All posts by Anna

Podziemny skansen – Big Pit

dscn5359

Są miejsca, które po prostu trzeba odwiedzić, pomimo, że być może nie każdego pociąga taki rodzaj atrakcji.

‘Big Pit’ to po prostu ‘wielki szyb’, albo ‘wielka kopalnia’. Ci, którzy interesują się odrobinę przeszłością Walii wiedzą, że jeszcze kilkanaście lat temu dymiły nad tym niedużym krajem potężne kominy, szumiały szyby wentylacyjne, a widoki, które tak lubimy, zasłaniała niemal nigdy niekończąca się chmura smogu. Łatwo sobie wyobrazić, jak to wyglądało przejeżdżając przez dzisiejszy Port Talbot. Rewolucja przemysłowa XIX wieku zmieniła oblicze rolniczej Walii; koniec przemysłu z kolei oznaczał stopniowy powrót do zielonej wyspy jaką znamy dziś.

dsc_6098

Kopalnie węgla są wpisane w walijską tożsamość. To one stanowiły centrum lokalnego wszechświata, to one dawały utrzymanie (nigdy do końca adekwatne do wykonywanej pracy), i to one łączyły ludzi poprzez liczne tragedie. Jako była mieszkanka Śląska/Zagłębia i córka górnika odczuwam z nimi pewnego rodzaju więź; dlatego m.in. wybrałam się do tego muzeum. Chciałam się dowiedzieć, jak to jest wsiąść do metalowej klatki i zjechać głęboko pod ziemię. I tak, to jest bez wątpienia intensywne przeżycie. No bo może to jest i muzeum, ale nie sztuczny twór, nie kopalniany park rozrywki, tylko prawdziwa kopalnia, która wygląda tak, jakby wciąż trwała w niej praca, tylko akurat skończyła się szychta i wszyscy poszli do domu. O realizmie miejsca przypomina też zakaz używania telefonów czy aparatów fotograficznych, które mogłyby zakłócić pracę urządzeń monitujących poziom metanu.

Przewodnicy to byli pracownicy kopalni. Lubią sobie pobajać, pożartować; wiedzą też kiedy wystarczy na chwilę zamilknąć. Opowiedzą o tym, jak to było kiedy w kopalniach pracowały siedmiolatki, pokażą, jak to jest znaleźć się w absolutnej ciemności, do której wzrok się nie przyzwyczaja, i jak brzmi alarm metanowy. Opowiedzą o słynnych strajkach lat 80-tych, i o tym, jak się pani Thatcher ‘przysłużyła’ Walii.

Oprócz samej kopalni trzeba koniecznie zobaczyć muzeum, w którym zebrano mnóstwo przedmiotów codziennego użytku związanych z górnikami i ich życiem. Jest też kafejka oraz stara kopalniana kantyna; w obu można zjeść coś konkretnego, ewentualnie wypić kawę okraszoną walijskim ciasteczkiem.

Big Pit wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

5 dsc_6075 9dsc_6044dsc_6053  dsc_6048 dsc_6095 dsc_6094

Wstęp jest darmowy, ale trzeba pobrać z recepcji bilet. Przed zjazdem na dół każdy musi założyć kask z latarką oraz baterią; całość waży około pięciu kilogramów. Zalecane jest ciepłe ubranie i porządne buty. Dzieci mierzące poniżej metra wzrostu niestety nie mogą zjechać pod ziemię.

Muzeum jest otwarte codziennie od 9.30 do 16.30. Zjazdy pod ziemię odbywają się pomiędzy 10.00 a 15.00. Może się zdarzyć, że w którymś konkretnym dniu zwiedzanie nie będzie dostępne; warto przed wizytą sprawdzić stronę muzeum: Big Pit National Coal Museum Muzeum posiada parking (płatny).

dscn5325 dscn5322 dsc_6030

Kod pocztowy dla satnavu: NP4 9XP i mapka:

Jedyna taka latarnia – Whiteford

hea

Półwysep Gower w południowej Walii to miejsce o wyjątkowym pięknie naturalnym (“Area of Outstanding Natural Beauty”). Nawet po kilku dobrych latach znajomości wciąż potrafi mnie czymś nowym zauroczyć.

Na samym końcu półwyspu – lub na początku, jeśli mieszkasz w Llanelli – znajduje się estuarium rzeki Loughor. W trakcie odpływu estuarium zmienia się w ogromną plażę, przeczesywaną od stuleci przez poszukiwaczy małży i niezliczone ptactwo. To właśnie znakomite podobno małże (cockles) rozsławiły tę okolicę wśród wielbicieli owoców morza w całym kraju. Nieduża miejscowość Penclawdd ma podobno szczególne zasługi na tym polu. Na plaży Whiteford Sands biliony pustych skorupek małży i ostryg chrupią pod stopami spacerowiczów.

4355

To właśnie tutaj w 1865 roku wybudowano efektowną żeliwną latarnię morską. Można sobie tylko wyobrazić, jak trudne było to przedsięwzięcie biorąc pod uwagę, że w Walii przypływ następuje dwa razy na dobę, i jest drugim największym pływem na kuli ziemskiej. Skala zjawiska nie przestaje mnie zdumiewać. Ciekawostka: to ostatnia tego typu latarnia morska zachowana w Europie.

Latarnia ostrzegała żeglarzy przed mieliznami mniej więcej do końca lat 80-tych ubiegłego wieku. Obecnie posiada status zabytku chronionego prawnie. Niestety nie można wejść do środka – szkoda, bo widok z 13 metrowej konstrukcji na niekończące się plaże Gower musi być imponujący.

6

Spacer do latarni można odbyć z kilku kierunków. Wytrawni piechurzy długodystansowi mogą się tam wybrać z sąsiedniej Rhossili (tak, tej słynnej Rhossili), ale ostrzegam, to to będzie długi spacer i koniecznie trzeba mieć oko na zaskakująco szybko następujący przypływ. Najlepsza opcja to kierować się na miejscowość Llanmadoc (kod poczowy SA3 1DA), skąd po znakach dojedzie się do małego parkingu w okolicy wioseczki Cwm Ivy (opłata 1 funt – skrzynka uczciwości honesty box).  Z parkingu trzeba iść w dół po wąskiej drodze lokalnej, przez bramkę National Trust i nieduży lasek sosnowy w kierunku plaży. Następnie po plaży wzdłuż wydm w  prawo.

mapka2

Po estuarium teoretycznie można chodzić w czasie odpływu, ale koniecznie w kaloszach. Niektóre odcinki mogą być bardzo błotniste. Generalnie najlepiej, zwłaszcza, jeśli przypływ już się zaczął, trzymać się piaszczystej ścieżki biegnącej wzdłuż wydm. A te wydmy to tak nawiasem mówiąc bardzo nasze, nadbałtyckie, z zielonymi trawami i drobnym srebrnym piaskiem. Idealne miejsce na mały pikniczek albo drzemkę w promieniach słońca i wszechogarniającej ciszy.

