekscentryka-wizjonera o długim arystokratycznym nazwisku, który nie bał się realizować marzeń oraz był posiadał znaczny kapitał.

Zmęczony szarością swoich rodzinnych stron oraz zainspirowany miłością do Italii postanowił pomalować swój świat – na żółto, i na niebiesko. I na różowo, i na zielono jak najbardziej też. Chciał przy tym pokazać, że można w znaczny sposób zmienić odwieczny architektoniczny porządek rzeczy, nie naruszając równowagi w naturze. I tak powstał Portmeirion, prywatna wioska w romantyczno-kiczowatym stylu włosko-renesansowym, przedsięwzięcie wydawałoby się niezwykle ryzykowne, a jednak zwieńczone sukcesem, również komercyjnym.

Portmeirion

Budowa – czy może raczej kreacja – wioski trwała 50 lat i zakończyła się w 1975 roku. Po śmierci swojego twórcy wioska przeszła pod opiekę fundacji jego imienia i została objęta ochroną prawną jako miejsce o znaczeniu historyczno-kulturowym. Dziś jest jedną z największych atrakcji turystycznych północnej Walii, co niestety oznacza również, że w sezonie, zwłaszcza w weekendy, jest tu bardzo tłoczno. Do popularności Portmeirion przyczynia się niewątpliwie fakt, że wielokrotnie stawał się tłem dla rozmaitych produkcji filmowych.

Można tu spędzić dzień, spacerując tonącymi w zieleni alejkami i ciesząc oko wszechobecnym kolorem, lub zamieszkać w jednym z hoteli (nie jest to najtańsza opcja, ale można trafić na dobrą ofertę). Wstęp na teren wioski kosztuje obecnie £10/osoby (plus parking). Wioska jest czynna przez cały rok, z wyjątkiem pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia; godziny otwarcia: 9:30-19:30.

Portmeirion

Moja wizyta w Portmeirion przypadła niestety na dość pochmurny dzień z mżawką, i nie do końca udało mi się nacieszyć oczu słoneczną śródziemnomorską witalnością miasteczka, ale wyobrażam sobie, że w pogodny letni dzień jest to miejsce o niesamowitym uroku. W zimnej walijskiej mżawce wioska robi nieco dziwne wrażenie, ale i tak warto ją odwiedzić. Zwłaszcza, że bez problemu znajdziesz tam przyjemne miejsce z gorącą herbatą.

Portmeirion

Lokalizacja: hrabstwo Gwynedd, północna część zatoki Cardigan, niedaleko od miejscowości Porthmadog. Kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: LL48 6ER.

Strona wioski z dodatkowymi informacjami: www.portmeirion-village.com

 

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 5.]

Na koniec odwiedzimy angielski fragment Black Mountains, gdzie w wyludnionych dolinach Olchon i Monnow, stoją kryjące skarby wiekowe kościoły. Wdrapiemy się na Grzbiet Kota, na którym pasą się konie i owce. I w końcu odwiedzimy Longtown – ostatnią z warowni strzegących tego niezwykłego zakątka Pogranicza…

Historia w nazwie zapisana

Żeby obraz Black Mountains był pełny, trzeba jeszcze wybrać się na wschodnią stronę pasma.

Znaną już wąską, krętą, obsadzoną dwumetrowym żywopłotem drogą z Hay-on-Wye docieramy do górskiej krzyżówki. Tym razem, choć wspomnienie Gospel Pass i Doliny Ewyas może utrudniać podjęcie decyzji, trzeba skręcić na wschód, do Anglii.

Te okolice są zdecydowanie mniej znane i rzadziej odwiedzane przez turystów niż środkowa i zachodnia część Czarnych Gór. Ale stwierdzenie, że są nieatrakcyjne byłoby krzywdzące. Na pewno są nieco inne: mniejsze, ciaśniejsze, na swój sposób mroczne, niepokojące i niemal zupełnie bezludne. Wciąż jednak jest tu kilka osad, do których warto zajrzeć.

Okolice CraswallCraswall, pierwsza z nich, zaczyna się znakiem tuż rozstajem dróg i ciągnie przez kilka kilometrów… pustkowia. Oficjalnie w parafii Craswall (parafia to najmniejsza jednostka terytorialna Wielkiej Brytanii) mieszka około sto pięćdziesiąt osób, ale trudno w to uwierzyć. Co ciekawe, jeszcze kilka wieków temu Craswall opisywano jako township, czyli jeszcze nie miasteczko, ale na pewno nie wieś, a już zdecydowanie nie to, czym jest dziś.

Kościół Świętej Marii w CraswallWiązało się to zapewne z sąsiedztwem Craswall Priory – klasztoru założonego w latach trzydziestych trzynastego wieku przez zakon grandmontanów. Był to jeden z zaledwie trzech domów tej reguły na Wyspach i, generalnie, jeden z niewielu poza Francją. W Czarne Góry sprowadził ich i zabezpieczył hojnymi nadaniami ziemskimi Walter de Lacy – wpływowy lord z Ewyas Harold. Skromne dokumenty i jeszcze skromniejsze ruiny wskazują, że fortuna francuskim zakonnikom sprzyjała. Do czasu. Po wojnie stuletniej, w 1462 roku, zakon grandmontanów, jak wszystkie zakony związane z Francją, rozwiązano a majątek skonfiskowano na rzecz korony.

Kościół Świętej Marii w CraswallPrawdopodobnie jedyną pamiątką po mnichach z Grandmont jest kościół datowany na czternasty-piętnasty wiek, poświęcony Świętej Marii. Dedykacja ta jest właściwie jedyną poszlaką, bo wszystkie kościoły grandmontanów oddawano pod opiekę Marii. Ale ani ciężka, prosta bryła, ani surowe wnętrza Saint Mary’s Church nie dostarczają szczególnych emocji. Chociaż całość – dzikie pustkowie, zapuszczony cmentarz i stare, drążone próchnicą wieków mury świątyni – wydziela delikatną i przyjemną woń nostalgii.

"Godziny szczytu" na górskich drogachKilka kilometrów na południe, na grzbiecie rozdzielającym doliny Olchon i Monnow, leży kolejna wieś-widmo – Llanveynoe. Już sama nazwa dostarcza właściwie wszystkich potrzebnych informacji na jej temat. Przede wszystkim, choć dziś leży w Anglii, jej korzenie tkwią w Walii. Dość głęboko, bo sięgają mroków wczesnego średniowiecza.

Olchon Valley i Black HillWalijskie słowo “llan” – pierwszy człon nazwy – często tłumaczone w uproszczeniu jako “kościół”, oznacza tak naprawdę wspólnotę lub osadę zbudowaną wokół kościoła. Przy czym znów, kościół nie musiał oznaczać konkretnej budowli w dzisiejszym rozumieniu. Nierzadko była to po prostu chata mnicha-misjonarza. Wspólnoty takie powstawały w Walii masowo w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia, okresie znanym jako “Era Świętych”. Stąd na mapie Walii blisko połowa wszystkich miejscowości ma w nazwie “llan”. Co zdecydowanie nie ułatwia podróżowania po tym kraju.

