Ukryte skarby Czarnych Gór [cz. 1.]

Z Hay-on-Wye, karkołomnymi dróżkami, ruszamy w Black Mountains – Czarne Góry. Na naszej trasie szczyty Hay Bluff i Twmpa, malownicza przełęcz Gospel Pass, miniaturowe Capel-y-Ffin, ruiny Llanthony Priory i pokręcone Cwmyoy.

Szlakiem słowa bożego

Wąska, kręta, obsadzona dwumetrowym żywopłotem droga z Hay-on-Wye, biegnie wśród zielonych pagórków upstrzonych białymi kropkami setek pasących się owiec i krów w najdziwniejszych kolorach. Trzy mile za miasteczkiem rozgałęzia się na dwie jeszcze węższe i jeszcze bardziej kręte wstążki asfaltu. To zjawisko, choć wymyka się prawom logiki i zasadom zdrowego rozsądku, jest w Walii dość powszechne. Nie da się go zrozumieć ani tym bardziej opisać. W zasadzie, dopóki człowiek nie przejedzie się takimi lanes pojęcie “wąskiej drogi” pozostaje czystą abstrakcją.

Ale wracając na skrzyżowanie… Jedna wstążka odbija na wschód, do Craswall, bezludnej Doliny Olchon i Longtown po angielskiej stronie gór. Druga skręca na południe i wije się przez sam środek najpiękniejszej części Black Mountains. W zgodnej opinii wielu autorów przewodników po Wyspach, to jedna z najbardziej spektakularnych tras w całej Wielkiej Brytanii.

Niezwykłe widoki zaczynają się tuż za krzyżówką, gdy po kilkusetmetrowej wspinaczce droga osiąga niewielki płaskowyż u podnóża Hay Bluff – najdalej na północ wysuniętego szczytu Czarnych Gór.

To magiczne miejsce leży jakby na granicy dwóch światów. Daleko w dole zielenią się żyzne i gościnne doliny rzek Wye i Usk. Z drugiej strony, na płaskich szczytach gór, ciągną się posępne, często skryte we mgle albo chmurach wrzosowiska.

Ten kontrast działa na wyobraźnię. I najwyraźniej działał też tysiące lat temu kiedy prehistoryczni Walijczycy ustawili tu niewielki kamienny krąg, z którego, niestety, przetrwał tylko jeden głaz. Czy przychodzili tu oddawać cześć bogom? A może naradzali się przed podjęciem istotnych dla wspólnoty decyzji? Może tańczyli nago odurzeni wywarem z tajemniczych ziół? A może zwyczajnie, po ludzku, kontemplowali widoki? W każdym razie głównie po to przyjeżdża się tu dziś. Albo żeby w towarzystwie dzikich walijskich kuców wdrapać się na Hay Bluff i poczuć się niemal jak na dachu świata.

Dalej droga wije się wzdłuż zbocza Hay Bluff i na przeszło pięciuset metrach osiąga Gospel Pass – Przełęcz Słowa Bożego – wąski przesmyk między szczytami wzgórz i wyrzeźbione przez naturę prawdziwe wrota Black Mountains. A przy okazji początek łatwego szlaku na Twmpa, kolejnego, prawie siedemset metrowego naturalnego punktu widokowego.

Ewangeliczna nazwa przełęczy wywodzi się prawdopodobnie z dwunastego wieku i upamiętnia uczestników trzeciej krucjaty, którzy wędrując tędy, nawoływali do walki z niewiernymi i zbierali pieniądze na wyprawę do Ziemi Świętej.

Ale słowo boże, głoszone przez pierwszych celtyckich misjonarzy – ze świętym Dawidem, patronem Walii, na czele – wędrowało tędy już całe wieki wcześniej. A i później targali je braciszkowie z klasztoru w Llanthony. Zresztą trudno oprzeć się wrażeniu, że te niewielkie pasmo gór, a szczególnie Dolina Ewyas, do której po przekroczeniu Gospel Pass ostro opada starożytna droga, przenika jakaś niewyraźna ale wszechobecna metafizyczna aura.

Kaplica-na-Granicy

Weźmy choćby takie Capel-y-Ffin. Obok luźno rozrzuconych farm – które policzyć można dosłownie na palcach jednej ręki – i czerwonej budki telefonicznej, stoi tu jeden z najmniejszych kościołów w Walii, nieco tylko większa kaplica i zupełnie duży (były) klasztor. Całkiem spore zaplecze duszpasterskie dla garstki farmerów.

Drewniany kościół Świętej Marii był tu prawdopodobnie zawsze. Świadczą o tym choćby ogromne stare cisy otaczające niewielki cmentarz ze zmurszałymi nagrobkami i kościelny dziedziniec. W 1762 roku zastąpiła go śnieżnobiała murowana świątynia, którą Francis Kilvert – słynny wiktoriański pamiętnikarz – porównał do zadumanej sowy. Jej maleńkie wnętrze mieści zaledwie pięć ławek. W tym jedną na balkonie.

Kilka kroków dalej, na drugim brzegu bystrej rzeki Honddu rzeźbiącej dno Doliny Ewyas, otoczona przez świeższe groby i młodsze drzewa, stoi surowa i, podobnie jak sąsiedni kościółek, biała kaplica baptystów. Właściwie nie wiadomo o niej nic ponadto, że jest. Najpewniej to owoc dziewiętnastowiecznego przebudzenia religijnego Walijczyków.

Gdzieś, mniej więcej, w tym czasie do Doliny Ewyas przybył wielebny Joseph Leycester Lyne z zamiarem zakupu i odbudowy klasztoru w niedalekim Llanthony. Gdy plan się nie powiódł, Lyne – przez swoich wiernych nazywany ojcem Ignatiusem – kupił kawałek ziemi w Capel-y-Ffin i tu, od zera, zaczął budować benedyktyński zakon. Ignatius zmarł jednak w 1908 roku nie dokończywszy budowy. Śmierć charyzmatycznego przewodnika oznaczała też koniec dla religijnej wspólnoty.

Kilkanaście lat później, podupadły klasztor odkupił inny ekscentryk – rzeźbiarz i designer Eric Gill. Wraz z rodziną i współpracującymi z nim rzemieślnikami próbował stworzyć w Capel-y-Ffin samowystarczalną kolonię artystów. Eksperyment nie do końca się chyba powiódł, bo po czterech latach mieszkania na odludziu, w 1928 roku, Gill opuścił monastyr zostawiając go córce. Zawsze jednak czas spędzony w Dolinie Ewyas wspominał jako najlepszy i najbardziej twórczy okres życia. To właśnie tu Eric Gill zaprojektował jedno ze swoich największych dzieł (choć zapewne rzadko z nim kojarzone) – czcionkę Gill Sans, używaną między innymi przez londyńskie metro i BBC.

Przez wieki w Capel-y-Ffin niewiele się zmieniło. Nawet jeśli dziś jest tu prąd, woda i coś na kształt drogi, “Kaplica-na-Granicy” (jak tłumaczy się walijską nazwę; osada leży na granicy hrabstw Monmouthshire i Breconshire/Powys) pozostaje wymarzonym miejscem ucieczki od całego świata. Odważni mogą nawet uciekać w siodle. Niewielką stadninę, szkółkę jeździecką i czynny latem pensjonat znaleźć można w dawnych budynkach gospodarczych klasztoru.

Największy skarb

Sześć kilometrów za Capel-y-Ffin, wijąca się dziesiątkami zakrętów górska droga opada na płaskie dno Doliny Ewyas. “Szeroka na nie więcej niż trzy strzały z łuku” niewielka równina, otoczona sięgającymi ponad sześciuset metrów graniami – Hatterrall wyznaczającą granicę z Anglią od wschodu i Ffawyddog od zachodu – wygląda niemal baśniowo. Nie ważne czy zasypana śniegiem, dręczona tygodniową mżawką, czy przykryta pierzyną niskich chmur. Ale trudno wyobrazić sobie spektakl piękniejszy niż letni zachód słońca, gdy płynne złoto zalewa łąki, wrzosowiska i lasy na stromych zboczach. A na tym tle romantyczne ruiny Llanthony Priory

Równie olśniewający obrazek musiał ujrzeć William de Lacy, krewny i rycerz na służbie Hugh de Lacy – lorda Ewyas, gdy około 1100 roku przysiadł w ruinach kapliczki zbudowanej – zgodnie z legendą – przez samego Świętego Dawida, patrona Walii.

Oczarowany dzikością i izolacją doliny, postanowił zbudować tu samotnię. Przy czym warto pamiętać, że dziewięćset lat temu Vale of Ewyas była bagnistym i porośniętym gęstym lasem przedsionkiem końca świata, a niewysokie szczyty Czarnych Gór czasem nawet latem przykrywał śnieg. Nie zrażało to jednak młodego rycerza, który zrezygnował z zaszczytów i dworskich uciech, by oddać się modlitwie i kontemplacji. Porzucił też żołnierski fach, ale jak podają kroniki, do końca życia nie zdjął zbroi. Czy był to rodzaj pokuty, czy uboczny skutek wilgoci panującej w dolinie? O tym żaden skryba nie wspomina.

William szybko znalazł naśladowców i, po niespełna dwudziestu latach, zgromadzenie liczyło już czterdziestu kanoników. Wszystko wskazuje na to, że żyło się im naprawdę dobrze. Nich świadczy o tym fakt, że jeden z pierwszych przeorów Llanthony, wezwany do objęcia biskupstwa Hereford, tak długo się opierał, aż interweniować musiał sam papież!

Najwyraźniej jednak braciszkowie zaniedbywali modlitwy, bo w 1135 roku Stwórca zesłał na nich rozwścieczonych walijskich powstańców. Na kilka lat Llanthony opustoszało, a jego mieszkańcy przenieśli się do Gloucester.

Dopiero w latach siedemdziesiątych dwunastego wieku klasztor podniósł się ze zgliszczy. Dzięki hojnym darczyńcom i nadaniom ziemskim, Llanthony Priory szybko odzyskało świetność i stało się ważnym i bogatym zgromadzeniem. Z tego okresu pochodzą, między innymi, doskonale zachowane, wczesnogotyckie łuki, które kiedyś były częścią klasztornego kościoła, a dziś… Dziś wspaniale wyglądają oglądane przez nie Czarne Góry. Zresztą, już liczni w okresie prosperity goście odwiedzający klasztor zachwycali się tym kontrastem między surową i dziką przyrodą Black Mountains, a pięknie utrzymanymi ogrodami i sadami augustianów.