7

County Show czyli o potędze wiejskiego festynu

37

W okresie letnim w Wielkiej Brytanii bardzo popularne są tzw. county shows, czyli skrzyżowanie festynu z wystawą rolniczą. Być może zabrzmi to niespecjalnie podniecająco, zwłaszcza dla zadeklarowanych mieszczuchów, ale gwarantujemy, że to całkiem niezły sposób na spędzenie dnia na świeżym powietrzu.

Tradycyjnie, county shows służyły rolnikom do pochwalenia się swoimi osiągnięciami. Surowi sędziowie wybierali najokazalszy burak, najprzystojniejszego koguta, najpiękniejszą krowę; gospodynie wystawiały w konkursach swoje  przetwory i wyroby rękodzielnicze. Dumni właściciele koni czy psów pasterskich prezentowali umiejętności swoich pupili. Przyznawane wyróżnienia niosły za sobą prestiż i renomę która przekładała się naturalnie na popyt. Podziwiano najnowszą myśl techniczną w postaci wypolerowanych na błysk traktorów. Nie mniej istotna była też wartość towarzyska wydarzenia: niejeden mąż i niejedna żona spotkali się właśnie podczas county shows.

W dzisiejszych czasach county shows wciąż utrzymują swoją tradycyjną formułę, ale została ona znacznie rozszerzona o liczne dodatkowe atrakcje w celu przyciągnięcia jak największej liczby odwiedzających, szczególnie rodzin z dziećmi. Jest to  istotne o tyle, że rolnictwo i hodowla zwierząt z roku na rok stają się coraz mniej istotne w życiu społecznym i gospodarczym; county shows muszą szukać dodatkowych środków pozwalających na pielęgnowanie tradycji.

Brecon County Show

Największym problemem county shows nie są jednak fundusze na organizację, ale – trudno tu o zaskoczenie – pogoda. Niejednokrotnie odbywają się w deszczu, a najlepszym przyjacielem odwiedzających staje się para kaloszy. Trudno odmówić Brytyjczykom samozaparcia widząc jak wcinają lody w strugach deszczu z niesamowitą pogodą.. ducha.

Jakość county shows jest bardzo różna. Największe i najpopularniejsze mają od lat ustaloną renomę, bardzo atrakcyjny program i zawsze tłumy odwiedzających. Najlepszym przykładem jest tu Royal Welsh Show, największy tego rodzaju show w Europie. Pomniejsze czasem jedynie aspirują do miana county shows, oferując głównie stargany z tzw. mydłem i powidłem.

Jedną z najciekawszych konkurencji podczas county shows jest tzw. sheep shearing, czyli golenie owiec na czas. Ja nie wiem czy owcom podoba się bycie golonym na łyso w obliczu wiwatującej publiczności, ale zawody są niewątpliwie bardzo widowiskowe, zwłaszcza dla kobiecego oka ; )

coll2

Zdecydowanie warto się wybrać. Bilety nie są tanie, np. wstęp na Brecon County Show kosztował w tym roku 10 funtów, a na Royal Welsh Show nawet 26 funtów, ale po pierwsze warto, a po drugie, dokładamy w ten sposób cegiełkę do przetrwania wartościowej tradycji.

Przydatna stronka informacyjna w temacie, czyli co, gdzie i kiedy w UK.

Wybrzeże Glamorgan znane i mniej znane [cz.1]

Jak już wspominaliśmy, klifowe wybrzeże Glamorgan Heritage Coast rozciąga się mniej więcej od Porthcawl do Barry. To piękna okolica, jak najbardziej warta waszego czasu. Poniżej znajdziecie opisy ścieżek, plaż oraz innych atrakcji, również tych, o których mało kto wie; mam nadzieję, że zachęcę was tym do włóczęgi.

Porthcawl

Porthcawl największe czasy świetności ma już dawno za sobą, aczkolwiek od jakiegoś czasu podejmowane są próby rewitalizacji miasteczka. W latach 50 i 60-tych Porthcawl miało rangę kurortu wakacyjnego corocznie odwiedzanego przez tysiące wczasowiczów, zwłaszcza górników z rodzinami wypoczywających w ramach tzw. ‘miners’ fortnight’. Do dziś Porthcawl to miejsce w którym widać spore pieniądze. Od jakiegoś czasu podejmowane są próby rewitalizacji miasteczka, np. powstała nowa marina, nowe ścieżki spacerowe biegnące wzdłuż efektownych plaż, odrestaurowano promenadę, latarnię morską, latem działa (antyczne co prawda, ale zawsze) wesołe miasteczko. Warto wpaść na plażę, na spacer, albo i na rybę z frytkami.

Z Porthcawl można pójść na spacer w stronę Ogmore by Sea; końcowym etapem spaceru będzie dojście do rzeki Ogmore oddzielającej te dwie miejscowości. Latem przy maksymalnym odpływie można pokusić się o przekroczenie rzeki i kontynuowanie spaceru wybrzeżem, ale zalecam ostrożność: rzeka, choć dość płytka, potrafi być zdradziecka. Innym sposobem przeprawienia się na drugi brzeg jest dość długi spacer wzdłuż rzeki, wydmami, w kierunku zamku Ogmore.

Ogmore by Sea

Nieduża wioska z efektownym widokiem na kanał bristolski; ceny nieruchomości w tej okolicy zwalają z nóg. Plaża piaszczysto-skalista z ogromnym parkingiem pay&display. Można znaleźć kilka miejsc na rozpalenie ogniska. To również dobry punkt wyjścia dla klifowego spaceru do sąsiedniego Southerndown. Kto nie chce płacić zbójeckich opłat parkingowych (5 funtów za powyżej 1 godz) ten może spróbować zaparkować w zatoczce na drodze dojazdowej do Ogmore. Zatoczkę z plażą łączy niedługi i niewymagający spacer. Przy plaży są toalety i często van z lodami. Jeśli wolisz samotność i plażę tylko dla siebie polecam wybrać się tam o wschodzie słońca. Bonus: opłaty za parking obowiązują dopiero od godziny 8. Bonus krajoznawczy: położone niedaleko malownicze ruiny zamku Ogmore, zdecydowanie warto o nie zahaczyć.