Drugi człon tradycyjnych walijskich nazw z “llan”, odnosi się natomiast do założyciela lub patrona danego “kościoła”. I tu zaczynają się problemy. Część imion stosunkowo łatwo zidentyfikować. Choćby (Llan)bedr czy (Llan)ddewi – odpowiednio święci Piotr i Dawid. Ale nad innymi, jak Cadoc z (Llan)gattock, Ellyw z (Llan)elieu, czy Beuno z (Llan)veynoe trzeba się pogłowić.

Kościół Świętego Beuno w LlanveynoeTen ostatni założył swój “llan” w Czarnych Górach na początku siódmego wieku. Być może już wtedy zbudowano tu jakąś świątynię, bo trzynastowieczne kroniki wspominają o przebudowie tutejszego kościoła. Kolejna miała miejsce dopiero w dziewiętnastym wieku i… zupełnie pozbawiła go charakteru. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W czasie prac remontowych, na kościelnym dziedzińcu odkopano niezwykły kamienny krzyż. Ma niewiele ponad półtora metra wysokości, bardzo krótkie ramiona i najprawdopodobniej pochodzi z czasów sprzed normańskiego podboju, czyli ma co najmniej tysiąc lat.

Wczesnośredniowieczne krzyże w LlanveynoeDwa inne celtyckie krzyże, a dokładniej kamienne bloki z wyrzeźbionymi krzyżami, datowane na szósty-siódmy wiek (!!!), znaleźć można wewnątrz skromnego kościoła, wmurowane w południową ścianę. Jeden z nich ozdabia prymitywna i zabawnie naiwna postać ukrzyżowanego Jezusa. Na drugim, wokół prostego krzyża wyryto nierozszyfrowane inskrypcje. Aż trzy takie skarby w jednym miejscu to prawdziwa rzadkość! Warta zboczenia z utartych szlaków, których i w tych stronach kilka się znajdzie.

Świat z grzbietu kota

Najlepiej wydeptana ścieżka we wschodniej części Black Mountains prowadzi na szczyt Black Hill – najwyższego wzgórza hrabstwa Herefordshire.

Black HillNazywane lokalnie “Kocim Grzbietem” (Cat’s Back), Black Hill stało się sławne za sprawą Brucea Chatwina i jego wydanej w 1983 roku i zekranizowanej pięć lat później powieści “On the Black Hill” – sagi rodzinnej opowiadającej o trudach życia na odizolowanych od świata farmach górskiego pogranicza.

Olchon ValleyNamiastkę tej izolacji można poczuć spoglądając w dół, do Doliny Olchon. Na jej zboczach, nieustannie skubanych przez setki górskich owiec, tu i ówdzie stoją ruiny kamiennych domów. Znikające pamiątki po tych, którzy się poddali, albo nie znaleźli następców.

Widok na Golden Valley i Herefordshire z grzbietu Black DarrenZe szczytu Black Hill można też ruszyć w górę i gdzieś w okolicach Hay Bluff dotrzeć do szlaku Offy rozdzielającego Anglię i Walię. Stąd, kierując się na południowy wschód, praktycznie bez wysiłku można przejść cała grań Hatterrall Ridge, mijając w dole Gospel Pass, Capel-y-Ffin, Llanveynoe i Llanthony, aż do urwiska Black Darren. Skąd, przy dobrej pogodzie, widać ruiny zamku Longtown – ostatniej twierdzy pilnującej dostępu do Czarnych Gór.

Ostatni bastion

Longtown, jak zresztą sugeruje nazwa, jest długie i ciągnie się dobrych kilka kilometrów wzdłuż wąskiej drogi biegnącej dnem doliny, w której spotykają się rzeki Olchon, Monnow i Escley. Zgodnie też z nazwą, Longtown, w przeciwieństwie do widmowych sąsiednich osad, przypomina bardziej miasteczko niż wieś. Jest tu pub, szkoła i dwie kaplice. Do końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku działała tu nawet stacja ratowników górskich, przeniesiona z czasem do Abergavenny.

No i jest zamek. Właściwie zamki były dwa, ale po jednym z nich, starszym, pozostał tylko niewielki kopiec. Mało tego, niedaleko ruin zamku, odkryto ziemne umocnienia jeszcze sprzed normańskiego podboju. A wszystko to w okolicy, która i dziś kwalifikuje się jako półdzikie odludzie. Celtowie z tych stron musieli naprawdę zachodzić za skórę swoim wschodnim sąsiadom!

Longtown CastleZostawiając kopce i wały archeologom, warto zatrzymać się przy ruinach kamiennego Longtown Castle. Masywny keep (czyli mieszkalno-obronna baszta), fragmenty murów i jedna z bram nie są może szczególnie spektakularne, ale dają wyobrażenie o tym jak zamek wyglądał w okresie świetności. Wyjątkowo krótkim, trzeba dodać, okresie.

Kamienny zamek to dzieło Waltera de Lacy, wznoszone przez kilkadziesiąt lat na przełomie dwunastego i trzynastego wieku. Ale już cztery wcześniejsze pokolenia familii de Lacy z Ewyas Harold, ogniem, mieczem i szemranymi układami umacniały swoją pozycję na Pograniczu. Częścią rodzinnej polityki było też fundowanie klasztorów. Tak uczynił ojciec Waltera – Hugh – hojnie obdarowując Llanthony Priory, jak i on sam sprowadzając do Craswall grandmontanów. Niewykluczone, że to za sprawą zakonnych skrybów historia wciąż o nich pamięta.

Longtown CastleNiestety, kiedy w Ewyas zabrakło lordów, a włości w Longtown, dziedziczone po kądzieli, zaczęły przechodzić z rąk do rąk, szybko podupadły. Właściwie po 1316 roku, gdy klan de Lacy ostatecznie utracił kontrolę nad zamkiem, kolejni właściciele bywali tu rzadko albo wcale. Co prawda jeszcze w 1403 roku, w związku z powstaniem Owaina Glyndwr, król Henryk IV zarządził wzmocnienie zamku, ale najprawdopodobniej nie było już za bardzo czego wzmacniać.

Clodock, ostatnia osada na trasie wokół Black Mountains, stanowi jakby przedmieście Longtown. Rozdziela je tylko wąski pas nadrzecznych łąk. Stojący tu niezbyt stary i raczej pozbawiony szczególnego uroku, otoczony rozległym cmentarzem kościół Świętego Clydoga to kolejne w tych stronach miejsce związane z królewskim rodem Brychan.

Kościół Świętego ClydogaPochodzący z rodziny rządzącej królestwem Brycheiniog Clydog, był w szóstym wieku władcą Ewyas. Zgodnie z legendą rywalizował z przyjacielem o względy pewnej szlachetnie urodzonej panny. Ale konkurent okazał się bardziej zdeterminowany i zamordował Clydoga gdzieś w okolicy. Wóz, na który zapakowano jego ciało popsuł się nad brzegiem rzeki Monnow, a ciągnący go wół odmówił jakiejkolwiek współpracy. Wodza pochowano więc w tym miejscu, a nad jego grobem wybudowano kościół. Podobno zdarzyło się tu kilka cudów, dzięki którym Clydoga obwołano świętym.