Sielanka mogłaby trwać bez końca, gdyby nie rozwody Henryka VIII, szczególnie ten najważniejszy – z Watykanem. Po 1538 roku, jak wszystkie zakony na Wyspach, Llanthony rozwiązano. Mnichów wypędzono, a wszystko co dało się wywieźć, przetopić, albo w jakikolwiek sposób spieniężyć, skonfiskowano. Ogołocone zabudowania klasztorne przeszły w prywatne ręce i z biegiem stuleci niszczały.

Romantyczne ruiny urzekły Waltera Savage Landora – poetę drugiego sortu, żyjącego na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Marzyło mu się stworzenie idealnej posiadłości dla idealnego wiejskiego dżentelmena. Niestety, Po marzeniu zostały tylko długi i gościniec obsadzony drzewami. Idealny zaś dżentelmen, obrażony na niesprawiedliwy los, wyjechał na wyspę Jersey, Llanthony zostawiając wierzycielom.

Pod ciężarem zaniedbań, znaczna część klasztoru runęła. Ocalałe budynki przerobiono najpierw na zajazd, a później na zaciszny hotel funkcjonujący do dziś. Zatrzymują się tu amatorzy jazdy konnej, korzystający z sąsiadującej z Llanthony Priory szkółki jeździeckiej i miłośnicy górskich wędrówek. Hotel słynie z domowych przysmaków i warzonego na miejscu piwa.

Trochę w cieniu ruin klasztoru stoi skromny kościół Świętego Dawida. Wybudowano go prawdopodobnie w trzynastym wieku, w okresie rozkwitu Llanthony Priory, by służył chorym. Kronikarskie tropy wskazują, że zastąpił wcześniejszą świątynię, wzniesioną przez Williama de Lacy i jego pierwszych towarzyszy. A skoro ta stała w miejscu gdzie pobożny rycerz znalazł zrujnowaną samotnię Świętego Dawida “ozdobioną jedynie przez bluszcz i mech”, oznacza to, że w Llanthony słowo boże głosi się nieprzerwanie, od półtora tysiąca lat, w tym samym miejscu.

Dziś w Llanthony nie ma ani świętych, ani mnichów. Nadal jednak ciągną tu miłośnicy dzikiej przyrody, ciszy i spokoju. Leżąc w samym środku Czarnych Gór, w naturalnie odizolowanej od reszty świata Dolinie Ewyas, Llanthony stanowi bowiem idealny punkt wypadowy na dziesiątki kilometrów jednych z najbardziej malowniczych szlaków w Wielkiej Brytanii.

Najpopularniejszy z nich zaczyna się przy ruinach klasztoru i prowadzi prosto na szczyt Hatterrall Ridge. Grzbietem tego długiego na kilkanaście kilometrów i sięgającego lekko ponad siedmiuset metrów wzgórza biegnie granica między Walią i Anglią. W tym miejscu granica pokrywa się z Offa’s Dyke Path, czyli Szlakiem Wału Offy – przeszło dwustukilometrowym szlakiem zaczynającym się w Chepstow na południu Walii i biegnącym do plaż w okolicach Prestatyn na północy.

Osią otwartej na początku lat siedemdziesiątych trasy jest oryginalny wał ziemny zbudowany w ósmym wieku przez króla Offę. Była to pierwsza oficjalna granica pomiędzy celtycką Walią a nowo powstającymi państwami anglosaskimi na wschodzie Brytanii. Co ciekawe, dzisiejsza granica administracyjna między dwoma krajami tylko trochę od niej odbiega.

Oczywiście w górach próżno szukać jakichkolwiek umocnień. Naturalne bariery w zupełności wystarczały do powstrzymania wzajemnej niechęci sąsiadów. Wystarczy rzut oka ze szczytu Hatterrall Ridge by się o tym przekonać. Z jednej, angielskiej strony, zbocze ostro opada do praktycznie bezludnej Doliny Olchon. Tę od wschodu zamyka grzbiet Black Hill – jedynego wyraźnego wzgórza zaliczanego do Black Mountains leżącego po angielskiej stronie granicy. Dalej rozciąga się Golden Valley – Złota Dolina – i dopiero za nią, gdzieś w okolicach Hereford, zaczyna się sielski Albion.

Podobnie z drugiej strony. Najpierw rajska Dolina Ewyas, a za nią wąskie i głębokie Vale of Grwyne Fawr i Grwyne Fechan Valley, do których słońce zagląda tylko latem.

Gdyby komuś zechciało się przejść wszystkie szczyty, doliny i rzeki, żaden wał nie powstrzymałby go przed dalszym marszem. Ale zamiast podbijać Anglię (lub Walię), będąc już a Szlaku Offy, lepiej powędrować na południe, do Cwmyoy – kolejnej perły ukrytej w Czarnych Górach.

Kaprysy geologii

Cwmyoy ze swoim półtuzinem kamiennych domów i normańskim kościołem, przykleiło się do zbocza Hatterrall Ridge. Można się tu dostać albo górską ścieżką, albo karkołomną – nawet jak na Black Mountains – drogą od dołu. W obu przypadkach nie jest to zadanie proste, ale warto! Warto ze względu na “cud” architektoniczny, jakim jest tutejszy trzynastowieczny kościół Świętego Marcina. Nie ma chyba na świecie drugiej tak koślawej i powykręcanej budowli, która w założeniu taką być nie miała. W Saint Martin’s Church nic ze sobą nie współgra i nie ma jednego prostego kąta. Stojąc wewnątrz, patrząc przez nawę w kierunku ołtarza odnosi się wrażenie, że podłoga tańczy a ściany, choć próbują dotrzymać jej kroku, pogubiły rytm.

Z zewnątrz widok jest jeszcze bardziej intrygujący, bo kamienna wieża odchyla się od pionu o dokładnie 5,2 stopnia (zdecydowanie wyższa krzywa wieża w Pizie, dla porównania, ma odchył “tylko” 4.7 stopnia). Do lat sześćdziesiątych, kiedy dobudowano specjalne podpory, przed zawaleniem chroniła ją chyba tylko jakaś nadprzyrodzona siła. Ale że w Cwmyoy nic nie jest zbyt proste, w połowie długości nawy, budynek nagle wykręca się w przeciwną stronę.

Niewiele lepiej wygląda przykościelny cmentarz pełen powykrzywianych starych nagrobków. Śmierć musiała być czymś strasznie wkurzona, skoro tak niecnie sobie tu poczynała.

W rzeczywistości całkowity brak pionów i poziomów w Cwmyoy nie wynika ani z walki sił nieczystych z niebiosami, ani z jakiejś specjalnej niechęci mieszkańców do geometrii. Cała wina spada na geologię. Kościół stoi po prostu na kilku płytach skalnych, które bez przerwy na siebie napierają, powodując wybrzuszenia i zapadnięcia gruntu na powierzchni. A że proces jest łagodny i długotrwały, kościelne mury zamiast pękać, próbują dostosować się do sytuacji.

Poszukiwacze skarbów znajdą w Cwmyoy jeszcze jeden klejnot – średniowieczny kamienny krzyż. W 1861 roku wykopano go przypadkiem na jednym z okolicznych pól. Datowany na trzynasty-czternasty wiek krzyż, był prawdopodobnie drogowskazem dla pielgrzymów zdążających do St. Davids w Pembrokshire. Niezwykłe jest przedstawienie na nim postaci Chrystusa. Jego ciała nie tylko nie wykręca ból agonii, ale spod wielkiej biskupiej mitry zdaje się uśmiechać.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, w niewyjaśnionych okolicznościach krzyż zniknął z Cwmyoy, po czym zupełnie przypadkiem odnalazł się w sklepie z antykami w Londynie. Po udanej akcji odzyskania zabytku, na wszelki wypadek, przymurowano go do kościelnej podłogi.

————

Ten tekst to druga część długiej wyprawy w Black Mountains, poprzednią i kolejne znajdziecie tu:

Wisienka na torcie Pembrokeshire

Oto wisienka na torcie Pembrokeshire – Tenby.  Z dumą stwierdzam, że słynne kurortowe miasteczko nie jest obce młodej polskiej emigracji; byłam tam już kilka razy, i zawsze w ogólnym gwarze dało się wychwycić  szeleszczenie mowy ojczystej, uszlachetnione tu i ówdzie wdzięczną i jakże bliską naszym polskim sercom łaciną.

Początki miasteczka sięgają XII wieku, u zarania było zaledwie niedużym portem rybackim (aczkolwiek dość prężnym, podobno do Tenby przybył pierwszy transport pomarańczy w Walii, taka ciekawostka). Walijska nazwa miasteczka to Dinbych-y-Pysgod, co oznacza właśnie małe miasto/fortecę obfitującą w ryby. W czasach wiktoriańskich Tenby odkryły bogatsze warstwy społeczeństwa i szybko zaadoptowały jako kurort letniskowy inwestując w jego rozwój znaczne środki płatnicze i tworząc między innymi landrynkowe nadbrzeże, ikonę wśród krajobrazów Walii. O bogatej przeszłości Tenby świadczą także efektowne mury miejskie.

W dzisiejszych czasach Tenby pozostaje ulubionym kurortem wakacyjno-weekendowym Walijczyków. Oferuje wszelkiego rodzaju zakwaterowanie, restauracje i kawiarnie, kolorowe sklepy ze słodyczami; w sezonie otwierają swe podwoje rozmaite kluby i klubiki, oraz inne szemrane przybytki, w których usłużnie uwolnią cię od posiadanej waluty. Wszędzie dookoła znajdują się tereny zielone okraszone ławeczkami z widokiem na morze. Potężne odpływy odsłaniają malownicze piaszczyste plaże i osadzają na piasku kolorowe kutry rybackie. Na jednej z plaż usytuowana jest mała wysepka-skała z nieciekawą budowlą na szczycie – podobno właśnie do tej ‘twierdzy’ może odnosić się walijska nazwa miasteczka. Czasem przy odpływie właściciel udostępnia ją zwiedzającym. Istotna informacja o samych plażach: wszystkie od lat posiadają symbol niebieskiej flagi, co oznacza, że są najwyższej czystości/jakości.