Southerndown i zatoka Dunraven Bay

Malownicze kamienne płotki schodzące niemal do samego morza, kamienne kotydże i bliskość efektownej zatoki Dunraven gwarantują, niezależnie: kryzys czy nie kryzys, natychmiastową sprzedaż każdej nieruchomości, gdyby ktoś musiał. Ja bym nigdy nie sprzedała. To chyba jedna z najbardziej pożądanych lokalizacji w południowej Walii. Parking przy zatoce płatny w weekendy i w co ładniejsze dni; i znów: jeśli będziesz tam wcześnie rano może Ci się uda uniknąć nie tylko płacenia, ale i tłumów. Przy parkingu są toalety i minisklepik, a także, bardziej w głębi, raczej bezużytecznie Visitor Centre. Przynajmniej ulotki z mapkami mają.

Do Southerndown możesz dojść z Ogmore by Sea (około 35 minut); możesz również stąd pójść na klifowy spacer do Nashpoint. Koniecznie zobacz ogrody Dunraven (kiedyś należące do okazałego wiktoriańskiego dworku po którym pozostały ruiny na szczycie klifu). Za ogrodami znajdziesz punkt widokowy, który chyba na każdym robi wrażenie, zwłaszcza przy odpływie. Potem masz następujące opcje: poszukaj małej ławeczki wpół drogi na szczyt klifu, napij się kawy z termosu. Zejdź na plażę. Wdrap się na szczyt klifu, z którego roztaczają się piękne widoki. Zrób sobie piknik w ogrodach. Poopalaj się pod klifem przy zatoce. Popływaj na desce. Masz przypływ energii, idź do Nashpoint.

Nashpoint

Kolejny punkt na trasie, którego szkoda przegapić, to Nashpoint. Posiadacz latarni morskiej, ikonicznego klifu zwanego potocznie Sfinksem oraz fantastycznej miękkiej trawy do wylegiwania się. W weekendy i co cieplejsze letnie dni parking jest płatny; przy parkingu znajduje się minisklepik i toalety. Dojazd do Nashpoint zakłada skorzystanie z drogi B4265, z której należy skręcić po zauważeniu następujących znaków:

Droga do NashpointPo drodze miniesz kościół, dwa puby, w tym jeden słynący m.in. z tego, że obiadał w nim Benedict Cumberbatch z rodziną, oraz kilka uroczych kotydżów. Drogi są tu wąskie, zachowaj ostrożność i bądź gotowy na mijanki. Oczywiście, jak już wspominałam, możesz tu przyjść na nogach; to chyba ostatecznie najfajniejsza opcja. Bonus: mimo swojej niezaprzeczalnej urody Nashpoint nie jest oszałamiająco popularne, głównie przez to, że wielu lokalnych mieszkańców zwyczajnie nie wie o jego istnieniu.

cdn.

Mapka orientacyjna:

Walia na 1 dzień – Barmouth (Abermaw)

Propozycja na 1 dzień, ale zdecydowanie warto zaszaleć i zostać w tej okolicy dwa albo i trzy dni zahaczając o inne liczne atrakcje. 

Barmouth to nieduże, dość wietrzne miasteczko położone na zachodnim wybrzeżu Walii w obrębie parku narodowego Snowdonia. Znajdziesz w nim mnóstwo automatów do gry i bud z lodami/frytkami, czyli jest to zasadniczo miejscowość kurortowa nastawiona na turystę-wczasowicza z dziećmi.. ale ma też coś, co przyciąga także inny rodzaj odwiedzających: niezwykle atrakcyjną lokalizację.

Barmouth leży bowiem w estuarium rzeki Mawddach, które w czasie odpływu wygląda jak ogromna otoczona górami pustynia na której porozsiadały się przypominające barwne motyle kutry rybackie. Estuarium przecina zabytkowy drewniano-żeliwny most z 1867r, Barmouth Bridge (walijska nazwa Pont Abermaw), osiągnięcie wiktoriańskiej myśli technicznej i najstarszy drewniany most w ciągłym użyciu w Wielkiej Brytanii. Służy nie tylko – chociaż coraz rzadziej – regularnym połączeniom kolejowym, ale także jednej z głównych atrakcji turystycznych w tej okolicy: kolejce z lokomotywą parową. Warto się skusić na przejażdżkę, bo widoki są nie do pogardzenia; podobnie jak sam widok lokomotywy pędzącej przez most i wydmuchującej obłoki białej pary.

Most można również przekroczyć pieszo lub na rowerze. Jest on jedną z głównych atrakcji ścieżki rowerowej i spacerowej o nazwie  Mawddach Trail biegnącej do Barmouth wzdłuż byłej linii kolejowej  z oddalonego o osiem mil Dolgellau. Redakcja jeszcze nie przetestowała osobiście, ale widziała niezwykle zachęcający program podróżniczy prowadzony przez znaną dziennikarkę Julię Bradbury; dzięki niej szlak natychmiast wskoczył na szczyt walijskiej listy pobożnych życzeń na najbliższy rok. Szczegóły dotyczące szlaku można znaleźć tutaj. A tutaj zdjęcia ze szlaku z krótkimi opisami. Wyczytana dobra rada: jeśli zdecydujesz się na szlak, zacznij z Dolgellau i podążaj w stronę Barmouth; wyłaniające się widoki na rozszerzające się ujście rzeki i okoliczne wzgórza Snowdonii podobno zapierają dech w piersiach.

Barmouth posiada jeszcze kilka innych szlaków które łatwo znaleźć; większość biegnie wzgórzami, lasami i podobno zapewnia spektakularne widoki. Jednym z najpopularniejszych jest tzw. Panorama Walk. Słówko ostrzeżenia: jak ostatnim razem sprawdzałam, to doszłam prawie do brzegów Irlandii, a panoramy nie znalazłam. Nie wiem, może ukradli, zarosła, albo poszłam w złym kierunku, czego nigdy nie mogę wykluczyć.. w każdym razie jeśli ktoś znajdzie, to upraszam dać znać.


[edit od Marcina: czego nie znalazła Anna – co znów wcale nie jest takie dziwne, bo kiedyś nie znalazła wiaduktu o osiemnastu przęsłach – ja znalazłem; niestety, przy wyjątkowo nikczemnej pogodzie; widoki z Panoramy przy nikłej widoczności nadal potrafią zachwycić…]

Samo miasteczko Barmouth ma ciekawą architekturę; rzędy domów dosłownie wrastają w skały – podobno jest to efekt kaprysu architektonicznego pewnej bogatej damy, jak mi wyszeptał konspiracyjnie Pan Sprzedawca Lodów zorientowany lokalnie. Uwaga praktyczna: jeśli wybierzesz się na spacer po olbrzymiej plaży, uważaj na sprzęt fotograficzny – często mocno tam zawiewa piaskiem. I jeszcze ciekawostka: w październiku plaża w Barmouth gości entuzjastów sportu motorowego, przekształcając się na kilka dni w tymczasowy tor wyścigowy.