Wracamy?Prawdziwe cuda dzieją się tu jednak cały czas. Dzień za dniem. Cuda znane jako Black Mountains.

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 4.]

W czwartej części wycieczki po Czarnych Górach, na chwilę odpoczniemy od wspinaczki i wąskich dróg, nad brzegami Jeziora Llangorse. Ale tylko na chwilę! Z Talgarth – pradawnej stolicy regionu – ruszymy do Llanelieu i Llowes w poszukiwaniu przeszło tysiącletnich celtyckich krzyży. Zajrzymy też do ruin zamku w Bronllys. A w Pwll-y-Wrach, poszukamy duchów utopionych czarownic…

Wróćmy nad jeziora

Czy jest coś niestosownego w podziwianiu gór z dołu, bez konieczności, było nie było, wyczerpującego wdrapywania się na nie? Znajdą się na pewno tacy, którzy z całą stanowczością powiedzą, że owszem jest! Ale większość raczej nie będzie protestować. Szczególnie leżąc na miękkiej zielonej trawie, nad brzegiem Llangorse Lake. W wodach tego największego w Południowej Walii naturalnego jeziora przeglądają się i Czarne Góry, i Brecon Beacons ze swoją ponad osiemsetmetrową koroną Pen y Fan i Corn Du.

Llangorse Lake. W tle Pen y FanLlyn Syfaddan, jak nazywa się po walijsku, to pamiątka po ostatniej epoce lodowcowej. W przeciwieństwie jednak do typowych walijskich jezior polodowcowych (jak choćby Glaslyn u stóp Snowdona, Llyn Cau, w którym odbija się Cadair Idris, czy bliźniacze Llyn y Fan Fawr i Llyn y Fan Fach w Black Mountain, kilkadziesiąt kilometrów na zachód), Llangorse Lake nie leży wysoko w górach, otoczone złowieszczymi urwiskami i skalnymi rumowiskami. Głęboka i płaska niecka, w której się znajduje, wygląda prawie jak zielona wyspa otoczona morzem wrzosowisk, szorstkich traw i paproci.

Llangorse LakeJezioro, jak na największe w okolicy, jest… dość małe. Przy zaledwie stu trzydziestu dwóch hektarach, można je spokojnie obejść w dwie godziny. Można i warto! Praktycznie cały obszar wokół jeziora objęty jest ochroną (Llangasty Nature Reserve) i przyciąga rzesze miłośników podpatrywania ptaków.

Llangorse LakeWody Llangorse Lake słyną natomiast wśród wędkarzy. Prawdopodobnie w jeziorze złapano największego na świecie szczupaka. Ponad trzydziestokilogramową bestię wyciągnął rzekomo w 1846 roku mister O. Owen. Naukowcy podchodzą jednak do tej informacji z dystansem, z reguły niezbędnym w przypadku wędkarskich opowieści.

Jezioro ma też swojego mitycznego potwora, znanego jako Gorsey. Już w piętnastym wieku pisano o nim wiersze, a niestworzone historie opowiada się właściwie do dziś. W tej kwestii poważni badacze również zabrali głos, proponując hipotezę, że być może “potwór z Llyn Syfaddan” to… ogromny szczupak. Czyżby trzydziestokilogramowy?

Nad Llangorse LakeNiemal równie często jak wędkarzy, podglądaczy ptaków i łowców potworów, nad brzegiem Llangorse Lake można spotkać archeologów. Przyciąga ich tu jedyny w Walii crannog, czyli sztuczna wysepka usypana około czterdziestu metrów od brzegu, w okresie rozkwitu celtyckich królestw na Wyspach Brytyjskich. Znaleziono na niej, między innymi, tkaniny i biżuterię w stylu charakterystycznym dla Irlandii, datowane na ósmy-dziewiąty wiek. Na tej podstawie uważa się, że crannog mógł być siedzibą dworu Brycheiniog – jednego z potężniejszych wczesnośredniowiecznych królestw, którego wpływy rozciągały się na spory obszar dzisiejszej Południowo-Wschodniej i Środkowej Walii. Jego spadkobiercą – z nazwy i w dużym stopniu terytorium – było późniejsze hrabstwo Brecknockshire (Breconshire).

Crannog na Llangorse LakeDla odwiedzających Llyn Syfaddan przygotowano też niewielkie visitor centre. Drewnianą konstrukcję przypominającą tradycyjne domy z epoki żelaza (okrągła chata z nieco bajkowym, “grzybkowatym” dachem krytym strzechą) zbudowano na pomoście wychodzącym daleko w jezioro, skąd dodatkowo można cieszyć się niezwykle piękną panoramą.

Llangorse LakeSpacerując wokół Llangorse Lake, koniecznie trzeba zajrzeć do Llangasty Talyllyn, czyli “Kościoła-Świętego-Gastyna-nad-Brzegiem-Jeziora”. Ten, który stoi tu obecnie, pochodzi z dziewiętnastego wieku. Zaprojektował go John Parson – jeden z najbardziej znanych architektów epoki wiktoriańskiej – przez co różni się nieco od typowych, raczej surowych, wiejskich kościołów. Co jednak ciekawsze, Church of Saint Gastyn stoi w miejscu, gdzie modlono się już w połowie piątego wieku!

Llangasty TalyllynInteresujące jest też to, że Święty Gastyn, założyciel i przewodnik chrześcijańskiej wspólnoty znad jeziora… świętym nigdy nie był. Przynajmniej w sensie formalnym. Zapewne, jak inni celtyccy święci tego okresu, był po prostu dobrym człowiekiem, natchnionym mówcą i niezłym organizatorem. Ale wiadomo o nim niewiele, a właściwie nic. Może poza tym, że był nauczycielem innego świętego – Cynoga. To informacja o tyle przydatna, że Saint Cynog – jeden z licznej gromadki synów i córek Brychana, króla Brycheiniog – był w piątym wieku głową rosnącego w siłę celtyckiego Kościoła w Walii. Całkiem możliwe, że to on właśnie obwołał Gastyna świętym, i że to za jego sprawą zbudowano jedyny na świecie kościół Gastynowi dedykowany.

Cień królewskiej stolicy

Znad wód Llangorse Lake, ślady rodu Brychana prowadzą do Talgarth – dosłownie do “Podnóża-Wzgórz”. Piętnaście wieków temu znajdowała się tu stolica celtyckiego królestwa, skąd dwadzieścia cztery córki i dwudziestu dwóch synów Brychana ewangelizowało Walię. Dzisiaj, mikroskopijne miasteczko łatwo przegapić.

TalgarthTalgarthO dawnych, lepszych czasach Talgarth, przypomina jedynie kilka wiekowych budynków: strażnica przeprawy na niewielkiej rzeczce Ennig, dawny ratusz z wieżyczką zegarową i The Tower Hotel zbudowany w dziewiętnastym wieku dla farmerów-dżentelmenów ściągających do miasteczka na aukcje bydła.