Jedną z dodatkowych atrakcji Tenby jest możliwość wykupienia wycieczki-rejsu na pobliską wyspę Caldley, którą od niemal tysiąca lat zamieszkuje zakon Cystersów.

Warto zaplanować sobie cały dzień w Tenby, a jeszcze bardziej warto zostawić sobie je na deser po spacerach klifami Pembrokeshire – wyjątkowej urody linia brzegowa tej części kraju wchodzi w skład jednego z trzech walijskich parków narodowych.

Uwaga, w szczycie sezonu przy szczególnie ładnej pogodzie parkowanie może okazać się pewnym problemem, pomimo ogromnego parkingu na końcu głównej nadmorskiej ulicy oraz wielkiego multistorey parkingu w centrum. Najlepiej przyjechać do Tenby w miarę wcześnie.


Patagońskie opowieści – Y Wladfa

Taka sprawa. W 1865 roku stu pięćdziesięciu trzech Walijczyków wsiadło na statek wychodzący z Liverpoolu i popłynęło kolonizować argentyńską Patagonię. Patagonia ogłaszała się wówczas wszem i wobec jako ziemia obiecana dla wszelkiej maści imigrantów, i to dosłownie, bowiem każdy potencjalny kolonizator mógł liczyć na skrawek pola pod uprawę, tudzież inne wsparcie rządowe. Siła robocza, znaczy, była desperacko poszukiwana dla użytkowania nieużytków i ogólnego progresu gospodarczego.

W tamtych czasach Walijczycy emigrowali bardzo chętnie, jak cała reszta Europy, zwłaszcza do Ameryki i Australii. Z czasem pojawił się problem, który zaczął spędzać sen z oczu walijskim patriotom: emigranci zmuszani byli do odchodzenia od języka ojczystego i przysposabiania języka angielskiego. Patrioci główkowali i główkowali, aż znaleźli idealne rozwiązanie. Jak się okazało, Patagonia nie miała parcia na język lokalny, i w tej sposób w drugiej połowie XIX w na jej terenie została utworzona niewielka społeczność walijska zwana Y Wladfa (kolonia) czy pełniej Y Wladfa Gymraeg (kolonia walijska). Głównym ośrodkiem nowej kolonii stał się miasteczko Chubut. Dzięki dość zamkniętemu charakterowi Y Wladfa walijskość w Patagonii rozkwitła sobie w najlepsze, i trwała niewzruszenie nawet wtedy, kiedy ‚właściwa’ Walia znalazła się na krawędzi utraty własnej tożsamości. Po wielu latach odosobnienia i głównie na skutek rozwoju tańszych i szybszych środków transportu Y Wladfa i Walia ‚odnalazły się’; wzajemne wizyty oraz wymiana kulturalna są dziś dość powszechne.

Wiedziałam o tym zjawisku od dawna. Jestem byłą lingwistką, i chociaż wiedza teoretyczna w temacie odleciała już dawno jako te kormorany z Mazur na jesieni, to wciąż interesują mnie zagadnienia praktyczne związane z językiem. Język jest tworem, który ciągle się zmienia, ciekawa więc jestem, jak rozwinął się język walijski nie poddawany wpływowi języka i kultury angielskojęzycznej, a hiszpańskojęzycznej. W jakim stopniu różnią się od siebie te dwie ścieżki tego samego języka? W jakim stopniu Walijczyk z Patagonii i ten z Maesteg mogą się porozumieć? Obecnie w Patagonii zarejestrowanych jest około 50 tysięcy osób o pochodzeniu walijskim; jednakże ilu z nich tak naprawdę wciąż kultywuje swoje dziedzictwo, a ilu stało się Argentyńczykami, trudno powiedzieć.

zn

I teraz przechodzę do najlepszego. W okolicach świat wrzuciłam na fb garść informacji o nadchodzącym kolędowaniu w St Fagans. Kolędowanie odbywa się w dwóch językach, po angielsku i walijsku. W kilka chwil potem dostałam uroczego maila od pana G. Czytałam i czułam jak rośnie we mnie serce, bo to taka niesamowita historia. Pan G. uprzejmie zgodził się, żebym mogła zacytować treść maila, więc bardzo proszę, dla państwa przyjemności:

Urodziłem się w Argentynie, mieszkałem tam 20 lat i w 1991 r. przyjechałem do Polski na studia i już zostałem. Sześć lat, od trzeciego roku życia, spędziliśmy z rodzicami na walijskiej Patagonii, „Y Wladfa”. Moi rodzice od razu zapisali się do walijskiego chóru i przez ten czas nauczyli się mówić, i śpiewać, po walijsku. Do dzisiaj pamiętam nabożeństwa „plygain” i „plygain garolau” (przepraszam jeżeli źle piszę, ale już nie pamiętam dobrze). Niektóre z tych kolęd śpiewamy do dzisiaj, tak jak pieczemy specjalne czarne ciasto owocowe „teisen ddu”, chociaż nie mamy celtyckiej krwi stało się to częścią naszego rodzinnego dziedzictwa. Jak ja chciałbym jeszcze raz w walijskiej kaplicy na końcu świata śpiewać te pieśni mojego dzieciństwa…

I jeszcze kilka słów:

Niedaleko doliny rzeki Chubut, która po walijsku nazywa się Afon Camwy, tam gdzie jest walijska kolonia, znajduje się Comodoro Rivadavia. Jest tam najbardziej na południu wysunięta polska organizacja w Argentynie „Dom Polski w CR”. Na początku XX w. znaleźli tam ropę naftową i polscy inżynierowie trudnili się jej wydobyciem. Trochę Polaków jest również w okolicach miejscowości Dolavon, o pięknej walijskiej nazwie. Pojawili się w Argentynie po wojnie, jak moi dziadkowie z moimi rodzicami. Jedna polska rodzina produkowała walijski ser, ser Chubut. W tej chwili nie pamiętam nazwiska tych producentów, ale pamiętam, że jak jeździliśmy do nich zawsze dostawaliśmy parę ciężkich gomółek… Rodaków wszędzie pełno:)

I tak proszę państwa w tej niesamowitej walijskiej historii pojawiliśmy się i my, wszędobylscy ciekawscy Polacy, piechurzy, kolonizatorzy, pionierzy, odkrywcy i wytwórcy patagońsko-walijskiego sera. Świat jest jednak malutki, a przy tym taki ciekawy.

Natomiast pod spodem do obejrzenia zwiastun filmu Patagonia (2010r). Polecam nie tylko gdyby ktoś był zainteresowany tematem, ale również zwyczajnie dlatego, że to bardzo ładnie nakręcony film o poszukiwaniu rzeczy najważniejszych. Plus niesamowite plenery.

Arthur’s Stone

Arthur’s Stone czyli Kamień Artura, to neolityczny grobowiec liczący sobie około pięciu tysięcy lat. Dość niepozorną budowlę (o ile można go tak nazwać) wznieśli prawdopodobnie koczownicy, sezonowo wypasający swe stada na zboczach Złotej Doliny. Trzeba przyznać, że bardziej urokliwe miejsce trudno byłoby im znaleźć. Ze wzgórza, na którym stoi rozciągają się fantastyczne widoki na Golden Valley i Black Mountains!

Arthur's StonePrzykrytego ważącym 25 ton grobowca co prawda nigdy dokładnie nie zbadano, ale archeolodzy domyślają się, że oprócz ludzkich szczątków, znajdują się w nim zarówno przedmioty pierwotnych kultów religijnych, jak i codziennego użytku. Tego typu konstrukcje służyły bowiem i jako swego rodzaju świątynie, i jako miejsca spotkań prehistorycznej wspólnoty.

Arthur's StoneOpowieści wiążące grobowiec z Królem Arturem pochodzą z początków drugiego tysiąclecia. Jedna z nich mówi, że w tym miejscu legendarny władca miał zabić giganta, który upadając odcisnął ślad łokcia na jednym z głazów. Według kolejnej, niewielkie ślady na kamieniach miał odcisnąć sam Artur modląc się przed ważną bitwą. To tu Artur miał też ponoć wydobyć Excalibur ze skały. Przez stulecia nie brakowało również takich, którzy wierzyli, że to właśnie tu, na wieczny spoczynek, złożono ciało Króla.

Owce z widokiem na Black MountainsNawet jeśli w historiach tych nie ma krzty prawdy i tak warto tu zajechać. I dla wspaniałych widoków, i dla chwili zadumy nad prehistorycznym przodkami…

Oszukać przeznaczenie

Co dwie głowy pięć nóg, to nie cztery!

Na rodzinnej farmie Rhiwlas, niedaleko Jeziora Vyrnwy, Powys, przyszedł na świat pięcionogi baranek. Podobno, zdaniem zaprzyjaźnionego z gospodarzami weterynarza, czasem się to zdarza. Najczęściej jednak, deformacja wynika z jakichś poważniejszych wad genetycznych i takie jagnięta przeżywają kilka godzin, maksymalnie kilka dni. Ale nie to znad jeziora! To postanowiło żyć i pokazać wszystkim, że od nadmiaru głowa nie boli.

Farmerzy, a szczególnie ich szesnastoletni syn, który asystował przy porodzie, zauroczeni siłą małego odmieńca, postanowili go zatrzymać, jako rodzinną maskotkę.

Mały Jake, jak go szybko nazwano, ponoć świetnie sobie radzi i jak inne jagnięta biega, skacze i dokazuje. Piąta noga jest ponoć wyjątkowo sprawna i w niczym mu nie przeszkadza, dlatego zrezygnowano z ryzykownego zabiegu jej amputacji.

Bethan Lloyd-Davies, właściciel farmy, podsumował sprawę krótko: “Gdyby Jake urodził się z czterema nogami, po roku na pastwisku, skończyłby na stole”. Zapewne w sosie miętowym. A tak, może dożyje sędziwej, owczej starości.

Jake’owi gratulujemy i życzymy… wszystkiego, o czym marzą owce!

Więcej na: WalesOnline i Daily Post (video!)

Romański klejnot Herefordshire

Z klejnotami jest ten problem, że najczęściej są małe i trudno je znaleźć. Chowają się gdzieś z dala od ludzkich spojrzeń, starając nie zwracać na siebie uwagi. Cenią spokój. Co dziwne, po odnalezieniu klejnotu, jego właściciel przejmuje wszystkie te cechy i chowa swój skarb przed obcymi, by samemu się nim cieszyć.