Jeśli zdecydujesz się tylko rozejrzeć dookoła i popędzić dalej, to z Barmouth już tylko rzut beretem do najsłynniejszego chyba walijskiego zamku, Harlech. Tutaj opisaliśmy rzecz w szczególe.

Inne atrakcje w okolicy to między innymi:

  • Portmeirionodjechana kolorowa wioska w stylu włoskim;
  • Polska wioska Penrhos niedaleko Pwllheli, obecnie polski dom spokojnej starości;
  • Malowniczy i w dużej części dziki Półwysep Llyn
  • Naturalnie, Góry Snowdonii
  • Zatoka Cardigan z bogactwem klifowych spacerów, dzikich plaż i delfinów
  • Torowa kolejka z lokomotywą parową biegnąca przez Snowdonię z Blaenau Ffestiniog

Great Malvern i wzgórza The Malverns

malverns

Jeśli chciałbyś zaznać nieco wiktoriańskiej atmosfery, pospacerować sobie po wzgórzach łagodnych jak krowie spojrzenie, a na końcu podarować sobie prawdziwą angielską cream tea w malowniczych okolicznościach, to wybierz się do miasteczka Great Malvern.

Położone na pograniczu trzech angielskich hrabstw: Herefordshire, Worcestershire i Gloucestershire Great Malvern posiadało kiedyś status uzdrowiska. W czasach wiktoriańskich przywożono tu bladolice Angielki o kruchym zdrowiu i wystawiano je na działanie zimnego górskiego powietrza, cudownej wody ze źródła, popołudniowych herbatek i całego tego pozostałego jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach opalamy się. Po dawnej świetności pozostało trochę eleganckiej architektury, np. taki hotel:

GM

.. czy ta milusia wiktoriańska kafejka, w której można nabyć miłe sercu conieco. W kafejce znajduje się również źródełko św. Anny; jego woda posiada podobno nadzwyczajne właściwości lecznicze. Nie zamierzam poddawać legend w wątpliwość, ale przy studzience wisi plakietka z napisem ‘pić po przegotowaniu’. No cóż.. jakie czasy, takie cuda..

kaffe

dsc_0183

Samo miasteczko jest bardzo przyjemne, z mnóstwem zieleni, i licznymi pamiątkami z przeszłości; jedną z nich jest sympatyczna wiktoriańska stacyjka kolejowa, nad którą górują wzgórza Malverns.

Wzgórza Malverns są niewysokie, przyjazne średnio wysportowanym chodziarzom i spacerowiczom i oferują piękne widoki na otwarte przestrzenie Midlands. Spacery można rozpocząć z różnych miejsc w całej okolicy, jeden z najpopularniejszych szlaków biegnie właśnie obok kafejki ze źródełkiem. Nie jest wymagający i na początek w zupełności wystarczy.

 dsc_0083 dsc_0074

A potem, jeśli będziesz miał ochotę, możesz bawić się w dalszą eksplorację wzgórz Malvern. Pomocą może służyć np. ta stronka: http://www.visitthemalverns.org.

Kod pocztowy dla nawigacji satelitarnej: WR14 2AA. Zabierze cię pod informację turystyczną w Great Malverns.

Wodospad Czarownic w Talgarth

Pwll-Y-Wrach

W północno-wschodniej części parku narodowego Brecon Beacons na obrzeżach miasteczka Talgarth znajduje się kolejny bohater z niemal niekończącej się sagi walijskich wodospadów. Bohater nosi wdzięczną nazwę Pwll-Y-Wrach i ma za sobą ciekawą historię. A w każdym razie ciekawą legendę.

Po dojechaniu do Talgarth należy się kierować na rezerwat leśny Pwll-Y-Wrach i zaparkować na mini parkingu przy uschłym dębie. Jak nie ma miejsca, to zaparkuj w Talgarth.

11

A potem idź dalej miejscami poważnie błotnistą ścieżką przez las, wiosną usiany niebieskimi i białymi dzwonkami, aż znajdziesz o, taki wodospad:

rt

Pwll-Y-Wrach oznacza sadzawkę czarownic, co podobno ma związek z sympatycznym  średniowiecznym obyczajem wrzucania kobiet podejrzanych o uprawianie czarów do głębokiej wody. Jeśli po wrzuceniu ‘czarownica’ utonęła to świetnie, znaczy, niewinna była; jak wypłynęła, to szybko należało wytłuc z niej szatana razem z życiem przy użyciu długich drągów. Taki paragraf 22. Ale wodospad bardzo ładny. Z ciekawym nietypowym ceglastym w kolorze podłożem. Koneserzy gatunku na pewno docenią. Błotko też.

dsc_0018

Szlak spacerowy biegnie dalej, od Ciebie zależy jak daleko zechcesz się wybrać. Natomiast po powrocie do miasteczka warto skorzystać z którejś z barwnych kafejek, w których można zobaczyć m.in. kasę na stare pieniądze..

dsc_0140

.. które były absolutnie obłąkane i całe szczęście, że je zmienili. No bo tak. Teraz mamy funta i pensy. Przed 1971 r było tak: 1 funt (pound, zwany też sovereign, czyli suwerenem ) to było 20 szylingów (shilling, zwany alternatywnie bobem); 1 szyling to było 12 pensów (penny). Pens dzielił się na: dwa półpensy (halfpenny)  albo cztery ćwierćpensy (quarter penny). Jeden półpens składał się z dwóch farthings. Były trzypensówki, sześciopensówki (sixpense); dwa szylingi nazywały się alternatywnie two bobs, pięć szylingów tworzyło crown czyli koronę; 1 funt i jeden szyling tworzyły 1 gwineę.. zgubiłeś się i ziewasz, nic nie szkodzi, ja też, a to jeszcze wcale nie koniec, ale chyba już sobie darujemy, thank you very much.

Czas dzwonków

13072782_1051398798257628_4170236898238038683_o

Jest kilka rzeczy i zjawisk, które uznaje się powszechnie za charakterystyczne dla Wielkiej Brytanii. Ryba z frytkami. Rudziki. Królowa. Big Ben. Białe klify. Jedną z takich rzeczy są także bluebells – czarujące niebieskie dzwonki, kwitnące w lasach od połowy kwietnia do końca maja i  pozostające pod całkowitą ochroną. Dla lepszego efektu bluebells lubią występować grupowo, płożąc się efektownymi dywanami na tle młodej wiosennej zieleni. Warto się porozglądać w okolicznych lasach, bo taki widok zachwyca i zostaje w pamięci na długo.