TalgarthKościół Świętej Gwendoline w TalgarthJest też oczywiście – dużo za duży – kościół z czternastego stulecia. Zbudowano go w miejscu, gdzie prawdopodobnie pochowano Świętą Gwendoline (znaną też pod zlatynizowanym imieniem Wenna), jedną z córek Brychana, zamordowaną przez króla Gwynllywa, którego zaloty odrzuciła.

Święci i czarownice

Nawet jeśli podupadłe Talgarth samo w sobie nie zachwyca, nie zaszkodzi zatrzymać się tu na parę chwil i rozejrzeć trochę po okolicy.

Kilka minut autem i może pół godziny spacerem z miasteczka, przy drodze do Llangorse, stoi Trefeca College. W drugiej połowie osiemnastego wieku działała tu wspólnota religijna Howella Harrisa – jednej z najważniejszych postaci odrodzenia metodystycznego. Ten ruch religijno-społeczn-polityczny przeorał walijską świadomość i miał potężny wpływ na odrodzenie poczucia odrębności coraz bardziej zanglizowanych Walijczyków.

W niedzielę palmową 1735 roku, w kościele Świętej Gwendoline w Talgarth, Harris “nagle poczuł jak jego serce topi się niczym wosk przy ogniu od miłości Zbawcy”. Po tym głębokim przeżyciu, ruszył pieszo głosić kazania w całym kraju, pociągając za sobą tłumy wyznawców. Materialną pamiątką po tym natchnionym ruchu są setki prostych i surowych kaplic rozsianych po nawet najbardziej odludnych zakątkach Walii. W Trefeca, gdzie kaznodzieja powrócił po latach tułaczki, próbował stworzyć idealną wspólnotę religijną. Efekt był dość kontrowersyjny i bliższy fanatycznej sekcie niż ziemskiemu Edenowi.

Kościół Świętego Ellywa w LlanelieuDwie mile na wschód od Talgarth, w Llanelieu, już na zboczach Black Mountains, stoi wart odwiedzin kościółek Świętego Ellywa. Zbudowano go w trzynastym wieku, a w piętnastym dodano kilka zmian. Od tego czasu prawie nic się tu nie zmieniło. Zachowały się oryginalne freski, ozdobne lektorium datowane na czternaste stulecie i sporo wyposażenia z późniejszych epok. Ocalenie przed nadgorliwymi reformatorami, kościół w Llanelieu zawdzięcza chyba tylko Opatrzności. Tudzież niedostępnej lokalizacji. Szkoda tylko, że o tych skarbach można głównie poczytać, bo kościół stoi zamknięty, a klucza próżno szukać po domach rozsianych na zboczach gór.

Celtyckie krzyże z LlanelieuPechowcom, którym nie uda się zajrzeć do środka, na osłodę wystarczyć muszą dwa niewielkie kamienne bloki, na pierwszy rzut oka wyglądające jak stare nagrobki, oparte o ścianę kruchty. To wyjątkowo rzadkie, tak zwane pilar stones ozdobione celtyckimi krzyżami, wyrzeźbione w ósmym lub dziewiątym wieku. Prawdziwa gratka dla miłośników celtyckich staroci!

Z Llanelieu, labirynt górskich lanes prowadzi do rezerwatu Pwll-y-Wrach – “Sadzawki-Wiedźm”. To nieco ponad osiem hektarów starego lasu porastającego strome ściany wąwozu rzeki Ennig, plus kilka mniejszych i większych kaskad z najbardziej widowiskowym Pwll-y-Wrach, od którego nazwano cały chroniony obszar. Doskonałe miejsce na długi spacer wśród niemal dziewiczej przyrody, o co na Wyspach wcale niełatwo. A przy okazji… Nazwa Pwll-y-Wrach, zdaniem niektórych, sugeruje, że w niewielkiej sadzawce wypłukanej przez wodospad topiono kiedyś czarownice. Więc może i spacer z dreszczykiem?

Wodospad Pwll-y-WrachZ bardzo krótką wizytą można też wpaść do zamku Bronllys na rogatkach Talgarth, przy drodze do Hay-on-Wye. Bronllys Castle nigdy szczególną twierdzą nie był i na kartach historii występuje raczej sporadycznie. Chociaż kilku średniowiecznych spiskowców i zdrajców tu pomieszkiwało.

Według królewskich rejestrów, już pięć wieków temu zamek był bezbronną i opuszczoną ruiną. I tak pozostało do dziś. Wbrew pozorom, zupełnie dobrze świadczy to o jego budowniczych. Keep, czyli stołp, czyli po prostu kamienna baszta mieszkalno-obronna budzi respekt. Wysoka na przeszło dwadzieścia pięć metrów, ścianach grubości kilku i trzech piętrach, skrywała niegdyś lordowskie apartamenty z kominkami, oknami z szerokimi parapetami, latrynami i wszelkimi wygodami narzucanymi przez epokę. Poza tym, całkiem przyjemnie ogląda się z niej okolicę.

Bronllys CastleZbliżając się do Hay, tuż przed “Miastem Książek”, warto jeszcze na chwilę zatrzymać się w Llowes i zajrzeć do miejscowego kościoła. Kryje on niezwykły kamienny krzyż – Saint Meilig’s Cross. Trzytonowy głaz to prawdopodobnie prehistoryczny menhir, który przez całe tysiąclecia stał na jednym z okolicznych wzgórz. Gdzieś około jedenastego wieku tajemniczy artysta wyrzeźbił w nim dwa krzyże. Jeden, zwyczajny i prosty niczym się nie wyróżnia. Za to drugi – wspaniały, ozdobny krzyż celtycki – naprawdę zachwyca!

Imponujący krzyż Świętego Meiliga w LlowesW całej Walii podobnych dzieł sztuki jest może kilkanaście. Większość na południowym i zachodnim wybrzeżu. Spory kawałek od Czarnych Gór. Nietaktem byłoby nie skorzystać z okazji.

Idealna średniowieczna rezydencja

Leżące w zielonej Dolinie Rhiangoll, Tretower Court and Castle to najlepiej w całej Walii zachowany przykład zespołu budownictwa średniowiecznego. Pomnik ponad dziewięciu wieków historii i zwykłego, codziennego życia na walijsko-angielskim Pograniczu wzniesiony przez dwa rody szlacheckie.

Na początku oczywiście był zamek (castle). Pierwszy – typową dla okresu normańskiego podboju Walii ziemno-drewnianą warownię – wzniósł rycerz z rodu Picard. Jego potomkowie zadomowili się tu na kolejne trzy stulecia. Około 1150 roku drugi albo trzeci z kolei Picard otoczył, niewielki raczej fort, kamiennym murem. Kolejny wiek później wszystko co znajdowało się wewnątrz murów, zrównano z ziemią i na tym fundamencie wzniesiono potężną, czterokondygnacyjną, kamienną basztę (keep) stojącą do dziś. Jej dwa środkowe piętra zajmowały wyposażone w duże okna i kominki apartamenty mieszkalne. Nad nimi urzędowali łucznicy, chroniący się prawdopodobnie w drewnianej galerii. W lochu zaś, jak to w lochu, trzymano zapewne rzezimieszków.