Kilpeck ChurchDokładnie tak wygląda sytuacja z “romańskim klejnotem Herefordshire” – kościołem w Kilpeck. Od prawie dziewięciuset lat stoi sobie wśród pól i łąk tego wiejskiego hrabstwa, nie niepokojony przez intruzów.

Kościółek zbudowano około 1140 roku. W czasach gdy gościńcami chadzały złośliwe stwory z innych światów, w leśnej gęstwinie czaiły się najstraszliwsze bestie, a diabeł czyhał niemal wszędzie. A to namawiając szeptem do grzechu, to znów biorąc sobie ciała i dusze śmiertelników w posiadanie. Lud tutejszy, choć od kilku setek lat klękający przed krzyżem, nadal ukradkiem kłaniał się celtyckim bożkom. Tak na wszelki wypadek, żeby ich nie złościć. Bogacze zaś, jak to bogacze, egzystencjalne lęki próbowali rozpędzać złotem.

Kilpeck ChurchJeden z nich – Hugh de Kilpeck – władający, większą podówczas niż dziś, wsią i okolicą, grzesznikiem musiał być sromotnym, bo w nadziei na życie wieczne pośród anielskich zastępów, sam, z własnej kiesy, ufundował przepiękny kościół. Budowę powierzył Oliverowi de Merlimond, który wracając przez północną Francję z pielgrzymki do Santiago de Compostela, poznał i zaadaptował do lokalnych warunków i według własnej fantazji, tamtejszy styl budownictwa sakralnego. Lub, jak twierdzą niektórzy, przywiózł ze sobą tamtejszych kamieniarzy.

Dziś, ów unikatowy dla południowego pogranicza angielsko-walijskiego styl, nazywa się the Herefordshire school of romanesque sculpture. Jedną z jego najbardziej charakterystycznych, a obecnie wzbudzających także największy zachwyt cech, są niezwykłe zdobienia. Framugi drzwi i okien, filary, konsole… ozdabiano przede wszystkim motywami celtyckimi i anglo-saksońskimi. Odwołującymi się nierzadko do pradawnych legend i, nie do końca zapomnianych, pogańskich wierzeń. Zdarzają się też motywy bizantyjskie, skandynawskie i, co zaskakuje współczesnych badaczy, nie odwołujące się do niczego poza talentem i umiejętnościami twórców. W Kilpeck do tych ostatnich zalicza się część konsoli z cyklu “Polowanie”, z niemal disnejowskimi “psem i zającem” na czele.

Rozety z kościoła w KilpeckPatrząc na tę zabawną parę można odnieść wrażenie, że misterne rzeźbienia służą głównie rozrywce. W rzeczywistości był/jest to rodzaj przekazu – pisma obrazkowego – który miał dotrzeć do prostego ludu. Obok “sielskich” scenek z “Polowania”, czy “Festynu”, występują tu przecież bestie pożerające ludzi i inne, czasem do dziś jednoznacznie nierozszyfrowane symbole, utożsamiające grzech lub przed nim przestrzegające.

Dla tropicieli jawnych pogańskich zapożyczeń, nie lada gratką jest Sheelah-na-gig – najbardziej dosadny i obsceniczny (XII wiek! Pamiętajmy!) motyw na kościele. Z nieproporcjonalnie wielkim i wyzywająco rozwartym sromem, Sheelah jest symbolem wieloznacznym. Dla Celtów, z których mitologii się wywodzi, wyrażała płodność, cykliczne odradzanie się życia (nota bene, podobnie jak wąż, który dla Celtów i wczesnych Anglosasów, nie oznaczał biblijnego szatana-kusiciela, ale, przez zmianę skóry, właśnie ciągłe odradzanie się życia), Gaję, Matkę Ziemię, życiodajne siły przyrody, itp. Nie wolne jednak od kaprysów i złośliwości. Wczesnośredniowieczny kościół wyspiarski wprowadził Sheelę do katalogu swoich symboli, przypisując jej jednak wyłącznie złe cechy. Przede wszystkim wyuzdanie, rozpustę, nieczystość i wszelkie grzechy cielesne.

Wojownicy i święci z kościoła w KilpeckPodobnych “smaczków” i ukrytych znaczeń jest w Kilpeck jeszcze wiele. Tak zwani “walijscy wojownicy”, zdobiący kolumnę podpierającą łuk nad głównymi drzwiami, naprawdę z Walijczykami nie mają nic wspólnego. Pytanie kogo przedstawiają pozostaje bez odpowiedzi. Ich strój – czapki, spodnie, buty – nie pasują do żadnej z ówczesnych kultur. Skąd się wzięli? Czyżby tylko z fantazji twórców? A jest jeszcze Green Man utożsamiany z siłami przyrody, są smoki i bazyliszki, potwory, święci, nimfy, baranki boże… I masa zagadek, dla których warto tu zajrzeć.

Jest jeszcze coś – magiczny, święty spokój. Może to dzięki niemu “romański klejnot Herefordshire” przetrwał niemal nienaruszony przeszło osiemset lat?

Krajobraz południowego Herefordshire

Zwolnij w Ludlow

Ludlow – zdaniem niektórych the loveliest market town in England, czyli… No właśnie… Próbuje znaleźć polski odpowiednik owego “loveliest”, ale żadne słowo, które przychodzi mi do głowy, nie zawiera w sobie jednocześnie słodkiego kiczu, odrobiny tandetnej patyny i autentycznego, godnego podziwu piękna. A już szczególnie, gdy wypowiadane jest z tą angielską egzaltacją, dzięki której (jak ktoś to kiedyś zabawnie ujął, nawet “skarpetki” potrafią brzmieć dostojnie). Pomijając jednak te raczej nieistotne lingwistyczne dywagacje, bez dwóch zdań, Ludlow jest uroczym miasteczkiem, w którym czas płynie zdecydowanie wolniej, niż woda w Rzece Teme.

Ludlow

Zresztą, “wolny” to kolejne słowo, które jak ulał pasuje do miasta. Ludlow jest bowiem pierwszym na Wyspach Cittaslow – miastem wolnym od pośpiechu i stresów związanych z życiem w betonowej dżungli. Ponadto, Ludlow uważa się za główna kwaterę ruchu Slow Food w UK. Jego idee w pełni materializują się podczas Ludlow Food & Drink Festival – jednej z największych i najbardziej prestiżowych imprez tego typu w Zjednoczonym Królestwie.

No tak… Ale jak tu się spieszyć, kiedy wokół mnóstwo krzywych, kilkusetletnich domków, ulice są tak wąskie, że nawet rowerem nie za bardzo da się zaszaleć, a The Broadgate (Szeroka Brama) – jedyna z siedmiu średniowiecznych bram miejskich, która przetrwała do dziś – jest tak wąska, że nie zmieści się w niej nawet van z lodami? Jak nie kontemplować krwistego steak’a popijanego lokalnym piwem, siedząc w tawernie, albo pubie, w którym od czterystu lat zmienia się tylko obsługa i filtry do kawy?

Most Dinham i Zamek Ludlow

Ale co tu oglądać i podziwiać? Tak, to jest problem. Szczególnie biorąc pod uwagę, że w dziesięciotysięcznym miasteczku, ponad pięćset (!!!) budynków znajduje się na liście zabytków.

Oczywiście jest w Ludlow zamek. Normański. Co ciekawe, wciąż w rękach tego samego rodu, który go wybudował! Na przestrzeni niemal tysiąca lat istnienia, zamek gościł cała masę królów (przyszłych, urzędujących i niedoszłych), książąt i wszelkich, bardzo zacnych osobistości. Poza tym, przez ponad dwieście lat – od XV do XVII wieku – zarządzano stąd Walią i Welsh Marches.

Dzisiaj, jak większość wyspiarskich zamków, Ludlow Castle to malownicza ruina. Niemal naturalny element krajobrazu. To w jego murach, teraz chroniących najwyżej przed wiatrem, odbywają się Food & Drink Festival, letni Festiwal Szekspirowski, średniowieczne festyny i wiele wiele imprez, którymi zapełniony jest miejski kalendarz.

Po odwiedzeniu zamku, warto przespacerować się dość karkołomną ścieżką w dół, na Dinham Bridge spinający brzegi Rzeki Teme. To kolejna budowla, której wiek liczy się w setkach lat. Przy okazji oferująca świetny widok “z zamkiem w tle”.

Kilkaset metrów dalej, idąc jednym ze szlaków widokowych wzdłuż rzeki, dochodzi się do następnej średniowiecznej przeprawy – wybudowanego w XIV wieku Ludford Bridge. Wieki temu, Ludford stanowiło osobną osadę z własnym kościołem parafialnym stojącym kilka kroków od mostu i dworem szlacheckim. Dziś to integralna część Ludlow.

Zaczynająca się tuż za mostem i pnąca ostro w górę Lower Bridge Street, to dawne podgrodzie, niegdyś licznie zamieszkane przez tkaczy. Właśnie na ich ciężkiej pracy budowano dobrobyt miasta, słynącego w średniowieczu z wyrobów z wełny.

W końcu, przez ciasną The Broadgate, wchodzimy na właściwą starówkę. Tutaj praktycznie każdy budynek, to zabytek. Część przetrwała w niezmienionym stanie od XV czy XVI wieku. Pozostałe przebudowano na modłę kolejnych epok.

The Feathers Hotel

Za najcenniejsze skarby uważa się Bodenham’s i przylegające do niego budynki – typowe trzystu-czterystu letnie, a czasem nawet starsze, czarno-białe domki na szczycie Broad Street, wybudowane techniką przypominającą znany z Polski “pruski mur”.

Ye Olde Bull Ring Tavern i The Feathers Hotel, to kolejne przykłady “monochromatycznej architektury” przy sąsiedniej Bull Ring. Przy czym ten drugi, funkcjonujący jako zajazd od lat siedemdziesiątych XVII wieku (!!!), to absolutne dzieło sztuki, przypominające bardziej archaiczny domek dla lalek, albo tło historycznego filmu, niż prawdziwy (chciałoby się powiedzieć “z krwi i kości”) dom.