13072653_1051399228257585_547148900266121469_o 13041242_1051398754924299_7792661806847119770_o 12970817_1051399281590913_3199794968502069858_o 13055252_1051398501590991_5327727121821611629_o 2

Spacerkiem przez Gower – Langland Bay, Caswell Bay, Pwll Du

Wales Coast Path to nazwa ścieżki biegnącej wzdłuż całego walijskiego wybrzeża. To unikalny w skali światowej projekt; połączył ze sobą mnóstwo istniejących lokalnych ścieżek, a poprzez zastosowanie różnych ułatwień uczynił spacery wybrzeżem przyjazne ludziom w każdym wieku i o różnej sprawności ruchowej.

BeFunky_DSC_0273.jpg BeFunky_Chromatic_1.jpg

Tym razem proponuję spacer fragmentem ścieżki biegnącym przez półwysep Gower. Zaczynamy od Mumbles w Swansea (SA3 4EN), i idziemy przez dwie pomniejsze zatoczki do całkiem sporej zatoki Langland, a następnie Caswell, na końcu docierając do skromnej ale uroczej Pwll Du. Dystans wynosi około 5-6km. Jeśli nie jesteś pewien czy dasz radę przejść całą trasę za jednym zamachem, możesz równie dobrze na początek wybrać sobie jej fragment, np. przejść z Caswell Bay (SA3 3BT) do Langland Bay (SA3 4SQ) lub na odwrót. Parkingi (płatne) są wszędzie z wyjątkiem Pwll Du. Mapka orientacyjna by Google:

Mumbles, dzielnica Swansea, sama w sobie jest warta przynajmniej krótkich odwiedzin: to jak miniaturowy kurorcik nadmorski z molo i wiktoriańskimi w stylu kafejkami. Dojazd do Mumbles jest bardzo prosty, wystarczy podążać wzdłuż wybrzeża w kierunku zachodnim praktycznie do samego końca promenady. W weekendy i ładniejsze dni może być problem z parkowaniem, warto być tam względnie wcześnie. Z Mumbles wyruszasz wzdłuż wybrzeża w kierunku zachodnim. Zatoki Langland i Caswell są rozległe i często piaszczyste; są przyjazne dzieciom, wyznawcom grillowania i wielbicielom popołudniowej herbatki z widokiem na morze, co sprawia, że w weekendy przy ładnej pogodzie cieszą się dużą popularnością.

DSC_0342vb

BeFunky_DSC_0301.jpg BeFunky_DSC_0498.jpg

Natomiast Pwll Du (wymawiane: puhl di, o ile mnie mój kiepski walijski nie myli) jest małą perełką do której dociera niewiele osób. Można się tam dostać tylko na nogach, i pomimo, że spacer nie jest szczególnie wymagający, to turyści od kawki przy stoliku z widokiem na morze raczej tam nie docierają. Dystans z Caswell Bay to nieco ponad 2.5 km. Tym, co wyróżnia tę małą zatokę na tle innych, są białe kamienie oraz meandrująca rzeczka. Łatwo tam też znaleźć sobie ‚wygodną’ skałę żeby odpocząć, znaleźć zastosowanie dla herbaty z termosu, nacieszyć ucho szumem fal, poopalać się przy sprzyjającej aurze.

BeFunky_null_3.jpg BeFunky_DSC_0479.jpg BeFunky_DSC_0441.jpg

Tę trasę wytrawny deptacz, który nie zawraca sobie głowy takimi rzeczami jak lody czy herbata, przeleci w kilka godzin – tam i z powrotem. Ale można podejść do niej w sposób bardziej zrelaksowany i spędzić w tej okolicy cały dzień. Większość zatok na trasie, i tych dużych i tych mniejszych posiada przybytki gastronomiczne z jedzeniem o najróżniejszej jakości i cenie, oraz toalety. Serdecznie odradzam skuszenie się na  American Donut, czyli pączki po amerykańsku; tłuszcz używany do ich wypieku jest tak podły, że mógłby być stosowany jako broń biologiczna. Po powrocie do Mumbles również bez problemu znajdziesz przytulną kafeję czy inny lokal, w którym godnie zakończysz ten całkiem, całkiem satysfakcjonujący dzień.

 

Parki, rezerwaty i ogrody w południowej i zachodniej Walii

spacer
Po długiej, szarej i mokrej zimie pogoda wreszcie okazuje nam odrobinę życzliwości; czas najwyższy trochę się rozruszać.  W sezon na wypady w teren delikatnie wprowadzą nas parki, rezerwaty i wszelkiego rodzaju ogrody, których w południowej i zachodniej Walii jest całkiem sporo.

Nasza mapka, którą znajdziecie poniżej, z pewnością nie jest jeszcze kompletna. W miarę wolnego czasu będziemy testować dla was (i dla własnej przyjemności, co tu kryć) kolejne miejsca; tymczasem warto zajrzeć na tę stronkę, która wymienia i krótko opisuje większość ważniejszych rezerwatów w całym kraju. Przydatna rzecz.

Kilka podstawowych informacji praktycznych:

Większość rezerwatów i parków jest dostępna cały rok bez ograniczeń. Niektóre, np. park Margam, domagają się opłat parkingowych; za to wstęp na ich teren jest zazwyczaj bezpłatny. Zdecydowana większość życzliwie patrzy na psy, pod warunkiem, że właściciel podchodzi odpowiedzialnie do kwestii psich kup. Większość rezerwatów, parków czy ogrodów posiada parkingi, kafejki i toalety (aczkolwiek nie wszystkie). Niektóre świetnie spisują się jako miejsca piknikowe, np. Margam i Bryngarw, inne mają walor wybitnie spacerowy, np. Kenfig Hill, jeszcze inne sprzyjają obserwacji przyrody, głównie ptaków, np. Parc Slip, Forrest Farm czy Newport Wetlands. Ogrody są zazwyczaj znakomicie utrzymane, sprzyjają spacerom zwłaszcza w porze kwitnienia i najczęściej posiadają kafejki z czymś smacznym na ząb. Rezerwaty, w odróżnieniu od parków i ogrodów, zazwyczaj wymagają butów, którym nie straszne będzie odrobina błota.

Pamiętajmy o tym, żeby zabrać ze sobą swoje śmieci i nie przeszkadzać innym cieszyć się przyrodą i ciszą.

 

 

 

Poradnik początkującego emigranta

oswoić nieznane

Początki są zawsze trudne. Wyjechałeś ze wszystkiego, co znasz. Wyjechałeś z domu, z przyjaciół, ze wspólnej płaszczyzny kulturowej. Nagle otacza cię nowa rzeczywistość, często przerażająco niedostępna, zwłaszcza, jeśli nie jesteś biegły w języku. Wszyscy tak zaczynamy; niektórzy z nas wchodzą w Nowe szybciej niż inni i świetnie się w nim odnajdują; niektórzy nigdy.