W efekcie, powstała twierdza, może nieszczególnie imponująca, ale spełniająca wszystkie wymogi militarne swoich czasów. Dowiodła tego skutecznie stawiając opór walijskim powstańcom podczas ich dwóch wielkich narodowych zrywów: Llywelyna Ostatniego pod koniec trzynastego wieku i Owaina Glyndwr w pierwszych latach piętnastego wieku. To drugie było jednocześnie ostatnim wielkim wydarzeniem, w którym Tretower Castle brał czynny udział. Stopniowo, jak większość średniowiecznych walijskich zamków, popadał w ruinę. Jego mieszkańcy przenieśli się tymczasem trzy kroki dalej, do dworu (court) w Tretower.

Tretower Court powstawał po cichu już od początku czternastego wieku. Były to jednak ciągle burzliwe czasy, więc nad wygodę dworskich, znacznie przestronniejszych wnętrz, przedkładano grube mury i ciasne, ale bezpieczne zamkowe komnaty. Dopiero kiedy na Pograniczu zapanował względny spokój, Picardowie spakowali dobytek w kosze i kufry i przenieśli się na salony. A właściwie salon. Jeden. Początkowo bowiem, Tretower Court składał się głównie z jednej wielkiej sali.

Umiarkowany komfort mógł zadowalać Picardów zmęczonych niewygodami życia w wilgotnych i ciemnych murach zamku, ale zdecydowanie nie wystarczał kolejnym właścicielom majątku w Tretower – rodzinie Vaughan.

Sir Roger Vaughan – pierwszy z rodu, który zamieszkał u stóp Black Mountains – dostał posiadłość w prezencie od swojego brata Sir Williama Herberta. Ten wpływowy szlachcic, mieszkający w potężnym zamku w Raglan, mógł sobie pozwolić na taki gest.

Nowi właściciele od razu wzięli się za remonty i przebudowy. Z jednej strony dostosowywali dwór do potrzeb sporej rodziny, z drugiej, starali się nadążać za modą. Trwało to przeszło sto pięćdziesiąt lat. Do, mniej więcej, lat trzydziestych siedemnastego wieku. Wtedy dwór uzyskał swój dzisiejszy kształt: cztery skrzydła zamykające wewnętrzny dziedziniec.

Dość wyraźnie daje się zauważyć brak jednej koncepcji i spójności architektonicznej dworu. Najstarsze, północne skrzydło, z niewielkimi oknami, galerią biegnącą wzdłuż piętra i nagromadzeniem przykładów doskonałej roboty ciesielskiej i snycerskiej, pamięta jeszcze późne średniowiecze. Pierwszy z Vaughanów rozbudował dwór dodając całą zachodnią kondygnację z wielką, reprezentacyjną salą i zapleczem kuchennym. Jego syn – Sir Thomas – zamknął dziedziniec murem od strony południowej i mieszkalną bramą od wschodu. Jego zasługą są też duże jakobickie okna w zachodnim skrzydle. W końcu, w czasie któregoś z kolejnych remontów, do południowego muru dobudowano kuchnie, spiżarnie i jeszcze większe zaplecze gospodarcze. Całość otaczały kwitnące ogrody i zielone, podmokłe łąki ze średniowiecznym zamczyskiem służącym jako altanka.

Najwyraźniej Vaughanom było w Tretower za ciasno, bo w osiemnastym wieku sprzedali posiadłość. Z czasem dwór przemienił się w farmę i, jak zgrabnie ujęto w niewielkim informatorze dostępnym na miejscu, “where ladies and gentlemen lived, lambs and gees moved in”, czyli, mówiąc bardziej dosadnie, szlachtę zastąpiła trzoda. Dopiero w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, towarzystwo historyczne z Brecon odkupiło posiadłość – i dwór, i zrujnowany zamek – ratując ją od całkowitego upadku. Dziś, w znacznym stopniu odrestaurowane, zarządzane przez CADW, Tretower stanowi obowiązkowy przystanek dla odwiedzających Black Mountains.

Przy okazji, można się stąd wybrać na kilka mniejszych, najbardziej na zachód wysuniętych wzgórz zaliczanych do Czarnych Gór: Cefn Moel, Mynydd Llangorse i Mynydd Troed. Te sięgające najwyżej pięciuset-sześciuset metrów malownicze samotne wzniesienia od głównego pasma Black Mountains oddziela głęboki wąwóz rzeki Rhiangoll i biegnąca jego dnem droga A479. Kiedyś malownicza trasa stanowiła ważną górską przeprawę. To między innymi do jej kontroli zbudowano zamek w Tretower. Północnego wejścia do wąwozu strzegł natomiast Castell Dinas.

Podobnie jak Hywel Dobry w dziesiątym wieku wykorzystał prehistoryczny fort na Table Mountain koło niedalekiego Crickhowell, tak dwa stulecia później, podbijający okolicę Normanowie skorzystali z przygotowanych półtora tysiąca lat przed ich przybyciem umocnień na zboczach Y Grib. Dzięki temu mogli od razu postawić murowany zamek zamiast drewnianej warowni. Castell Dinas (“castell” to po prostu walijski “castle”, czyli “zamek”) miał jednak wyjątkowego pecha. Mimo kamiennych murów, wież, baszt, mimo doskonałego położenia czterysta pięćdziesiąt metrów nad poziomem morza (co czyni go najwyżej położonym zamkiem w Walii) i co najmniej sto pięćdziesiąt nad okolicą, zdobywano go i niszczono przy okazji wszystkich walijskich powstań i zrywów. Dzisiaj to mniej niż sterta kamieni i trzeba naprawdę sporej fantazji, by wyobrazić sobie jak zamek mógł wyglądać.

Zresztą, zaglądają tu głównie ci, którzy wspinają się, kolejnym szlakiem, na “dach Czarnych Gór” – Waun Fach. Dla nich Castell Dinas to przede wszystkim świetny punkt widokowy i dobre miejsce na piknik.

————————
Wstęp do Tretower Court and Castle jest płatny. Informacje praktyczne znajdziecie na stronie CADW.

————————

Ten tekst to część długiej wyprawy w Black Mountains, poprzednie i kolejne znajdziecie tu:

Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 3.]

Najbardziej udeptane ścieżki Black Mountains za nami. Teraz zajrzymy do doliny rzeki Usk i leżącego nad nią Crickhowell, odwiedzimy kilka zagubionych w górach wiosek, oprzemy się o prehistoryczne kamienie i wdrapiemy do starożytnego fortu…

Samotny pasterz

Południową granicę Czarnych Gór wyznacza rzeka Usk, której głęboka dolina zaczyna się tuż za Abergavenny. Jej dnem, wzdłuż lewego brzegu rzeki, biegnie stara droga do Brecon. Równolegle do prawego brzegu natomiast, wije się cienka wstążka Monmouthshire and Brecon Canal – jednego z dłuższych kanałów na Wyspach. Ten wodny szlak, zbudowany pod koniec osiemnastego wieku, łączy górskie Brecon z położonym nad brzegiem Kanału Bristolskiego Newport.