Sklepienie kościoła parafialnego pod wezwaniem Świętego Wawrzyńca

Równie zachwycający jest The Parish Church of St. Laurence, czyli Kościół Parafialny pod wezwaniem Świętego Wawrzyńca, nazywany często “Katedrą Pogranicza” (the Cathedral of the Marches). Późnogotycka świątynia ma niewiele wspólnego ze, skromnym zapewne, normańskim kościołem z początków XII wieku, z którego, po wielu zmianach, wyrosła. Dzisiejsza bryła, to efekt niemal całkowitej przebudowy z XV wieku. Imponujący i monumentalny, jak na niewielkie miasteczko kościół, słynie ze swych średniowiecznych i późniejszych witraży, przedstawiających, między innymi, męczeńską śmierć patrona parafii, nieszczęśliwego Księcia Artura (jednego z niedoszłych następców tronu, który zmarł w Zamku Ludlow w 1502 roku), czy Palmer Guild – znaczące niegdyś bractwo religijne.

Cudowna studnia Św. Winefride / Holywell

dsc_0042

Cudowna studnia świętej Winefride w Holywell w hrabstwie Flintshire (północna Walia) to miejsce szczególne, i nawet jakhol się nie jest wierzącym, to trudno nie poczuć w powietrzu tej atmosfery oczekiwania i nadziei, którą przesiąkły przez wieki jej mury. Już od 13 stuleci studnia przyciąga pielgrzymów z całego kraju, włączając koronowane głowy i innych celebrytów. Wielu z nich zostawiło swoje autografy na murach; najstarsza data jaką wypatrzyłam to 1595. Niektórzy optymiści zostawili na świadectwo cudu swoje już niepotrzebne kule; wtedy jeszcze nikt nie wiedział o sile sugestii, która silna jest, ale na krótką metę. Niejeden pewnie szybko pożałował swojej spontanicznej decyzji; i potem był płacz, i zgrzytanie zębów i dłuuugie czołganie do domu.

dsc_0006Podobno Holywell jest najstarszym wciąż działającym miejscem pielgrzymek w Europie; budynek skrywający cudowne źródełko jest zabytkiem pierwszej klasy objętym ścisłą ochroną prawną. Obok studni znajduje się kapliczka, kościół, muzeum z ciekawą ekspozycją i sklepik z pamiątkami.

Sama Winefride, patronka studni,  była podobno dziewczęciem o wielu walorach; walorami nie chciała się podzielić z lokalnym księciem, więc sympatyczny młodzieniec poderżnął jej gardło. Legenda głosi, że panna zmarła, po czym zmartwychwstała; ale możliwe jest też, że książę nie znał się za dobrze na podrzynaniu i nie uszkodził żadnych znaczących elementów krwiobiegu. Tak czy inaczej, w miejscu gdzie Winefride padła chwilowym trupem wytrysnęło źródło o rzekomo uzdrowicielskiej mocy.

dsc_0028Jak na swój status i znaczenie, Holywell utrzymuje stosunkowo niski profil. Nie ma w nim olbrzymich plastikowych madonn jak w Lourdes; klienci po cud przychodzą i wychodzą, po cichu, w skupieniu, czasem zorganizowanym truchtem przekuśtyka wycieczka emerytów. Jeśli chciałbyś się tam wybrać, a warto, nawet jeśli nie jesteś wierzący, to najlepiej z samego rana. Jak będziesz miał szczęście, to wpuszczą cię na teren jeszcze przed otwarciem, i wtedy będziesz tylko ty, Winefridowe źródło, średniowieczna atmosfera, pięć wieków graffiti i poranne mgły. Mocne przeżycie. Godziny otwarcia i inne przydatne informacje znajdziesz tutaj.

dsc_0039A o tym, że rzecz jest znana w pewnych kręgach świadczy ta oto notatka z okna ze sklepiku:

dsc_0062

Woodstock for the mind

Spośród “wrót” Czarnych Gór – to obowiązkowy przydomek wszystkich okolicznych miasteczek – na bardzo dobry początek zdecydowanie najlepiej wybrać Hay-on-Wye. To maleńkie graniczne miasteczko przyklejone do łagodnych zboczy doliny rzeki Wye jest doskonałym przykładem tego, jak na dobrym pomyśle i niezwykłym uporze zbudować kapitał i prawdziwą lokalną wspólnotę.

Hay-on-WyeZanim jednak w Hay zapanowała ogólna sielanka, jak to na Pograniczu, bywało tu burzliwie. Miasteczko regularnie palono i plądrowano. Nie oszczędzali go ani walijscy patrioci, ani chciwi pograniczni lordowie, ani angielscy władcy. Gdy w końcu nastał pokój, w Hay na dobre zadomowił się marazm, przerywany jedynie cotygodniowym targiem i wizytami dżentelmenów w cylindrach i dam z parasolami, którzy na szerokim brzegu River Wye urządzali sobie pikniki podczas, modnych swego czasu, rzecznych wycieczek.Y Gelli, jak z walijska nazywa się Hay-on-Wye (i co brzmi zdecydowanie bardziej zagadkowo niż wygląda w druku!), ze swoimi wąskimi i krętymi uliczkami zabudowanymi domami wyciętymi z kolorowych bajek, przyrosło o niewielkiego wzgórza zamkowego. Podobnie jak miasteczko, Hay Castle nie miał szczęścia. Wybudowany około 1200. roku przez Williama de Breos II, już w 1216 roku został zniszczony przez króla Jana, a gospodarz ratował się ucieczką do Francji.

William uchodził za jeden z najbardziej parszywych charakterów swojej epoki, co tłumaczy królewską zawziętość. Ta jednak blednie przy uporze lordowskiej małżonki Maud de St. Valery – znanej też jako Moll Wallbee – która, zgodnie z legendą, odbudowała zamek w ciągu jednej nocy, dźwigając kamienie w fartuchu. Być może to tak bardzo rozsierdziło króla Jana, że – wspominając inną, nieco mniej romantyczną legendę – zagłodził Maud i jej najstarszego syna, zamurowując ich żywcem w murach Windsoru. Jak było naprawdę, nie wie nikt. Wiadomo za to, że niedługo później, zamek podpalił książę Llywelyn ap Gruffydd.

Hay Castle

Dwieście lat później, zubożałe miasteczko i podupadły zamek, strawił pożar ostatniego wielkiego powstania Walijczyków prowadzonych przez Owaina Glyndwr.

Kolejne dwa wieki później, wykorzystując ruiny normańskiej warowni, wzniesiono szlachecki dwór. Ale i ten miał pecha. I do pożarów, i do właścicieli. Aż do początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy zrujnowany zamek kupił Richard Booth. Odtąd nic już nie było takie jak dawniej…

Zielono mi!

Booth przyjechał na prowincję z niezwykłą i, mówiąc delikatnie, ekscentryczną wizją stworzenia miasteczka antykwariatów. Albo raczej książkowych secondhandów, żeby pozbyć się ekskluzywnych skojarzeń. Jego pierwsza księgarnia – otwarta w 1961 roku – szybko wyrosła na największy tego typu sklep w Europie.

Zachęceni sukcesem Richarda, do miasteczka zaczęli ściągać kolejni antykwariusze i bukiniści, co zaowocowało przemianą Hay w osobliwe “Miasto Książek” – Town of Books. Dziś, po pół wieku, w niespełna dwutysięcznym miasteczku działa około trzydziestu księgarni. I, bynajmniej!, nie mówimy o małych przytulnych sklepikach, choć i takie oczywiście się tu znajdą. W Hay dla książek przeznaczono całe domy – w kilku z nich handluje się od piwnic po strych – kino i częściowo wyremontowany zamek. Według tylko pobieżnych szacunków, każdego dnia na poszukiwaczy skarbów czeka przeszło milion (!!!) książek. Na każdy niemal temat: od dadaizmu po fizykę jądrową, i na każdą kieszeń: od trzydziestu pensów wrzucanych do tak zwanych honesty boxes, do tysięcy funtów za rzadkie starodruki.

hay003

Sukces jakim okazało się “Miasto Książek” najwyraźniej nie w pełni usatysfakcjonował Richarda Bootha. Marzył o czymś jeszcze większym. I sobie wymarzył. Pierwszego kwietnia 1977 roku ogłosił powstanie niezależnego Królestwa Hay. Siebie oczywiście osadzając na tronie. Choć był to tylko primaaprilisowy żart, król Richard wciąż cieszy się niekwestionowanym autorytetem wśród “poddanych”, służy radą, rozdaje tytuły szlacheckie, wymyśla coraz to nowe sposoby rozwoju i promocji swojego małego królestwa, a w wolnych od monarszych obowiązków chwilach pisuje pamflety ośmieszające państwową biurokrację.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć władcę książkowego królestwa z bliska, niech zajrzy do zamkowego antykwariatu. Starszy dżentelmen w pogniecionej marynarce, przysypany stertą papierów, to właśnie on.

Haj w Hay

W naturalny sposób, przesiąknięta zapachem farby drukarskiej i kurzu atmosfera Hay-on-Wye przyciąga intelektualną śmietankę Wielkiej Brytanii (i nie tylko). By stworzyć dla nich platformę wymiany myśli, w 1988 roku powołano do życia Hay Festival. Literacka w założeniu impreza, z czasem ewoluowała w niezwykłą, dziesięciodniową kulturalną ucztę pisarzy, polityków, dziennikarzy, wydawców, artystów sztuk wszelkich i, rzecz jasna, niecodziennej publiczności.

Według New York Timesa, to “najbardziej prestiżowy festiwal anglojęzycznego świata”. Bill Clinton natomiast, który był gościem jednej z edycji Hay Festival, określił go jako “Woodstock dla umysłu”. Czy trzeba jeszcze coś dodawać? Może jedną rzecz.

Od lat w programie festiwalu, obok prelekcji, dyskusji, wystaw i koncertów, figurują piesze rajdy po okolicy. Choć trudno w to uwierzyć, bilety na nie znikają w pierwszej kolejności! Już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem imprezy. Skąd to niezwykłe zainteresowanie? Odpowiedzi nie trzeba szukać daleko. W zasadzie, wystarczy ruszyć się dwa kroki za miasto.