Poniżej zebraliśmy kilka rad wynikających z własnych doświadczeń i  obserwacji, które mogą ci pomóc.

Nie zamykaj się w domu. Zacznij wychodzić, poznawać okolicę. Im częściej będziesz to robił, tym bardziej swobodnie będziesz się czuł.

dsc_0074 (3)

Znajdź sobie jedno czy dwa specjalne miejsca, które będą tylko twoje. Chodź tam często, zawsze kiedy jest ci ciężko, kiedy potrzebujesz uciec, ale też kiedy jesteś szczęśliwy. Z czasem te miejsca staną się dla ciebie ważne, będą stanowić schronienie i jednocześnie punkt zaczepienia w Nowym. Im więcej będzie takich miejsc, tylko szybciej zauważysz, że właściwie nie czujesz się w Nowym już tak bardzo obco.

Wyciągnij rękę do ludzi z którymi przyjechałeś żyć. Oni też są ciebie ciekawi. Nawet jeśli wstydzisz się lub nie umiesz mówić w ich języku, powiedz ‚cześć’ i uśmiechnij się do kogoś na ulicy. Nikt w takiej sytuacji nie będzie wymagał od ciebie dyskusji politycznej; a życzliwość i uśmiech jest najskuteczniejszym orężem przeciwko lękom i uprzedzeniom. Wrzuć sąsiadce kartkę świąteczną przez dziurę na listy. Dzięki takim prostym gestom z czasem poczujesz się coraz bardziej włączony w Nowe.

Cardiff Big Weekend. 169

Poczytaj trochę o Nowym. Spróbuj zrozumieć z jakiego punktu w historii i kulturze przychodzą ludzie, z którymi przyjechałeś żyć. Spróbuj się dowiedzieć, co jest dla nich ważne. Z czego się śmieją. Na kogo głosują. Oglądaj lokalne wiadomości.

Nigdy nie krytykuj głośno w chamski sposób kraju, do którego przyjechałeś żyć. Jesteś tu gościem.

Spróbuj zacząć wychodzić do kawiarni, restauracji. Nawet jeśli za pierwszym razem spocisz się cały jak mysz, bo nie będziesz mógł dogadać się z kelnerem, to za drugim razem będzie już lepiej, a za trzecim będziesz miał ‚swój’ stolik. Kolejna ‚swoja’ rzecz, która pomoże ci się oswoić z Nowym. Spróbuj lokalnego jedzenia, nawet jeśli uważasz połączenie rybki z octem za niedorzeczne.

Jeśli miałeś jakąś pasję w Polsce, spróbuj ją kontynuować. To prostsze niż myślisz.

DSC_0803

Nie wstydź się tego kim jesteś, ale nie manifestuj w hałaśliwy sposób swojej odmienności, nie dawaj ludziom z którymi przyjechałeś żyć do zrozumienia, że wyświadczasz im łaskę zaszczycając ich swoim bezcennym towarzystwem. Nie bądź roszczeniowy.

Obserwuj. Ucz się języka. Miej otwarty umysł. Przyjmij inność z zaciekawieniem, nie z wystawionymi pazurami.

Czerp z Nowego. Kto wie, może przyjeżdżając tu podjąłeś najlepszą decyzję w swoim życiu.

Jeśli mimo tego wszystkiego po kilku latach nadal będziesz czuł się w Nowym jak obcy, wróć do domu. Nie ma sensu się męczyć. Nie jesteś porażką. To po prostu nie dla ciebie.

33

Ewenny Priory i stary świat

płyty nagrobne, obecnie podłoga kościoła

Od lat po drodze na ulubione klify mijam brązowy drogowskaz z napisem Ewenny Priory. Zajechaliśmy tam raz, dawno temu, ale wszystko było pozamykane, a ogrody i budynki okazały się własnością prywatną i nie było do nich wstępu. Jedynym dostępnym elementem składowym całości był cmentarz. Po którym dostojnie spacerowały.. pawie. Również własność prywatna.

Dziś jak zwykle minęłam brązowy znak. I przypomniało mi się, że kilku obieżyświatów ze Swansea wspomniało na fb o zamiarze odwiedzenia opactwa, więc.. skoro już tu jestem i mam jeszcze godzinkę.. Zawróciłam. Ewenny to mała wioska. Kamienne murki, kamienne domy, pola, owce. Do opactwa prowadzi wąska droga z mijankami, przy budynkach opactwa są miejsca parkingowe. Widzę zaparkowane samochody; ciekawe czy to oznacza, że tereny opactwa będą dostępne..

Nie są. Ale za to otwarty jest kościół przylegający do starych kamiennych murów opactwa. Z wnętrza dochodzą jakieś hałasy; idę. Okazuje się, że w środku trwa wielkie wiosenne sprzątanie. Buczą odkurzacze, śmigają ścierki; w środku krząta się jakieś 7-8 osób. Hello! uśmiecha się do mnie drobna krótkowłosa blondynka koło 50-tki. Pytam czy mogę wejść, jak najbardziej, odpowiada. Ktoś oferuje mi miotełkę do kurzu, wszyscy się śmieją.

Kościół jest nieduży, ładny i zadbany. Siedzę chwilkę podziwiając kamienne łuki i drzwi z bladoróżowego drewna. Blondynka podchodzi i mówi, przepraszam, że przeszkadzam, ale przez te drzwi można przejść do krypty, chcesz zobaczyć?

No ba. Blondynka prowadzi mnie do środka i zaczyna opowiadać. O tym, że w zeszłym roku świętowali 900-lecie (!) kościoła. Że kościół był kiedyś silnie związany z rodziną, która mieszka obok, i łaskawie* posiada wszystko dookoła (*sarkazm mój). Rodzina nazywa się Picton-Turbervill i podobno, jak mówi mi blondynka z odcieniem lokalnej dumy, mieszka tu od 1000 (!) lat. Na ścianach kościoła pełno jest tablic upamiętniających jej najróżniejszych bohaterskich członków poległych sobie to tu, to tam. Podziwiam z należytym entuzjazmem. Blondynka zamyśla się przez chwilkę i dodaje z odcieniem żalu: ale już nie przychodzą do kościoła tak często jak kiedyś.