Monmouthshire and Brecon Canal

W tej okolicy warto rozglądać się za… kamieniami. Szczególnie dwoma. Pierwszy z nich, wspaniały, wysoki na ponad cztery metry The Growing Stone (czyli po prostu “Rosnący Kamień”), to prehistoryczny menhir. Stoi tuż przy drodze, ale, niestety, można tylko na niego popatrzeć z daleka. Bliższy kontakt, albo fotografowanie może być ryzykowne, bo kamień “wyrósł” na terenie bazy wojskowej. Chociaż, spróbować nie zaszkodzi…

The Growing Stone

Żeby znaleźć drugi z nich, trzeba najpierw pobłądzić trochę wąskimi drogami wspinającymi się na zbocza Mynydd Llangatwg, a później wdrapać się jeszcze kilkaset metrów stromą ścieżką wśród gęstych paproci, do nieczynnych od dawna kamieniołomów. Tu, na krawędzi urwiska o wdzięcznej walijskiej nazwie Disgwylfa, stoi “Samotny Pasterz”.

The Lonely Shepherd

The Lonely Shepherd nie jest typowym megalitem na jaki wygląda. W zasadzie w ogóle nim nie jest. Gdyby jednak nim był, świetnie potwierdzałby powtarzaną tu i ówdzie teorię, jakoby standing stones powstawały przez odłupanie zbędnych skał dookoła. Bo tak właśnie powstał. Tyle że nie pięć tysięcy lat temu, a zaledwie sto z kawałkiem, może dwieście. Trzymetrowy wapienny blok zostawili po prostu robotnicy, by właściciel kamieniołomów mógł z dołu oceniać wydobycie.

The Lonely Shepherd

Niezbyt może romantycznie, ale dzięki temu, dziś, wschodnie zbocze Mynydd Llangatwg łatwo znaleźć na pocztówkach. Poza tym, dobrze się o coś oprzeć spoglądając czterysta metrów w dół, w Dolinę Usk, czy na kształtny stożek Sugar Loaf niemal dokładnie na przeciwko. Kto wie, może “Samotny Pasterz” poczuje się trochę mniej samotny? Ale uwaga! W noc świętojańską Loneley Shepheard ma wychodne.

Dolina Usk z majaczącym w chmurach Sugar Loaf

Zgodnie z miejscową legendą, pasterz był kiedyś człowiekiem. Okrutnym farmerem, który tak długo znęcał się nad swoją połowicą, aż nieboraczka rzuciła się w nurt rzeki Usk i utonęła. Rozzłoszczony Stwórca zaklął okrutnika w kamień. Dopiero wtedy obudziły się w nim wyrzuty sumienia. I teraz, raz do roku, w najkrótszą z nocy, farmer schodzi nad brzeg rzeki w poszukiwaniu żony-topielicy. Na próżno. Nad ranem wąską ścieżką wśród gęstych paproci, wraca na miejsce swojej samotnej pokuty. Może za rok?

Dyskretny urok prowincji

Jeśli któreś z miasteczek przyklejonych do zboczy Black Mountains zasługuje na miano klejnotu samego w sobie, zdecydowanie jest to Crickhowell. Hay ma swój festiwal literacki – wydarzenie wielkie i o międzynarodowej sławie – plus dziesiątki księgarni, ale to oferta w założeniu dla przyjezdnych. Podobnie w przypadku Abergavenny, jego cotygodniowego targu i dorocznej uczty smakoszy. Crick – jak nazywają swoje miasto miejscowi – ma co prawda Green Man Festival, jeden z najprężniej rozwijających się przeglądów folkowych w Wielkiej Brytanii, ale to impreza, mimo wszystko, dość niszowa.

(Gruff Rhys to przykład walijskiego artysty, jakiego można spotkać na festiwalu)

Tym co wyróżnia Crickhowell jest ledwie uchwytny czar typowego walijskiego market town. Być może prowincjonalnego, ale wolnego od kompleksów. Gdzie czas płynie leniwie jak szeroka i płytka Usk River, a czasami, gdzieś w zakamarkach bocznych uliczek, zupełnie się zatrzymał.

Crickhowell Bridge

Od strony Mynydd Llangatwg i okrutnego “Samotnego Pasterza”, do Crick wjeżdża się przez ponad trzystuletni kamienny most przerzucony nad rzeką Usk – jeden z najdłuższych kamiennych mostów w Walii. “Czary” zaczynają się już tu. Oglądany od strony miasta, most ma trzynaście przęseł, ale jeśli spogląda się na niego z drugiego brzegu rzeki, już tylko dwanaście. Zjawisko to można wygodnie obserwować z ogródka pubu Bridge End. Wiekowy zajazd, w którym kiedyś pobierano opłaty za korzystanie z mostu, słynie w okolicy z, nieziemskich rzecz jasna, dań wegetariańskich.

Crickhowell Bridge

Spod Bridge End, zabudowana ciasno kolorowymi domami Bridge Street, pnie się stromo w górę do centrum miasteczka, gdzie rozgałęzia się na High Street – główną ulicę Crick – i wąski zaułek prowadzący na wzgórze zamkowe.

Crickhowell Castle

Ruiny Crickhowell Castle – to sprawka wspominanego już Owaina Glyndwr i jego kompanii, co w tych stronach nie dziwi – raczej nie imponują, ale warto pamiętać, że kiedyś była to zupełnie przyzwoita twierdza. Pod koniec trzynastego wieku, w miejsce starego, ziemno-drewnianego fortu, wybudowało ją małżeństwo królewskich stronników Sybil Tuberville i Sir Grimbold Pauncefote. Para najwyraźniej dobrana i kochająca się, bo kiedy Sir Grimbold cały i zdrów wrócił z jednej z krucjat, Lady Sybil z radości i w podzięce, ufundowała miasteczku kościół. Siedemset lat później, szpiczasta wieża Saint Edmund’s Church stojącego kilka ulic od zamku, stanowi punkt orientacyjny miasta, w którym nie można się zgubić.

Uliczki Crickhowell

Warto za to na chwilę zapomnieć się w sklepach przy High Street i sąsiednich uliczkach. Starych rodzinnych biznesach: cukierniach, warzywniakach i sklepach-rupieciarniach pachnących strychem dziadków, które powoli znikają z krajobrazu większych miast. Nie tylko zresztą w Wielkiej Brytanii. Mniej nostalgicznych gości, ofertą skusić powinny sklepy ze sprzętem outdoorowym. W końcu Crickhowell wciśnięte jest pomiędzy Black Mountains a Brecon Beacons – porządne buty i wodoodporna kurtka mogą się przydać.

Uliczki Crickhowell

Można też wpaść gdzieś na filiżankę kawy albo kufel real ale – produkowanego na miejscu tradycyjnego piwa. Bo Crick trzeba cieszyć się powoli. Trudno mówić o zwiedzaniu. Po prostu się tu jest i… chciałoby się zostać jeszcze chwilę.