National Botanic Gardens of Wales

NBGW

Podobno są ludzie, którzy nie czerpią satysfakcji z obcowania z zielenią, a spacery po ogrodach działają na nich usypiająco. Tym wszystkim trzem osobom dziękujemy już za uwagę; resztę świata zapraszamy do zaczerpnięcia odrobiny świeżego powietrza w pięknych okolicznościach przyrody. Walia to ogrodowy raj; proszę tylko zerknąć, ile sugestii proponuje nam w tym temacie google.

nbgWisienką na torcie walijskich ogrodów jest National Botanic Garden of Wales, w hrabstwie Carmarthenshire. Mapka orientacyjna by google.

 Ogród został otwarty w roku 2000; od tego czasu fantastycznie się rozwinął. Bez problemu można spędzić tam cały dzień; niespiesznie spacerować, co rusz przysiadając na ławeczce i ciesząc oko rozlicznymi mini-ogrodami tematycznymi, w których dumnie prezentuje się osiem tysięcy gatunków roślin. Klejnotem w koronie Ogrodu jest specjalna przeszkolona  kopuła (The Great Glasshouse, botanarium) mieszcząca w sobie unikatową kolekcję roślin tropikalnych (oraz niemal równie ważną kafeję dla wielbicieli kawy z ciachem).   

Koszt wstępu do ogrodu jest niemały bo prawie £9, dlatego warto podejść do planowania wizyty taktycznie, żeby jak najwięcej z niej skorzystać. Najmniej korzystna pora na odwiedziny to oczywiście późna jesień, miesiące zimowe i wczesna wiosna (chociaż tropikalne botanarium nie jest zależne od pory roku i jest dostępne cały rok). Ciekawostka cenowa: NBG podaje na swojej stronie, że ci, którzy przyjadą transportem publicznym i okażą bilet mogą dostać 50 % zniżki na wstęp; to samo tyczy się rowerzystów. Parking jest darmowy.

Lokalizacja: Llanarthne, Carmarthenshire, kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: SA32 8HN. Odległości przy dojeździe samochodem: Cardiff – godzina, Swansea 30 min, Bristol – półtorej godziny.

Dodatkowe atrakcje w okolicy: malownicze ruiny zamku Dryslwyn, wieża Paxton.

Strona Ogrodu ze wszystkimi niezbędnymi informacjami.

Wodospady Doliny Neath

wodo (2)

mapek Dzisiejsza propozycja to szlak wodospadów, który moim (ale nie tylko moim) zdaniem, śmiało może konkurować z najładniejszymi tego typu szlakami w kraju a może i Europie. Stanowi wycinek dłuższej trasy o nazwie Waterfalls Trail, z którego słynie dolina Neath. Wycinek nazywa się 4 Falls Trail czyli Szlak 4 Wodospadów. Mapki orientacyjna gdzie jesteśmy, by Google.

ysrJadąc od miejscowości Pontneddfechan kierujesz się lokalną drogą na północ na Ystradfellte. Nie denerwuj się, kiedyś opanujesz te nazwy. Po drodze będzie zjazd na jeden z parkingów oznaczonych na mapie, ale jedź dalej. W Ystradfellte podażasz za znakiem ‚Waterfalls’; doprowadzi cię do leśnego parkingu. Dojazd jest prosty, ale najlepiej sobie to prześledzić na google maps.

No więc parking; stąd zaczynasz, i tu wrócisz, bo spacer jest kółeczkiem. Podążasz za ścieżką przez las. Po dojściu do rozwidlenia dróg kierujesz się w prawo, dość ostro w dół. Pierwszy wodospad jest już niedaleko.

DSC_0211

DSC_0217

DSC_0228Z tego miejsca teoretycznie powinieneś zawrócić do ścieżki wyjściowej.. i ja zupełnie nie zachęcam do żadnej nieodpowiedzialnej niesubordynacji.. ale gdybyś, załóżmy, posiadał te paskudne cechy charakteru, np. skłonność do łamania zakazów, podejmowania niewielkiego ryzyka.. do czego oczywiście, jak mówię, nie zachęcam.. i dajmy na to zachował elementarną ostrożność..

nm.jpg DSC_0267 DSC_0237to (jak słyszałam) kontynuując spacer ‚zamkniętą’ ścieżką dojdziesz do przepięknego, nieco odosobnionego wodospadu o malowniczej nazwie Sgwd Isaf Clun-Gwyn. Według mnie, ukryta perła Wodospadowego Szlaku. Dla tych, którzy są praworządni i się słuchają, całkiem słusznie,  dodam, że do wodospadu można też dotrzeć od drugiej, legalnej strony, ale mało kto dociera, bo dojście wymaga pewnego wysiłku, trzeba iść pod górę często po kamieniach i korzeniach, nie jest to specjalnie wygodne, aczkolwiek nie takie znowu straszne.

sgw

5Podążając dalej wzdłuż rzeki i po kierunkowskazach dojdziesz do kolejnych dwóch wodospadów, w tym jednym wysokim, o nazwie Eira, do którego trzeba sobie zejść drewnianą ścieżką ostro w dół i za którym można przejść w sprzyjających warunkach pogodowych. Przy wodospadach można czasem spotkać poszukiwaczy mocnych wrażeń zażywających kąpieli w lodowatych wodospadowych wodach.

wodospNa tym szlaku nie da rady się zgubić. Jeśli nie wiesz gdzie iść, to podążaj wzdłuż rzeki, a prędzej czy później dojdziesz do kolejnego wodospadu albo drewnianych kierunkowskazów. Mapka u góry powinna dać ci ogólny pogląd na to co i gdzie; ale jeśli myślisz o poważniejszej eksploracji tych terenów to warto zaopatrzyć się w jakąś sensowniejszą. Sama sobie od lat sobie powtarzam że powinnam, może w końcu to zrobię. Zdecydowanie nie wybierałabym się w te rejony w klapkach. Widziałam panie przechadzające się rekreacyjnie do pierwszego z brzegu wodospadu w sandałkach, no ale widocznie nikt im nie powiedział, że Ciechocinek to w drugą stronę. Fotografom szczególnie polecam ten szlak jesienią, wybarwiające się pięknie liście stają się dodatkowym bonusem.

Najlepszy czas na wizytę: wodospady są najatrakcyjniejsze po obfitych opadach, ale uwaga: może być ślisko. Zachowaj ostrożność.

_____________

Info praktyczne:

Lokalizacja: dolina Neath, przy wiosce Ystradfellte, park narodowy Brecon Beacons. Orientacyjny kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: CF44 9JE.

Rodzaj szlaku:  pagórkowaty, leśny, rzeka + wodospady.

Trudność: częściowo łatwa, miejscami średnia.

Dystans: 3.8 mil, czyli około 6km, ale momentami dłuższe dość strome podejścia, można się zmęczyć.

Udogodnienia: parking płatny (ostatnio £4 za dzień) niestrzeżony.

wodo

Idealny weekend w Mynydd Preseli / Pembrokeshire

10Przepis na idealny walijski weekend: bierzesz kilka pagórków, jedno dobrej jakości b&b, kilka sympatycznych wioseczek z charakterem, garść nieznajomych wędrowców i wygodne buty; zalewasz wszystko szklanicą zimnej shandy (piwo z lemoniadą) i przypiekasz na słońcu. Trudno to przebić.

24 Wzgórza Preseli (walijskie Mynydd Preseli) są niewysokie i łagodne jak krowie spojrzenie; od strony północnej przylegają do zatoki Cardigan a od południa łączą się z parkiem narodowym Pembrokeshire. To jedno z moich ulubionych miejsc w Walii; pierwsze na emigracji, z którym poczułam realną więź. Trudno żeby nie, skoro starłam na nim nogi po kolana. Polski pot, krew i łzy wsiąkły w tę ciepłą ziemię.

25Kiedy byłam tu po raz pierwszy kilka lat temu, było mokro i ponuro i aż tak jakoś nienaturalnie cicho; miało się wrażenie, jakby lada moment zza kolejnej spowitej mgłą kupki skał miał wyskoczyć obłąkany morderca z maczetą krzycząc straszliwy brytyjski okrzyk wojenny: ‘would you like a cup of tea, dear?’. Przy ładnej pogodzie to zupełnie inne miejsce.

23Na wzgórzach Preseli trudno się zgubić, ale dla chcącego nic trudnego, jak zawsze twierdzę. Największego wzgórza w okolicy, widocznego ze wszystkich stron, szukaliśmy aż dwa razy. Za drugim razem, już po wystrzeleniu korków od szampana, dowiedziałam się od przebiegającej obok żwawym truchtem grupy osiemdziesięciolatków że, a ha ha ha, to nie tu, kochanieńka. To tam, dalej, o taaaaaaaaaaaaaam, przez to mokradełko i do góry. Dalej, myślę, przez mokredełko, w które wpadnę po kosteczkę i o’matko, znowu do góry. Tereniu, daj mi trochę wody i proszek bromowy, bo czuję nadchodzący globus. Jakaś godzinka, dodaje radośnie krucha staruszeczka i popyla dalej z mocą taranu.

27Ludzie, których spotyka się na szlakach, lubią pogadać; wszyscy wiedzą, że znajomość, jakkolwiek zwykle miła, jest chwilowa, więc każdy chce powiedzieć jak najwięcej, głównie gdzie to nie chodził i na co to się nie wspiął. Próbowałam powiedzieć coś  przechwalczego o Bridgend, po którym ostatecznie chodzę codziennie, ale nikomu nie zaimponowałam, zupełnie nie wiem, dlaczego. Czasami na szlakach zdarzają się nieporozumienia w kwestii gdzie to my się tak naprawdę znajdujemy; do walki na palce wskazujące włączają się kompasy, mapy i telefony do przyjaciela; koniec końców wszyscy rozbiegają się po okolicy w absolutnym braku konsensusu,  gardząc ignorancją oponentów.

34Dwie położone obok siebie wioseczki są idealnym punktem wyjściowym do włóczęgi po wzgórzach. Pierwsza to Maenclochog, w której jest sklep i stacja benzynowa, a  druga to maciupeńka Rosebush, w której głodny wędrowiec dość szybko odkrywa Dwa Lokale. Jeden z nich to duży pizgająco czerwony pub z widokiem na Preseli i makietą stacji kolejowej wydającej odgłosy nadjeżdżającej ciuchci. Pizgający pub z dumą oferuje walijską muzykę folkową oraz, jak głosi wieść gminna, to samo menu od 12 lat, pomimo wielu prób zamachu na tradycję popełnianych przez kolejnych zdesperowanych szefów kuchni. Menu Tafarn Sync szczyci się również bogatą ofertą wegetariańską. Długo nie mogłam się zdecydować czy wybrać lazanię czy lazanię; w końcu zdecydowałam się na lazanię, ale była taka sobie, więc myślę, że następnym razem spróbuję lazanii.