Blondynka jest w widoczny sposób dumna ze swojego kościoła. Wiesz, tu jest taka fantastyczna akustyka, mamy tu koncerty i każdy artysta zarzeka się, że w lepszym miejscu nigdy nie występował. Ja 20 lat mieszkałam we Francji i Francja się po prostu nie umywa do Ewenny (tu uniosłam lekko brwi). A tu patrz, oto reprodukcja obrazu Williama Turnera, który artysta namalował tu właśnie, w tym miejscu gdzie stoisz. Popatrz jakie piękne światło. Wtedy krypta popadała w ruinę, służyła za kurnik i chlew, dzisiaj sama zobacz. Chyba dobrze się nią opiekujemy, uśmiecha się; w kącikach oczu pojawiają się urocze zmarszczki.

turner

A tę szklaną ściankę wykonał (tu z nabożeństwem zapodaje jakieś ukraińsko brzmiące nazwisko i patrzy na mnie oczekując reakcji. Z zapałem kiwam głową przyglądając się ściance jakby była wykonana co najmniej przez Leonarda). Nagle przypomina sobie o jeszcze jednym niezmiernie ważnym fakcie: kilka lat temu odwiedził nas książę Karol!

photo: wales online

A tam zobacz, szklane kafle wykonane przez Caitlin, dziewczynę z Ewenny Pottery. Córkę tego tam, z miotełką. Ich rodzina też tu mieszka od dawna. Od dwustu lat. To najstarsza pottery (pottery oznacza garncarstwo) w Walii.  Znam to miejsce. Kiedyś kupiłam u nich ręcznie robiony dzbanuszek. I drugi, czerwony, dla znajomej Holenderki. To bardzo fajny oryginalny ręcznie robiony prezent.

pot

Blondynka zostawia mnie w krypcie i wraca do sprzątania. Stoję sobie podziwiając fragmenty starych celtyckich krzyży i kamienne łukowe sklepienia; z kościoła dobiega śmiech i przekomarzanie się, słońce wpada do środka przez malutkie okienka rozbijając się na świetlne smugi.

Wiesz, mam wrażenie, że na chwilę dane mi jest zerknąć za kamienny płot starego świata. Którego mieszkańcy żyją jakby równolegle do głównego nurtu, w swoich wielkich ziemiańskich domach, mają psy pasterskie z którymi chodzą na długie spacery w kaloszach i kufajkach, i prawdopodobnie lubią polowania. Blondynka też należy do tego świata. Świadczy o tym nie tylko fakt, że ładnie się wyraża, że wrodzona brytyjska powściągliwość typowa dla wyższych klas społecznych powstrzymuje ją od niegrzecznego ‚skąd jesteś’.. ale przede wszystkim fakt, że dziś czwartek. Normalni ludzie są w biurze 9-17. W fabryce. W ciężarówce. Blondynka lata z miotełką po kościele w czynie społecznym dla swojej parafii.

Niedaleko stąd znajduje się wioseczka Merthyr Mawr ze swoimi cudownymi kolorowymi domami krytymi strzechą, kamiennymi płotkami.. i majątkami pochowanymi tu i ówdzie, z dala od wścibskich spojrzeń pospólstwa. Państwo hrabiostwo, państwo baronostwo, równoległy świat, który nigdy nie przetnie się ze światem 9-17.

To ten sam świat z którego pochodzą oderwani od rzeczywistości zwykłego zjadacza tosta z marmoladą brytyjscy Torysi. Wielka Brytania nigdy nie miała rewolucji społecznej na miarę francuskiej. Stary bogaty świat ma się bardzo dobrze thank you very much, odcięty od ‚tych ludzi’, zabezpieczony układami i powiązaniami płynącymi głęboko, głęboko pod skórą kraju od setek lat. To wciąż społeczeństwo klasowe, mimo, że demokrację, równość i co tam jeszcze ma na sztandarach. Na co komu w demokracji monarchia? Born to privilege, co tłumaczy się dosłownie jako urodzony w przywileju, powinno odejść w końcu do lamusa historii, jeśli chcemy mówić o prawdziwie sprawiedliwym społeczeństwie równych szans.

Rant over.. A do kościoła sobie pojedź, wystarczy pół godzinki. Jest otwarty codziennie. Jako bonus uprzywilejowane pawie na przykościelnym cmentarzu pokrzykujące na siebie i prezentujące majestatyczne ogony.

Blondynka macha do mnie, ściskając w drugiej dłoni ucho od pękatego porcelanowego czajniczka. Przerwa na tea and cake, everyone.. Stary świat ma swoje urocze słabostki. Trochę szkoda, że już muszę iść.

DSCN6058

Dydd Gwŷl Dewi Sant Hapus!

2265756062_b86c1b1f10_o

Irlandia ma swojego Patryka, Anglia Jerzego, a Walia ma Dawida (Dewi). Święty patron pojawił się w obiegu w VI wieku; jednym z wyznaczników świętości było podobno cudowne wyrośnięcie wzgórza w miejscu, w którym Dawid był nauczał.

Jeśli mam być szczera, to utworzenie kolejnego wzgórza w kraju, w którym najdłuższa płaska prosta ma 5 metrów trudno nazwać jakimś szczególnie imponującym osiągnięciem. Bardziej interesuje mnie osobiście fakt, że wzgórze podobno wyrosło na miejscu dzisiejszego Llanddewi Brefi, miejscowości znanej m.in. z sitcomu Little Britain i jedynego geja we wsi, co może otwierać pole do sympatycznych nadinterpretacji w wesołym towarzystwie. Poważniej zaś, Llanddewi Brefi oznacza kościół Dawida nad rzeką Brefi; czyli niewątpliwie nasz Dawid w tej okolicy przynajmniej bywał, nawet jeśli niekoniecznie inicjując ruchy tektoniczne.

Wales_240-animated-flag-gifsPrzyszły święty urodził się w małym miasteczku w zachodnim Pembrokeshire. Od jego czasów nosi ono nazwę St Davids (walijskie Tyddewi – dom Dawida). Obecnie liczy sobie niecałe 1800 dusz. Zazwyczaj 1800 dusz oznacza wioskę albo małe miasteczko (town), ale St Davids posiada ogromną katedrę, większą od siebie, i w związku z tym ma prawo tytułować się miastem z prawdziwego zdarzenia (city). Katedra jest pod wezwaniem, i tu uwaga, niespodzianka: św. Dawida.

No więc, dzień św. Dawida przypada 1-go marca. W kraju odbywają się różne jarmarki, koncerty, a dziatwa szkolna biega dookoła w strojach regionalnych; tu i ówdzie wdzięcznie przygrywa harfa. Jak grzyby po walijskim deszczu wyrastają wszędzie budy z hamburgerami i stragany oferujące malowanie twarzy w barwy narodowe. Walijski patriotyzm jest czymś, co się eksponuje, czy to w postaci sztucznego żonkila wpiętego w klapę, prawdziwych żonkili porastających pobocza dróg, lasy i ogrody, czy t-shirtów w barwach drużyny narodowej w rugby. Od wielu lat walijscy lobbyści próbują przeforsować w parlamencie brytyjskim prawo do dnia wolnego od pracy, bezskutecznie, niestety. Tak czy inaczej miło widzieć, że tradycje w tym malutkim narodzie mają się całkiem dobrze.