A trochę marginesie, skoro jesteśmy w górach… Niewielu zapewne wie, że najsłynniejszym synem Crickhowell jest Sir George Everest. Kartograf i geodeta, który użyczył nazwiska górze-wszystkich-gór, przyszedł na świat w 1798 roku w niewielkiej, stojącej do dziś posiadłości Gwern-vale, na przedmieściach Crick. Może to właśnie oglądane codziennie z okna wzgórza Black Mountains zainspirowały młodego Georga do wyboru takiej a nie innej ścieżki kariery?

Fort zdobyty!

W panoramie Czarnych Gór oglądanej z Crickhowell, pierwszy plan zajmuje wyrastająca na 451 metrów – czyli mniej więcej czterysta ponad miasteczko – Tabel Mountain. Na jej płaskim szczycie znaleźć można pozostałości Crug Hywel – Fortu Hywela, od którego nazwę zapożyczyło.

Crug Hywel

Hywel, rządzący w dziesiątym wieku, był jednym z pierwszych walijskich wodzów, którego autorytet uznawano w prawie całym kraju. Jego niespełnioną życiową misją było stworzenie jednolitego i silnego państwa. Udało mu się za to skodyfikować szereg zasad regulujących najróżniejsze aspekty ówczesnej rzeczywistości. Od stosunków feudalnych, przez prawa kobiet, aż po status kotów domowych. Kodeksy, znane jako “Prawo Walii”, obowiązywały jeszcze wiele stuleci po śmierci ich autora. A on sam przeszedł do historii jako Hywel Dda – Hywel Dobry.

Crug Hywel

Ale fort, choć nosi imię celtyckiego wodza, powstał prawdopodobnie co najmniej tysiąc lat wcześniej. Jest to jedna z najlepiej zachowanych osad z epoki żelaza, z wyraźnie widocznymi wysokimi wałami i kamiennymi umocnieniami.

Crug Hywel

Zdecydowanie większe wrażenie, szczególnie na tych mniej zainteresowanych (pre)historią, robią jednak widoki jakie rozciągają się z Crug Hywel. Jak na dłoni widać stąd Crick i kilka mniejszych osad Doliny Usk, a dalej kolejne pasma Brecon Beacons National Park.

Crug Hywel i Sugar Loaf

Z drugiej strony, na wschodzie, majestatycznie wznosi się do złudzenia przypominający wulkan Sugar Loaf. Ledwie dostrzegalne kilka dachów u jego stóp to Llangenny – prastara, sympatyczna wioska przyklejona do brzegów Grwyne Fawr. Choć dziś mieszka tu niespełna sto osób, w jej centrum stoi całkiem spory średniowieczny kościół poświęcony celtyckiemu świętemu imieniem Ceneu. Dwa kroki dalej, przy starym moście, spragnionych i głodnych wędrowców czeka cieszący się dobrą opinią zajazd The Dragon’s Head Inn. Błotnistą ścieżką wzdłuż rzeki można stąd dojść do “Ołtarza Druidów” – Druid’s Altar – półtorametrowego megalitu, kolejnej pamiątki po prehistorycznych mieszkańcach tych stron.

Llanbedr w cieniu Sugar Loaf

Trochę bliżej, wśród pól i żywopłotów wyznaczających górskie drogi i miedze, widać kamienną wieżę kościoła Świętego Piotra w Llanbedr. Tu zaczyna się najkrótszy, ale forsowny szlak na Table Mountain i dalej, na siedemsetmetrowy Pen Cerrig-Calch, Mynydd Llysiau, aż po Waun Fach – sam czubek Black Mountains. Z Llanbedr warto też wybrać się w górę rzeki Grwyne Fechan. Do jej bezludnej i nie mniej malowniczej niż siostrzana Grwyne Fawr doliny.

Dzikie konie na zboczach Pen Cerrig-Calch

Z samego fortu też odchodzi kilka szlaków. Jeden z nich, wąska owcza ścieżka wśród wrzosów i skalnych rumowisk na zboczu Pen Cerrig-Calch, prowadzi dwa-trzy kilometry na zachód do Cwm Mawr. Stąd, z niewielkiego urwiska, doskonale widać kolejną perłę zagubioną w Czarnych Górach – Tretower.

Afan Forest Park – na nogach i rowerem

mapka-afanAfan Forest Park, znany też jako Afan Argoed Country Park [wym. awan argojd],  znajduje się w hrabstwie Neath Port Talbot w południowej Walii mniej więcej w pół drogi z Maesteg do Port Talbot. Nazwa Afan Argoed w dosłownym tłumaczeniu z walijskiego oznacza rzekę przy lesie i jest jak najbardziej adekwatna. Są lasy, jest dolina, dnem której płynie rwąca rzeka; a wszystko razem otacza wianuszek niewysokich ale malowniczych wzgórz.

Park służy tak wędrowcom jak i rowerzystom; jest znany w całym kraju ze swoich znakomitych wyspecjalizowanych tras123 rowerowych dla ‚górali’. Szlaki charakteryzuje zróżnicowana trudność, czyli dla każdego coś miłego. Kiedyś w tej okolicy kwitł przemysł, po którym pozostało sporo śladów, np. pozostawione tu i ówdzie malownicze perony kolejowe, nieczynne wiadukty, metalowe mosty itp

Park jest świetnie zorganizowany. Operuje w nim kilka centrów turystycznych, z których najważniejsze to Afan Forest mapka-afan21Park Visitor Centre. Parking przy nim kosztuje obecnie £1 za cały dzień; przy parkingu są ubikacje, prysznice oraz możliwość umycia roweru (rowerzyści górscy na pewno docenią tę informację). W centrum działa kafeja oraz mini muzeum górnictwa (częściowo na zewnątrz) jak DSC_0066również punkt informacyjny. Możliwe jest zakwaterowanie bez wyżywienia. Drugim centrum jest Glyncorrwg Mountain Bike Centre we wsi Glyncorrwg, oferujące m.in. pole namiotowe usytuowane w pięknych okolicznościach przyrody, kafeję, sklep ze sprzętem rowerowym, itp. Kolejnym miejscem z którego można zacząć spacery to Rhyslyn Car Park w miejscowości Pontrhydyfen, znanej głównie z tego, że urodził się w niej Richard Burton (ten od Elizabeth). Fakt posiadania celebryty nie jest jakoś niesamowicie wyzyskiwany przez wieś; wytyczono szlak imienia Burtona, postawiono metalową rzeźbę, a w jednym z miejsc piknikowych stoi głośnik z którego dobiega charakterystyczny głos aktora czytającego poemat Dylana Thomasa, walijskiego poety narodowego.

13Oprócz lokalnej celebryckiej ciekawostki ta okolica oferuje również bardzo ładne leśne szlaki spacerowe, w typ japoński ogród (czy może raczej park), szczególnie atrakcyjny jesienią.