Poza tym, niewiele rzeczy przebija zimną shandy (piwo z lemoniadą) wypitą w pizgającym ogródku Z Widokiem po powrocie z włóczęgi.

29Drugi lokal o nazwie The Old Post Office jest nieduży, cudaczny i z atmosferą, a sympatyczna landlady nie tylko życzliwie i od ręki zmontuje głodnemu posiłek poza oficjalnymi godzinami urzędowania, i to z uwzględnieniem najróżniejszych dziwactw dietowych, ale jeszcze dorzuci sto historyjek gratis; to lubimy.

W Rosebush mają też farmę produkującą sery, która zachęca potencjalnego nabywcę tymi słowy:

31Okolica obfituje również w faunę i florę; np. latem, żeby nie paść z głodu próbując znaleźć najwyższe wzgórze w okolicy można sobie nazbierać rosnących wszędzie masowo poziomek:

32.. albo poznać nowych przyjaciół:

33

Wzgórza Preseli są również znane ze sporej ilości prehistorycznych artefaktów, np. formacji kamiennych czy neolitycznych grobowców.

Na koniec chciałam jeszcze powiedzieć, że nie biorę żadnej odpowiedzialności za to, jeśli zachęcony tą relacją wybierzesz się do Preseli i będzie szaro, buro i ogólnie nieciekawie. Deszcz pada w Walii przez 65% dni w roku i trzeba się z tym liczyć. Tym niemniej, jak już nie pada, to jest pięknie.28

Info dodatkowe: w okolicy można bez większego problemu znaleźć zakwaterowanie o niemal każdym standardzie, w tym pola namiotowe. Namiary na całkiem dobre b&b, gdyby ktoś życzył się szczególnie dobrze potraktować; rzecz nie jest może tania, ale idealna pod wieloma względami. Przez Mynydd Preseli przebiega kilka ścieżek rowerowych, między innymi 37-mio kilometrowa trasa z początkiem w położonym nieopodal uroczym miasteczku Newport.

W poszukiwaniu “Zielonego Mostu”

Dramatyczna linia brzegowa hrabstwa Pembrokeshire wchodzi w skład parku narodowego Pembrokeshire Coast National Park oraz Wales Coast Path, czyli ścieżki spacerowej obejmującej całe walijskie wybrzeże. Wales Coast Path połączyła istniejące uprzednio pomniejsze odrębne szlaki; jest bardzo dobrze zorganizowana, rzetelnie oznakowana oraz zabezpieczona w trudniejszych miejscach, co jest ważne o tyle, że klifowa linia brzegowa Walii jest nieustannie narażona na działanie ogromnych pływów i w związku z erozją miewa skłonności do nerwowych osuwów. Natura nieustannie pracuje nad zmianą kształtu Pembrokeshire.

Ukochana przez fotografów wyjątkowo przystojna formacja skalna zwana z niejasnych przyczyn Green Bridge of Wales, czyli “Zielony Most” (u góry strony), znajduje się na południu hrabstwa niedaleko miejscowości Castlemartin. Do “mostu” prowadzą boczne drogi, które przebiegają przez czynny poligon wojskowy i w związku z tym mogą być w określone dni, zwłaszcza robocze, zamknięte. Jeśli gdzieś po drodze zobaczysz powiewające czerwone flagi (nie wspominając o huku wystrzałów…), najlepiej zadekuj się w najbliższym pubie, kup sobie shandy i poczekaj aż skończą. Ewentualnie możesz wykonać szybki telefon z zapytaniem o dostęp do wybrzeża zanim wybierzesz się w podróż. Numer telefonu: 01646 662367. Albo zajrzeć na stronę informacyjną MoD.

Aby dostać się do Green Bridge kieruj się na drogę B4319. Jadąc nią (od Pembroke w kierunku Castlemartin) miej oczy szeroko otwarte, bo będziesz skręcał w pierwszą dróżkę w lewo, tuż za bazą wojskową Merrion (którą trudno przeoczyć, bo “pilnują jej” dwa potężne czołgi). Czasem wzdłuż drogi B4319 ustawione są pojemniki z mapkami, co jest uważam bardzo miłym gestem wobec zbłąkanego poszukiwacza formacji skalnych. Warto też dobrze sobie prześledzić trasę dojazdu na google maps. Poszukiwany przez ciebie parking nazywa się Stack Rocks. Nazwa pochodzi od innej formacji skalnej, którą zobaczysz w czasie spaceru. Nie jestem w stanie podać Ci kodu dla nawigacji satelitarnej, bo nie istnieje. Parking jest in the middle of nothing, jak mówią tubylcy.

Z parkingu kieruj się w stronę morza, a następnie wzdłuż klifu w prawo. To nie będzie bardzo długi spacer, ale bez wątpienia niesłychanie efektowny. Zwłaszcza, gdy zachodzące słońce oświetla na złoto klify, a spokojne morze leniwie opływa skały u ich podnóża. Nieco dłuższy spacer można sobie zafundować od klimatycznej klifowej kapliczki St Govan’s; opis przy innej okazji.

 

Zmierzyć się z Taff Trail

Taff Trail Taff Trail to jeden z najbardziej znanych, najlepiej zorganizowanych i opisanych szlaków w Walii. Jego nazwa pochodzi od rzeki Taff, jednej z głównych walijskich rzek, wzdłuż której w dużej części szlak przebiega. Nawiasem mówiąc, Taffy to również żartobliwe (czasem ironiczne) określenie Walijczyka. mapka-taff-trailTaff Trail zaczyna się w Cardiff Bay, następnie biegnie głównie lasami i wzdłuż zlikwidowanych torów kolejowych do Merthyr Tydfil. To część szlaku naznaczona jest dość gęsto pamiątkami po industrialnej przeszłości tych okolic, np. różnego rodzaju wiaduktami, tunelami itp; znakomita większość przebiega po drogach wolnych od ruchu samochodowego.
bnhBeFunky_P1090800Za Merthyr Tydfil zaczyna się bardzo malownicza i zdecydowanie bardziej wymagająca górska część trasy. Szlak przebiega przez Brecon Beacons, górski park narodowy. Kilka mil przed Brecon szlak łączy się z kanałem Brecon-Abergavenny i łagodnie finiszuje w samym centrum miasteczka.
24581
7Szlak jest popularny tak wśród rowerzystów, jak i pieszych. Mało kto pokonuje go za jednym podejściem; na nogach jest to praktycznie niemożliwe, chyba, że ktoś ma fantastyczną kondycję. Najlepiej podzielić go sobie na segmenty i łagodnie eksplorować. Właściwie przy każdym ‚oficjalnym’ segmencie trasy można gdzieś zaparkować. Segmenty można zobaczyć np. o, tutaj. Warto zwrócić szczególną uwagę na małą miejscowość Aberfan, w której znajduje się cmentarz upamiętniający ofiary katastrofy z 1966r, w której na skutek zejścia lawiny z kopalnianej hałdy zginęło 116 dzieci z miejscowej szkoły. Echa tragedii są wciąż niesamowicie żywe wśród lokalnej społeczności; każdy mieszkaniec tego kraju o niej słyszał.  Białe pomniki są widoczne z trasy, ale warto się tam zatrzymać na chwilę refleksji.
aberfCo prawda wzdłuż Taff Trail można co rusz napotkać jakąś kafeję lub pub, w których można uzupełnić utracone kalorie, ale na etap górski zalecam posiadanie chociażby jakiegoś batona energetycznego; a już na pewno nie wolno zapominać o butli z wodą. Przypominam też nienachalnie o zwracaniu uwagi na zmienną aurę. Ostatecznie to góry, chociaż nieprzesadnie wysokie; zawsze trzeba być przygotowanym na pogorszenie pogody.
To bardzo przyjemny i satysfakcjonujący szlak.
______________
Info praktyczne:
Lokalizacja szlaku: Walia południowa, pomiędzy Cardiff i Brecon, szlak biegnie m.in. przez park narodowy Brecon Beacons.
Trasa pokrywa się z krajową ścieżką rowerową nr 8.
Rodzaj szlaku: pieszy i rowerowy, początkowo nizinny, przechodzący w górzysty.
Trudność: początkowo łatwy, potem coraz bardziej wymagający.
Dystans: całość 55 mil = 88 km.
Udogodnienia: dość częste parkingi, w miejscowościach wzdłuż szlaku kafeje i toalety.
 DSCN3092

The Three Castles – Grosmont Castle

Choć od przeszło pięciuset lat stoją w ruinie, Trzy Zamki wciąż przypominają burzliwe dzieje walijsko-angielskiego Pogranicza. Wrośnięte w łagodny krajobraz wschodniego Monmouthshire, opowiadają o podboju, nietrwałych fortunach, królach, baronach i czasach, gdy tylko grube mury kamiennych twierdz dawały namiastkę poczucia bezpieczeństwa.

Trzy Zamki, czyli Pogranicze w ogniu

Żyzne niziny południowo-wschodniej Walii od wieków stanowiły łakomy kąsek dla każdego, kto rządził Wielką Brytanią. Tu chętnie osiedlili się pierwsi mieszkańcy Wysp, wyparci z czasem przez Celtów, których z kolei spacyfikowali Rzymianie. I w tym kierunku ruszyła ekspansja Normanów, którzy po zwycięstwie pod Hastings w 1066 roku, zaczęli podporządkowywać sobie Brytanię. Problem w tym, że tę urodzajną krainę od Anglii oddziela trudna do przebycia naturalna granica. Z jednej strony, od północy, wyrastają Czarne Góry, w owych czasach porośnięte jeszcze gęstymi dębowymi lasami. Na południu zaś, w swojej głębokiej dolinie o klifowych ścianach, wije się rzeka Wye. Jedynie wąski przesmyk niewielkich wzgórz pomiędzy dzisiejszymi miasteczkami Monmouth i Abergavenny łączy “ogrody Gwent” z resztą świata. Kto go kontrolował – mógł panować nad Południową Walią.