I jeszcze w telegraficznym skrócie dla tych, co lubią krzyżówki: kwiatkiem Walii jest żonkil, warzywem por, instrumentem harfa oraz chór, zwierzątkiem smok, a religią rugby.

Na koniec kilka fotek dzieci w tradycyjnych walijskich strojach,  rodzicom bardzo dziękujemy za podzielenie się z nami.

Dydd Gwŷl Dewi Sant Hapus!

 

Witajcie w Rhosllannerchrugog, czyli o potędze walijskich nazw miejscowości

Kto nie chciałby mieszkać w wioseczkach o malowniczych nazwach Llanvihangel Crucornau, Llandewi Skirrid, Llangatwg Feibion Afel, Swyddffynnon lub Rhosllannerchrugog? Wystarczy pomyśleć o radości podawania adresu rodzinie w Polsce..

Inna sprawa, kiedy kompletnie nieprzygotowany na dwujęzyczne doświadczenie próbujesz pierwszy raz gdzieś dojechać i dostajesz oczopląsu na najbliższym rondzie. Można się przyzwyczaić, gwarantujemy. Łatwo nie będzie, zgoda, ale można.

im-sooo-down1

Nie będziemy się tu w tej chwili zajmować sprawą wymowy nazw miejscowości, bo sami nie jesteśmy tu do końca kompetentni, ale postaramy się pomóc wam zobaczyć światło na końcu tunelu poprzez przybliżenie znaczeń nazw.

Znakomita większość nazw walijskich miejscowości wywodzi się z języka walijskiego. Niby oczywistość.. ale ci, którzy znają ten kraj wiedzą, że przez długi czas język walijski był w zaniku i dziś posługuje się nim na co dzień tylko jakieś 20% ludności tego kraju. Jednocześnie od kilkunastu lat obowiązuje ustawa o dwujęzyczności, która gwarantuje mówiącym po walijsku równe traktowanie; język walijski ma statut urzędowego, i chociaż czasem w praktyce bywa z tym różnie, to każdy urząd i każda instytucja zobowiązane są do dwujęzyczności w oficjalnych dokumentach. Kosztuje to mnóstwo pieniędzy i budzi wiele kontrowersji, zwłaszcza w anglojęzycznych rejonach kraju i zwłaszcza w dobie kryzysu finansowego, ale kogo jak kogo, ale nas Polaków nie trzeba przekonywać jak istotne jest pielęgnowanie języka dla zachowania tożsamości narodowej.

Walijskie nazwy miejscowości, jakkolwiek wyglądają wręcz niemożliwie do wypowiedzenia, a tym bardziej zapamiętania, jak np. Pontrhydfendigaid, czy Llanfihangel Tre’r Beirdd, są zazwyczaj łatwe do rozszyfrowania dla znających kilka podstawowych słów związanych z geografią terenu lub funkcją miejsca. I tak np. słowo llan (czytaj chlan) oznacza kościół, miejscowość Llantrisant oznaczać będzie więc kościół-trzech(tri)-świętych(sant). Słówko mynydd (czytaj mniej więcej: mynyw) oznacza górę; stąd już blisko do rozszyfrowania znaczenia nazwy Llanfihangel-Tor-y-Mynydd czyli mniej-więcej kościół świętego Michała na wzgórzu. Proste, prawda? Taaaa..

Topografia terenu generalnie dostarcza elementów składowych dla ogromnego procentu walijskich nazw miejscowości. Popularnym terminem jest aber – ujście rzeki. I tak np. Aberystwyth oznacza ujście rzeki Ystwyth.

Innymi często spotykanymi w nazewnictwie elementami topograficznymi są: cwm (czytaj: kum) – dolina (Cwmafandolina rzeki Afan), tref – farma (Treforest), pont – most (Pontypridd), merthyr – męczennik (Merthyr Tydfil) itp.

Wielka Brytania była wielokrotnie w trakcie swojej historii podbijana, czy to przez Wikingów, Rzymian, czy Normanów; każdy z tych podbojów zostawił ślady w nazewnictwie miejscowości, które stanowi dziś kopalnię wiedzy historycznej i wymarzony pieszczoszek lingwistów historycznych. Głównie dotyczy to Anglii, ale i Walia może się tym i owym pochwalić.

I tak np. Rzymianie, którym nie udało się do końca podbić Walii, pozostawili po sobie słówko caer, oznaczające mniej więcej ufortyfikowany gród: Caerphilly, lub rzadziej używane walijskie Caerffili, oznacza ufortyfikowany gród założony przez niejakiego świętego Ffili.

Po Normanach pozostała np. malownicza nazwa Beaumaris, czyli piękne mokradła, albo Grosmont, czyli wielkie wzgórze.

Wikingowie pozostawili po sobie największą spuściznę w Anglii, ale i w Walii można się doszukać ich wpływów w nazwach miejscowości, z których najbardziej prominentną jest Swansea, która nie pochodzi od morza z łabędziami, jak mogłoby sugerować nowoczesne tłumaczenie, ale od wikinga Sveinna, który przybył w te okolice z misją łupieżczą, spodobało mu się i został.

Niektóre nazwy miejscowości zostały nadane przez liczne w pewnym okresie czasu wspólnoty religijne i są często odniesieniami do Biblii, np. Betlehem w Carmarthenshire, obecnie słynne głównie z tego, że turyści wysyłają z niego kartki świąteczne.

Nazwy takie jak Port Talbot albo Tredegar pochodzą z czasów rewolucji przemysłowej i są najczęściej nazwiskami rodowymi bogatych przemysłowców, którzy w tym okresie władali wszystkimi duszami w okolicy. Istnieje również, zwłaszcza w Walii południowej, spora ilość nazw czysto angielskich.

Walijskie nazewnictwo miejscowości (nie wspominając już nawet o angielskim) to fascynujący temat, o którym można pisać i pisać. Tym artykułem chcemy jedynie zasygnalizować pewne fakty, pokazać, że nie takie diabeł straszny, i zachęcić czytelników do samodzielnej eksploracji tak w książkach jak i w terenie. Pomóc w tym może np. taka oto sympatyczna książeczka:

slownik nazw miejscowosci

Ciekawostka: najbardziej znaną walijską nazwą jest oczywiście niemożliwa Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysilioggogogoch, należąca do niedużej miejscowości na wyspie Anglesey. Zabójcza nazwa, najdłuższa w Europie, bardzo się miejscowości przysłużyła: ambicją każdego turysty jest zrobić sobie pod  nią zdjęcie.

PS. Komuś jeszcze kojarzy się z czymś Llanddewi Brefi ze zdjęcia u góry strony..?