5

Nie będę podawać tu szczegółów tras, bo wydaje mi się, że najlepiej jak każdy sam stopniowo zorientuje się co i jak, czy woli odkrywać park na nogach, czy jednak skorzystać z tras rowerowych, i czy bardziej go interesuje wspinanie się na górki czy spacer przez las. Poza tym informacje o szlakach i trasach można otrzymać w Centrum albo znaleźć na stronie internetowej Parku (podaję poniżej). Jeśli już zupełnie nie wiesz dokąd pójść, po wyjściu z parkingu i stojąc twarzą do kafei skieruj się prawo, a następnie przejdź pod mostem (na zdjęciu u samej góry). Znajdziesz tam kilka drogowskazów, na początek możesz po prostu iść asfaltową dróżką w prawo. Uważaj na wyspecjalizowane ścieżki dla rowerzystów, mają oni na nich pierwszeństwo  i generalnie najlepiej je omijać, bo tzw. pasjonaci często gnają po nich na złamanie karku.

Afan Forest Park

56dsc_0040

Abergavenny – Nowe Jeruzalem

Dzieje największego miasta regionu i kolejnych “wrót” Black Mountains sięgają zamierzchłych czasów gdy funkcjonował tu rzymski fort Gobannium. Ale to tylko epizod. Właściwa historia Abergavenny zaczyna się tysiąc lat później.

Miasteczko rozłożyło się w dolinie pomiędzy szczytami Ysgyryd Fawr (z pawej) i Sugar Loaf (z lewej)

Pod koniec jedenastego wieku, namiestnik nowych normańskich władców Brytanii, niejaki Hamelin de Ballon, zbudował tu pierwszy zamek, stanowiący strategiczny przyczółek do dalszej ekspansji wgłąb Południowej Walii. Dość szybko wokół zamku wyrosło spore i ważne miasto. Lordowie Abergavenny stali się natomiast znaczącymi graczami na niespokojnym Pograniczu.

Jednym z najsłynniejszych, choć należałoby raczej napisać jednym z najbardziej niesławnych, był William de Braose – ojciec Williama II z Hay-on-Wye, który odziedziczoną opinię jeszcze wzmocnił. Jego nikczemność, gierki i wyrachowanie znane były po obu stronach granicy. Niechęć, a często otwarta wrogość, też miały w tym przypadku zasięg ponadnarodowy. Spore musiało więc być zdziwienie wodzów walijskich klanów z Gwent (południowo-wschodni region Walii) gdy otrzymali od de Braosea zaproszenie na bożonarodzeniową ucztę. Czyżby uprzejmość przytłumiła ich ostrożność? Można jedynie zgadywać. Wiadomo tylko, że żaden uczty nie przeżył. Wszystkich brutalnie zamordowano. Była to 1175 rocznica narodzin Miłosiernego Chrystusa.

Abergavenny Castle

Kilka wieków później, w 1404 roku, podczas ostatniego wielkiego zrywu Walijczyków, zemsty na Anglikach szukał tu sam wódz powstania Owain Glyndwr. Specjalnie na jego przybycie, Abergavenny Castle wyposażono w zupełnie nową, potężną bramę. Nie przeszkodziło to jednak walijskim patriotom spalić miasta. To zaś, co z niego ocalało, nieślubny syn Owaina – Ieuan – ogłosił niezależnym księstwem. Na dwa tygodnie…

Później o zamek bili się już tylko Anglicy. Aż w końcu, w czasie wojny domowej w 1645 roku, urzędujący w nim rojaliści wysadzili go w powietrze, by nie wpadł w ręce siepaczy Cromwella. Ale nawet to co z niego pozostało, nadal uważa się za jeden z najlepszych przykładów normańskiej twierdzy typu motte-and-bailey.

Abergavenny Castle

Lekki zgrzyt w romantycznych ruinach stanowi odrobinę zbyt cukierkowa baszta wzniesiona w dziewiętnastym wieku przez ówczesnego markiza Abergavenny, jako domek myśliwski. Dzisiaj mieści się w niej muzeum-rupieciarnia dokumentujące dzieje miasteczka. Najciekawszą i najpopularniejszą od lat wystawą jest rekonstrukcja, a właściwie żywcem przeniesiony z centrum miasta sklep spożywczy Basila Jonesa, w którym znaleźć można produkty – lekko już przeterminowane – nawet z końca dziewiętnastego wieku. Chociaż większość to najróżniejsze konserwy z lat trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia. Dla miłośników królewskich memorabiliów ciekawostką mogą być dekoracje przygotowane na koronację Edwarda VIII, która… nigdy się nie odbyła.

Muzeum przypomina też lata świetności Abergavenny, kiedy miasto kwitło jako ośrodek tkactwa. Tu znów strategiczne położenie się przydało. (Post)Industrialne Doliny (The Valleys) zaczynają się dosłownie za rogatkami miasteczka. Gdy w osiemnastym wieku Południową Walię ogarnęła gorączka rewolucji przemysłowej, rynek zbytu na produkty dziesiątków miejskich warsztatów był niemal nieograniczony.

Market Hall

W tym mniej więcej czasie, Abergavenny ugruntowało też swoją pozycję ważnego miasta targowego, którą cieszy się do dziś. W każdy wtorek ściągają tu setki zakupowiczów z całego Monmouthshire i sąsiednich hrabstw, by szperać i myszkować pomiędzy stu siedemdziesięcioma kramami hali targowej przy Market Street, nad którą góruje piękna wiktoriańska wieża, z charakterystycznym niebieskim dachem.

St. Mary’s Priory

Nad sąsiednią Monk Street góruje natomiast wieża kościoła Świętej Marii. Pierwotnie, gdzieś w dwunastym wieku, stała tu kaplica obsługująca niewielki klasztor benedyktynów założony przez Hamelina de Ballon. W czternastym wieku zastąpił ją stojący obecnie kościół, w którym, wędrując od sarkofagu do sarkofagu można zapoznać się z nieco bardziej nobliwą niż w muzeum historią miasta.

Ale – i trzeba to powiedzieć głośno – dziś to nie historia przyciąga do miasteczka gości. Na co dzień jest to oczywiście doskonałe sąsiedztwo: Black Mountains z jednej i reszta Parku Narodowego Brecon Beacons z drugiej strony. Od święta zaś, które wypada w przedostatni wrześniowy weekend – Abergavenny Food Festival.

Abergavenny

“Jeśli jedzenie jest nową religią – głosi jedno z haseł festiwalu – Abergavenny jest nowym Jeruzalem”. Przewodniki też nie stronią od religijnego tonu i piszą o miasteczku, jako o walijskiej Mekce kulinarnej. Na dwa dni festiwalu zjeżdżają tu z całej Wielkiej Brytanii najlepsi szefowie kuchni i tysiące amatorów spragnionych nowych smaków. Oczywiście większość dań, w miarę możliwości, przyrządza się z lokalnych, ekologicznych produktów. Bo “local” i “organic”, to w Walii słowa, które od lat robią zawrotną karierę. Może warto skusić się na walijską potrawę narodową: baraninę w sosie z pora? I ruszać dalej…

Twój przewodnik po Walii i angielsko-walijskim Pograniczu