Panorama PograniczaDoskonale wiedział o tym William FitzOsbern (fitz Osbern), jeden z najbliższych stronników Wilhelma Zdobywcy i earl ówczesnego Herefordshire, któremu powierzono zadanie rozszerzenia nowego królestwa na zachód. Prawdopodobnie to właśnie on wpadł na pomysł, by w promieniu zaledwie kilku kilometrów zbudować trzy forty strzegące newralgicznego przesmyku. Tak zaczęła się historia The Three Castles – Trzech Zamków: Grosmont, Skenfrith i White – odtąd zawsze już wymienianych jednym tchem.Trzy Zamki

Po pierwszej fali podboju, na mniej więcej sto lat na Pograniczu zapanował spokój. Tyle czasu potrzebowali Walijczycy, żeby w końcu przestać rywalizować o władzę w swoich małych księstwach, pozbierać się do kupy i z dziką siłą ruszyć na okupantów. Zaczęli od spalenia zamku w Abergavenny i zabicia szeryfa Hereford wizytującego graniczne garnizony. Anglicy (czy raczej wciąż jeszcze Normanowie?), którzy na tych ziemiach stanowili zdecydowaną mniejszość, postanowili się “okopać”. W 1201 roku, król Jan podarował Trzy Zamki swojemu zaufanemu człowiekowi, hrabiemu Hubertowi de Burgh, a ten przez prawie czterdzieści lat budował, przerabiał i dostosowywał je tak do obrony, jak i do mieszkania.

Grosmont Castle – Oczko w głowie hrabiego de Burgh’a

Chociaż de Burgh miał kilkanaście zamków, a jego posiadłości rozrzucone były po dwudziestu siedmiu hrabstwach królestwa, wyraźnie faworyzował Trzy Zamki. Szczególnym zaś uczuciem darzył Grosmont. Na miejscu drewniano-ziemnego fortu pamiętającego czasy podboju, wybudował kamienne apartamenty z wydzieloną, luksusową jak na owe czasy, częścią mieszkalną, po czym… stracił zamek. I to w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach! Pod koniec 1203 roku, hrabia Hubert, dzielny rycerz, ruszył na wojnę do Francji bić się za swojego króla. Dowodził zamkiem Château de Chinon, podczas trwającego rok oblężenia. Pech chciał, że trafił do niewoli. Na całe dwa lata. W tym czasie, król Jan… oddał The Three Castles Williamowi de Barose, znanemu z niepohamowanej chciwości lordowi Abergavenny. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że obaj szlachcice, mówiąc delikatnie, nie przepadali za sobą.Zamek GrosmontFortuna kołem się jednak toczy. Po powrocie z niewoli, de Burgh nie tylko szybko odzyskał wpływy i pozycję, ale awansował na stanowisko justicar’a – pozycję, której dziś odpowiadałby premier rządu. Dodatkowo, w 1216 roku, zwycięską obroną zamku Dover przed Francuzami prawdopodobnie uratował Anglię przed podporządkowaniem sąsiadowi z kontynentu. Nie mogło stać się inaczej i wkrótce Trzy Zamki wróciły do hrabiego.

Zamek GrosmontZ lat wojaczki, oprócz blizn i glorii zwycięzcy, de Bugh przywiózł też sporo wiedzy i doświadczeń, które teraz chciał wykorzystać w swoich zamkach. W Grosmont, drewnianą palisadę otaczającą dziedziniec zastąpił wysokim murem z blankami i trzema potężnymi wieżami na każdym rogu. Do zwodzonego mostu strzegącego wejścia, dobudował zaś dwupiętrową bramę. Ciekawostka: wszystkie trzy wieże miały głębokie piwnice, służące zapewne za magazyny, na wypadek długiego oblężenia. Najwyraźniej obrona Château de Chinon na długo zapadła hrabiemu w pamięci.

Ale nie głodem wzięto zamek. Ambicje Huberta de Burgh musiały przysparzać mu wielu wrogów, bo powoli tracił wpływy na dworze, aż w końcu, w 1239 roku, na dobre stracił wszystkie Trzy Zamki. Niemniej, można uznać, że praktycznie wszystko co przetrwało w Grosmont do dzisiejszych czasów, to efekt modernizacji de Burgh’a.

Zamek GrosmontKilka późniejszych, kosmetycznych zmian, głównie upiększających i ułatwiających codzienne życie w zamku, to zasługa kolejnych właścicieli Grosmont – rodziny Lancaster. W 1254 roku król Henryk III, oddał Trzy Zamki, wraz ze wszystkimi walijskimi posiadłościami, swojemu najstarszemu synowi Edwardowi. Temu, który ostatecznie podporządkował Walię Londynowi, otaczając ją pierścieniem kamiennych twierdz, a który do historii przeszedł jako “młot na Szkotów” (niezbyt przychylnie sportretował go Mel Gibson w swojej superprodukcji Braveheart). Edward nie cieszył się nimi jednak zbyt długo. Nabrał trochę doświadczenia, po czym wybrał się na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej i wrócił z niej już jako król Anglii. The Three Castles przypadły jego młodszemu bratu Edmundowi, hrabiemu Lancaster.

Lancasterowie urzędowali w Grosmont przez kolejne sto lat. Do istniejących apartamentów, w miejsce jednej z wież, dobudowali kolejne, po których do dziś pozostały tylko fundamenty i… imponujący, ozdobny komin. Wzmocnili i unowocześnili też lekko obronę zamku, ale nie były to zmiany znaczące. Na Pograniczu zapanował spokój, więc nie było szczególnej potrzeby, by szykować się na wojnę. Grosmont stał się bardziej lordowską rezydencją niż fortecą. W dodatku rezydencją prowincjonalną, oddaloną od świata wielkiej polityki. Z czasem, coraz rzadziej odwiedzany, zamek zaczął popadać w zapomnienie.

GrosmontPo raz ostatni na kartach historii Grosmont pojawia się na początku piętnastego wieku. W 1404 roku bezskutecznie oblegali go powstańcy Owaina Glyndŵr walczący o uwolnienie Walii spod angielskiego panowania. Rok później zamek próbował zdobyć syn Owaina, Gruffyd, ale i jemu się nie powiodło. Swoją drogą, skoro walijskim insurgentom udało się zdobyć potężne edwardiańskie fortece w Harlech i Aberystwyth, a spod Grosmont odjeżdżali ze spuszczonymi głowami, duch Huberta de Burgh musiał w zaświatach pękać z dumy.

Pękać, niestety, zaczęły też zamkowe mury. Po incydencie z Walijczykami, Grosmont Castle opustoszał na zawsze. Powoli stawał się romantyczną ruiną, miejscem schadzek i składem materiałów budowlanych dla mieszkańców miasteczka, które przez stulecia rozwijało w jego bezpiecznym cieniu. Miejscowe legendy mówią nawet, że w średniowieczu, w całej Południowej Walii, z Grosmont równać mogły się jedynie Abergavenny i Carmarthen. Gdy jednak walijscy powstańcy nie mogli zdobyć zamku – spalili miasto. Według księcia Henryka – późniejszego króla Henryka V – który na czele angielskiego wojska ruszył z Hereford na odsiecz Grosmont, spłonąć mogło nawet sto domów. To prawdopodobnie więcej niż stoi ich dziś w uroczej i cichej wsi, jaką się stało.

Dawny ratusz w GrosmontWsi z jednym jedynym sklepem, w którym obok węgla w workach i proszku do prania, można kupić swojską kaszankę, ciastka pieczone przez sąsiadkę i cały zastaw książek o Trzech Zamkach. Da się też stąd wysłać pocztówki z pozdrowieniami (koniecznie z zamkiem, albo okolicznymi krajobrazami!), bo w sklepie wydzielono miniaturową pocztę z zupełnie osobnym okienkiem. Dwa kroki dalej, pub The Angel Inn, zaprasza na przekąski i lokalne napitki. W dawnym, zbudowanym w 1832 roku ratuszu (chociaż to trochę duże słowo), tuż obok pubu, urządzono niewielki, otwarty punkt informacji turystycznej, gdzie można zapoznać się z trasami okolicznych szlaków i najciekawszymi atrakcjami Pogranicza. A gdy wszystkie ziemskie sprawy zostaną już załatwione, warto zajrzeć na chwilę do kościoła Świętego Mikołaja z Miry.

Saint Nicholas' ChurchSaint Nicholas Church to jeszcze jedna, obok zamku, pamiątka po dawnej świetności Grosmont. Duży, zdecydowanie zbyt duży, jak na wiejską parafię kościół wybudowano za czasów hrabiego de Burgha dla potrzeb zamkowego garnizonu. Ośmioboczna wieża i kilka mniejszych dodatków, to zasługa Edmunda Crouchbacka – hrabiego Lancaster, który w drugiej połowie trzynastego wieku przebudował kościół specjalnie dla swojej matki, pobożnej królowej Eleonory Prowansalskiej.

W środku uwagę zwraca przede wszystkim ogromna nawa ze stropem wspartym na dwóch rzędach arkadowych łuków. Oddzielona od reszty kościoła – wykorzystywanej do ceremonii religijnych – odznaczająca się podobno fantastyczną akustyką, służy dziś mieszkańcom Grosmont jako miejsce spotkań. Tu organizuje się wiejskie festyny dożynkowe (tak, tak, to nie tylko polska domena!), imprezy charytatywne i wszelkie zebrania lokalnej społeczności.

Kościół Świętego Mikołaja z Miry w Grosmont

Grosmont to też doskonałe miejsce dla tych, którzy uprawiają, coraz ostatnio popularniejszy, setjetting, czyli podróże szlakiem planów filmowych. W 2006 roku, ekipa Garetha Lewisa nakręciła tu bardzo przyzwoitą komedię kryminalną The Baker. W roli tytułowego piekarza (uwaga! pozory mylą!) wystąpił brat reżysera – Damian Lewis, znany przede wszystkim z roli majora Wintersa w serialu Kompania Braci. Klimat filmu tworzą jednak głównie aktorzy drugo- i trzecioplanowi, jak choćby Dyfan Dwyfor, Gwenno Dafydd czy Rhodri Meilir. Dziwacznie brzmiące nazwiska gwarantują powiew świeżości, genialny (!!!) południowo-walijski akcent i masę zabawy.

Twój przewodnik po Walii i angielsko-walijskim Pograniczu